czwartek, 2 lipca 2026

Sokół kołuje wokół soku.

 

Chłop dousznie zasłuchany znienacka zaczął tańczyć naprzeciw zamalowanej remontami witryny i nawet pełne siaty w obu rękach nie przeszkodziły mu w tanecznej ekspresji. Twarz miał wysłodzoną natchnieniem i błogością – widać jego niewidzialna partnerka była warta jawnego uwielbienia. Idę wzdłuż Rzeki. Najpierw spotykam gościa którego od pierwszego wejrzenia nie cierpię i choć czasu minęło sporo od pierwszego widzenia uczucie się nie zmieniło. Zmienił się za to pies – stary musiał się zużyć. Zanim uporałem się z tą moją bezinteresowną niechęcią spotykam siwą czaplę. Stała sobie na granitowym słupku utrzymującym w ryzach barierki oddzielające bulwar od Rzeki. Gapiliśmy się na siebie zimno-rybio, ale z szacunkiem. Nie płoszyłem zachowując dystans na jakieś trzy kroki i to (dla niej) było ok. - strefy osobistej nie sięgałem, konkurencji na łowisku też nie stanowiłem. Czapla najwyraźniej monitorowała sytuację poniżej, na brzegu rzeki, gdzie wędkarz w dwupłciowej asyście wykazywał się żyłką łowiecką. Na drapane czekała? Wiem, że zdolniejsza od tamtego i częściej trafiały się jej łupy. Poranek dopełnia krągła ślicznotka w spódniczce ledwie potrafiącej utrzymać jej pupę i biodra w swoich objęciach.

środa, 1 lipca 2026

Korzeń w korcu się ukorzył.

 

Przyjemnie jest dla odmiany poczuć o poranku chłód na ciele, co ostatnio nie udawało się permanentnie. Podziwiam piękne sukienki otulające jeszcze piękniejsze panie, którym na moście wiatr dopieszcza łydki i nie tylko. Nie dzieje się nic, czemu mógłbym zapobiec, względnie pomóc w trwaniu. Świat radzi sobie bez mojej ingerencji doskonale, a ja łaskawie pozwalam mu na swobodę w działaniu. Żeby czymś zająć zwoje nerwowe, lekko zdeprawowane aromatem lipowego kwiecia, przypominam sobie relację jednego z wczorajszych meczów piłkarskich. Wyłapałem kilka modnych fraz i zastanawiam się, czy fachowość komentujących i oglądających tak bardzo się rozwinęła, czy może komentującym znudziło się mówienie wprost i bawią się w wywody naukowe, względnie w piłkarską poezję hiperintelektualną. Wybrane kwiatki:

- nie pokusił się o uderzenie z podobnej kępki trawy (na boiskach służby pilnują, żeby trawa nie rosła w kępkach, ale najwyraźniej coś przegapili i to nie raz, gdyż ktoś wcześniej się pokusił i to tak, że warto było to zauważyć/zapamiętać – niestety. Ja kępki nie widziałem, choć efekt pokuszenia już tak),

- może pochłaniać połacie powierzchni (z tego co widziałem – podmiot liryczny usiłował przebiec z piłką pół boiska, zaciekle ścigany przez trzech zmęczonych facetów, z których żaden się nie uśmiechał),

- to nie jest jego naturalne środowisko (gracz zaplątał się nie na tym kawałku boiska, gdzie w ramach przedmeczowej strategii ustawił go trener i działał chyba-nieumiejętnie-sektorowo),

- ma fantastyczne liczby w ofensywie (co chyba miało oznaczać, że potrafi strzelać bramki, albo celnie podawać piłkę do kolegów),

- nie progresuje akcji (bladego pojęcia nie mam czego nie zrobił ów nieszczęśnik, ale zapewne ma to zgubny wpływ na JEGO liczby w ofensywie),

- chce postawić ciekawy akcent (niekoniecznie strzelić gola, ale może kogoś taktycznie kopnąć, wykonać sztuczkę z piłką lub bez, względnie poprawić statystyki drużyny, żeby achy i ochy na trybunach przedarły się przez gawędę dwójki komentujących. No i oczywiście nie wolno zapominać o liczbach w ofensywie),

- cierpi na brak serwisu (chyba kelnerzy… znaczy „koledzy” z drużyny nie dowieźli? Generalnie chodzi o „obsługę” drużynowego strzelca goli – ktoś musi mu tego gola wybiegać, podać i cieszyć się, że tamten trafił w bramkę - 7,32x2,44 a dane podane w metrach – zerknij na domową ścianę, tę największą, a bramka zwykle jest sporo dłuższa, choć odrobinę niższa, chyba że mieszkasz na poddaszu. Podawaczowi na pocieszenie zostaną liczby w ofensywie),

- chce skaleczyć przeciwnika (bez użycia broni białej – kaleczenie butem, czołem, albo łokciem to przewinienie karane przez arbitra-sędziego kolorem kartki, przeważnie odraczającej wyrok żółcią, rzadziej śmiertelną czerwienią. Dozwolone i mile widziane przez nadzór i połowę-kiboli jest trafianie w bramkę. W żadnym przypadku skaleczony nie cieszy się z tego, za to sprawca może liczyć na skrytą zazdrość pseudo-kolegów, zachwyt prawdziwych kolegów i medialne, niepozowane szczęście prywatnej WAG-iny. WAG-ina, to samica piłkarza zdobywająca zasięgi sieciowe przy wykorzystaniu nazwiska/kasy męża. Okresowo, gdy liczby ofensywne męża są słabe, wywierają dramatyczny wpływ na pamięć WAG-iny, która dla utrzymania zasięgów zapomina bielizny idąc po bułki, albo pozwala się przyłapać starannie wyselekcjonowanemu gronu paparazzich w trakcie opalania topless na jachcie za miliard dolarów, czasem w towarzystwie równie zdesperowanych słabymi liczbami koleżanek WAG-inek).

A to była zaledwie część, jaka przedarła się do mojej świadomości w czasie krótszym niż kwadrans. Jak nie kochać tego sportu? Kiedy niewiele dzieje się na boisku, w-ów-czas, dousznie, kibic otrzyma tak wyrafinowany komentarz, że tylko kucać i broń Boże popuszczać!