wtorek, 30 czerwca 2026

Ekstrakt dedukcyjny.

 

Wnętrze mojej dłoni pachnie spełnieniem – gorączką kobiety popchniętej w otchłanie orgazmu. Usilnie walczę z własną pamięcią, żeby przypomnieć sobie jej imię, ale ja od dawna już TAK NIE DOTYKAŁEM żadnej kobiety, więc to musiał być sen – po prostu musiał! Sen przenoszący aromaty w rzeczywistość.

Rajdy dla frajdy i wyścigi niedościgłych ścigaczy.

 

Istota płci niezdeterminowanej doganiała autobus pod osłoną parasola przeciwdeszczowego chroniącego przed udarem słonecznym. I dogoniła. Głowy nie dam, ale chyba-facet, choć włos miał długi, farbowany na rudo i w kok na głowie zawiązany. Lepiej siedzieć cicho, bo ponoć jakiś lekarz z Kanady dostał w prawomocnym wyroku karę 750.000 ichniejszych złotówek za twierdzenie, że biologiczna płeć nie jest kwestią wyboru.


Szczeć wyciąga swoje zielone, kolczaste głowy do słońca i beztrosko porasta wąskie trawniki dzielące pasy ruchu – po co dzielące, tego akurat nie wiem, ale szczeci to nie przeszkadza, więc i ja cynicznie wzruszam ramionami. Na przystanku trwa w melancholii chłop podgolony na szlachcica. Niewątpliwie stał się lepszym człowiekiem, gdy swą szlachetną szyję trwale ozdobił kilkoma trójkątami. Zmierzająca na przystanek dziewczyna w żakiecie koloru kwiecia podróżnej cykorii jakoś nie dostrzegła wyrafinowanej modernizacji samczego karczocha – może była zaspana (zasapana)?


Zapowiada się dzień kobiet rozrośniętych w barach – bary co prawda zwykle kojarzą się z mężczyznami (względnie z leniwymi pierogami, albo z prymitywnym wyszynkiem), zostawiając dla kobiet ramiona, ale jakoś ramiona nie pasowały mi do tych klat rozrośniętych i wybujałych co najmniej w 3D, które mnożyły się w oczach i w czasie. Gdy wysiadam, trafiam na pana z pustym wiaderkiem. Idzie beztrosko nim machając i popada w samouzależnienie od sprokurowanej lekkomyślnie sinusoidy do tego stopnia, że zaczyna się zataczać w marszu.


Znów wygnało mnie na wyspy. Zdziczałe jabłka poturlały się w trawie zmierzając ku brzegowi Rzeki, by tam medytować wzorem Hipokratesa, zapewne aż po śmierć. Na Wyspie Daliowej jakiś łykowaty chudzielec fotografuje urodę swojej kruszynki-murzynki na tle rzeźby – szkieletu wieloryba o żebrach z polerowanego chromu, powstałej ongiś za jakieś kosmiczne pieniądze. Niemożliwa blada miłość meandruje i wymienia uwagi przeznaczone tylko dla wybranki, a wybranka, jeśli już się rumieni, to bardzo dyskretnie, skrywając zawstydzenie pod opalenizną permanentną.


Pod drzewami dojrzewają pieczarki i usiłują przetrwać upały korzystając z łaski gęstwiny liści wiązów. Taki dzień mógłbym zacząć od spotniałej szklanki piwa na jednej z przycumowanych do wysp barek, ale one są jeszcze (już?) zamknięte, więc przyszłoby chyba pić z flaszki, na schodach do wody, rzucając drobne kamienie i patrząc, jak z wyrzutem zerkać będą na mnie kaczki i łabędzie. Pośród wielkich, niebieskich worów ze śmieciami – głównie z próżnym szkłem, śpi kloszard okryty niebieskim kocem. Szkła mniej niż trawy, więc chyba studenci czasowo zaprzestali conocnych okupacji wysp przy grillu wzmocnionym procentami. Przechodzę kładkę i idę pod wiatr, w górę Rzeki, odprowadzony spojrzeniem bazyliszka – znaczy takiej wychudzonej wrony z pociągłą (twarzą? ryjem? mordką? gębą? może głową?) powiedzmy z pociągłym otoczeniem części dziobowej ptaszęcia. Zwolniłem miejsce na wyspach, z czego natychmiast zamierzała skorzystać dziewczyna z wyblakłym psem rasy upośledzonej w gabaryt. Mijając mnie nie mówi dziękuję, ale to było przecież przewidywalne, zgoła oczywiste i nie zamierzałem jej robić wyrzutów.


    Obok galerii promującej cykliczną wystawę członków, gdzie już wkrótce ma stanąć hotel z tradycjami (które prawdopodobnie budowane będą równolegle, albo „hybrydowo”) przechodzi dziewczyna z cierniami wydziarganymi na piersiach. Może miał to być paradoks – niby miękkość, a kolczasta?

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Wciąż w ciąży obrażona żona.

 

Bulwarami, bo tam pachnie czymś nieucywilizowanym do końca. Za to pod dwoma drzewami zauważam plamy wilgoci spływające spod pni trawą, aż na żwirową alejkę. To pewnie zdrowe efekty niezdrowej przemiany materii eksploatowanej minionej nocy aż po brzask. Mijane przez psy zwolnione z obowiązku dźwigania kagańca i smyczy. Na moście ktoś się chwalił różową kredą – idziemy na balangę. Rękę miał wprawną do pisania, a i kaligrafia nie była mu obcą, więc zapewne była to kobieta z wyrobionym charakterem – przynajmniej pisma. Zakonnica w bieli, rozkołysana jak kaczuszka w marszu, zmęczonymi nogami obojętnie przeszła ponad napisem. Jakiś facet jadący na rowerze w japonkach, żyjąc we własnym świecie sączącym się dousznie, przejechał równie beznamiętnie. Życie pochowało się po różnych zakamarkach i tylko budowy tętnią życiem. Dziurawce w wielkich bukietach rosną to tu, to tam. Niewymuszenie, ale widzialnie.


    Popołudniem zawładnęły różowo-czarne dziewczęta. Ich porażającą urodę nieco tylko mąciła ilość tatuaży. Nad Rzeką, dwóch gości w samych szortach usiłowało się upić mocząc nogi w wodzie. Przy tej pogodzie zamiar ten był banalny w realizacji i ekonomicznie nie był jakoś szczególnie uciążliwy. Na straganie jedna ze skrzynek z czereśniami oznakowana była informacją, że te czereśnią są BEZ ROBAKÓW – pozostałe skrzynki nie miały podobnej deklaracji, co pozwala domniemywać, że reszta czereśni, fasolka szparagowa i bób jak najbardziej zawierały robaki. Cóż – Unia popiera żarcie robali, więc chwała sprzedawcy, że uprzedził o jednej skrzynce pozbawionej zalecanego składnika. Czekam na podwózkę i patrzę, jak mijające mnie kobiety głaszczą się po brzuszkach. Chcą mnie zjeść, czy pochwalić się stanem posiadania? W autobusie kobieta o zdeformowanej twarzy – wygląda na wypadkową niezbyt udanych eksperymentów medycyny upiększającej. Prowadzi wideo-gawędę i unieszczęśliwia pół autobusu – najwyraźniej strun głosowych nikt jej nie zoperował. Mignęła mi rejestracja I3 BEBOK i teraz szukam, jakie województwo reprezentuje litera I.

niedziela, 28 czerwca 2026

Graty na raty.

 

    Lato nawet nocą staje się dotkliwie odczuwalne, a każda szmatka zbyt gruba. Bielizna? Są tacy/takie co zapomnieli jej zapomnieć, ale chyba nie stanowią już przytłaczającej większości. Nawet psom nie chce się szczekać, a ptaki zakończyły działalność wokalną już przed śniadaniem. Uliczny handel zamarł i żadnym truskawkom nie chce się iść do ludzi. Tylko chwasty znoszą z godnością eskalację temperatury i mnożą się korzystając z lekkiej zadyszki miejskich kosiarzy trawników. Lody na obiad? Zdarzało się bywać na gorzej zbilansowanej diecie.

piątek, 26 czerwca 2026

Ekstrakt z ukrytym motywem działania.

 

Egzaminator ustawił adeptów przy sztalugach i poprosił aby z głowy namalowali akt kobiecy. Niedługo potem jednego wyrzucił z egzaminu, bo bezczelnie „ściągał” od koleżanki. Dopiero po fakcie okazało się, że adept nigdy nie widział nagiej kobiety.

Na karku noszę Karkonosze, pienię się w Pieninach, jak bies z Czadu w Bieszczadach, lub Tatar w Tatrach.

 

Dziewczyna w pięknej zielonej sukience idąc NIE ZACHWYCA się kwiatami cykorii, choć te przybrały intrygująco niebieską barwę z kropelką fioletu. W autobusie, gdy znajdzie się wolne podwójne siedzenie, mężczyźni siadają w głębi, a kobiety wybierają skrajne krzesełko. Pani o delikatnej, szlachetnej urodzie wysiadła, rozejrzała się i gdy autobus zamykał drzwi – wskoczyła do środka. Najwyraźniej gnała ją jakaś gorączka, względnie niecierpliwość sumienia szukała ujścia. Na kolejnym wysiadła znów i od razu przeszła do galopu. Zdaje się, że dogoniła tramwaj jadący przodem.


Od rana widać, że bielizna nie trzyma się ciał. Szczególnie tych młodszych. Czapla z pełnym dziobem, nie chcąc zawstydzać wędkarzy posilających się piwkiem wylądowała w tataraku, i tam przystąpiła do konsumpcji. Medialne szaleństwo – w ogrodzie botanicznym kwitnie dziwidło olbrzymie! Od tygodnia fejs-zbuk atakuje mnie relacjami na żywo, a w naturze kolejki większe jak za chlebem czy mięsem w peerelu. Ogonek ustawia się już o północy, bo o piątej otwierają kasy. Nie bardzo rozumiem ten pęd, bo roślina cuchnie gorzej od śmietników zapomnianych przez śmieciarzy i jakoś specjalnie pięknie też nie wygląda. Stać w kolejce do wychodka, gdy lipy pachną piękniej od najdroższych perfum? Katalpy kwitnąc udają kasztanowce – głupie, już dawno po maturach, co od razu demaskuje oszusta.


    Z napisów takie: D3 TROIT – taksówka wcale nie żółta, jak wskazywałaby rejestracja. Okienko piwniczne zabite sklejką z adnotacją: DLA PANI ANI WSZYSTKO. Potem trafiam dziewczynę w ślubnej sukni otoczoną wianuszkiem kobiet w czerni.

czwartek, 25 czerwca 2026

Alpaki w Alpach i kał Kazia na Kaukazie.

 

D0 YERKA – czyżby fan realizmu magicznego pana Jacka? Zaraz potem D8 DORFF – zagadkowo, może z niemiecka? Dziarsko maszeruje wysoka dziewczyna w jednej, czerwonej skarpetce, ale jak odczytać przekaz nie za bardzo wiem. Więc cieszę się bez uzasadnienia, bo mi się podoba. Jak u małych dzieci. Nie wszystko musi być przegadane do końca. Kobiety w letnich kieckach z rozcięciami pociągniętymi w górę na ile nosicielkom odwagi wystarczy – są i takie którym biodra uciekają z tekstylnego uścisku.


Na świeżo zbudowanym skwerze rosną nie niepokojone inną roślinnością krwawnice kwitnące na różowo. Zasypany kamieniami podmokły teren robi im za rów z wodą, a kamienie wcale nie przeszkadzają pięknie rosnąć i czerpać wilgoć spod nich. W oknie wystawowym przegląda się młoda kobieta. Tu zagra nóżką, tam się uśmiechnie, a to kosmyk włosów za ucho zatknie. Chyba się sobie podoba, bo uśmiecha się z nieukrywaną satysfakcją, tańczy i śpiewa. W rozłożystych ramionach cisu trwa debata ptasiego planktonu. Burzliwa i każdy członek stada ma coś niezmiernie ważnego do przekazania reszcie. Harmider jak podczas sejmowych burd.


Nad Rzeką buduje się koncertowy przyczółek. Metalowe filary dźwigają reklamy, skrzynie wzmacniaczy udają ściany, kable ukrywają się w tymczasowych korytach. Na kamiennych obmurowaniach rzecznych tajemniczy ekstremista namalował napis MUZYKA OFF ALBO ŚMIERĆ. Mam nadzieję że wybrał śmierć i nie będzie już zaburzał świata niezbyt estetyczną działalnością. Przy jednej z ławek widzę cztery butelki po piwie. Przy drugiej – dwie po winie. Idąc tym tropem wymyślam, że przy trzeciej powinna stać flaszka po wódce, a do czwartej boję się zbliżać. Szczęśliwie z naprzeciwka szły dwie panie sprzątające ślady nocnych aktywności lokalnych i nie wiem jak było, a może tylko sam sobie wymyśliłem ciąg dalszy?


Idę. Nim przeszedłem jeden przystanek w Dzielnicy Boga, między mostami wyprzedza mnie pięć tramwajów i dwóch Kozaków na rowerach. Rozszczebiotanych, zaaferowanych. Królowie Życia! Jeden z nich o mały włos, a zderzyłby się ze stojącym tramwajem. Nie zauważył? A może był naćpany czymś, co z błędnika i oczu robi sieczkę? Przede mną biegnie do Żabki pulchna biegaczka. Druga, też pulchna, właśnie z niej wybiega. Chyba umawiają się na wspólny ciąg dalszy, jak skończą się zakupy. Nóżkę spotykam nim dojdzie do salonu sukien ślubnych – mam czas i mogę sobie pozwolić na dywagacje.


Długowłosy chłopak w kaszkiecie podszedł do ceglanego muru i robił mu zdjęcia telefonem. Niektórych cegieł dotykał wierzchem pięści, inne głaskał. W końcu z bliska sfotografował jakiś detal i kilkakrotnie pocałował, by chwilę później odejść ocierając usta. Chmura, choć biała zdawała się być tak tłusta, że tylko patrzeć jak spadnie na ziemię i wywoła trzęsienie. Wracam w butach z tak cienką podeszwą, że gdybym nadepnął monetę, mógłbym przeczytać jej nominał. Stopą! Ale monety nie leżą na chodniku, więc stopom grozi wtórny analfabetyzm. Na wąskim chodniku mijam za to dwóch fotografów. Sprawdzają gorączkowo czy zdjęcia im wyszły i czy kościół nie uciekł im z kadru. Boją się, że nie trafili? Chwilę później podziwiam pana zaopatrzonego w tkankę na czasy gorsze. Idzie tuląc się wo wentylatora i chyba szuka gniazdka, żeby gdzieś go podłączyć choć na chwilę.

środa, 24 czerwca 2026

Urwis na urwisku.

 

Skoszone chabry już nie zachwycają. Szczęściem nieco dalej od cywilizacji, na szczęśliwszych trawnikach, złocą się wrotycze, dziurawce, dziewanny i wiesiołki. Dzień ludzi puchatych. Okazali przeważają. Pulcheryjka w błękitnej sukni z wdziękiem truchta do autobusu otulona czujnym wzrokiem brodacza King-Konga. Paru kolejnych mijam w trakcie jazdy, w tym jednego na rowerze i z czerwonym irokezem na łbie. Drobne dziewczęta o pupach wymodelowanych strojem, zerkają ostrożnie, czy są podziwiane. A i owszem – są. Staruszka z różową fryzurą, wspierając marsz laseczką, zamierza „przebiec” ulicę pomiędzy oznakowanymi przejściami korzystając z luk w ruchu kołowym.



Na bulwarze cisza. Kaczorki czyszczą torsy na kamiennych schodach wiodących ku Rzece. Pewnie zechcą za chwilę oszołomić wyglądem jakąś kaczuszkę i wspólnie popełnić to i owo. Znajduję pomalowany kamień. Z jednej strony napis LUZIK ARBUZIK, a z drugiej 42-253 FB KAMYCZKI ZABIERZ MNIE, plus wykrzyknik, dwa serduszka i uśmiech z dwukropka z połówką nawiasu. Jaskółki wspinają się wyżej niż kościelna wieża i chyba sam Bóg głaszcze je po główkach, bo krzyczą coś rozkosznie – chciałem napisać, że głaszcze je po łebkach, ale zabrzmiałoby to dwuznacznie. Kto chciałby być tak głaskany?

wtorek, 23 czerwca 2026

Trawa trawi trzewia cietrzewia.

 

Pas drogowy wypełnił się owocującymi świdośliwami. Ptaki ponoć je uwielbiają, a ja zastanawiam się, czy drogowcy chcieli je nakarmić, czy wytruć ołowicą. Pobocze drogi gęsto zasiedla cykoria podróżnik o pięknie wybarwionych kwiatach. Niewiele brakuje, by stworzyła żywopłot. Autobus z powodu przewidywalnych remontów jeździ zmienioną trasą, dzięki czemu podziwiam kwitnące sumaki. Do kolekcji napisów z murów odkrywam dwie małpy - @FASZOLE WON i @SZCZ.


Młodzi ludzie potrafią zaaranżować nawet niechlujność. Nie wiem jak, ale plecaki na nich wiszą jakby zwiędły. Podobnie portki. W autobusie obserwuję pryszczatego dryblasa, który naciąga (w dół) dżinsy, chcąc uzyskać efekt, a ja się cieszę że założył gacie. Chciał się nimi pochwalić? Wysiadam i idę na skwer okolony żywopłotem z klonów polnych. Przerośnięte ławki nieco zakrywają widok, ale śpiącemu kloszardowi wcale to nie przeszkadza. Kawałek dalej uaktywnia się niestrudzony wydmuchiwacz - zanieczyszcza atmosferę kurzem i hałasem. Uciekam. Widząc że patrzę w dół, słońce przesyła mi wiadomość za pośrednictwem Rzeki – zajączek najwyraźniej usiłuje mnie odwieść od podziwiania pajęczyny uczepionej mostu. Jeszcze tylko chce mnie przejechać uśmiechnięta cyklistka w kwietnej sukience i bezpiecznie osiadam, otulony grubymi murami.


Samoloty znów szatkują niebo na fragmenty i pewnie będzie upiorne popołudnie. Ilekroć to robią, nawet upał nie jest tym, czym się wydaje. Słońce przedziera się przez zasieki „smug kondensacyjnych”, niby nie świeci, ale duchota okleja ciało lepkim potem i sprawia że życie staje się walką o chwilę ulgi. Gdybym był władny, zakazałbym wszelkich lotów chociaż nad Europą przez tydzień, żeby zerknąć, czy straszenie mnie „efektem cieplarnianym”, „dziurą ozonową” i „zmianami klimatu” to tylko perfidne działanie „teorii spiskowej”, czy „fakt autentyczny”. I nieważne, czy bełkot wyprodukowała SI, czy jakakolwiek grupa nacisku politycznego. Wreszcie krowy mogłyby swobodnie pierdzieć, a jak ktoś miałby kaprys pojechać dwusuwem nad morze, nie byłby winny „ocieplenia klimatu”. Mimo słonecznej pogody – jaskółki latają nisko, żeby nie ubrudzić piór zawartością „smug kondensacyjnych” – ale padać chyba nie będzie… Jeden samolot wprowadza do atmosfery więcej śmieci, niż ja prowadząc hulaszcze życie przez całe życie. In blanco – rezygnuję z lotnego zwiadu obcych kontynentów wierząc, że nawet nie poczuję kagańca ograniczeń – niech tylko przestaną latać.


    Popołudnie gorące tak, że grzechem staje się bielizna. Na parkingu nudzą się jak mopsy D6 JUSTI i O0 LIONE. Na przystanku siedzi popijając czarne piwko czarownica. Złorzeczy skrzecząc, a obelgi padają okrutne. Tylko starszy pan bardzo kompaktowy chce z kimś na te temat pogadać, więc żeby szeptać wspina się na palce. Głośniej gawędzić chyba się boi. Na nieużytkach nostrzyk sobie rośnie bezgłośnie, a żółte kwiaty sięgają metra, jakby pszczoły nie umiały latać niżej.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Wrzask o brzasku w potrzasku.

 

Noc Kupały gorąca jak żadna inna. Pościel klei się do ciała i żebrze o umiar termiczny. Upał przydusił do ziemi nawet samoloty, przemieszczające się dla niepoznaki nocą i poniżej czujności radarów mogących je zlokalizować. Nad osiedlem huczy, a plastikowe zabawki drżą w piaskownicy, spontanicznie usiłując zakopać się głębiej. Poranna kawa na balkonie daje namiastkę wytchnienia. Ciszę po której biegają czarne czółenka jaskółek i jerzyków uwijających się, by z osnowy nieba wydłubać co smakowitsze kąski. Bezruch zmącony rozkołysanym kuprem trzmielim, poszukującym szczęścia to w bratkach, to w lawendzie. Bezludność lekko trącona biodrami młodej kobiety w białej koszuli i czarnej spódnicy – oficjalny, nienaganny i pozbawiony podtekstów erotycznych metronom w płaskich, lekkich półbutach, cicho znikający za rogiem budynku. Marzenia usiłujące nadążyć za tętentem kół pociągu pogwizdującego na przejazdach zamykanych przez śpiącego dróżnika.


Kosy podejrzanie ciche, obserwują z wysoka ruch osiedlowy, odprowadzają mnie tylko wzrokiem. Do autobusu wsiada Młody Byk (Bóg?) i ostrożnie sprawdza dłonią, czy na krzesełku nie zalęgła się kałuża. Dopiero wówczas Niewierny Tomasz składa na nim cztery litery i zapada w letarg, hipnotyzowany dźwiękami sączącymi się dousznie. Drugi Młody Byk (Bóg?) może niespecjalnie grzeszy wzrostem, za to umięśniony jest tak, że stojąca przed nim kobieta wdzięczy się i przebiera nóżkami bez końca. Przez całą podróż. Znają się, ale elegancik jest ślepy, albo niezainteresowany. Ona? Być może ma już w głowie gotowe ciągi dalsze przy których pan Gray musiałby ukazać pięćdziesiątą pierwszą, mocno zawstydzoną twarz.


Po Wielkim Weekendowym Wypasaniu Tubylców, na bulwarach pozostał okazały śmietnik. Kubełki nie udźwignęły zawartości i wylewa się z każdego. Wokół ławek malownicze martwe natury udrapowane z opakowań szklanych, plastikowych i papierowych po wszystkim, co oferowały światu w piątek stawiane stragany. Wszystko wskazuje, że sprzątanie potrwa dłużej niż piknik. O odtruwanie obywateli zadbają reklamy w TV, tylko-teraz oferujące ulgę w wyjątkowo korzystnej cenie. A Rzeka płynie niewzruszenie jakby nie takie rzeczy widziała.

niedziela, 21 czerwca 2026

Ekstrakt o bogactwie życia wewnętrznego.

 

    Uwielbiam czas, kiedy jesteś tylko dla mnie, na wyłączność. Świat zewnętrzny toczy się gdzieś tam, gdzie się go spodziewamy, czyli na zewnątrz. Wewnątrz, niczym w kokonie siedzimy sobie spokojniutko we dwoje i knujemy małe, co nie znaczy mało intensywne życie.

piątek, 19 czerwca 2026

Zespół zepsuł kosztowny krzyk kszyka w koszyku.

 

Autobus przyjechał z mokrymi (od zewnątrz) szybami. Pewnie brał prysznic dla ochłody przed zbliżającym się skwarem, albo boi się zwiędnąć gdzieś na pętli. Przez te mokre okna zerkam i czytam, co czynię machinalnie:

- My perfect break,

- Energy for you,

- Barber shop,

- Welcome to a better day,

- Medical center.

Naprawdę trzeba reklamować firmy i usługi w języku obcego kraju który wyparł się całej Europy? Dzieciaki w swoim slangu mają tak wiele wtrąceń i dziwacznych skrótów, że trudno w tym rozpoznać polszczyznę. Może ktoś usiłuje ukryć własne kompleksy, brak wartości, przegiętą marżę, podłą jakość? I po co to komu? Gówno nie zacznie pachnieć, kiedy nazwiesz je shit.


Okazała dama w bieli na hulajnodze wytrąca mnie z zawziętości, a barszcz Sosnkowskiego kolonizujący zrekultywowane wysypisko śmieci sprowadza na ziemię. Kępka dziurawca osiedliła się między pasami ruchu i ściąga wzrok ciemnożółtymi słoneczkami kołyszącymi się na wietrze. Kolejny napis dla odmiany poprawia mi samopoczucie – kwiaciarnia nazywa się KWIATOLUBNA. Do autobusu wtacza się dziewczątko w czerni z metalowymi smarkami i różowiastą walizą-krową. Dziewczątko ma na sobie tej czerni nie za wiele i pewnie resztę kryje krowa, ale ten fragment przyszłości będzie już mógł podziwiać ktoś odległy, bo wysiadła przy dworcu. Przypominam sobie wczoraj widzianą dziewczynę w koszulce FC Barcelony związaną pod biustem, by opalić nereczki. Sądziłem że na plecach znajdę nazwisko pani Pajor, ale jednak zajął je pan Lewandowski. D0 NUGAT – stoi i nudzi się czekając na wyzwania ze strony posiadacza. Niedaleko nagiej babci na kościelnym murze znajduję fioletowe spostrzeżenie artysty – SŁOŃCE ZASZŁO – kto jest ojcem i czy dziecię zdrowe, tego już nie wiadomo. Na bulwarach szaleństwo „małej architektury”. PIN CATERING (i inni) rozstawiają namioty ławy i stoły, czyli kulinarne szaleństwo za chwilę się zacznie i znów zabraknie miejsca nad Rzeką, a wielkie żarcie zbierze żniwo – ciekawe, czy farmacja szykuje się już na wątrobiarzy, cukrzyków i otyłych na życzenie, by zarzucić świat „wyrobami medycznymi” i suplementami pozwalającymi zeżreć więcej i częściej.


Emerytowany Dżokej znów w siodle! Dosiadł wreszcie, może nie szlachetnego rumaka, ale rower – cóż, też ma siodło i potrafi rozwiać włos na wietrze. Jak tu mieć zaufanie do knajpy crême oferującej pierogi domowe? Już prędzej bistro palce lizać brzmi jakoś bardziej tubylczo, choć bar byłby jeszcze lepszy. Kompletuję działalność literacką na tablicach rejestracyjnych P6 RANGE, D1 SENSO, V8 LAVIE, V6 FEEL. Mnożą się te wybryki literackie na potęgę.


Wracam nadziewając się na obraz beztłuszczowej dziewczyny pałaszującej łyżką coś dużego z plastikowej miski-talerza. Patrząc na nią zawartość pewnie jest dietetyczna, albo zgoła o ujemnym bilansie energetycznym. Podziwiam pocąc się i współczując krągłościom wciśniętym w czernie, gdy słońce potrafi wytopić wodę i tłuszcz nawet z nagiego ciała. Przed sklepem z piwem stoi koziołek reklamowy a na nim reklama: dziś na kranach - IPA, APA, UPA – trochę się zapędziłem, ale trafić piwo, które smakuje jak piwo, a nie wynalazek szaleńca który po prostu musi odcisnąć swój talent na wytworze, to już sztuka. Gdy koncerny masowo używają żółci bydlęcej zamiast chmielu napój staje się trudny do wypicia i trzeba szukać mniejszych browarów, ale kto powiedział, że skórka od grapefruita, to doskonały pomysł na piwko? Ech! Dobrze, że choć kefir zachowuje się uczciwie.



czwartek, 18 czerwca 2026

Wraca przez wrota na wrotkach.

 

B0 JUTRA – na początek. A na tylnej szybie reklama Centrum Edukacji Sensorycznej Bohater Jutra. I wszystko jasne. Ciułam widzenia podróżne do kolekcji na dziś, gdy dziarskie babcie dominowały przestrzeń. Pierwsza z cyberpapieroskiem, w dżinsach za kolanko i takim zestawem dziur, że szwajcarski ser zgliwiałby z wrażenia. Krążyła po przystanku nieco rozjuszona niekompetencją komunikacji miejskiej każącej JEJ CZEKAĆ! Druga to nawet wsiadła do autobusu którym jechałem. Dżinsy-dzwony miały nogawice kosmate i kudłate. Masa frędzli wycierających chodniki wymagała wizyty u stylisty-fryzjera, ale najpierw mycie, najlepiej podwójne. Pani wdała się w smart-potyczkę z wirtualnym światem i tyle ją widzieli. Trzecia? A i owszem. Trzecia babcia namalowana była na ścianie kościoła. Nagusieńka i uśmiechnięta siedziała sobie z jedną nogą podgiętą pod siebie (bo pod cóż innego?) i robiła szal na drutach. Żółto-czarny. Początek ozdabiał już szyję, drugi koniec dopiero powstawał. Malarz litościwie poukrywał newralgiczne fragmenty nagości i nic nie drapało od patrzenia.


W drodze wysupłałem z siebie myśl, że kobiety mają w sobie więcej żaru od facetów. Chłopaki poubierane w dwie-trzy warstwy i skarpety, a dziewczyny z gołymi nogami i często wybierały krótkie rękawy. Na bocznej elewacji budynku wyższego od sąsiednich o jedną kondygnację pyszni się wielki napis DNO. Dno na górze? Intrygująca koncepcja. Jakiś typek zaraża przestrzeń nadwyżką własnych preferencji muzycznych i łupu-cupu przedziera się spod słuchawek opadając na niczego się nie spodziewającą publikę. Idąc wzdłuż Rzeki podziwiam mycie mostu wodą pod ciśnieniem. Śpiący kloszardzi obudowani dobytkiem cicho poświstują ostatnie sny i nie przeszkadzają ptakom pleść arie miłosne. Stadko rozchichotanych, cycatych księżniczek pruje po chodniku na hulajnogach, pozwalając powiewom na wyrafinowane pieszczoty. Jadą gęsiego, więc może to były gąski?


Kopciuszki bawią się w berka z wróblami. A może to konkurs, kto „bardziej” fruwa? Jaskółki uwijają się niezbyt wysoko, co słabo wróży tym, co pragną się dziś opalić. Kępa traw wyrosła w rynnie niepostrzeżenie rozsiewa potomstwo po okolicy, licząc na łaskawość losu/wiatru.


PS. Przeczytałem niewymuszenie: Zawsze jest coś, co próbuje cię zabić. Ananshael (Bóg śmierci) jest wszędzie. (Brian Staveley Miecze cesarza). – Tak prawdziwe, że aż boli. I co? Odkryłem, że przecinek kursywą jest „bardziej pochyły” (różnica - dla niewiernego Tomasza: , ,). Ale to tylko „przy okazji”.

środa, 17 czerwca 2026

Spocony spot o sporcie w porcie.


    Po raz nie wiem który padam ofiarą nowomody transportowej. Kiedy kierowca MPK trafi na cienki strumyk „zielonej fali” i przejedzie bez postoju ze dwa skrzyżowania (w Mieście jest ponoć działający inteligentny system transportu), wówczas na dowolnie wybranym przystanku nabija minutki „oddając” zaoszczędzony czas i stoi sobie beztrosko jak jakiś obelisk. Żeby nie gnuśnieć – patrzę. Chudy gość w czerwonych adidasach idzie tak, jakby chodnik był z gumy i uginał się pod ciężarem kroków. Może marynarz na wakacjach? Od strony dworca szedł, więc kto wie, czy nie przyjechał właśnie na kurację odwykową w skostniałym, miejskim środowisku.

    Kopciuszek zwiedza przykościelne doły wydziobane w trawniku jednym z niekończących się remontów. Jawory obwieszone gronami nasion, lipy pachnące obłędnie i trudny do zlokalizowania śpiew ptasi prowadzi mnie przez park pełen wilgotnej zieleni. Podagrycznik cichutko rośnie obok pokrzywy i wspólnie zerkają na mężniejące ambrowce amerykańskie. Rozłożyste katalpy zawłaszczają spore połacie burego nieba zarażając je młodą zielenią. Podzwonne mostu rdzewieje w cieniu wiązu. Przy pięknym granitowym pomniku pamięci ofiar wołyńskich krzyczy na mnie szpak, nerwowo drepcący wśród śmieci z conocnej bibki. Pewnie znów kozacza hołota bawiła się do bladego świtu przy markowych trunkach i szukała okazji do walki wręcz z przechodniami – na wypadek gdyby front ich zaskoczył właśnie tu, nad Rzeką. Rzeka tymczasem pobłażliwie, acz z pewną dozą złośliwości kopiuje w nurcie pejzaż najstarszej części Miasta – Dzielnicy Boga. Betonowa ściana szczerzy się do mnie szablonowym drukiem pytając Jak się czujesz? Więc odśmiecham się, choć nie zwykłem rozmawiać ze ścianą.

Kolekcjo-nerka.


    - Fakju Maniek! - społeczne doły wyszły z miss-Grażyny równie szybko jak pośladki z dżinsowych szortów – Odpieprz się!

    Maniek grzecznie (jak na miss-Grażynę) pouczony - odpieprzył się. Nawet czyniąc to, myślał o niej miss-Grażyna. Nauczyła tego wszystkich już dawno. Kto był mniej pojętny trafiał na listę osobistych wrogów i pościł tam, aż zdechł. Z miss-Grażyną warto było trzymać, bo potrafiła z tych szortów wyskakiwać w takim tempie, że nawet napaleniec nie zawsze zdążył ze wzwodem na czas. Tam gdzie urzędowała miss-Grażyna języki znali tylko wracający z jumy z workiem pełnym wymienialnego szczęścia, dla pozostałych języki obce były jak sama nazwa wskazuje-obce. To dlatego miss-Grażyna musiała Mańkowi z ichniego na nasz przełożyć, żeby skutecznie odkleić go od własnego tyłka, który akurat miał coś pilniejszego do zrobienia, jak świecić dla Mańka w wersji non-profit. Idea darmowego świecenia jakoś nie została przyswojona przez miss-Grażynkę. Zawsze (prócz nasienia) pobierała cokolwiek się udawało pobrać, gdyż uboga lokalna męskość zbyt wiele nie posiadała, jednak (zdaniem miss-Grażyny) wszyscy bardziej cenili ją wiedząc, że oskóruje ich z dóbr do cna, względnie (niechętnie) zadowoli się usługą typu mycie okien, zakupy w spożywczaku, czy choćby wyczyszczenie jej trampek.

    A, właśnie! Dla porządku - jeśli słowo juma jest dla Ciebie słowem obcym, szanse że spotkasz miss-Grażynę są mniej niż iluzoryczne.

    Miss-Grażyna była stworzona do większych rzeczy i te wszystkie przyziemne obowiązki nie znajdowały do niej dostępu. Kiedy nie udzielała się cieleśnie na rzecz pospólstwa… no właśnie! Nikt nie wiedział co robi, gdy robi coś innego niż… Tymczasem miss-Grażyna miała hobby! Pielęgnowała je starannie i w wielkiej tajemnicy. Była fotografem amatorem. Paparazzistką, co ukradkiem lub telefonem pstrykała zdjęcia wszystkich pań, na których obliczu dostrzegła choćby szczątkową nienawiść do siebie. Czyli najczęściej żon, dziewczyn i konkubin facetów korzystających z łaskawości demokratycznego tyłka miss-Grażyny bez umiaru. Najbardziej spektakularne fotki mis-Grażyna drukowała na papierze fotograficznym i oklejała tablicę wiszącą na ścianie obok telewizora. Wciąż miała niedosyt skwaśniałych, wściekłych twarzy kobiecych i dlatego… eskalowała!

    Aby podgrzać atmosferę pleneru zdjęciowego umyśliła sobie, że trafi obiekty w chwili doskonałej furii. Umyśliła sobie pozyskać obraz wściekłości niewieściej z chwili, kiedy facet takowej piękności będzie mozolił się na zadku miss-Grażyny, w już uchylonym przedsionku orgazmu. Pozyskanie numerów owych pań i dyskretny anonim donoszący o akcie w trakcie nie były szczególnie łatwą operacją, jednak efekty spełniały oczekiwania i warte były każdego wysiłku. A nawet kilku zadrapań w szale zadanych jej rykoszetem.

    Tymczasem Maniek wyasygnował kwotę utajoną na intymność pozamałżeńską i już zamierzał zmierzać ścieżką ku przedwczesnemu (z punktu zapotrzebowania miss-Grażyny) wytryskowi. Miss-Grażyna musiała erotomana skarcić i powstrzymać zapędy do czasu, aż „jego luba” znajdzie się w zasięgu obiektywu. Dopiero wtedy – niech się swawolna dusza rozhula, by piekło jednak się wydarzyć mogło! I żeby zawisło w samym centrum tablicy nieustannego pasma sukcesów łowieckich miss-Grażyny.

wtorek, 16 czerwca 2026

Ranny tur z Turowa runął z rana na tor w Toruniu.


    Roślina, którą roboczo (z braku pamięci) nazwałem rdestem, okazała się krwiściągiem. Czyli dobrze nie jest. Dziewczyna o kolanach wystawionych na żer powiewu natury biegła do paczkomatu, chcąc odebrać przesyłkę nim autobus nadjedzie. Na drzewach czerwienią się czereśnie – przynajmniej tam, gdzie szpaki i ludzie nie zdołali ich pożreć.

    Widzenia przystankowe mnożą się bez końca. Na jednym budowlaniec popijał coś z termosu, a następnie z torby wyciągnął keksówkę – kierowca niestety nie poczekał i odjechał zanim człowiek dobrał się do zawartości. Szkoda. Fachura zaspokoiłby apetyt, a ja ciekawość. Pasztet, czy jednak ciasto? Samochód nauki jazdy z rejestracją D1 ZDAM sugeruje skuteczność działań więc jeździ od brzasku by więcej młodych kierowców mogło poćwiczyć Jedz w porannym szczycie. (wracając trafiam D3 NIRO, co chyba miało oznaczać DENIRO – psychofan aktora, czy co?)

    Kolejny przystanek i pulchna pani truchtem zmierzała do piekarni, a jej krągłości usiłowały nadążyć za apetytem. Rozkojarzyła mi zmysły i czułem się jak kibic tenisa stołowego ścigający wzrokiem piłeczkę ping-pongową. Następny – kobieta z krótko ciętą fryzurką wykonywała ćwiczenia rozciągające, ziewając przy tym okrutnie, czym zarażała innych. Jeszcze jeden i znów damskie ćwiczenia. Tym razem pani kołysała się w rytm dousznej muzyki przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i wspinała się przy tym na nie, jak wypatrująca zagrożeń czapla pośród trzcin.

    PS. Mijane kobiety bardziej przypominają swoje córki niż moje koleżanki.

sobota, 13 czerwca 2026

Kuracja skórą kury.

 

    W telegraficznym skrócie. D0 HYDRA – niepokojące, mknące Bóg wie gdzie. Może do hydry, a może nie. I w dzielnicy, której nie zwykłem zwiedzać, a gdzie mnie wywiózł tramwaj z przyczyn braku torów tam, gdzie jeszcze wczoraj były (wiadomo; remonty śmierć i podatki są wieczne) na ulicznej skrzynce energetycznej trafiam przesłanie jeszcze bardziej niepokojące – LUSTRO SSIE. Nie zostaje nic innego, jak sprawdzić kogo/co ssie. Na razie objawienia nie było. Lustro trwa jak trwało i nic nowego w nim nie widać.

czwartek, 11 czerwca 2026

Puchacz puchnie w puchu.


    Las parasoli na przystankach zagęszcza tłok. Smutna pani w ramonesce i sneakersach ziewała spoza zaparowanych szkieł. Intrygujące, że kobiety zazwyczaj noszą większe szkła niż mężczyźni. W tramwaju gęsto od wilgotnej obojętności. Lektura wyświetlaczy wspomożona kawą z tekturki pozwala na chwilę zapomnieć o zewnętrzu. Rzeka pije tracąc blask, ale zamszowa też wygląda pięknie. Wiatr do spółki z deszczem strąca płatki kwiatów z jaśminowca i układa nietrwałą mandalę w nurcie. Czterdziestoletni blond-smuteczek mimochodem chwali się pierścionkiem z brylantem, napomykając dyskretnie, że życiorys ma już wypełniony szczęściem, którego nijak nie potrafię dostrzec. Wysoka kobieta o karnacji wypieszczonej słońcem patrzy na mnie ze zdumieniem, że taki tępak ze mnie, ale nadal nie potrafię. Może dlatego, że rozkojarza mnie Pinokio wiszący w oknie wystawy Sklepiku Z Cudami – linczem zakończyła się noc wśród maskotek? Bezwzględna ta maskarada. Masakra maskotek na maskaradzie… brr!

    Crocksy-podkolanówki? Znaczy te… kalosze? Zerkałem i zerkałem, ale przecież pod spódnicę dziewczęciu nie zajrzę, bo mnie obedrą ze skóry w tramwaju. Albo ona sama mnie skatuje, bo kiecka w cętki i pierwszy użytkownik zapewne słabo wspomina spotkanie z niewinna dziewczyneczką. Istny Czerwony Kapturek, tylko kolor się nie zgadza. Jadę. Wysoka blondyna z długim, końskim ogonem ma na sobie bielutka suknię, pod nią białe dżinsy, a pod nimi białe rajstopy. Tę inwazję bieli przerwały nie buty (białe), lecz kurtka w czerni. I z autobusu wysiadło sześć młodych niewiast w czerni i jedna w błękitach – ta najpiękniejsza, bo na tle innych wręcz świeciła.

środa, 10 czerwca 2026

Dochody ze wschodu i zachodnie odchody po obchodach.


    Z dworca wysypuje się gromadka ludzi objuczonych tobołami, na ogół toczących bagaże z hurgotem. Pośród nich widać już pięknie opalonych zdających się wracać z wakacji. Mijają obojętnie skwer, na którym rozkwita okazała dziewanna, wyglądająca jak choinka strojna w żółciutkie ozdoby. Do tramwaju wtacza się rubaszne i rozkoszne grono. Dwóch potężnych kloszardów ozdobionych nieco sfatygowaną madonną zdającą się być pochodzenia kolumbijskiego. Zapewne są wonni, bo w pojeździe rozpoczęła się masowa migracja. Nestor uczula aromatyczne towarzystwo żeby nie klęło, zachowywało się i wyglądało, bo jest nadzieja na zmianę stroju, a może nawet i butów? Przede mną siedzi kolos pocący się tak, że żaden gang kloszardzi mi niestraszny. Obżera się chyba na zapas, być może przewidując długi okres głodówki. Szczęśliwie podróż kończy się szybko - zaraz po tym, jak dane mi jest podziwiać fechtunek Emerytowanego Dżokeja. Pan wywija parasolem tak, że don Kichote mógłby mu pozazdrościć talentu. Tymczasem Dżokej obojętnie mija młyn – gdzie mu do groźnego czwororęcznego wiatraka, więc ignoruje młyn przemianowany na knajpę nie wszczynając potyczki. Nieskoszone trawniki zachwycają bogactwem kwiatów; te obłędnie ostrzyżone pochwalić się mogą jedynie koniczyną, która jak karaluchy potrafi przetrwać wszystko.

    Dziewczęta chowają buzie w cień kapturów, za to pępkami monitorują wrażenia zewnętrzne. Ciekawe, czy następuje jakieś przebiegunowanie intymności i teraz obejmie czoło? Albo rzęsy? Po drodze wysyp twórczości literackiej na tablicach rejestracyjnych – bez dorabiania ideologii np: R0 BCAR, N6 ADHD, K5 ARKAN, L2 PLUS.

wtorek, 9 czerwca 2026

Mania klepania – kleptomania?



    Młode kobiety wtulone w kubki z kawą, wzrokiem wypłukanym z emocji patrzą na świat, w którym zniszczeni życiem mężczyźni odzyskują kaucje z porzuconych na ulicy opakowań. Obok mnie przedwcześnie posiwiała pani czyta tekst z zeszytu w linie i czerwonym długopisem to kreśli, to dopisuje uczesaną wersję słów. Pewnie nauczycielka, bo tekst wygląda na wypracowanie młodego rocznika. Trudne początki literackiej kariery – po kilku przystankach tekst krwawi jak nie przymierzając moje opowieści po pierwszej korekcie.

    V8 VADER – a za kółkiem co najwyżej aspirant na męża Wadery, bynajmniej nie lord Vader. I jeszcze P9 LED – samochodzik nie za wielki, oszczędny niskokaloryczny. Deszcz ukrywał się gdzieś wysoko na szarym niebie i grzecznie czekał na mnie. Pewnie będzie mi towarzyszył w drodze powrotnej bezwstydnie usiłując się przytulać.

    Wracam. Oczywiście pada. Po drodze spotykam dziewczynę wystylizowaną tak alternatywnie, że nocą podawałbym portfel na długim kiju, żeby za bardzo nie podeszła. Chwilę później dla przywrócenia równowagi mija mnie dziewczątko-pyza wystrojone w coś co nazwałbym letnią piżamką w kolorze różowym. Spod parasola wydostawał się uśmiech do całego świata. I to zakaźny. Organizm odmówił reakcji obronnych i szedłem dalej uśmiechając się głupawo. A co mi tam! Może żaden psychiatra nie będzie mnie ścigał z kaftanem bezpieczeństwa. Przy podstawówce na jakimś pachołku usiadł kopciuszek, pomerdał ogonkiem na mnie i odfrunął. Zaraz potem spadł z sosny deszcz szyszek. Zebrałem, niech sierotki nie mokną i pomieszkają ze mną. Już przy domu trafia mi się autko w kolorze między jarzeniową żółcią a zielenią z rejestracją L1 MONKA – limonka, to pewnie nazwa owego koloru, ale musiała ją wymyślić kobieta, bo facet uznałby limonkę jako niezbędny dodatek do tequilli, a nie kolor.

Klan.

 

Byłam małą dziewczynką, co nie przeszkadzało mi patrzeć na świat ze zdumieniem. Ten sam świat, który o mnie mówił „dziwna”, a jeśli ktoś zdobył się na rozwinięcie wypowiedzi, brzmiało to mniej więcej tak: „dziwaczna jak cała rodzina”. Zewnętrze miało wówczas wpływ na mnie, więc pytałam w domu, o co im wszystkim chodzi. Mama podnosiła palcem moją brodę i patrząc mi w oczy prosiła żebym powtórzyła pytanie, ale już w esperanto. Esperanto to martwy język wymyślony przez Polaka, któremu marzył się porządek wśród budowniczych wieży Babel. Jeden język dla dziesięciu miliardów ludzi. Łatwy, o nieskomplikowanej gramatyce i pozbawiony słów trudnych do wysłowienia dla co bardziej egzotycznych nacji. A gdy już spełniłam polecenie, wyjaśniała mi, że to świat jest dziwny, nie my. I żebym nie przejmowała się tym co mówią moje nierozsądne koleżanki czy obcy, bo ja mam rodzinę do której zawsze i w każdej sprawie mogę przyjść i znajdę pomoc, wsparcie, czy towarzystwo.


Babcia sadzała mnie na kolanach i opowiadała o rodzinie. Opowieść, jak każda rodzinna legenda, dla mnie była czymś naturalnym i fascynującym jednocześnie. Myślałam, że tak ma każda z moich koleżanek, jednak szybko okazało się, że nie. Coraz częściej wypychana byłam na margines życia towarzyskiego, a sama także coraz rzadziej zabiegałam o te z gruntu pobieżne kontakty. Babcia była rodzinnym bankiem danych. Wiedziała która ciocia ma imieniny, do której można pojechać na wakacje. O wszystkich krewnych wiedziała wszystko – gdzie pracują, jak im się powodzi i czym obecnie się zajmują. Nie byłoby to dziwne, gdybyśmy żyli w jednej wiosce, czy choćby miasteczku do jakiego obcy nie zaglądają za często. Ale rodzina zamieszkiwała każdy kontynent i kraj świata – tak przynajmniej sądziłam po babcinych opowieściach, których nigdy jej nie brakowało.


Gdy trochę podrosłam, mama wraz z babcią pilnowały, żebym uczyła się języków. Same znały co najmniej po pięć i to w stopniu umożliwiającym swobodną konwersację, czy lekturę poezji. Wakacje? Każde spędzałam gdzie indziej. Początkowo podróżowałam z mamą i babcią, później już sama. I wszędzie gdzie trafiałyśmy, nasza rodzina mieszkała w za dużym domu, który swobodnie zmieściłby niespodziewanych licznych gości. Miałam wrażenie, że rodzina rozsypana jest po świecie jakimś kataklizmem, a wtedy babcia wyjaśniła mi dlaczego tak się dzieje. Każda z kobiet wychodziła za mąż za obcokrajowca. I tak moja mama - Greczynka, wyszła za Polaka i przeniosła się do Polski, dlatego ja jestem Polką. Babcia, która jest mamą mojej mamy była Węgierką, która wyszła za Greka przeprowadzając się do jego kraju i stąd mamy pochodzenie. Babcia miała ciemniejszą karnację, bo z kolei jej mama wyszła za Węgra, sama pochodząc z RPA. Według babci od dawien dawna żadna z kobiet w rodzinie nie złamała rodzinnej zasady i w ten sposób nasze korzenie oplotły cały świat. A babcia, niczym wielka pajęczyca, siedziała w samym środku tej sieci i gromadziła dane o każdym, nawet najdrobniejszym korzonku drzewa genealogicznego.


- Dlaczego? – chyba każdy zadałby to pytanie więc i ja ją zapytałam.


- Dawno temu rodzina poznała smak wojny, która zajrzała nam głęboko w oczy i unicestwiła znaczną część rodu. Mężczyźni na fali emocji dali się ponieść słowom różnych mitomanów u władzy i poszli ginąć za cudze ideały. Kobiety z natury ostrożniejsze i pragmatyczne zostały w domu i usiłowały uratować ród przed zagładą. W czas trwogi przysięgły, że rodzina będzie miała swoje miejsca na świecie wszędzie i w razie konieczności zagrożone jednostki zyskają bezpieczne schronienie bez względu na konflikty wojenne, czy inne zawieruchy losu. Pionierki obiecały sobie solennie, że prędzej wyprą się Boga niż własnej rodziny i każda przygarnie siostrę, której los nie oszczędzi. A potem to już poszło. Z matki na córkę pielęgnowałyśmy zwyczaj. W każdym pokoleniu jedna z naszych krewnych dba o pamięć rodzinnego motta.


- A ty? – ciekawością dziecka można wypełnić wszechświat tak, żeby jedna szpilka się nie zmieściła.


- Z Grecji do Polski przeprowadziłam się po śmierci dziadka, żeby pomóc mojej mamie w opiece nad tobą i chyba najzwyczajniej w świecie chciałam na stare lata być bliżej własnej córki. – babcia wykpiła się elegancko, z czego zdać sobie sprawę miałam lata później. – Ale dom w Grecji wciąż jest mój i nie zamierzam się go pozbywać, bo może okazać się przystanią dla którejś z nas. Na razie służy rodzinie jako dom wakacyjny. Pamiętasz? Byłyśmy tam dwa lata temu.


Na moje osiemnaste urodziny miało się zjechać do nas przynajmniej ze dwadzieścia cioć i kuzynek. Babcia z mamą szykowały tę uroczystość wcale nie ukradkiem, a organizację zaczęły niemal pół roku przed ceremonią. Miałam się trzymać z daleka i cieszyć nadchodzącą zabawą, nie przejmując się zaproszeniami, ani menu. I przyjechały. Niemal połowy z nich nigdy dotąd nie widziałam. Za to babcia znała je wszystkie. Przytulała jak własne dzieci i rozmawiała, jakby dopiero co się minęły się w galerii handlowej, czy warzywniaku. Nieważne skąd przyjechały - z Japonii, Mozambiku, Irlandii, czy Rosji – wszystkie płynnie mówiły w esperanto, choć często w emocjach spontanicznie przesiadały się na hiszpański, koreański, czy któryś z arabskich języków. Dopiero niezrozumienie na twarzach krewniaczek przywracało im świadomość i ze śmiechem kontynuowały rozmowę w esperanto.


Na mnie padło oprowadzanie ich po moim rodzinnym mieście, oraz po co piękniejszych nieodległych atrakcjach turystycznych Polski. Każda chciała mieć mnie na wyłączność, więc „osiemnastkę” obchodziłam grubo ponad miesiąc. Starsze przedstawicielki zadowoliły się spacerem po bulwarach, choć Selmie (nie do końca starej wdowie) zamarzyło się szaleństwo dyskoteki, gdzie umyśliła sobie zakosztować młodego białego mięska, więc bezwstydnie wymogła na mnie wizytę w dyskotece. Na miejscu błyskawicznie uwiodła jakiegoś smarkacza i ulotniła się, o mnie zapominając aż do następnego południa, gdy szeptem poprosiła, żebym nie zdradziła jej przed ciekawością rodzinną.


W końcu poznałam je wszystkie, a te, które nie przyjechały, przysyłały życzenia via e-mail, względnie messengerem albo FB. Do życzeń każda dołączyła zaproszenie w dowolnym terminie i na dowolnie długi pobyt. Skąd miały adres? To tylko babcia wiedziała. Nie podejrzewałam, że nigdy niewidziane istoty z krańca świata mogą mieć świadomość mojego istnienia, ale życzenia były naprawdę serdeczne, nie takie pochodzące z empiku czy internetowych forów. Trochę chyba byłam już zmęczona niekończącą się fetą, aż nadszedł wieczór. Babski wieczór, mający zakończyć oficjalną uroczystość. Większość zamierzała wracać do swoich, inne w kameralnych gronach zamierzały jeszcze poodwiedzać siebie nawzajem. Przy świecach i winie, rozmowy toczyły się we wszystkich możliwych konfiguracjach, aż babcia podniosła się z fotela i powiedziała coś czego nie zrozumiałam.


- Głosujemy. Kto jest za? - Chyba byłam jedyną, która nie wiedziała o co chodzi. Pozostali zdawali się być wtajemniczeni. Rękę podniosła ponad połowa obecnych. Babcia szybko policzyła, wyjęła z kieszeni kartkę i patrząc na nią dokończyła – Wśród nieobecnych trzydzieści cztery głosy za, dwadzieścia jeden przeciw. Wśród obecnych piętnaście do dziewięciu. Czyli wszystko jasne. Ogłaszam, a nieobecnym przekażę, że wybór został dokonany.


Kuzynki zaklaskały, niektóre uniosły kieliszki z winem, a Selma puściła do mnie oko. I wciąż nikt nie raczył mi wyjaśnić o co chodzi. Podchodziły po kolei i przytulały mnie. Mama była przedostatnia i miała łzy w oczach. A kiedy przyszła kolej na babcię, okazało się nad czym głosowały.


- Tessa – nikt poza tatą i nauczycielami nie mówił do mnie Teresa. Mama wolała Tessę, a mnie i kuzynkom także bardziej przypadła do gustu – Rodzina zaufała tobie i chce ci powierzyć pilnowanie więzi. Drzewa rodowego. Do tej pory ja byłam odpowiedzialna i do mnie spływały nowiny rodzinne. Ale pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Jeśli się zgadzasz, od dzisiaj staniesz się rodzinnym kronikarzem. Każda z nas będzie wysyłać do ciebie informację o miejscu zamieszkania, o wszelkich ważnych sprawach w rodzinie, o dzieciach i ich losach o sukcesach i porażkach. Dasz radę. Przekażę ci materiały, jakie zgromadziłam, a jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, pomogę ci aż staniesz się samodzielna. I zanim się wyprowadzisz do nowego kraju bo Polska jest już zajęta przez twoją mamę. Wszystkie będziemy blisko, ale kraj wybrać musisz sama, a my pomożemy ci się tam urządzić. Więc jak? Zgodzisz się zostać kronikarzem rodzinnym? Fucha na całe życie!



poniedziałek, 8 czerwca 2026

Kanapki na kanapie.

 

    Mamusia kolebie dziecinką na huśtawce. Ona na pewno przypomina rozbójnika Rumcajsa, więc córuchna musi odzwierciedlać Cypiska (może nawet Cypiskę). Pani ma na głowie kapelusz rozbójniczy, osiadły tak mocno na głowie, że nawet oczy nie wystają. Córeczce w jej kapelusiku łatwiej podglądać okolicę, chyba że bujanie powoduje awarię błędnika. Mamie co prawda brakuje butów z cholewami i paska, za to wypukłość pozwalająca na bezpieczny załadunek imperialnego galonu piwa ma iście szatański. Sam Rumcajs kłaniałby się jej w pas i to nie oglądając się na Haneczkę.


    A tak w ogóle – dzień kobiet znacznych. I pięknych jednocześnie. Gabaryt górą. Między pasami ruchu dostrzegam dziko wyrosłe chabry. Korci, żeby nazbierać bukiet i cieszyć oczy nim zmierzch je przytuli.

piątek, 5 czerwca 2026

Skrobię skrobię w skrobie.

 

    Deszcz taktycznie wyczekał, aż się pojawię na świeżym powietrzu i dopiero zaczął dokazywać. Nasączył mi bluzę w kolorze więdnących malin świeżością i pozwolił chwalić się kolorem tak żywym, jak tylko się da. Jadę. Dołem panoszą się białe koniczyny, wierzchem wtórują im czarne bzy i jakieś krzewy usiłujące stać w dwuszeregu niczym karny żywopłot. Przesiadka. Na podwójnym przystanku kierowca zatrzymuje wóz możliwie daleko ode mnie i niemal słyszę to pytanie – zdążysz? Zdążyłem, choć nie wiem czemu musiałem się spieszyć na pustym przecież przystanku. Wewnątrz dziewczęta zanurzone po czubek głowy w ekranach smartfonów, deszcz pada, kwitną bzy, bluszcz wspina się po elewacji z rozsądku omijając otwory okienne za którymi mieszka brak tolerancji i uprzedzenia. Pierwsze lipy ośmielają się kwitnąć, być może sprowokowane odwagą nastolatek, które kwitną już od miesiąca. Na zewnątrz dwie młódki toczyły swoje hula-hop na biodrach, którym wciąż brakowało kobiecości, ale przecież nauczą się w końcu… Dżdż (cóż za cudowne słowo nie posiadające samogłosek) ddży, oko zerka, widzenia widzą się we mnie i odbijają w lustrze choć przez to wcale nie stają się bardziej rozpoznawalne. Ale może?

czwartek, 4 czerwca 2026

Krótko i węzłowato.

 

    W kwartalniku Ypsilon (nr 14/2026) zmieściły się dwa moje opowiadania, co jak zwykle cieszy, więc trąbię gdzie się da, dumny, jak tatuś trzymający na rękach pierworodnego. A poczytać w wersji elektronicznej można o tam - https://ypsilon.org.pl/

środa, 3 czerwca 2026

Marynarz z marynarką i golfistka z golfem.


    Młoda mama najwyraźniej zniesmaczona wokalnymi popisami dryblasa ochroniarza, zaoferowała mu chusteczkę do nosa, żeby do pracy nie dotarł przejedzony. A może zwyczajnie bała się, że jej piękna córeczka zarazi się manierą i też zacznie wciągać gluty? Na przydworcowych rabatach masowo zakwitły kocanki, przydając światu słońca. Nad Rzeką kwitną jaśminowce, ozdabiając sezonową przystań, skąd można zacząć turystyczny rejs i podglądać Miasto z poziomu wody.

    Żaba w Sklepiku Z Cudami wznosi żarliwe modły i wypatruje deszczu, a przed biurowcem zaczytany krasnal okrywa się patyną i kurzem, skąpany w obojętności przechodniów. Na chodnikach zdarzają się już pierwsze opalone uda i ramiona, choć mieszają się z kurtkami i swetrami do kolan, aby wprowadzić termiczny niepokój.

    Popołudnie wyczekało mnie z deszczem, który zaczął padać, kiedy ja zacząłem wracać. Zdarza się. Złośliwość być może była niezamierzona. Minąłem pięknie uśmiechniętą panią z bardzo dużymi siekaczami połyskującymi z uśmiechniętej buzi. Pod cieniutką, białą bluzeczką taplały się w kroplach deszczu coraz zuchwalej zerkające na świat piersi. Potem kolejne, niezbyt skrzętnie ukrywające się pod letnią sukienką. Niech pada. A co mi tam. Buty i spodnie wysuszę, za to radość niewieścia zostanie ze mną chwilę dłużej.

wtorek, 2 czerwca 2026

Walerian z walerianą i Katarzyna z katarem

    TEN matecznik i TA ojcowizna… Logika sugerowałaby raczej TĘ matecznię i TEN ojcowiznik (ojcownik?), żeby utrzymać się nieco bliżej płci. Chociaż… czasy sprzyjają rozmywaniu ostrych granic i za zgodą psychiatry wszystko zmierza ku nowemu, lepszemu, bardziej tęczowemu. Kiedy człowiek nie dostrzega większych problemów, zajmuje się czymś nieistotnym.

    Wracając wczorajszego popołudnia wysnułem tezę – odkrycie. Im bliżej Rynku, tym bardziej biustonoszom nie po drodze. Antygrawitacja, czy inne pole siłowe skutecznie wypycha staniki poza orbitę starej części Miasta. W opłotkach bez zmian. Konserwatywna stagnacja. A plac w centrum tak obrósł odymionym szkłem i czernią elewacji, że patrząc na nie (i na przechodniów) odnoszę wrażenie, że śmierć czarno-białej telewizji i fotografii była stanowczo zbyt pochopna i przedwczesna.

    Mostami, na wyspy, biegną piękne, opalone kobiety z końskimi ogonami. Na ławeczce przycupnęła elegantka w kremowym żakiecie wyprostowana jak struna. Patrząc na nią sam się wyprostowałem i nawet usiłowałem brzuszek wciągnąć choć nie mogła tego zobaczyć, gdyż przesłoniła mnie hałda budowlana i kwitnące krzewy. Nic to. I tak urosłem ze dwa centymetry.

    Radio doniosło, że w opłotkach Miasta, na przystanku MPK biegał goły, zakrwawiony facet. Policja założyła mu kajdanki, a gość (w ramach protestu?) przestał oddychać. Wolność, albo śmierć! I chwilę później widzę wronę z jaskółka w dziobie. Jaskółka piszczy i wyrywa się, wrona ląduje i szykuje się do śmiertelnego ciosu, gdy jaskółce udaje się wyrwać. Frunie przez przechodnią bramę, a głodna wrona odfruwa na konar kasztanowca.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Skąpiec się skąpał, gdy kupiec się skupił.


    On? Był Taki – nie za ładny, raczej brzydki, nic co warto byłoby pamiętać. Ona? Tiki - pulchna, niska, jeśli rzucała się w oczy, to raczej krągłą miękkością, niż brawurowym strojem czy makijażem bojowym. W sumie trudno podziwiać. A jednak. Spleceni losem, wyglądają jak dwie kulki schwytane krótkim sznurkiem za ręce. Tiki-Taki. Brzydko-piękni, nierozłączalni, powtarzalni nawet w słabe dni, kiedy niebo gęstnieje w szarościach i ogranicza ekspresję zewnętrza.

    Z autobusu podziwiam zawziętość kobiecą. Doświadczona życiem pani spięła ciało do biegu, by zdążyć na zielonym. Tak wiele energii zainwestowała w osiągnięcie celu, że kiedy nieoczekiwanie zgasło – przebiegła i tak. Na innym skrzyżowaniu chłop ciosany siekierą, posągowo okazały także przebiegał – może dzień taki za-po-biegliwy? Chłop cwałował, a ja patrzyłem. Zdawał mi się małą dziewczynką biegnąc lekko i kobieco. Zdążył. Gdy zwolnił od kłusu do stępa stracił tę niewieścią lekkość ruchu i toczył się golemicznie (Zapędowska określiła coś podobnego słowami kanciasto i cudnie). Porysowana dziewczyna o wyblakłej karnacji słuchała rocka w ciężkiej wersji. Wzrok miała zmętniały zasnuty niedokończonymi snami. Za to z uszu jej dudniło mimo wetkniętych głęboko słuchawek, usiłując wysterować przechodniom tętno na swoją modłę.

    Zagapiony w te nieznaczące widzenia trafiam Nóżkę w sandałkach już na skrzyżowaniu, co pozycjonuje mnie w czasie raczej słabo, więc wyciągam nogi i drepcę nieco szybciej. Ale nie biegnę, żadnych świateł nie doganiam. Za to trafiam panią, która samym pojawieniem się poprawia mi humor. Gdybym był lekarzem osobistym, przepisałbym ją sobie na receptę, nie bacząc, czy grożą mi jakieś skutki uboczne. Za to gdzie nie spojrzeć kwitnie żmijowiec. Tak, jak w zeszłym roku cykoria podróżnik, ale w tym roku dopiero raz ją widziałem kwitnącą – do kompletu z małym motylkiem dopasowanym kolorystyczne do kwiatu.