poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Nieprawdopodobne.

 

    Chyba nie ma wyjścia i czas się dokładniej ogolić, zaprzyjaźnić z jakimś paparazzim, odpłatnie promować pigułki na rozwolnienie, albo na marskość wątroby udzielać się medialnie i eskalować z własną, najwyraźniej nieszablonową fantazją.


    Gdyż-ponieważ-bo, sierpień okazał się miesiącem za cały rok, a nawet i dwa tłuste lata (albo trzy chude) Sierpień chyli się ku upadkowi, a ja nosem drążę już chmury i wdycham oną wilgotność zewnętrzną dumny jak nie-wiem-co. Statystyka, a z tą trudno dyskutować wskazuje 102.000 odwiedzin. Zupełnie, jakbym prowadził na żywo kurs zaawansowanej pornografii, czy wykonywał sekcje zwłok, nim zwłoki zasłużą na swą nazwę. Naprawdę – ciężko mi uwierzyć, że ta niebotyczna liczba trafiła w mój blog.


    Ponoć Sztuczna Inteligencja zużywa mnóstwo wody, a już wkrótce będzie zużywać jej więcej, niż wszyscy ludzie na Ziemi. Czyżby to ona szperała u mnie i poszukiwała czegoś, za co można byłoby mnie skazać na dożywocie bez sieci?


    Jeszcze trudniej mi uwierzyć, że taka sztuka może się udać bez niej (Niej?). W końcu nie jestem wschodzącą gwiazdką wirtualnego świata, tylko zwyklakiem, który łazi tymi samymi ścieżkami i robi co może, by nie zapaść na przewlekłą nudę.


    Ech! Nie wiem i się nie dowiem – Radujmy się póki opromienia nas słońce!

Rozebrana zebra na zebraniu żebraków.

 

    Mięciutka pani w krótkich spodenkach dreptała ku codzienności a jej karnacja samym swoim istnieniem zaprzeczała idei lata. Czyżby córka piekarza? Poranek nasiąknięty chłodem podzielił ludzkość na zimno i gorąco krwistych. Rozłożone na żywopłotach pajęczyny zasnuły się mgłą rosy. Po niebie snują się ciemne, trójwymiarowe chmury, które już wkrótce powiją deszcz. Włoszce (przynajmniej tak usytuowałem ów język) od spaceru ze swoim panem skurczyła się talia i niemal dało się ją zamknąć w dłoniach. Proces miniaturyzacji sięgnął też bluzeczki, czy jak kto woli „topu”, spod którego wypływały piersi – nie to, że jakoś rozbrykane, tylko szmatka kusa.

sobota, 29 sierpnia 2026

Będzie kipieć, aż kipnie.

 

    Mocno zaniedbany facet na trzy razy pochłonął owocowe winko kosztujące chyba mniej od niezbyt wyszukanego piwa. Chyba na moje szczęście, bo owocowy zapach wina nieco osłaniał mnie przed octową wonią spoconego, dawno niemytego ciała. Dziewczyna w białej koszuli rozpiętej o guzik poza granice skromności jechała na rowerze, pozwalając porannym wiatrom pieścić chętne ciało. Do autobusu wsiadła pani w czerwieni wyglądająca na bardzo dojrzałą ósemkę, a może wertykalną nieskończoność? Dwóch chłopców w kapeluszach adorowało jedną dziewczynę (też w kapeluszu), ale którędy przebiegała granica kompetencji, tego odkryć mi się nie udało. Może były płynne?


    Najwyraźniej kobiety uwielbiają leginsy i możliwość eksponowania, a może i korekty kształtu. W takim stroju nawet drobny pieprzyk wypływa na pierwszy plan. Skoro wiedząc to, wybierają je, czyli chcą, by je podziwiać, gdy od nagości dzieli je ułamek milimetra. Nie narzekam. Zdumieniem wykazuję się dopiero, gdy w leginsy wbił się tłuściutki zawodnik wagi bardzo ciężkiej. Atrybuty, które musiał zmieścić w obrębie nieskończenie rozciągliwej materii wskazywały na mężczyznę, a ja nie musiałem po zaroście rozpoznawać płci.


    Ach! Dla odmiany jadę pociągiem. Na zdewastowanej tylej elewacji budynku dostrzegam napis ŁADNIE JUŻ BYŁO. Chwilę później zaskakują mnie kwitnące robinie. O tej porze roku? Albo kwitną po raz drugi, albo kolej dostarcza im błędnych informacji o porze roku.


    A tak w ogóle, to dzień pełen jest kobiet wielkiego formatu – przynajmniej cieleśnie nic mniej w grę nie wchodziło.

piątek, 28 sierpnia 2026

W szelki Elki wszelkie wsze weszły.

 

    Wychodzę przed dom i podziwiam niebo w paski. „Chmury”, jakich świat nie znał jeszcze trzydzieści lat temu poszatkowały niebo na plasterki. Eskadra srok patroluje osiedlowe zakamarki złorzecząc i skrzecząc. Autobus cuchnie palonym plastikiem. Skupiam wzrok na siwej wronie przyglądającej się podejrzliwie kępie dzikiego chrzanu rosnącego między pasami gęsto uczęszczanych jezdni. Ładniutka dziewczyna z kolczykiem nad górną wargą najwyraźniej nie czuła się piękną i musiała „wyrazić siebie”, poprawiając to, co Bóg spieprzył. Srebrno lśniący kolczyk-pieprzyk naprawił niedoróbkę.


    Wysiadłem donikąd, bo jak się okazało, dziś tramwaje nie pojadą, bo kolejne skrzyżowanie w okolicy zwagarowało. Trudno. Poszedłem piechotą, trafiając wprasowanego w płyty chodnikowe truchło szczura. Trafiłem także „zadżumionego” kiwającego się w rytm oszołomionego wódką błędnika i właśnie wtedy spontanicznie wymyślam „złotą myśl” – Są dwie płci. Jedna ma piersi, a druga piersiówki. Na koniec dwie tablice rejestracyjne V0 SPEC i D8 MAMA – tajemniczo. Wewnątrz siedział facet, a przynajmniej stwarzał pozory męskości.

Całe ciało, to ciałość?

 

    Berberysy tylko czekają na chętnego, który oberwie dojrzałe jagody. Panią o opalonych udach podejrzewam o brak bielizny, a jej uśmiech w stronę towarzyszącego jej faceta zdaje się to potwierdzać, niosąc obietnice, jakie niełatwo powiedzieć głośno. Z nieczynnej zajezdni tramwajowej wyszła czekoladowa księżniczka. Druga podróżowała tramwajem, a ja usiłuję sobie przypomnieć, od kiedy widok Afrykańczyków stał się codziennością, a nie zjawiskiem rzadkim, jak śnieg w lecie. Dziewczyna firmowa po kres widzialności wymieniała bezprzewodowe słuchawki, nie mogąc się zdecydować na wybór jednych, aż w końcu zrezygnowała z sieciowych wieści. Niedogolony pan adorował panią, której opalenizna ciągnęła się w stronę intymności. Uśmiechali się do siebie, jakby doskonale wiedzieli dokąd sięga. Na przystanku siedziała kobieta o biuście zdobnym w kwietny pejzaż, kto wie, czy nie stworzony przez SI.


    To tu Jan Paweł II obrócił swoje życie o 360 stopni – czytam i wyjść z podziwu nie umiem. Porażająca konstrukcja. Zawinął kółko, jak kot ścigający własny ogon i poszedł gdzie i tak szedł? Rynkiem rządzą piersiątka trzepocące pod cienką materią i pośladki, skalane dwiema nitkami i spodniami zupełnie nie utrudniającymi publice podziwiania tychże. Wraca do mnie myśl wielokrotnie już przetrawiona, że wystarczy usiąść w Rynku na miesiąc, by zebrać materiał na powieść, albo i pięcioksiąg. Ktoś fotografuje menu Tostorii, ciemnowłosa dziewczyna rzuca w przestrzeń kocham cię i natychmiast materializuje się obok niej ostrzyżony na jeża dryblas, by skonsumować deklarowane uczucia.


    Czekając na autobus podziwiam kamienice po drugiej stronie ulicy. Dwie z lat 1891-93 sąsiadują z „nowoczesną budowlą”. Wiekowe są po prostu piękne, a te współczesne, to zwykła klatka na jednodniowe wizyty. Brzydkie i bez gustu. Bus pas, mozolnie wybudowany kilka miesięcy temu znów zamknięty – poprawia się coś, czy zgoła buduje od nowa? Za to na przystankach widać wzmożona aktywność kanarów. Zupełnie jakby budżet gminy ukląkł i wymagał błyskawicznego zastrzyku. Przez okno dostrzegam pulchnego, żółtego trzmiela – V7 BEE z okularnicą za kółkiem.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Krokus kusi w kroku, kuma nic nie kuma.

 

    Wróble przeczesują chodniki w poszukiwaniu łupu. Może zbierają porzucone przez wczesnych przechodniów sny. „Podziwiam” pomazane ściany i sięgam myślą ku czasom minionym, kiedy malowanie kotwicy „Polski walczącej” było szczytową odwagą nocnych malarzy. Dziś, na modłę zachodniego stylu życia, w zgodzie z amerykańskim snem krzewią kulturę nieudacznicy, których stać na puszkę farby w sprayu.


    Niemal co dnia mijam kozacki biznes, oferujący (między innymi) „ruskie pierogi”. To tak walczą o wolność i demokrację? Z czystej złośliwości – kupiłem „ruskie”. Nawet nie były zbliżone do smacznych, a co dopiero pysznych, czy domowych. Z dialogiem też był problem – niby cztery kata tu siedzą, a wciąż polski jest dla nich obcy. Mało zdolne językowo, czy jakieś inne priorytety kierują działaniem przybyszy?


    Starsza pani powozi niesfornym zaprzęgiem. Psy rozbiegły się w nieskoordynowanych kierunkach pozostawiając starowinkę zdezorientowana i bez pomysłu, co z tym zrobić. Jakaś dziewczyna niesie łysego kota – w kocu. W tramwaju w oko wpada mi dziewczątko chude niemiłosiernie. Wpada dopiero wtedy, kiedy oswoję się z detalami. Na początek – wysoka, chuda, ruda – Pippi ze starej opowieści filmowej. Zamiast rudych kitek ma wielgaśne słuchawki, które dostrzegam dopiero wtedy, gdy oderwę wzrok od trampek. To najbardziej imponujący fragment jestestwa. Dominujący i odbierający wolę. Szczęściem wysiadła i mogłem podziwiać oddalające się skarpetki różowo-beżowe sięgające nad kolana dziewczęcia.

środa, 26 sierpnia 2026

Niepokalane pokale i nieskalane skalary.

 

    Młoda blondynka wsiadła z dwiema torbami i nie umiała się zdecydować, która ma podróżować obok niej, a którą strącić w otchłań podłogi. Przymierzała kilkakrotnie nim się udało. Wonny pan w stanie wymagającym szerokich chodników, by w ogóle udało się gdzieś iść. I trzy dziewczynki uczące małego psa biegać – pies był biały, a księżniczki biegły bez bucików, w białych (na początku biegu) skarpetkach.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Gorszy groszek za grosze.

 

    Niebo pomarszczone zniechęca kota do eksploracji osiedlowych dziur w trawnikach i skłania do ukrycia się w ramionach korony wiązu. W drodze uśmiecham się do zabawki słownej z nazwą firmy fryzjerskiej – HAIRETIC. Frywolność wywołana do tablicy każe wspomnieć trzy nastoletnie gracje, które wczoraj wodziły wzrok na pokuszenie obłędnie wypracowanymi ruchami młodych pup. Pan z pieskiem, którego nie lubię od pierwszego wejrzenia i w swoim uczuciu jestem więcej niż konsekwentny zapomniał nie tylko o psie, ale i o telefonie w dłoni. Jak zahipnotyzowany odprowadzał te pośladki, starając się nadążyć za każdym szczytem trzech zsynchronizowanych w fazie sinusoid.


    Mająca zakończyć się w tym tygodniu budowa zwyczajnie na taką nie wygląda. Ale, nie wieszajmy psów nadaremnie, jak ową kozę, co zamiast konia dała szyję (koń zawinił, kozę powiesili, podobno pochodzi od zdarzenia drogowego – gdyby ktoś nie pamiętał. Szlaban spadł na drogę, żeby pociąg miał wolny tor. Zatrzymał się gość z rowerem, za nim stanęła dorożka konna, następnie samochód. Kolejka rosła, a pociąg nie pojawiał się. Koń chciał ugryźć cyklistę i dostał w pysk, więc cofnął się i dyszel wozu wjechał pod maskę samochodu. Armagedon drogowy. Wszyscy się kłócili. Gość, co kozę pasał, przywiązał ją do szlabanu i usiłował wytłumaczyć o co chodzi, bo wszystko widział. Nim się uspokoiło, pociąg przejechał, szlaban poszedł w górę i koza zawisła. Tak przynajmniej słyszałem, ale skąd, to już nie wiem. Grunt, że powiedzonko zostało.)

Żądłem rządzą żądze.

 

    Na krawędzi dachu usiadł ptak. Smętny, a przynajmniej na takiego wyglądał. Chyba zamierzał rzucić się w otchłań i popełnić samobójstwo. Daleko było, a ja nie miałem pomysłu jak mu pomóc, więc zamknąłem okno i poszedłem do swoich spraw, żeby mu w tej niezwykle intymnej chwili przynajmniej nie przeszkadzać.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Skorumpowany skorupiak.

 

    Zachciało mi się w chwasty ruszyć nim słońce stopi kałuże do wyłysiałych łach. I poszedłem. Słońce dopiero zaczynało boksować się z podeszczowym pobojowiskiem. Nie ukrywam, liczyłem na garść mirabelek, choć wiary we mnie było niewiele. I słusznie. Deszcz z wiatrem wytłukł co dojrzałe, a reszta wisi i czeka na zmianę barw klubowych. Trudno. Za to spacer udany. Trafiam dziko rosnące węgierki – sytuacja podobna do mirabelek, ale pasę się bezwstydnie niczym te białe robale, które uwielbiają drążyć labirynty ścieżek pod fioletową skórką. Jakiś starszy pan, choć podpierał się drążkami do nordyckich spacerów – dołączył, chcąc wziąć udział w darmowej uczcie.


    Poszedłem dalej, by trafić trzy drzewka derenia obsypane już czerwonym owocem. Pyszne, kwaśne i całkiem nie cierpkie. Kaczki przyglądały mi się leniwie, ale nie wyglądałem na karmiciela, więc zajęły się swoimi sprawami. Raniuszki całym stadem też się pasły. One na kasztanowcach zaatakowanych przez szrotowca. Taki szrotowiec musi być pyszny, bo raniuszki uwijały się chwytając pazurkami schnący liść i zwisając spod niego wydziobywały insekty. Bez lęku. Od samego patrzenia nabrałem lęku wysokości, ale te małe, puchate kulki z długaśnym ogonem nie zauważały zagrożenia.


    Młode szyszki chmielu i pojedyncze kępki dziurawca ukrywały się w gęstwinach, ale po ilości i barwie owoców widać, że lato chyli się ku schyłkowi. Dojrzewa głóg, ulęgałki sypią się na ziemię jak deszcz, rokitniki, kaliny, czarny bez – wszystko uwodzi pokusą. I tylko dzięcioł zielony śmiał się z moich spostrzeżeń. Ja – zachwycony, jakbym Amerykę odkrył i on – wiedzący, że jesień nadejść musi.

sobota, 22 sierpnia 2026

Ekstrakt wątpiący.

 

    Ponoć Unia Europejska, to raj na ziemi i dlatego pół Afryki i spory kawałek Azji usiłuje przeciec przez granice. A tymczasem Europa się starzeje, cierpi depresje i choroby społeczne, a uśmiech staje się atrybutem wybrańców. Czyżby raj był tylko na pokaz, wymyślony przez uzależnione media?

piątek, 21 sierpnia 2026

Dogorywanie gór ogorzałych od góry.

 

    Niebo spolaryzowane, jakby ktoś wypluł chmury przez lejek i pilnował elektrycznym pastuchem, by nie rozbiegły się poza wytyczone granice. Jak wystraszone owce tłoczyły się pomiędzy niewidzialnymi zasiekami, resztę nieba pozostawiając bezpańską. Blondynka konsekwentnie promuje własna cielesność w leginsach potrafiących sięgnąć, gdzie wzrok nie sięga, ale rokitnikom spomarańczowiały owocki na ów widok. Na podwórku stoi bus w kolorach sugerujących policyjną „sukę” i reklamuje tynki maszynowe. Na przystanku dowiaduję się, że Miasto inwestuje w remonty szkół i ulic, ale nie wspomina ani słowa o kosztach autoreklamy.


    W autobusie ktoś głośno dyktuje przepis na gulasz, przynajmniej w zakresie, który poświęci na dotarcie i dosmaczenie dzieła. W dzielnicy Boga podziwiam niewzruszoność kurzu znajdującego przyzwolenie świętych figur na osiadanie i trwanie w niepokalanej opinii.


    A gdy pół autobusu wiozło mnie do domu, jakiś wielkolud niemożebnie piękny usiłował zabawiać mnie rozmową, ignorując że jestem dziś nieprzysiadalny. Humor poprawia stadko wróbli tłoczące się w koronie ostrzyżonego drzewa.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Widz widzi widownię. Widownia wzrokiem wodzi za wodzem i zawodzi, gdy wódz zawodzi widza.

 

    No tak, wróble ćwierkały i trzeba było im zaufać. Słońce przypomniało sobie o bożym świecie nieco później, najwyraźniej dając szansę wilgoci, by wniknęła ciut głębiej. A potem było już znakomicie i „zapominanie” o bieliźnie było jak najbardziej na miejscu. W oknie przedwojennej kamienicy apetyczna rusałka XXL tańczyła w koronkowym czarnym biustonoszu, a otchłań pępka zdawała się nie mieć dna. Chodnikiem wędrował porysowany chudzielec w bluzce na ramiączkach i usiłował pochwalić się biustem, którego nie miał. Może dopiero zamówił i „się przymierzał”? Uczył się chodzić i eksponować? Na trening nigdy nie jest za wcześnie.

Kwity na kwitnące kwiaty.

 

    Na tę panią, tatuś z mamusią nie żałowali materiału. Wyszło pięknie, choć pani trzymała w dłoni złożony parasol, jakby to była flaszka wódki. Świat wokół promieniował wilgocią i sycił się nią. Najwyraźniej pora deszczowa nadciąga nieubłaganie, a z nią szarugi i zimne wiatry. Na jezdni D1 RESET i D0 ZEN. Poza tym nuda. Bez słońca ludziom brakuje kolorytu. Gdy jednak się zdarzy choć chwila, to wciąż trafiają się istoty bardziej rozebrane, niż okryte. I znakomicie, bo po co marnować okazję? Na straganach kwiaciarek pojawiły się astry – znak, że jesień pod płotem – uśmiecha się do mnie jedna z nich.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Ekstrakt o ewidentnym pechu.

 

    W przypływie szaleństwa zabiłem drania, nie zaprzątając sobie łba konsekwencjami. Kiedy w końcu ostygłem – wywiozłem truchło, żeby je zakopać, a wtedy nocną mogiłę oświetliły niebieskie koguty. Wewnątrz płytkiego dołu rozkładał się już jakiś nieborak, a mnie skazali za obu nieboszczyków.

Ekstrakt z konkluzją.

 

    I wtedy ona mówi do mnie: „wpadnij”, a ja zaczynam płakać, bo z tą niby dobrą radą cokolwiek się spóźniła. Cóż, teraz wypada mi wybrać spośród podejrzanych ojca. Dziecku przecież nie przyznam się, że dostało tatusia z wyboru, gdyż połowa z podejrzanych w ogóle nie powinna dystrybuować życia.

Wyboista droga ku szczęściu.

 

    Żeby zaistnieć i zagęścić szum medialny wokół siebie… (Ja wiem, że jestem wielki, ale skąd oni mają to wiedzieć, jeśli ja im tego nie powiem?) postanowiłem coś zrobić. I tu przykrość, bo łatwo jest powiedzieć, a zrobić już nie. Po pierwsze trzeba umieć coś zrobić, mieć smykałkę, talent i cierpliwość. A to deficytowe towary i trwonić na rzecz opinii publicznej byłoby grzechem. Więc nie. Absolutnie nie zajmować się tworzeniem, bo każde dzieło ktoś ukradnie – jak nie koneser, to sztuczna inteligencja. A zawiść przy tym okrutna – publika nie lubi, kiedy ktoś jest „lepszy”, bardziej uzdolniony i jeszcze potrafi przekuć zalety w coś trwałego. Lepiej nie ryzykować szykany i globalnego potępienia.


    Rozsądniej przyjrzeć się gwiazdkom i brać przykład z tych najjaśniejszych. Czym się dzielą? Wiadomościami, gdzie spędzają czas wolny od pracy, co zjedli na koszt sponsora i z jakiej części garderoby udało im się „wyskoczyć” bez trwałego uszczerbku na zdrowiu. Fizycznym, bo psychiczne jest poza zasięgiem, chronione potężną tarczą granitowego ego. Ostatnio modne było cięcie fryzur na gładko w celach tak szlachetnych, że branża fryzjerska odnotowała wzrost gospodarczy ku uciesze fiskusa. Ja? Nie dysponuję spektakularnym upierzeniem, którego mógłbym się pozbyć wzbudzając ochy i achy, czyli musiałem sięgnąć po bardziej dramatyczne rozwiązanie.


    Druga, ekstremalna moda na popełnienie czegoś w szlachetnym celu, by się nie narobić, a przy okazji (powiedzmy) zarobić, to rozebrać się do golasa. Łatwe? Niby tak, jednak zawsze jest jakieś ale. Paparazzi mają uciechę, gdy dopadną włosek niewłaściwie rosnący, pieprzyk, piega, czy tatuaż z błędem ortograficznym. Dlatego przed popełnianiem szlachetnego czynu, najlepiej zrobić ogląd stanu posiadania w przestrzeni wolnej od elektroniki i zawczasu zareagować. Nienajgłupszym rozwiązaniem, byłby prywatny krytyk, złośliwy jak jasna cholera, żeby wytknął co tylko się da, a nie głaskał. Najzłośliwszym bydlęciem w okolicy byłem ja, więc czym prędzej przytargałem babcine lustro do sypialni, z której wywaliłem smartfony, komputery, telewizory, a nawet wibrator. Kto wie, co i komu „opowiada” niemiłosiernie eksploatowana maszynka?


    Ciuch spadł niemal bezgłośnie, a lustro zatchnęło. Wiedziałem, że jestem boskim okazem, ale aż tak? Przyjąłem, że taki komplement na początek cyklu, to znakomity prognostyk. Niech milczy i się gapi mebel bez wstydu! Pieprzyki policzyłem skrupulatniej, niż słupki maturalne, uznając, że za mało ich nie jest i nie trzeba dorabiać – wstyd byłby straszny, gdyby się taki odkleił w trakcie sesji. Za dużo też ich nie było i piegowatego jaja nie przypominałem. Gorzej, że trochę ono jajo trochę już tak. Odchudzić? Za jakie grzechy? Toć to wysiłek na długie miesiące! Poszedłem na kompromis i postanowiłem zerżnąć kupę, a do zdjęć wyjść na czczo. No, po dwóch batonikach z czekoladą, ale nie więcej. I stanąć pleckami do foty, żeby nie pokalać obrazu opuchlizną brzuszną miękko spływająca w strefę intymną.


    Przegląd sierści poszedł już mniej komfortowo. Niedostatki na biegunie północnym rekompensowała sierść rosnąca dosłownie wszędzie poza łbem. Jeszcze który głupek pomyli tyłek z głową i będzie śmiesznie. Zapuścić na łbie wymagałoby magika, łatwiej będzie tyłek ogolić. Fryzjerzy po ogólnokrajowym cięciu łbów w szlachetnym celu mają pewnie wolne moce przerobowe i dobrze rozgrzane ręce. A skoro tyłek, to i nogi, plecy, pachy i te tam… utensylia. Znaczy genitalia. Bez depilacji ani rusz. Aż dziw, że tyle wytrwałem w stanie dziewiczym, choć samo dziewictwo pożarła dawno temu pewna niezwykle zachłanna niewiasta.


    Trzeba uczciwie przyznać, że nago kobieta wygląda lepiej od mężczyzny. Nic nie majta, opływowe kształty, nic tylko przytulać. Zmienić płeć? Trochę za dużo zachodu dla paru fotek, nawet w szczytnym celu. Poza tym głos. Też wypadałoby go jakoś zmiękczyć. Właśnie! Czy ja będę coś gadał? Warto byłoby zadbać o struny głosowe i miękkość wypowiedzi. Taki głos, jak ma kobieta po spełnieniu. Albo Czubówna w szczytowej formie. Jak to zrobić bezkosztowo, bo przecież ekonomia klęknie na etapie cywilizowania ciała z futra? Eureka! Zenuś pomoże! Zenek gejem nie jest, ale praktykującym erotomanem. Zerżnie wszystko, co ma choć cień dziurki, a jak nie ma, to zerżnie podejrzenie dziurki. Przynajmniej tym się chełpi. Strach go do domu zapraszać, bo dziurka od klucza ma tak intrygujący kształt, że gotowa stać się nieodpartą i ulegnie. Po wizycie Zenka głos będę miał uduchowiony i o oktawę wyższy. Nie wiem tylko, czy jestem gotowy na taki zabieg, ale to wyjdzie w praniu. Znaczy w naturze.


    Podsumowując założenia – kasę na depilację permanentną zabezpieczyć, Zenka uwolnić od nadmiaru nasienia i kontrolować, czy osiągnąłem optymalną wysokość zaśpiewu, powiadomić zaprzyjaźnionych fotografów i pismaków o zamiarze, odziać się tak, by gdy rozdziać się przyjdzie nie wyglądać jak marabut walczący z padliną i uśmiechać się do kamer nawet dupskiem. Kiedyś, gdy mieli klisze było łatwiej – parę fotek i zmieniali film, a teraz? Karta pamięci gotowa pochłonąć wiedzę współczesną i mieć miejsce na ploteczki. Uśmiechać się trzeba godzinami i nie pozwolić na grymas, bo na pewno uchwycą. Myśleć o czymś przyjemnym, broń Boże o Zenku. Wytrzymać i patrzeć, jak rosną słupki i zasięgi. Raj w zasięgu ręki. Plan jest doskonały i nic nawalić nie może.


    Och! Jeszcze cel szlachetny trzeba ustalić! Najlepiej wielki, bo im większy, tym chętniej zlatują się padlinożercy. Wolność dla murzynków z Kenii i miejsce do życia nieopodal Wenecji? Wolność dla całej Afryki i furtka do Europy czynna 24/7? Wolność dla niewiast z całego globu? W sumie bez różnicy, bo kto o celu pamięta, gdy goła dupa na wierzchu? Z ostrożności procesowej warto jednak zadbać o cel. Kto wie, co się zdarzy za parę lat? Bezpieczniej, żeby cel jednak był i to konkretny, trudny do zanegowania nawet przez oportunistów. Wolność dla całego świata? Szczęście wieczne? A co mi tam! Jak iść, to na całość. Własną wszak dupę poświęcam – WOLNOŚĆ DLA CAŁEGO WSZECHŚWIATA! I OKOLIC!


    PS.1 Akcja była nad wyraz udana. Zadowoleni niemal wszyscy. Zenkowi z buzi banan nie schodzi, paparazzi i pracownicy WORLD PRESS zachwyceni. Po wielogodzinnej sesji zdjęciowej, gdy słupki i zasięgi zaczęły wzrastać ku niebu i czekałem zaproszenia na panteon, gdzie wszyscy bogowie mieli się kłaniać i podawać schłodzone drinki (po cichutku pytając o Zenka) zostałem strącony w otchłań bez dna. Bezlitosny administrator sieci skasował moje konto. W lakonicznej informacji przysłanej do mnie – nadużyłem. Ja? To Zenek mnie nadużył! A jeśli paparazziowie zrobili nadmiar zdjęć, to też nie moja wina. Chciałem walczyć z jawną niesprawiedliwością, jednak werdykt był nieubłagany i ostateczny – nadużyłem słowa dupa. Samo w sobie wielkim grzechem nie jest, za to sugestia, że jestem skłonny do nadużyć wypływa na wierzch jak gówno w wodzie. A z nadużyciami walczyć trzeba. Teraz, sławny jest administrator-pogromca. Strażnik prawości i cnót wszelakich.


    PS.2 Dzwonek do drzwi. Zerkam przez Judasza, a tam Zenek z wielkim bukietem róż. Odwalony jak na chrzciny pierworodnego. Chyba chce mi się oświadczyć. Co robić?

niedziela, 16 sierpnia 2026

Ekstrakt o konsekwencjach długiego życia.

 

    Jeśli umierając, przenosimy się do lepszego świata zachowując doświadczenia stąd, może lepiej nieść ich możliwie najmniej? Życie jest zaborczą pokusą, a obietnica lepszego świata pozostaje bez gwarancji. Więc żyjemy zbyt długo i na tamten świat trafiamy od razu starzy i niedołężni – okropność!

piątek, 14 sierpnia 2026

Mąż mężnie stężał w tężni.

 

    Starszy pan powoził rowerem w białych rękawiczkach i bynajmniej nie była to przenośnia. A w autobusie mocno zbudowany byk czyścił okulary przeciwsłoneczne, bo słońce zdołało wspiąć się na widnokrąg i wabi ciała stęsknione ukropu. Kozacy wysłuchują porannych instrukcji na wypadek przerwania linii frontu i blitzkriegu, mogącego jednym kopem pokonać ze trzy tysiące kilometrów, by dotrzeć do Miasta.


    Na chodniki i ścieżki rowerowe sypia się dojrzałe mirabele i ałycze. Rozdeptane sfermentują jeszcze dziś, ku radości os i szerszeni. Gdyby jemiołuszki o tym wiedziały… Ech! To dopiero pijanice! Uwielbiają sfermentowane owoce, a potem odsypiają na trawnikach bo izb wytrzeźwień dla ptaków jeszcze nie wynaleziono. Dla os i szerszeni też nie. F3 TERRA – na dziś jedyna tablica warta zauważenia.


    Łysy gość ze swą lubą siwiuteńką jak gołąbek zadowolony wraca z wakacji. Nie grozi im niepożądana ciąża i być może stąd zadowolenie. Zaraz potem dwie panie turlają swoje walizy. Blondyna bladouda idzie obok opalonej brunetki. Niby razem a wygląda, jakby jedna wyjeżdżała a druga wracała z urlopu. Motorniczanka pod krawatem kolebie się w siodle z zauważalną satysfakcją. Tańczy w rytm wertepów i chyba-muzyki. Za oknem kolejne kozaczki dopełniające minispódniczkę tak krótką, że kwestia bielizny przestaje być zagadką. Ów trend jakoś mnie ominął i teraz za każdym razem łapię się, że zaskakuje odwaga dziewcząt.

czwartek, 13 sierpnia 2026

Boję się boju z obojem o boję.


    W Mieście pojawiły się pierwsze kurtki i grube bluzy z kapturem. Jeszcze nie masowo, ale już zauważalnie. Zamiast szortów do kompletu z kozaczkami. Piękne, okrąglutkie panie rozświetlają poranek swoja ruchliwością. Niebo poszatkowane bez ładu i składu przyniesie (być może) zmianę pogody. Intryguje mnie jak wyglądałby klimat, gdyby tak na dwa-trzy tygodnie wprowadzić zakaz wszelkich lotów. Z filozoficznych rozterek wytrąca mnie młodziutka dziewczyna sprawdzająca własną urodę w telefonie. Najwyraźniej udało się, bo uśmiecha się dyskretnie i nieco tryumfalnie. Skrzynkę energetyczną zdobił stary afisz reklamowy targów turystyki i czasu wolnego Zafrapowała mnie ta druga ewentualność i troszkę żałowałem, że nie poszedłem. Może kupiłbym sobie nieco wolnego?

    W drodze powrotnej słońce zdążyło się rozgrzać i było więcej niż miło. Spotniałem i powstrzymywałem się od zipania. Za to młodziuteńka dama w okularach studziła myśli wachlarzem, co okazało się niewystarczające. Aby poprawić komfort jazdy, psim wzorem otworzyła paszczę i wywaliła jęzor na wierzch. Druga, tym razem doświadczona w bojach damsko-męskich smoczyca trzygłowa podparła niebagatelny biust ramionami i sprawdzała czy na mnie działa. A i owszem, trudno, żeby nie. Żeby nie prowokować eskalacji starałem się sięgać wzrokiem w inne kierunki, co chyba smoczycę zniechęciło do kontynuowania jazdy w moim towarzystwie.

środa, 12 sierpnia 2026

Plamy z palmy spalmy napalmem.



    Dość wulgarnie wyglądająca niewiasta, zamiast podkolanówek nosiła tatuaże, których nie mógł zauważyć maszerujący zabawnie facet sczytujący dane z telefonu. Przypominał mi bohatera nieistniejącej kreskówki w stylu „Sąsiadów”.

    Słońce przedzierało się przez gąszcz obłoków skupionych, by nie dopuścić do słonecznych swawoli, jednak promienie zuchwale cięły tak niebo, jak ziemię. Na razie chłód zapowiadający już jesień i ręce głęboko kieszeniach. Stałem na przystanku i obserwowałem absurdalny sport – ludzie wytężali zmysły, by odkryć jaki tramwaj nadjedzie. I już z daleka „sprawdzali” jego numer. Tak, jakby mogli wsiąść szybciej, niż pojawi się na przystanku. Odczyt pewniejszy i bez niespodzianek czy zawodów.

    Po południu całe piękno Miasta wyszło mi naprzeciw. I teraz nie wiem, czy dla mnie, czy mimo mnie. Z ciekawszych tablic rejestracyjnych odnotowałem D0 ALP, D7 NESSIE, D0 EAT i D0 ROZEK – dorożek, czyli męska dorożka.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Erotyzm rozsiewczy.

 

    Jądra mi już całkiem spuchły od uporczywego nieużywania, a samym lizaniem, daleko uciągnąć nie zdołałbym. Zaprzyjaźniona kotka wypowiedziała mi tak przyjaźń, jak i wzajemność prokreacyjną, uniosła ogonek do góry i kręcąc kuperkiem na pożegnanie (żeby mnie podpalić do krwi) odeszła w siną dal. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu na każdego przedstawiciela kociego gatunku patrzyłem łakomie. Mezalians międzygatunkowy nie przyszedł mi (na razie!) do głowy, ale patrzenie, co kto pod ogonem nosi uznałem za drugorzędne. Najwyraźniej stałem się erotokotem i wnętrze łba opanował seks. Na wyłączność, dowolnie rozpasany i niekoniecznie grzeczny. Najwyraźniej „myślałem za głośno”, bo młody kocurek popatrzył na mnie tak jakoś, jakby ważył mnie i moje hipotetyczne wado-zalety. W końcu powiedział:


    - OK! Raz się żyje. Poszalejmy!


    - Och! - Tego było mi trzeba. Nic więcej. Ruszyłem w tany, a kocurek (jak on miał na imię) nie dość, że dotrzymał mi kroku (powiedzmy, że kroku), ale wykazał się inicjatywą, od której przed rumieńcem ocaliło mnie futerko, roziskrzone, podniecone i szalejące. Bezpieczny seks! Cudo!


    Kiedy miłosny zapał pokonał nasze słabe ciała, zasnęliśmy na sobie, w sobie, poplątani, zakochani, dumni i szczęśliwi. Nigdy mój pyszczek nie cieszył się równie szeroko. Gdy się obudziłem, kocurka (jak on miał na imię) już nie było. Polazł gdzie, jak to koty. Czasy ciężkie, więc nawet spontaniczny, improwizowany seks się liczy. A z kocurkiem (jak on miał na imię – jak napisać otwierający cudzysłów dużą literą?) seks zdarzał się częściej. Częściej niż sporadycznie. No! Zdarzał się i był powtarzalny. Powtarzalnie zachwycający. Kto by liczył orgazmy? Chyba tylko stuknięty księgowy.


    Pewnie coś spieprzyłem, bo za którymś razem kocurek (jak on miał na imię) zdawał się być nieswój i mniej zaangażowany. Jeszcze trochę i zacznie udawać orgazmy! Przyjrzałem mu się nieco przytomniej, jeśli w pełnym wzwodzie można zachować przytomność. Chyba mu się nieco utyło. Nie wiem, gdzie żreć chadzał, ale karmili tam wybornie. Nabrał boczków i na pysku wyokrąglał. Ładniutki taki. Puchatek. Baryłeczka. Mój kocurek (jak on miał na imię)…


    Wreszcie przy kolejnym spotkaniu powiedział twarde i stanowcze nie! Normalnie zwiędłem z wrażenia. Smutek zgasił płomień namiętności. W kocurku (jak on miał na imię) szybciej, niż we mnie. A choć żebrałem i błagałem, choć obłaskawiałem mojego kochanka, ten tylko kręcił głową i trzymał mnie na dystans. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem:


    - O co ci chodzi? Czy źle nam jest ze sobą?


    - Nieeee… zamiauczał jakoś tak łzawo, ale ja… jestem w ciąży


    - No i szlag trafił bezpieczny seks, a kocurek (jak on miał na imię) okazał się kotką. Tylko patrzeć, jak zadrze ogonek i kręcąc pupka pójdzie w siną dal.

Przestawiłem zastawkę na stawie, by postawić tam zastawę. Stawy w stawie ustawiłem i podstawkę podstawiłem.

 

    Rudowłosa bogini w błękitnej sukience jednym ruchem biodra zabrała wzrok. I nie puszczała. Jej biodra stać było na kolejne i kolejne ruchy. Mało mi głowy nie ukręciło, gdy autobus odjeżdżał stanowczo zbyt szybko. Szybkim krokiem przemierzałem Halę Targową z misją zakupu chrzanu, więc poczułem się „w temacie” podsłuchując komentarz straganiarki: śremskie się pojawiły, znaczy kończą się ogórki!

Ból w Kabulu.

 

    Wczorajszym popołudniem zwiedzałem dzielnicę, do której zwykle mi za daleko. Jeśli mnie wzrok nie zwiódł, na szarej okurzonej elewacji znalazłem przesłanie PALMY PLONY BANANÓW. A potem to już wracałem do domu i przy Wzgórzu Sakwowym dostrzegłem brodacza siedzącego w trawie i rozmawiającego z klonem, mimo że interakcja była znikoma.


    Dzieje się coś niedobrego. Ze mną. Sezon wakacyjnie nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a z nim sezon na siniaczki, a ja dotychczas nie odnotowałem żadnego zasługującego na zauważenie – tracę wzrok, czy kobiety stały się ostrożniejsze? Panna z pępuszkiem na wierzchu opierała się o filar arkad, a biodrami rytmicznie wykonywała ruchy frykcyjne. Autobus odjechał nim osiągnęła spełnienie. Trochę szkoda, bo zanosiło się na wytrysk z tych kompletnie nieoczywistych.


    W dni robocze po dwakroć mijam przybytek obwieszony autoreklamą pod nazwą ENEL MED. I za każdym razem, bez udziału świadomości przetwarzam ów napis na MENEL ED. Cóż. Nie jestem dobrym człowiekiem. W jadącym równolegle autobusie widzę wysiłki „kanarów” kontrolujących bilety. Wśród pasażerów zwykle przeważają Kozacy, choć czarnoskórzy przestali być niespodzianką.


    Na osiedlu pachniało podgrzaną cebulką. Początkowo sądziłem, że ów aromat ciągnie się za panią w stroju nie posiadającym części plecowej, ale nie – zapach opanował połowę drogi. Z tego wszystkiego zacząłem dumać, czy można wybrzuszać się nie tylko na brzuchu, ale i gdzie indziej. Na plecach? Wypleczać? Na du… no, no! Nie przesadzajmy!

niedziela, 9 sierpnia 2026

Bełkot szura.

 

    Farmacja to chyba największy zamawiacz reklam tak w telewizorze, jak radiu, czy w internecie. Zebrałem przykładowe leki/suplementy/wyroby medyczne i wynotowałem wybrane składniki, wypatrując elementów zielarskich tradycji:

- Travisto – karczoch, mięta pieprzowa, ostryż długi, koper włoski

- Hepaslimin – karczoch, ostrokrzew paragwajski, korzeń cykorii, ostryż długi

- Persen forte – kozłek lekarski, mięta, melisa

- Sambucol extra strong – owoc czarnego bzu

- Nervosan fix – korzeń kozłka, melisa, mięta, krwawnik, rumianek

- Sylimarol – ostropest

- Verdin complex – karczoch, rozmaryn, kurkuma

- Skrzypovita – skrzyp polny, ziele pokrzywy

- Destresan - melisa, różeniec górski, chmiel, waleriana (czyli kozłek lekarski)

- Detusan – porost islandzki, korzeń prawoślazu, kwiaty dziewanny

- Iberogast – arcydzięgiel, kminek, lukrecja, mięta, melisa i UWAGA glistnik – jaskółcze ziele – zioło od 03.04.2026 zakazane oficjalnie.

- Tussipect – ziele tymianku

- Neospasmina – owoc głogu, kozłek lekarski

- Valerin sen – ziele melisy, szyszki chmielu

- Lipomal – kwiat lipy

- Pyrosal kid – kwiat lipy, korzeń prawoślazu

- Sinulan express forte – eukaliptus, mięta pieprzowa, rozmaryn, tymianek


    Nie chce mi się już dalej tego ciągnąć – ponad połowa reklamowanych produktów firm farmaceutycznych korzysta z ziół jako bazy swoich wytworów. Ponieważ ziół nie umieli opatentować, więc dodali „specjalne formuły” do pigułek, żeby ukryć lecznicze działanie ziół, które mimo tych „formuł” nadal dają radę.


    Po wejściu w życie ustawy Lex Szarlatan zielarze będą bali się dzielić wiedzą i umiejętność rozpoznawania i wykorzystania ziół błyskawicznie zniknie – zostanie tylko w wielkich firmach farmaceutycznych, jako wiedza tajemna. Teraz wystraszą milionową karą kilku najgłośniejszych zielarzy, a reszta stuli uszy i będzie się bała podzielić doświadczeniem, czy gotową mieszanka ziół. Poważnie zastanawiam się, czy zakon Bonifratrów, Herbapol i wiele mniejszych, ale renomowanych firm/nazwisk (np. ojciec Klimuszko, dr Henryk Różański) doigra się połajanki od pożal się Boże nominowanego przez Prezesa Rady Ministrów, niekoniecznie znającego się na rzeczy Rzecznika Praw Pacjenta – kosmos dzieje się na moich oczach, a ja naprawdę nie chciałem żyć w ciekawych czasach i wolałbym nudną stagnację.


    Był czas, gdy zdumiewałem się, jak doszło do sytuacji, w której amerykańskie firmy chwaliły się cudownym „lekiem na bazie tymianku”, aż przypomniałem sobie, jak szybko wytępili rdzenną ludność, a potem nie mieli od kogo się uczyć i w XXI wieku musieli odkrywać go na nowo. Teraz może to samo spotkać nas. Na wakacjach, znalazłem kwitnącą dziko miętę, urwałem kilka listków i zaparzyłem – nie ma porównania ze sklepową. Herbatka z takiej, to coś o dwie ligi wyżej, niż torebka ekspresówki rodem z dyskontu, albo apteki.

Idź śladem pieniędzy.

 

    Głowię się od pewnego czasu nad taką zagadką:


    Czy Lex Szarlatan (och! jak sprytnie ukryto faktyczne intencje owego „prawa”) po wejściu w życie (a parcie na błyskawiczną legislację wskazuje na to, że ustawa została zamówiona i sowicie opłacona, więc wejdzie) sprowadzi do podziemia naturopatów, ziołoleczników, bioenergoterapeutów i akupunkturzystów. Wśród napiętnowanych przestępców-szarlatanów niechybnie znajdzie się szesnastowieczny zakon szpitalny Bonifratrów, wraz z ich naprawdę tradycyjną wiedzą i recepturami.


    Niewydolność medycyny systemowej, każącej pacjentom czekać w wielomiesięcznych kolejkach na zabiegi „na cito” zdumiewa. Cierpiący, dla ratowania życia stanie się bezradny, chyba, że w jego wsi będzie działać nielegalna szeptucha, czy wiedźma.


    Kto zarobi?

sobota, 8 sierpnia 2026

Miejski surwiwal dla najsłabszych.

 

    Przeglądając prasówkę odkrywam lekarstwo na bezdomność. Znajduję darmowy posiłek dla bezdomnych, chorych, emerytów, ludzi z marginesu społecznego. Jesień idzie, nie ma na to rady – twierdził Waligórski i żadna ideologia tego nie zmieni. Przydałby się ciepły kąt, miska ryżu ktoś, z kim można pogadać… Gdy bieda dokucza, a mieszkania takie drogie, nawet ciuch, choć tani wymaga prania, a sił brak. Co robić?


    Wystarczy podejść do dowolnej grupki kozaczej, poprosić by wyjęli swoje „wypasione smartfony”, następnie zbesztać ich słowem niewybrednym i dobrowolnie zgłosić się na policję. Zakwaterowanie z pełnym wyżywieniem na maksymalnie 7,5 roku.


    Po wykwaterowaniu można się przewietrzyć i powtórzyć operację.

Wieszak, to kat, który wiesza?

 

    I znów mogę się cieszyć Miastem, wdychając woń świeżo kładzionego asfaltu, czy kurzem z rozbijanych młotem pneumatycznym warstw betonu remontowanych torowisk. Zamiast mew o poranku gruchają gołębie, i mruczą rozkosznie stojące w korkach samochody. Zamiast „latających patyków”, jak nazywam kormorany w powietrzu zawsze wałęsa się jakiś samolot lecący nie wiadomo skąd i dokąd, a każdy pilnuje, by nie powtórzyć trasy poprzednika, żeby „smugi kondensacyjne” nie splątały się w warkocz superkomórki. Osiedlowe pieski mają się dobrze, jeśli mogą mieć się dobrze, gdy słońce przepala im grzbiety podczas obowiązkowej rundy honorowej. Dzieci popłakują – czyżby z braku bliskości młodych przedszkolanek? Lato kumuluje się gorączką w tak wielu płaszczyznach, że parując wieczorami przedłuża dzień aż po świt. Śpię na wierzchu, co jakoś specjalnie nie pomaga, chyba, że na psychikę.

piątek, 7 sierpnia 2026

Parkował w parku, by budować budy.

 

    Bałtyk. Spora kałuża, której brzegi nikną za horyzontem. Jakiś facet w piątym podejściu przepłynął. Jakaś pani już nie i wyciągnęli ją z wody jak dorsza po 58 kilometrach walki. Morze faluje. Czy jest wiatr, czy go nie ma. Może z przyzwyczajenia, bo samo już nie pamięta dlaczego faluje. Wyrzuca na brzeg porzucone (podrzucone) śmieci, zabawki, zapodziane skarpety, czy bieliznę zerwaną z rozgorączkowanych spontaniczną miłością ciał. Plastikowe zabawki napełnia woda i piachem. Do znudzenia powtarzając ów ruch. Hipnotyczny, plączący nogi. Może i zimny, ale nasz. Bez parzących meduz, rekinów, piratów (choć to ostatnie mocno niepewne). Pora wracać. By zatęsknić za piaskiem w kąpielówkach i słońcem wydziobującym z pleców liszaje. Wrócę? Jeśli budżet pozwoli, to pewnie tak. Chyba, że znów jakaś pandemia, czy inne nieszczęścia z internetu mnie powstrzymają.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Klarnet Klary sklarowany.

 

    Coś nieśmiało pociekło z nieba i wygnało ludzi z plaży – jak na jakąś pielgrzymkę. Wyjścia z plaży stały się zbyt ciasne i wąskie gardła z trudem wypuszczały ludzi mokrych oddolnie, żeby nie zmokli odgórnie. Trudno – chyba czas wracać, skoro pogoda się kończy. Jutrzejszy obiad już w domu, ale dziś jeszcze trzeba strząsnąć piach ze stóp, nim się wejdzie na pokoje. Wędzona rybka, zapakowana próżniowo też pojedzie, a co! I garść bardzo starej żywicy. Wystarczy tylko rozwiązać problem bagażu – w coś co przyjechało pełne trzeba zmieścić więcej. Eskaluję każdego roku, ale w kwestii pakowania radzę sobie znakomicie.

Pewnie piwne pawie na prawie.

 

    Nie, żebym zapomniał o bursztynie. One są wszędzie, tylko nie na brzegu. Zakłady jubilerskie oferują cudeńka, a niemal wszystko, na czym warto zawiesić wzrok zaczyna się od czterech cyfr. Muzea chwalące się, ze każdy eksponat można kupić. Na przykład drzewko szczęścia – pień z odłowionego w morzu korzenia i kilka tysięcy bursztynowych listków za jakieś 25 tysięcy. Dla biedniejszych zostają bursztyniarze, którzy łowią sami, obrabiają i osobiście sprzedają z malutkich, turystycznych stolików. Jak się zna takiego, wtedy można obejrzeć coś nie-dla-szerokiej-publiczności. A co! Znam. Starszy facet, który pojawia się na plaży nie za często, a za każdym razem przyniesie coś, co łeb urywa. Z zachwytu. Surowy „kamień” i wyroby realizowane nawet przedwojennymi metodami. Korale obrabiane cęgami? Wisiory wyglądające jak wyłupane w krzemieniu? Kaboszony tak pełne srebrnej trociny połyskującej w słońcu bez końca i to bez ingerencji człowieka? Wszystko się da.


    I wszystko byłoby jak należy, gdyby nie młody byczek u którego na stoliczku, obok bransoletek po stówce walało się siedem bryłek wielkości małej piąstki. Wycenione razem na ponad pięćdziesiąt tysięcy. I choć trudno w to uwierzyć – warte były tej ceny. Połowa bryłki wiśniowa, druga żółta, a środkiem mleczna chmurka. Inny w jednej osi zdawał się być zielony, a w drugiej czerwony. A każdy tak idealnie czysty w środku, jakby ktoś je wyzamiatał przed skrzepnięciem. Nic równie pięknego nie widziałem. Osiem tysięcy za kawałek żywicy… Cholera! Nie miałem. I nie stać mnie było nawet na negocjacje, bo nawet po potężnym rabacie wciąż stać mnie byłoby tylko na podziwianie. Cieszę się, że mogłem obejrzeć. Trudno będzie taki obrazek dogonić.

środa, 5 sierpnia 2026

Wykaszanie kaszanki i golenie golonki.

 

    B0 EASY, G7 TEMPO. - tak na świtańca trafiam dwie tablice w ruchu.

    Nieopodal latarni, przy porcie stoi wielkie młyńskie koło „do zwiedzania”. Tam, gdzie schodzą się „szprychy” widnieje napis oko Kołobrzegu. Jak dla mnie między słowami zabrakło literki W. Wtedy byłoby zupełnie jasne, że zostałem wykryty właśnie tu.


    Na plaży współczesny Herkules, opalony iście afrykańsko uśmiechał się do Syrenki, która od lat karmiona była tłuściutką makrelą, więc jej kształty mocno wybujały. Herkules w uśmiechu prezentował niepełna klawiaturę, jakby właśnie mu powypadały mleczaki, albo popadł w konflikt zbrojny z Chuckiem Norrisem. Malowani ludzie wreszcie mogą pochwalić się tatuażami oszałamiając publikę bogactwem detali i lokalizacją dzieł sztuki. Na brzegu pospolitą staje się odwaga krocząca – krok w akwen i przerwa, potem następny i znów. Jakiś starszy pan postanowił przebrać się dwa kroki od wody i udawał, że nie widzi, jak gęsto tam od ludzi. Ale na wszelki wypadek interes ukrył w piachu. Albo nie używa, albo ma na podorędziu kogoś, kto doczyści organ do białej kości. W wodzie grasuje mama dwójki dzieciaków o podpisanych pośladkach. Najwyraźniej mąż, trawiący właśnie konserwę piwną podpisał na wypadek, gdyby mu się zawieruszyła, a on się stęsknił – uczciwego znalazcę prosi się, wysoka nagroda i telefon kontaktowy – tak poważniej, to nie udało mi się odczytać – wzrok już nie ten. I jeszcze dziewczynka, której właśnie zaczęły rosnąć skrzydła – łopatki przebijały się wytrwale przez skórę, żeby aniołka z kokonu ciała uwolnić.


    Dzieci pracowicie stawiały szańce z piachu, na wypadek powtórki z potopu szwedzkiego, bo wiadomo, historia lubi powtórki. Nie za groźna chyba była ta powódź, skoro tę z 1996 roku uznano za powódź tysiąclecia. Ale – strzeżonego… Przy dnie, na płyciznach uczą się pływać młode makrele i flądry. Wierzchem pływają głodne kormorany i mewy w rozmaitym rozmiarze. Niebieskie koguty ściągnęły żądną sensacji publikę i przemodelowały rozkład plażowiczów wzdłuż plaży.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Bronek broni Broni bronią z brony.

 

    Nad morzem zostało pół księżyca. Zapewne ma zamiar wesprzeć słońce, które radzi sobie nienajlepiej. Może dopiero się rozgrzewa? Na kominach okolicznych pensjonatów porozsiadały się mewy i zawodzą z zapałem. Wyglądają jak lizaki-kogutki, choć zapewne są mniej słodkie.


    Morze uczesało dno w twarde bruzdy w sam raz pod uprawę kartofli, czy szparagów. Dzieci odławiają meduzy i zastanawiają się (chyba), z czym byłyby najlepsze. Z cukrem, bitą śmietaną i jagodami, a może z serem i keczupem? A tak już bardziej serio – meduzy potrafią nieźle zaiwaniać pod wiatr i fale. Nim się człek obejrzy, już taka hycnie pięć bruzd w tę czy tamtą. Brzegiem uporczywie biegnie dziewczyna, usiłując zrzucić pupę i boczki, a może i odrobinę biustu. Czy jej się uda, tego nie wiem, ale wysiłek spływa jej kręgosłupem kryjąc się w czerni stroju bardziej kąpielowego niż sprinterskiego.


    Starsza pani tak zaaferowała się swoim staruszkiem i sporym psiskiem wizytującym Bałtyk, że kiedy dno znienacka zmieniło rzędną, potknęła się i niechcący zaczęła ogrzewać akwen swoim urokiem osobistym i wdziękiem. Na wydmach dwóch zawodowców kosą spalinową dokonują selektywnej wycinki, lecz w jakim celu? Bliżej brzegu młody chłopak naciera swą wybrankę kremem, choć emocje tężeją mu w kąpielówkach. Kawałek dalej, z fantazją zajechał na plażę archetyp wuja. Brzuchaty i rubaszny, w sam raz na weselną popijawę. Zajechał BWP-em – bagażowym Wozem Plażowym. I przywiózł prócz zasieków parawanu jakieś pół namiotu koc i parę piw. Po dwóch pierwszych zasnął, najwyraźniej sterany nocną zabawą.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Co wiecie o kwiecie na świecie.

 

    Studiuję ofertę knajpki tuż przy wydmach. Na koziołku mozolnie ktoś wypisał kredą zapiekanki XXL, frytki, napoje czynne… dalej już nie czytałem, bo mnie oszołomiła propozycja nabycia napoju czynnego. Było zamkniete jeszcze, ale może zapamiętam adres i z okazji jakichś świąt, czy „zielonej nocy” skuszę się na napoje czynne. Może nawet z frytkami!


    Wchodzę na plażę w miejscu strzeżonym pilniej niż granica z Białorusią. Pod okiem osiwiałego z trosk ratownika zasiedlającego fotel plażowy taplała się kolonia żeńska. Od strony głębin z wysokości ratunkowej szalupy strzegł piskląt Neptun w czerni – znaczy trwale opalony i w żółciutkich kąpielówkach. Jego podopieczne były przepasane żółtymi szarfami, żeby było za co towarzystwo z wody wyciągać bez uszczerbku na skromności dziewiczej.


    Dzieciaki usiłują przesypać plażę do małych, plastikowych wiaderek. Bezskutecznie. Plaża opiera się wysiłkom. Po płyciznach pływają rybki w sam raz nadające się do konserw – powiedzmy szprotki w sosie własnym. Na głębinach czają się mewy w niepoliczalnych ilościach. Chyba na coś czekają. Bez nerw i niepokojów. Z tego wszystkiego wymyślam odpowiedź na pytanie, dlaczego Bałtyk jest zimny – gdyby go ogrzać, powstałaby olbrzymia zupa rybna! Za darmo szłaby jak burza, a nadmorskie knajpki zbankrutowałyby do szczętu!

Nieznaczny znaczek naznaczył znakomity znak.

 

    Nocą ktoś ukradł wszystkie fale. Nawet te drobne. Dzieci ogłupiałe kręcą się brzegami, panie rozglądają się z zadowoleniem, że nic nie atakuje ich kostek, gdy drepcą na granicy światów suchych i mokrych. Panowie obudowani namiotami rozkładającymi się w dwie sekundy, a składającymi się dwie godziny leżą i nawet nie kwiczą. Kwilą tylko mewy zawiedzione nieco bezczynnością morza. Plaża pusta, może po wczorajszych koncertach przy molo sił zabrakło? Rankiem na plaży dominują psowaci – szum wody pobudza nereczki pupili do aktywności porannej, a wyprowadzaczy wprawia w stan bliski hipnozie. Nie – nie widzą innych, bo i po co. To ich trzeba widzieć. Ich i ich psy, często umocowane na wielometrowym sznurku, by mnogość swobody była adekwatna do jakości wakacji.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Je dynie jedynie w jodynie.

 

    Słońce rasistowsko mnie napastuje. Umazany pigmentem na brąz coraz mniej przypominam białego człowieka. Może to i lepiej, bo ten wiecznie na cenzurowanym. Od kilku lat najlepiej mieć korzenie ze stepów akermańskich, niż być rdzennym (ha! Na ziemiach odzyskanych niełatwo być rdzennym, bo w tyglu historii tak wiele nacji może się pochwalić przodkami, czy podwładnymi właśnie stąd) tubylcem.


    Zatłoczonym deptakiem biegnącym wzdłuż brzegu pani wiozła walizę tak pełną muzyki, że aż się z niej wylewało – wystarczało dla wszystkich, a siła rażenia sięgała dalej niż wzrok. W morzu? Gęsto. Panowie z butelkami piwa, panie w strojach rozmaitych i wszystko kołyszące się do rytmu dudniących ze sceny bębnów. Dwie nastolatki z glanami-podkolanówkami przewieszonymi przez ramię usiłowało tańczyć w wodzie i wcale nie były odosobnione. Na plaży taki ścisk, że można dorobić się nieswojego dziecka, względnie utracić własne – i to bez nielegalnej aborcji.


    PS. Usłyszałem anegdotkę – morską, czyli na czasie. Na brzegu kuca malutka dziewuszka i coś tam sobie kreśli łapkami w piachu i przemawia do Bałtyku no chodź głupie morze, chodź! Morze grzecznie podpłynęło pod malutkie rączki, a dziewczynka oburzona krzyczy – ale nie tak bardzo!