piątek, 4 kwietnia 2025

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 16.

 

    Urodziłem się przedwcześnie, wykazując się życiową arogancją. Najwyraźniej złośliwy los postanowił się odegrać na mnie-bezczelnym, bo teraz zawsze jestem spóźniony. Chroniczny niedoczas najwyraźniej jest nieuleczalny, szczęściem zakaźny także nie.

Lato lata przy latarniach.

 

    Nie mam pojęcia, czy pod kapturem była ładna, ale kształtem mogła zawstydzić każdy krzywik, względnie stanowić dla nich ideał dla producentów. Melancholijny Karampuk zdecydowała w końcu o własnej kobiecości, pomalowała pazurki i przesiadła się na długą suknię w nieśmiertelnie stylowej czerni. Do tego buty, które mogłyby stanowić solidny fundament, nawet gdyby mocno przybrała na wadze.


    Pociąg, jadący OBOK wyremontowanego dopiero co wiaduktu powoduje korki i pozwala nacieszyć wzrok kwitnącymi drzewami. Fałszywa Blondynka jest kobietą solidną na tyle, że sama mogłaby uciskać Afganistan, albo przynajmniej Kabul z przysiółkami. Na jednym z przystanków niecierpliwiła się księżniczka-matka, cała w różach, tiulach i bielach.


    Przechodząc przez Halę Targową, od jednej z kramarek usłyszałem nowinę dotyczącą pogody – pani widziała kolarza jadącego w stringach. O poranku, kiedy chłodek doskwiera wszystkim, poza najzuchwalszymi nastolatkami. Pani pałała szeroką paletą uczuć, ale zachwytu nie wykryłem. A przecież Miasto wciąga oryginałów, jak narkoman kokę. Przysiadam się do wielkoluda konsumującego coś na ławce. Pan w błękitnej kurteczce, rozpiętej, bo ciepło, pod spodem ma już tylko wdzięk własny, nieco pomarszczony muldami dostatku.


    Pępki uwolnione z okowów tekstylnych uwodzą wzrok nie gorzej, niż kwiaty trzmieli apetyt. Dostrzegam dziewczynkę w spodniach, których nogawki zaczynały się (albo kończyły) w pół łydki. Jakoś szła, czyli można. Za towarzyszkę wybrała sobie słodszą od cukru koleżankę, wyglądającą na japońską księżniczkę z bajek anime – różowo, tiulowo i wybitnie. To dobre słowo określające stan ducha patrzącego. Wybijała się ponad wszystko na ulicy, a patrzącego wybijała z rozumu.


    Blade, pozimowe nogi wystają z leciutkich sukienek i wychwytują każdy kwant światła, by latem olśniewać opalenizną. W ogródkach działkowych zakwitła i spłowiała flaga narodowa z nieznanej okazji. Gołębie wyskubują świeżo posiane nasiona traw, nie zapominając o amorach. Wszak nie samym chlebkiem się żyje. Jeśli nie miałem omamów, to mignęło mi auto z rejestracją DO RYJA 4.

Akcja na akacji.

 

    Gwiazdy nie wyświeciły się jeszcze do końca, a już kosy poganiają słońce niecierpliwą pieśnią. Chorobliwie chuda kobieta, nie odrywając od ziemi stóp tańczyła usiłując chyba zniechęcić wilgoć do wdzierania się pod ubranie kompletujące paletę szarości. Czapla miarowo i wytrwale płynęła do swoich spraw, żurawie pochylały łby nad kolejną kondygnacją budynku, doglądając krzątaniny personelu. W autobusie kobiety oszczędzały urodę na lepsze chwile dnia. Zapewne słońce skłoni je do frywolności. Ja karmię się energią nieznanego pochodzenia i chyba mam już za sobą wiosenne przesilenie.


    Pani o mocnych łydkach ze snopkiem żółto-czerwonych tulipanów czekała na tramwaj. Dziewczę u progu dorosłości, korzystając z osłony śmietnika przebierało się w znalezione tamże krótkie spodenki. Leżący na klapie sweterek także ją zafascynował, choć zmieszczenie rozkwitającej kobiecości wymagałoby dużej determinacji. Cóż, zabrała ze sobą, by naradzić się z kimś co do jego dalszych losów.

czwartek, 3 kwietnia 2025

Antyprasówka, czyli rzecz o tym, czego w oficjalnych wiadomościach nie znajduję.

 

    Nasz umiłowany Rząd zamierza wysłać wszystkim podwładnym (czyli narodowi) instrukcję postępowania na wypadek WU. Tak wielkie WU w tym przypadku oznaczać musi WSZYSTKO! Na przykład braki w dostawie prądu przez trzy dni. Skąd wiadomo, że zabraknie na trzy dni, o to lepiej nie pytać, żeby nie dostać parszywej łatki (ruska onuca?). Powiedzmy, że sprawa została ustalona na szczeblu wyższym, a źródła zbliżone do dobrze poinformowanych w ten sposób ją propagują. A kiedy sieć nie wstanie po trzech dniach, wielcy z bezpiecznej odległości powiedzą – no cóż…


    Do kompletu, „Biedronka” w ramach wabienia narodu między półki proklamuje promocję tzw „plecaka ucieczkowego”. Inicjatywa godna podziwu, gdyż za stówkę z okładem można nabyć i nacieszyć własne mniemanie, że jesteśmy gotowi. Nie wiadomo na co, więc na WU!


    Postanowiłem temat zgłębić na użytek własny. Bo zrodziło się tyle ALE, że moja skłonność do porządkowania kazała mi COŚ ZROBIĆ. Zaczynam, z nadzieją, że nadaremnie:


    Pierwsze pytanie – przed czym uciekać i dokąd?


    - Jeśli przed pożarem, skażeniem chemicznym, bądź biologicznym, to uciekać jak najszybciej. I koniecznie pod wiatr, bo podążając z wiatrem przyspieszę własne kłopoty. Dobrze byłoby zorientować się, skąd wieje wiatr. I nie wystarcza informacja, że z zachodu, bo nie wiem, gdzie jest zachód. Wolałbym wiedzieć, czy uciekać w stronę kościoła, czy ronda. A może za tory? To byłaby użyteczna informacja.


    - Jeśli WU oznacza wojnę, to kłopoty rosną i stają się niemal nierozwiązywalne. Na początek trzeba zastanowić się czym uciekam.

    - samochód, jeśli sprawny i zatankowany jest ok. Ale na identyczny pomysł wpadnie pół narodu. Więc korki nieskończone. Chyba, że uciekamy jako pierwsi, albo jako ostatni.

    - Motocykl też jest ok po zatankowaniu, ma odporność na korki, ale nie jest odporny na warunki atmosferyczne i spakować można mniej.

    - rower – podobnie do motocykla, choć nie wymaga tankowania, ale ładowność znowu maleje.

    - pieszo – znakomity plan, bo nie ma ograniczeń dotyczących sprzętu, ale ładowność ponownie spada. Poza tym… Tempo ucieczki. Spacer do sklepu i z powrotem zużywa siłę większości mieszczuchów, wymuszając regenerację. Moim zdaniem osiągnięcie 80 km na tydzień (śpiąc i karmiąc się czym bądź po drodze – a to osobny temat) to maksimum możliwości przeciętnego piechura. A taki dystans nowoczesny traktor pokonuje w godzinę. Czyli czołg również. O pociskach hipersonicznych (prędkość powyżej 5 Mach) napomknę tylko, jak o apokalipsie wg wszystkich świętych.


    Z grubsza, powyższe sugerują, że uciekać warto wtedy, gdy ma się dokąd – jakąś tajną bazę na głębokim zadupiu, albo zaprzyjaźnioną grotę, wąwóz, czy domek na skraju puszczy. Inaczej lepiej zostać w domu W końcu okupację hitlerowską, mimo wysiłków okupanta przeżyło więcej ludzi, niż zostało zgładzonych. W domu, nawet gdy zabraknie wielu cywilizacyjnych udogodnień łatwiej przetrwać, szczególnie, gdy zamiast o „plecak ucieczkowy” zadbamy o zapasy – wody, trwałego żarcia, źródła ciepła. Nie zgrywając chojraka nawet w obliczu wroga, być może przeżyjemy nawet po zbiorowym gwałcie, za to na zewnątrz… wszystko jest obce, wrogie i mało kto przetrwa jesienią/zimą w lesie coś więcej jak trzy doby. Wielu nie uda się nawet rozpalić ognia.


    A skoro NIE UCIEKAĆ, to co? Najpierw trzeba się rozejrzeć po okolicy. Po co? Trzeba zorientować się, czy mieszkamy w pobliżu łakomych celów strategicznych – lotnisko, dworzec, zakład przemysłowy, trafostacja, jednostka wojskowa, spichlerz, autostrada. Jeśli nie – dom jest w miarę bezpieczny i warto zostać. Jeśli coś takiego sąsiaduje z domem – lepiej wiać. A gdzie? Tam, gdzie umiemy znaleźć wodę. A najlepiej wodę i jedzenie. Jeśli nie mam rodziny na wsi, wieję tam, gdzie jest woda i nie ma celów strategicznych. Ponieważ nie umiem polować na dziki, wieję tam, gdzie są ryby, bo może coś złapię na wędkę. Może uda się złowić kaczuszkę w ten sam sposób? Jeśli nie, trzeba będzie żreć robaki, bo zająca, czy jelenia nie dogonię. Rośliny jadalne nie występują w naturze przez cały rok. A jeść niestety trzeba.


    Czas na plecak. Jeśli wiejemy samochodem, możemy załadować pół domu. Jeśli motorem, czy rowerem, trzeba już planować. A na piechotę, to dopiero wyzwanie. Z każdym kilometrem zabrany kilogram ważył będzie tonę więcej.



    Wersja minimalna – dokumenty – akty notarialne itp., dowód, prawko, paszport, karta kredytowa, legitymacje i uprawnienia. Do tego oszczędności i drogocenności, które da się wymienić na chleb/kiełbasę. 2 tabliczki czekolady, butelka wody, pęto suchej kiełbasy. Porządny nóż, zapalniczka piezzoelektryczna, kawałek mocnego sznurka, trytytki, agrafka. Majtki i skarpety na zmianę. Leki przeciwbólowe, przeciwzapalne, na biegunkę. Plastry i koc NRC. Mapa sięgająca po 200 km w każdą stronę. Musi wystarczyć. Wszystko waży – latarka też. Wersja podstawowa musi być spakowana w moment, bo przecież nie będzie czasu na szukanie i trzeba wiedzieć, gdzie co mamy. Albo kserokopie poświadczone notarialnie i zalaminowane, plus te nieużywane brylanty i złote zęby w woreczku (oby jak najpełniejszym) wraz zresztą minimalnego wyposażenia trzymać zawsze gotowe w szafie.


    Jeśli idziemy stadem, można pozwolić sobie na więcej i podzielić się. Trzeba tylko pamiętać powiedzenie – chcesz stracić przyjaciela – zabierz go w góry. Jeśli jednak się uda, to można wziąć wędzoną słoninę, albo boczek, płachtę namiotową, jakiś lekki garnek, cżeby gotować zupę/wodę do picia, żelazną patelnię(optymizm), butelkę do uzdatniania wody, czy tabletki. Sznur, bo zawsze się przydaje.


    Jadąc czymkolwiek możemy dokładać ile damy radę objuczyć pojazd, pamiętając, że kiedyś z niego będzie trzeba zejść. Grunt, to pamiętać o wygodnych ciuchach, bo ucieczka, to nie zabawa i nie da się wrócić, gdy obetrą buty.


    Dobrze dogadać się z rodziną, albo przyjaciółmi i uciekać stadem, dzieląc rzeczy potrzebne pomiędzy siebie. Wymarzona sytuacja – zaopatrzona baza ze 100-200 km od domu, z dala od istotności wojennych. I trochę wiedzy. O ziołach, o zdobywaniu jedzenia, survivalowe umiejętności. Zwykła „złota rączka” w ekipie, to wielki bonus.


    Na pewno wiele spraw pominąłem. Ale od czegoś trzeba zacząć. Jeśli w ogóle zaczynać. Może trzeba kupić z pięć litrów spirytusu, trwale uchlać się i niech się dzieje wola nieba!


Dobre pomysły mile widziane. kolaboracja także.

Rabat na rabaty.

 

    Chudzina omotała szyję szalem-monstrum, który wystarczyłby na lekką kołdrę, albo bandaż do owinięcia całego kadłuba. Pani wykorzystywała jedynie fragment jego możliwości, a reszta spływała swobodnie, jak zasłony po remontach Szelągowskiej.


    Kieszonkowy park o szerokości nie przekraczającej metra zastanawia się, czy wierzyć w wiosnę, ale na razie zdaje się być konserwatywnie nastawiony do pogodowych fanaberii i czeka na zimną Zośkę. Może to ta kobieta, co kostki u nóg ma odsłonięte, za to dłonie grzeje pod biustem, wprowadzając termiczne anomalie na końcówkach organizmu. Dostrzegam niebieski kaptur wystający spod różowego płaszczyka i zielony plecak nad czerwoną spódniczką – czyli kolory żyją i mają się dobrze. Z wystawy zerka na mnie drewniany pelikan, a z afisza reklamowego Murzyn namawia mnie na „żel do prania w krótkich cyklach”. Nie wiedzieć czemu przypomina mi reklamę z TV, gdzie murzyniątko namawia oglądaczy na „adopcję” pieska. Ja rozumiem, że obcokrajowiec, więc meandry naszego języka są dla niego zawiłe, więc macham ręką, bo z definicji adopcja dotyczy przysposobienia dzieci do rodzin zastępczych. No i nie do końca orientuję się, czy szczeniak nie reklamuje psów z afrykańskim rodowodem, nie nawykłych do naszego klimatu/religii i czego tam jeszcze. Może taki pies na śniadanie zjada pardwę, czy inne dzikie ptactwo grasujące po afrykańskich równinach?


    Kwitnąca jasnota purpurowa rozpycha się po trawnikach, a głogi wonnym kwieciem ośnieżają chodniki. Pulchny samczyk obwąchuje koleżanki, być może żebrząc o wsparcie w doborze pierwszego w życiu staniczka.

środa, 2 kwietnia 2025

Uro-biony uro-czy uro-log na uro-dzinach.

 

    Z rzadka widywany Archeopan, nieco już zabytkowy samiec alfa, wciąż zerka ku cielęcinkom z bardzo krótką historią, za to z zapleczem niezbyt skrupulatnie skrywającym koronki i z plecaczkami, w jakich zmieścić się może najwyżej telefon, paczka papierosków, chusteczka i dwa tampony jako ostatnia deska ratunku.


    Barwne plamy kwitnących drzew i krzewów osładzają burość poranka. Gang kanarów ściga ten sam, co zwykle autobus i zdają się być w lekkim niedoczasie. Między dworcem PKP, a galerią handlową można zostać zakontrolowanym na śmierć, osaczonym, zniewolonym i zestresowanym – zasadniczo każdego dnia. Chyba usiłują wyrobić normę, nim kur zapieje.


    A propos kur – żylasty, tyczkowaty Kogut wiódł swą cudnie pulchną Kokoszkę przez Miasto. Wiódł i uwodził, uwodził i roztaczał, a Kokoszka taplała się w szczęściu odwzajemniając nawet niedopowiedziane. Wiosna!


    Jakiś dowcipniś zaparkował miejską hulajnogę na parapecie zamurowanego okna. Długonoga dziewczyna tak przekonująco zasiedlała (neokolonializm? Okupacja?) wnętrze podgumowanych spodni, że byłbym gotów założyć się, iż nawet ekstremalnie ekstrawagancki krój wypełniłaby z podobnym wdziękiem.

wtorek, 1 kwietnia 2025

Ekstrakt dotyczący priorytetów.

 

    Posiadam tyle wdzięku i nieodpartego uroku, że z konieczności większość zostawiam w domu, żeby się nie zadźwigać na śmierć i z szacunku dla kręgosłupa.


    Trudno, czasami, gdy wyjdę słabiej objuczony, ujrzysz mnie bylejakim i bez iskry, jednak zdrowie jest ważniejsze. Się rozumie samo przez się!

Taka trakcja to atrakcja.

 

    Duży, czarny pies nosił kolczatkę z przyzwyczajenia, albo lenistwa. Wystarczyłoby, żeby pochylił łeb, a ta spadłaby w zapomnienie, albo i dalej. Kwitną głogi walcząc o uwagę z wiśniową śliwą. W tym czasie kasztanowce puchną od tłustych pąków, aż wierzby żółkną z zazdrości. Międzytorze porasta czymś rdzawo, czasami wiśniowo. Patrząc na młodą kobietę o kształtach, przy których epitety jędrny, młody i silny kleją się do jej ciała bezwstydnie nie czekając na świadome ważenie słów, popadam w zazdrość. Czy mój tyłek, choćby w ćwierci wyglądałby tak dobrze w leginsach? Leczy mnie z płonnych rozterek młodzieniec wysokopienny w gumowych dżinsach, pełnych pąkli i wybrzuszeń w okolicach zamka błyskawicznego. Nie napiszę w „strefie bikini” tylko dlatego, ze po takim zamachu cały atol skryłby się pod ziemię, a raczej pod wodę, żeby uniknąć kojarzenia. Pozwalam się rozśmieszyć biegaczom poświęcających uwagę w trakcie truchtania korespondencji z wielbicielami.


    W Mieście mnożą się Indianie. Znaczy Hindusi. Mnożą się od razu uzyskując dorosłość. To zapewne jakaś tajemnica egzotycznej wegetacji, odżywiania, albo doświadczenia poprzednich wcieleń. Przypominam sobie wysokiej jakości artykuł z wirtualnej prasówki i kręcę głową, skądinąd nie z podziwem. Autor informuje (później), że Białorusini po swojej stronie granicy z wojennie nabuzowaną Unią budują „wilcze zęby”, czyli zapory przeciwczołgowe. Potem, bo wcześniej ostrzega czytelnika przed białoruską agresją i eskalacją działań wojennych. I teraz nie wiem, czy to ja jestem ograniczony, czy może coś źle zrozumiałem. Wściekły pies sam sobie kaganiec zakłada jako świadectwo szykowania się do szturmu? Czy może autor jest chory z nienawiści do sąsiadów? Ech!

poniedziałek, 31 marca 2025

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 15.

 

    Jeden uważa krowę za świętość, innemu świnia jawi się nieczystą. Ktoś twierdzi, że ryba to nie mięso, następny nawet o ślimaku powie, że to ryba. Kolejny, namiętnie żrący trawniki, sięgając po jogurt-zagadkę zadławi się mielonym świerszczem, czy raczej mącznikiem?

niedziela, 30 marca 2025

Kosmiczny eksperyment.

 

    W związku z technicznymi kłopotami stacji kosmicznej, oraz brakiem możliwości ściągnięcia personelu kierownictwo eksploracji kosmosu podjęło decyzję o dostarczeniu pokarmu na orbitę metodą rozsiewczą, wykorzystując samoloty wysokiego pułapu. Uwzględniając gusta międzynarodowej obsługi, wystrzeliwane będą pakowane próżniowo: pieczone kurczaki, sushi, wędzone ryby, mrożona pizza, wege-pasty i wysokoenergetyczne rolady boczkowe w pakietach po 2 kg. Astronauci podczas nieuniknionego okrążania Ziemi za pomocą siatek na motyle będą losowo odławiać z orbity dryfujące potrawy. Rzecznik prasowy kierownictwa speszył się pytaniem dziennikarza, skąd na pokładzie stacji znalazły się siatki na motyle. Nieoficjalnie podejrzewa się, że zadaniem astronautów było odławianie z niskich orbit małych, zielonych ludzików.