On? Był Taki – nie za ładny, raczej brzydki, nic co warto byłoby pamiętać. Ona? Tiki - pulchna, niska, jeśli rzucała się w oczy, to raczej krągłą miękkością, niż brawurowym strojem czy makijażem bojowym. W sumie trudno podziwiać. A jednak. Spleceni losem, wyglądają jak dwie kulki schwytane krótkim sznurkiem za ręce. Tiki-Taki. Brzydko-piękni, nierozłączalni, powtarzalni nawet w słabe dni, kiedy niebo gęstnieje w szarościach i ogranicza ekspresję zewnętrza.
Z autobusu podziwiam zawziętość kobiecą. Doświadczona życiem pani spięła ciało do biegu, by zdążyć na zielonym. Tak wiele energii zainwestowała w osiągnięcie celu, że kiedy nieoczekiwanie zgasło – przebiegła i tak. Na innym skrzyżowaniu chłop ciosany siekierą, posągowo okazały także przebiegał – może dzień taki za-po-biegliwy? Chłop cwałował, a ja patrzyłem. Zdawał mi się małą dziewczynką biegnąc lekko i kobieco. Zdążył. Gdy zwolnił od kłusu do stępa stracił tę niewieścią lekkość ruchu i toczył się golemicznie (Zapędowska określiła coś podobnego słowami kanciasto i cudnie). Porysowana dziewczyna o wyblakłej karnacji słuchała rocka w ciężkiej wersji. Wzrok miała zmętniały zasnuty niedokończonymi snami. Za to z uszu jej dudniło mimo wetkniętych głęboko słuchawek, usiłując wysterować przechodniom tętno na swoją modłę.
Zagapiony w te nieznaczące widzenia trafiam Nóżkę w sandałkach już na skrzyżowaniu, co pozycjonuje mnie w czasie raczej słabo, więc wyciągam nogi i drepcę nieco szybciej. Ale nie biegnę, żadnych świateł nie doganiam. Za to trafiam panią, która samym pojawieniem się poprawia mi humor. Gdybym był lekarzem osobistym, przepisałbym ją sobie na receptę, nie bacząc, czy grożą mi jakieś skutki uboczne. Za to gdzie nie spojrzeć kwitnie żmijowiec. Tak, jak w zeszłym roku cykoria podróżnik, ale w tym roku dopiero raz ją widziałem kwitnącą – do kompletu z małym motylkiem dopasowanym kolorystyczne do kwiatu.