Robaki bez najmniejszych skrupułów rozbierają topolę w
biały dzień, aż kora spada płatami na trawnik, a drzewo stoi zawstydzone i nagie
pośród milczącego ponuro Miasta. Na gałęziach rozsiadły się tłuste jemioły i
gderają między sobą zawzięcie, a wiatr je tarmosi i strąca pojedyncze płatki
niczym łupież. Ktoś litościwie rzucił drzewu pod nogi butelkę wódki, choć nie
wiem, czy drzewo brało udział w spożyciu. Inny dorzucił plastikową butelkę
farbowanej, słodkiej wody, papierowy kubek kawy, czekoladowy baton i (o zgrozo)
majtki! Czyżby robale zaczęły rozbierać też ludzi? Na wszelki wypadek
przyspieszyłem podobnie jak pani wdzięcznie wypełniająca wszystkie znane
wymiary przestrzeni.
piątek, 30 sierpnia 2019
czwartek, 29 sierpnia 2019
Potęga wyobraźni.
Wymyśliłem sobie,
że kiedy się przytulisz do mnie, to świat straci znaczenie i będzie tylko
nieistotnym tłem. Zazdrosnym, milczącym tłem. A ja wtopiony w twoje ramiona
szukał będę ciepła. Nie tego, które ogrzeje ciało, lecz tego, co ogrzeje
wieczność. Kiedy już sobie wymyśliłem, to urosła we mnie chęć na odważniejsze
myśli i chciałem więcej, bo ludzie nie potrafią poprzestać na małym i ciągle
więcej chcą, choćby wcześniej chcieli już wiele. Więc wymyśliłem sobie
następnie, że nie tylko mnie przytulisz, ale będziesz. Tak naprawdę, a nie
tylko w moich myślach. Zanim się wystraszyłem już zacząłem szukać. Przytulałaś
mnie… Tylko? Czy aż?
Niezwykłości.
Kaczki zachwycone pływają w warzywnej potrawce i nawet
zaprosiły gości w postaci pary łabędzi i singlowej mewy – taki urodzaj, że stół
ugina się od jadła. Na dziko rosnącej jabłoni robaczywieją małe, brzydkie
jabłka, a niebiesko-zielona papużka przygląda się im gryząc pazury. Stara dobra
nieznajoma zaprosiła na poranny spacer koleżankę i gdy mnie mijały owionął mnie
aromat sałatki owocowej ze świeżo wyciśniętych cytrusów. Kobiety (oswoiłem się
już z tą myślą) rano chętniej wybierają aromaty owocowe, kwiatowe zostawiając
na wieczór. Dziewczyna o bardzo ubogiej urodzie pościć musi zawzięcie, gdyż
czerwona sukienka na niej chwyta się nawet mizernego wiatru, żeby choć trochę
kształtów nabrać. Pomyślałem, że idąc boso wyglądałaby zachwycająco. Granatowe trampki
psuły harmonię i niepotrzebnie odciągały wzrok. Na ławce nieopodal kościoła
dosypia okryty płachtą bezdomny z plecakiem pod głową. Pewnie ten sam, który
wczoraj robił remanent dobytku i przepakowywał stan posiadania, aby zwiększyć własne
możliwości transportowe. Kiedy z braku adresu nie można nic zostawić żyje się
po ślimaczemu – nosząc na garbie cały dobytek łącznie z domem.
środa, 28 sierpnia 2019
Dawca życia.
Jajo
było większe ode mnie, szare, nakrapiane w plamy wielkości dłoni, coś pomiędzy
pomarańczowym ,a różowym kolorem, przypominając barwą róże zwane łososiowymi.
Stało na sztorc ostrzejszym czubkiem wskazując sufit jaskini. Nie było samotne.
Wokół stało co najmniej dwa tuziny podobnych i każde miało swojego opiekuna,
który pielęgnował własnego wychowanka skrupulatnie i egoistycznie. Ja również
starałem się nie oddalać od mojego, trochę z obawy, że ktoś zajmie moje
miejsce, a trochę, z lęku, że zrobi krzywdę maleństwu.
Gdy
słońce zaglądało w szerokie wejście jaskini wszyscy oddychaliśmy z ulgą i
pozwalaliśmy jajom na zbiorową kąpiel w skwarze popołudnia, a kiedy uciekało
każdy troskliwie otulał jajo czym się dało i dodatkowo przytulał się jak tylko
mógł. Wspinałem się na swoje, żeby położyć się na nim, objąć je rękoma i leżąc
szeptać mu czułości, żeby maleństwo urodziło się ze świadomością, że jest
kochane i potrzebne światu. Że piękne i zdolne do wszystkiego. Jajo kokosiło
się w gnieździe wymoszczonym miękkim sianem i wszystkim, co natura miękkiego
znaleźć umiała. Puch z pękających pałek tataraku, miękkie wierzbowe liście, trawy
pachnące kwiatami polnymi, gąbki z łodyg czarnego bzu i włókniste otuliny
nasion katalpy. Każdy z nas chciał wymościć gniazdo wszystkim, co miękkie i
podtrzymujące ciepło.
Biegaliśmy
po polach i lasach znosząc wszystko, czym mogliśmy jajom zapewnić komfort, a
gdy tylko któremuś z nas udało się coś spektakularnego, stawał dumny jak paw na
środku jaskini i przechwalał się długo w noc. Gdy napływał zimny, śródnocny
wiatr każdy tulił się do własnego jaja i nikt już nie wiedział, kto z kim
dzieli się ciepłem i spokojem. Lato wybrzmiało i jesień stała się faktem, więc
wycieczki robiłem już krótsze i to wyłącznie trzymając się południowego słońca,
a w wilgocią nasączone dni siedziałem kamieniem ze swoim jajem i uczyłem je
wszystkiego, co jak mi się zdawało powinno o świecie wiedzieć możliwie
najszybciej.
Opowiadałem
mu słońce nad lasem, rosę skrzącą się w trawie jak rozsypane koraliki z
anielskich łez. Opowiadałem mu księżyc i gwiazdy, śpiew strumienia, gdy wiosną
napęcznieje, albo sen, gdy ono i ja wespół grzaliśmy siebie, a ja własnym
sercem wzbudzałem echa powracające nieśmiało, cicho i niepewnie. Byłem pewien,
że muzyka mojego serca napędza jajo i kusi, by w końcu porzuciło bezruch i
ocknęło się do życia. Czekałem z niecierpliwością w głowie głaszcząc je
delikatnie, jakbym na skorupie chciał namalować przyszły kształt życia.
Porowate, piegami usiane lico trwało w milczeniu i gdy dopadła mnie chandra chciałem
się poddać. Wątpiłem w szczęśliwe zakończenie i krzyczałem na moje jajo tak
bezduszne i niewzruszone, aż mojej ekspresji syknięciami nie zgasili sąsiedzi.
Nie
wolno tak. Z dzieckiem cierpliwości trzeba nieskończonej, a ja… nierozumny…
krzyczałem na moje jajo, że Bóg je wygnał na ziemię, bo nie mógł już znieść tej
niemoty, milczenia doskonałego i bezruchu. Do mnie wygnał, żeby chwilę
odpocząć, a ja… rozpłakałem się, ale nie miałem do kogo się przytulić więc do
jaja mojego jedynego się tuliłem i łzy płynęły po tych piegach niepoliczalnych
zupełnie, a ja w spazmach, z soplami wiszącymi z nosa jak malcowi, któremu w
piaskownicy ktoś z rączki wyszarpnął łopatkę tę jedyną, którą można było świat
cały na nowo zbudować by był idealny i szczęściem natchniony.
Zasnąłem
zwinięty niczym zaskroniec u stóp tego jaja niewdzięcznego i przez sen drgawki
mną wstrząsały z niemocy i braku pocieszenia. Nad ranem być już musiało, gdy
nieuświadomiony brak harmonii mnie zbudził. Nie do końca wyspany, w półmrok
jaskini owinięty, gdy na zewnątrz grasowały mgły duszące obrazy i kolory
wstałem. Wstałem nie widząc niemalże, usiłując zetrzeć z policzków wilgoć
przedświtu, gdy jajo odezwało się po raz pierwszy…
Do
mnie się odezwało! Wiedziałem! Tańczyłem taniec zwycięstwa nie bacząc na
śpiących wokół. Tańczyłem i śmiałem się w głos. Jajo zdawało się wtórować i
nawet przytupywało chyba, więc tuliłem je całując niczym szaleniec, któremu los
wrota raju uchylił, żeby mógł się nacieszyć, nim czas zamknie mu powieki. Gdyby
mieć chciało ręce, żebyśmy się złapali, gdyby nóżki, choć mizerne, takie do
tańca niezbyt rozbuchanego, żeby uśmiech dziecięcia, które potrafi się śmiać po
krawędzie pępka i rozśmieszyć potrafi nawet żeliwne stojaki na rowery, aż się
wygną ze śmiechu w pałąki.
Nim
dzień rozepchnął mgły i do jaskini zajrzał pierwszy, ciekawski języczek słońca
jajo w okolicach czubka poczęło się kruszyć. Wspiąłem się spiesznie i oburącz
zdzierałem warstwy i fragmenty spękane. Rzucałem w dół świadom, że więcej nie
będą potrzebne. Otwór początkowo niewielki zaczął pęcznieć, aż w końcu jajo
wyglądało, jakby ktoś ściął wierzch, by wyjeść olbrzymią łychą zawartość po
uprzednim osoleniu i oprószeniu świeżo zmielonym pieprzem.
Górą
wychyliło się dziecię ciekawe świata i mrużyło oczyska zaklejone wysiłkiem i
nieumiejętnością. Rozglądało się wokół ucząc się zerkać na świat. Z głowy
ściekały mu resztki niedojedzonego żółtka, błon dzielących go od zewnętrza i
sam nie wiem czego jeszcze, ale było piękne to pisklę. Moje. Poczułem miłość
niepohamowaną, gorącą i tak czułą, że aż przysiadłem i stałem się miękki
bardziej nawet, niż to dopiero co narodzone życie. Nie miałem siły wstać, więc
oparłem się o skorupę licząc, że dziecię też zechce odpocząć nim się wyzwoli do
reszty z wapiennych okowów. Siedziałem i śpiewałem dziękczynienia i imienia
najpiękniejszego szukałem, by dziecię bez wstydu mogło iść przez życie. Nie
chciałem się spieszyć. Wciąż nie wiedziałem, czy to chłopczyk, czy dziewczynka.
Zerkałem
w górę czekając na znak, na ciąg dalszy i szczęściem byłem wypchany lepiej niż
świeżo nabita puchem poducha. I dumny, jak dumny potrafi być dawca życia.
Dziecię zaskrzeczało, a ja miałem nadzieję, że to powitanie, że uczy się
dźwięków tak szybko, jak może. Liczyłem, że to radość, że podziękowanie za mój
trud, a ono wychylało się z kolebiącego się jaja i zerkało na mnie z niezwykłym
skupieniem, świata poza mną nie widząc zupełnie.
A
potem wyciągnęło łepek i pochyliło się nade mną otwierając pyszczek jak do
pocałunku. Zanim się spostrzegłem zjadło mi nogę i obie ręce. Czknęło i zaczęło
się kokosić w jaju, aż skorupa zaczęła pękać do samego dołu. Malec położył się
obok mnie i leżeliśmy patrząc sobie w oczy. Wokół nas inne jaja zaczęły pękać i
popiskiwać, a każdy z opiekunów, jak ja, wspinał się na wierzch starając się
pomóc dzieciątku przyjść na świat. Niektórzy stracili głowę nim zdążyli
nacieszyć się widokiem. Innych zadusiło dziecię niewprawnie usiłując się
przytulić zbyt wielką masą. Ja miałem szczęście. Leżałem ze swoim pisklakiem i
chociaż nie mogłem go pogłaskać, to mogłem doń mówić. Przytulił się jeszcze
mocniej i węszył. Uczył się mojego zapachu chyba, żeby wyłowić go pośród innych
woni.
Nim
poszedł spać zjadł i drugą nogę. Zasnął szczęśliwy. Ja spać nie mogłem.
Patrzyłem i podziwiałem. Duży był. Silny. Na pewno sobie w życiu poradzi.
Przykro mi było trochę, że mu świata nie pokażę i winszowałem sobie, że nie
żałowałem mu opowieści. Mam nadzieję, że zapamięta i nie pójdą na marne te
długie wieczory, gdy opowiadałem mu to, co poza jaskinią. Śpiewałem mu
kołysankę, ostatnich rad udzielałem na drogę, bo przecież znać po nim, że
wyruszy szukać przygód, gdy tylko trochę okrzepnie. Otworzył oczy i patrzyła na
mnie w skupieniu. Długo patrzył, jakby walczył ze sobą, a potem zagrzechotał w
nim jakiś żal i…
Destrukcyjnie.
Jakaś ryba miała ochotę powylegiwać się na gęstym dywanie
z wodnej rzeżuchy, ale była za ciężka i spadła w wodę drąc paskudną dziurę w
dywanie. Widać nie skojarzyła, że kaczuszki (nawet te młode) przegryzają się
pracowicie przez osnowę i jest ona złudnie wytrzymała, a tak po prawdzie, to
rzeszoto. Pani o kończynach niewiele grubszych od rowerowej ramy wyglądała jak
zwieńczenie roweru niczym galion na galeonie. Poniekąd bardzo ładny galion,
choć niezwykle delikatny. Znów zakwitły kwiaty na sukienkach i jest ich tyle,
że miejskie rabaty zerkają z jawną zazdrością. Podejrzanie blade łydki wędrują
ostrożnie, lecz nie wszystkim uda się dojść bez strat. Pani niosła ślad kolizji
wyglądający jak postawione na głowie pasmo Tatr. Szczyty poszarpane i groźne
sterczały szczerząc się do ścięgna Achillesa niczym wściekły pies, gdy go
podbechtać szturchając siatkę z drugiej strony ogrodzenia.
wtorek, 27 sierpnia 2019
Przenikanie.
Pająki wzmacniały konstrukcję mostu najwyraźniej
zaniepokojone stanem przęseł. Liny misternie splecione podtrzymywały co
bardziej liche łączenia i skrzyły się w słońcu. Zaintrygowane ryby wychylały
się z głębin, żeby podziwiać, lecz grawitacja szybko je poskramiała i wracały w
toń zostawiając po sobie współosiowe kręgi na wodzie. Jakaś pani zabrała
nadmierne kilogramy na poranny jogging, żeby gdzieś po drodze je zgubić i
biegła szukając odpowiedniego kosza. Biegła nie zrażona tym, że budowlańcy
zabrali jej chodnik, na którym zwykła czynić ćwiczenia, więc truchtała po tym,
co zostało na złość nielubianym kilogramom. Jakiś pan płoszył jesień
wydmuchując liście z chodników gdzieś w skarpę nadrzeczną, inny strzygł trawę,
która raczyła wrosnąć w miejsca parkingowe. Dzień rozbzyczany i głośny. Tylko
wioślarz w swojej chudziutkiej łupinie wiosłował w milczeniu obserwując kacze
niezdecydowanie.
poniedziałek, 26 sierpnia 2019
Kolorowo.
Na białej sukience kwitły maki karmione ciepłem piersi niesionych
przez malutkie, może nawet dziecięce stopy. Gdy wysiadała trawniki uśmiechały
się do niej i zachęcały, żeby została z nimi choć do jesieni, jednak śmiała się
z głuptasów i szła do własnych rzeczywistości. Zachwycające było jednak to, że
wracając znów zobaczyłem te stopy niosące poranny uśmiech i maki wciąż zupełnie
rozkwitłe, jakby czas nie miał do nich dostępu. Czyli można nieść radość dłużej
niż chwilę. Można już świtem, który oczy przeciera i patrzy jak Rzeka rzęsą zarasta
i gdyby nie kaczy apetyt na zieleninę dawno już nurt byłby wspomnieniem.
Młoda
kobieta minęła most tak szybko, że dźwięk jej kroków musiał podbiegać co chwila
i leciał za nią zdyszany nie patrząc na boki. Próbowałem się nie spieszyć, jednak
trudno było, gdy porwała mnie własną niecierpliwością, aż dotarłem
przedwcześnie i patrzyłem, jak dogania mnie zasapana, spocona teraźniejszość, jak starzy dobrzy
nieznajomi marszczą czoła, cóż takiego robię nie w porę będąc. Rajskie jabłka
pociemniały niczym dojrzałe buraczki, a ptaki wciąż się o nich nie zwiedziały,
bo wiszą gęstym koralem tłumiąc zieleń liści. Może szpaki wystraszyły się policji
patrolującej okolicę? A może czekają na otwarcie straganu drepcząc nerwowo po pustych półkach i czekając na świeżą dostawę owoców, których wybór potrafi odebrać
zdecydowanie i rozsądek. W półmroku łatwiej być opryszkiem i gwizdać beztrosko na świat cały, jednak w blasku dnia odwaga blednie.
Proste niezwykłości.
Lubię patrzeć,
jak Bóg spaceruje po bulwarach, łagodnie kołysząc w wózku coś małego,
roześmianego tak bardzo, że nawet pomniki się rozchmurzają i pochylają się jak
stare grusze, żeby rzucić okiem na cud. Na szczęście, które nie zaczyna się ani
nie kończy – po prostu jest. Albo kiedy siada ostrożnie na ławce odkładając bambusową
laseczkę, żeby nie potoczyła się pod nią, bo kręgosłup całkiem przestał być
giętki i nawet siadanie sprawia kłopot. Uwielbiam Jego zachłanność, gdy przytula
się do Bogini, tonąc w zachwyceniu, a Ona wspina się na palce, żeby
dosięgnąć spragnionych towarzystwa ust. W takich chwilach… sam czuję się
Bogiem. Odrobinkę…
niedziela, 25 sierpnia 2019
Baśń.
Krwawiłem.
Należało się spodziewać, że kiedy się wyda, to będę krwawił, ale przecież to
był niewystarczający powód, żebym przestał. Nie przestawałem, bo dobrowolna
rezygnacja była ponad moje siły. Jak zrezygnować z raju, nawet, jeśli weszło
się doń przez wysoki parkan? Wszedłem na teren zastrzeżony. Chroniony i
obwarowany, a ja nieświadomie naruszyłem nie tylko konwenanse. Ja miałem
czelność marzyć.
Pani?
Może początkowo byłem jej zabawką, rozrywką nieoczekiwaną na jedno popołudnie.
Może zachwyciłem ją brawurą, pozwalającą mi zostać pomimo czarnomundurowej
ochrony i pary dobermanów strzygących uszami na każdy dźwięk mogący zwiastować
polowanie na człowieka. Klaskała w dłonie i śmiała się, a potem poprosiła,
żebym opowiedział jej świat poza murami. Ten, którego nie znała.
Opowiadałem
dzień i kolejny… Patrzyłem jak drżą jej usta, gdy uwierzyć nie mogła, że gdzieś
poza posiadłością istnieje świat, w którym tylko bieda wydaje rozkazy, gdzie
ludzie nie podnoszą wzroku ponad chodnik, bo nic dobrego tam na nich nie czeka,
gdzie dni podobne do poprzednich przytłaczają i odbierają nawet marzenia
niewypowiedziane, choćby były skromne i bardzo ostrożne.
Patrzyła
na mnie i dziwiła się. Chciała wiedzieć więcej, ale nie znalazła odwagi, żeby
przeskoczyć ze mną mur, więc opowiadałem każdego dnia, ilekroć miała ochotę
słuchać, aż okazało się, że nikt z nią nie rozmawia. Że pomimo dostatku jest
samotna. Zdumiało mnie, że stałem się katalizatorem, który urodził w jej głowie
podobną myśl, ale jej dłoń była tak miękka w mojej dłoni, że gotów byłem
opowiedzieć jej świat cały i księżyc też.
Wtedy
śmiała się ze mnie i całowała mnie w usta, a ja z przejęciem opowiadałem jej,
jak moglibyśmy razem zamieszkać na księżycu i uprawiać tam pomidory, albo
mrożone truskawki. Głupi byliśmy oboje i z każdym dniem mniej rozważni, a ja
marzyłem nasz dom na księżycu i obiecałem, że dam radę, że się nam spełni,
jeśli tylko znajdzie odwagę tam zamieszkać ze mną.
To
wtedy nas nakryli i zacząłem krwawić. Ona płakała, ale zabrali ją szybko i
zanim straciłem przytomność zobaczyłem helikopter z nią na pokładzie, jak
odlatywał gdzieś poza widnokrąg. Żebra pękały pod ciężkim butem, a na twarzy
miałem krwisty chaos nafaszerowany bólem. Gdy helikopter wrócił wrzucili mnie
do środka i wystartował ponownie. Wyrzucili mnie z niego nad jakimś jeziorem
wystarczająco zimnym, żebym znieczulił ból. Na odchodne usłyszałem, że więcej
jej już nie zobaczę. Żebym nie próbował, bo helikopter potrafi wznieść się
znacznie wyżej, nim mnie wypchną pożegnalnym kopniakiem ponownie.
Sam
nie wiem, jak dotarłem do brzegu, jednak zaległem w mule pośród trzcin wyjąc
nieludzko. Ból, nie tylko fizyczny sprawił, że płakałem, choć bieda zazwyczaj
ma wypłakane wszystkie łzy nim się nawet narodzą. A jednak płakałem, aż mnie
znalazł jakiś pies i przyprowadził starszego pana, który mnie zabrał do
chylącej się chaty nad brzegiem jeziora.
Oddał
mi swoje łóżko, bo więcej ich nie miał, a potem kurował mnie, żebym przestał
pluć krwią i stanął na nogi. Karmił i nie pytał o nic. Tylko wieczorami, kiedy
wyjmował krótką fajeczkę z korzenia wrzosu patrzył, czy jestem gotów na słowa,
a potem odwracał się i zliczał gwiazdy, dając mi do zrozumienia, że poczeka ile
będzie trzeba.
W
końcu opowiedziałem, choć wiele tego nie było, a on pokiwał głową i pozwolił
mieszkać ze sobą, żebym nie wracał tam, skąd mnie przywieźli. Zaproponował mi
dom. Kryty trzciną, drewniany i pachnący starością. Biedny jak moja przeszłość.
Jakaś łódka pamiętająca lepsze czasy i kawałek sieci, żeby ryb nałapać. Uczył
stawiać wnyki i wybierać z lasu to, czym może się podzielić. Pies nadal patrzył
na mnie z dumą znalazcy, jakbym był dropiem, czy świeżo ustrzeloną dziką gęsią,
ale lizał mnie udając wytrawnego felczera, choć rany już się zasklepiły.
Żyłem
poza światem nie widząc innych ludzi. Musieli jacyś być, jednak nie w tym
świecie. Staruszek czasami znikał na dzień-dwa, a gdy wracał przynosił zapasy
tego, czego nie umiał znaleźć w naturze. Trochę soli, tytoń, mąkę… Niewiele
tego potrzebował. Chata wewnątrz opleciona była ziołami, które zbierał przy
każdej okazji, jakby był czarownicą. Pewnie był, ale nie pytałem. Nauczyłem się
nie pytać, lecz jak on wcześniej zerkałem, czy zechce opowiedzieć. Pokazał mi
drobny, zapadający się kurhan w lesie za chatą, gdzie pochował wiedźmę. Własną,
z którą spędził życie bez pośpiechu i słów zbytecznych. Dobre życie z dala od
nienawiści.
Kiedy
powiedziałem, że muszę, nie pytał więcej. Nie zapytał nawet, czy wrócę, ale
spakował mi do worka wędzonej ryby, kawał boczku na drogę i parę garści ziół.
Pokazał palcem skąd przyleciał helikopter i kurzył fajeczkę, patrząc jak znikam
pomiędzy drzewami. Nie obejrzałem się, choć to podłe, ale musiałem. Szedłem do
NIEJ i musiałem wiedzieć. Nie mogłem zostać w tym lesie, kiedy tam za murem
mieszkały moje marzenia. Pierwsze odważne i dorosłe marzenia. Przepustka na
księżyc, gdzie nie ma podziałów.
Helikopter
leciał niedługo, a piechotą droga zajęła mi ponad tydzień. Wspiąłem się na
drzewo nie chcąc daremnie ryzykować i patrzyłem z daleka. Dzień patrzyłem i pół
nocy. Potem kolejny… Nie chciałem uwierzyć, że jej tam nie ma i postanowiłem
zaryzykować trzeciej nocy. Przeskoczyłem mur. Nim stopy dotknęły trawy po
drugiej stronie rozległ się alarm i zapłonęły reflektory. Dobermany zaśpiewały
pieśń tryumfu i wystartowały do ataku. Cofnąłem się za mur, ale nim odbiegłem
wystarczająco daleko posłyszałem silnik.
Ścigali
mnie jeepem z reflektorem świecącym na wskroś wszechświata. W wozie było
czterech czarnych, kolejni wysypywali się tyralierą prowadząc na długich
smyczach psy. Wiałem, a strach dodawał mi sił, których nie podejrzewałem w
sobie. Skoczyłem w wodę, bez namysłu i płynąłem na drugi brzeg wiedząc, że
samochód nie pokona takiej przeszkody. Oby nie było nigdzie obok mostu. Psy?
Nimi martwiłem się w tej chwili mniej.
Zrezygnowali
stając na brzegu i wygrażając mi. Ich szef poznał mnie bo puścił za mną
szyderczą uwagę, że mój trud daremny i jej nie znajdę w życiu. Że świat zbyt
duży dla mnie, więc lepiej, żebym dał spokój, bo kolejnym razem mogę nie mieć
aż tyle szczęścia, a ona już innemu zapisana, więc o młodzieńczych mrzonkach
najwyższy czas zapomnieć, póki skórę mam na grzbiecie.
Nie
chciałem wierzyć i wróciłem raz jeszcze. Na to drzewo, żeby patrzeć i szukać
najdrobniejszego śladu jej obecności. Tydzień stałem od bladego świtu długo w
noc. Żebrałem, żeby księżyc mi coś podpowiedział, pomógł, wskazał szlak do
niej, ale on jak głuchoniemy szedł swoją ścieżką nie zwracając na mnie uwagi.
Poddałem
się w końcu i bezmyślnie szedłem do chaty staruszka. W tę stronę droga była ze
dwa razy dłuższa, tak mnie przytłoczyła porażka. A kiedy dotarłem popatrzył na
mnie i zaczął nabijać fajkę. Milczeliśmy gapiąc się w milczeniu w toń jeziora
patrząc jak ryby usiłują odgryźć kawałek srebrnego rogalika. Nie miałem już
dokąd pójść. Nie miałem nawet powodu. Marzeń też nie miałem. Została mi noc
przed chatą i towarzystwo staruszka otoczonego wianuszkiem pachnącego dymu. Pies
ogonem rozwiewał złudzenia.
Łapałem
ryby i stawiałem wnyki. Zbierałem zioła i orzechy. Grzyby suszyłem i kisiłem.
Zbudowałem drugie łóżko, a w ziemi wykopałem ziemiankę, bo stara się zapadła i
zbyt mała była na dwóch, by zmieścić zapasy na przetrwanie zimy. Rąbałem drzewo
na opał i siadałem wieczorami na ławce przed domem, żeby patrzeć w toń jeziora
nim zasnę. Pierwszy zasnął staruszek. Zasnął i już więcej się nie obudził.
Umiałem
płakać. Wspomnienie o niej nauczyło mnie tego i nie odwykłem. Opłakiwałem
staruszka budując kurhan obok poprzedniego. Mały, nie rzucający się w oczy. A
potem wypiłem gorącą herbatę i usiadłem na ławce. Coś zagrzechotało. Fajeczka…
Nabiłem ją, bo wieczór bez dymu z fajki wydawał się przygnębiający. Zapaliłem i
patrzyłem, jak rozwiewa się dym pożerany przez wiatr. Łzy, jakich nikt nie mógł
zobaczyć cisnęły się wciąż do oczu i czułem się okropnie niewypłakany.
Zasnąłem
wstrząsany spazmami żalu, a fajka wypadła mi z rąk. Sam nie wiem, czy zbudził
mnie jakiś nocny krzyk, czy wilgotne zimno wytrąciło mnie ze snu. Poczułem
jednak, że nie powinienem teraz spać, że dzieje się coś, czego przegapić nie
wolno. Po wodzie szedł staruszek trzymając za rękę kobietę i wołał do mnie.
Stanąłem na ławce, żeby lepiej widzieć, a oni zatrzymali się na wodzie i
pokazywali mi coś palcami. Wytężałem wzrok, ale widziałem tylko odbicie
księżyca w lekko pomarszczonej wodzie.
Starsza
pani wygładziła ręką toń, a staruszek nadal pokazywał ręką księżycowe odbicie.
Teraz było wyraźne jak w lustrze. Podążyłem wzrokiem za jego ręką. W cieniu jakiegoś
wzgórza zobaczyłem mały dom, a obok niego ogród pełen pomidorów i grządek
pełnych truskawek. Ktoś wyszedł przed niego i zerwał soczystego pomidora, a
gryząc go podniósł wzrok i patrzył wprost na mnie… To była ONA… Zaschło mi w
gardle i gapiłem się w bezruchu. Chciałem podziękować staruszkom, ale kiedy
przeniosłem wzrok szukając ich sylwetek byli już tylko mglistym cieniem
podobnym do nocnych cieni sosen na wodzie. Szli trzymając się za ręce, a
księżyc łaskawie oświetlał im drogę ich samych pozostawiając w aksamitnym cieniu.
Antidotum.
Mechanizacja opanowuje
kolejne gałęzie przemysłu. Kontrolowana coraz doskonalszą elektroniką eliminuje
ograniczenia fizyczne życia codziennego. Postęp medycyny sprawia, że świat stał
się miejscem zatłoczonym i niebezpiecznym, gdyż zbyt wielu dysponuje nadmiarem wolnego
czasu bez uzasadnienia dla własnej, pasożytniczej egzystencji. A gdyby drastycznie
ograniczyć populację, likwidując mimochodem większość cywilizacyjnych zagrożeń?
Wielkie migracje do pozornych rajów, z wszechobecnym niedostatkiem, deficytem
wody i pożywienia. Nadmierna emisja i katastrofalne ocieplenie na skalę trudną
do powstrzymania…
Wystarczy
zachować świat żeński, żeby uzyskać natychmiastową poprawę bez szkody dla
gatunku. Męski? Starannie wyselekcjonowane okazy zamknięte w gettach, albo
ogrodach zoologicznych stanowić będą odnawialny rezerwuar dla zachowania
ciągłości gatunku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)