poniedziałek, 4 października 2021

Piszę pośpiesznie, by nie uronić najdrobniejszej myśli.

 

Jesień rozpanoszyła się i szeleści suchymi brązami po chodnikach. Mijam kobietę spieszącą się na srebrnych obcasach i przestraszone własną niewiedzą dziewczątko w srebrnej, połyskującej kurteczce. Dostrzegam panią ze srebrzyście lśniącą torbą, gdy słońce błąka mi się w kącikach oczu. Drużyna wiewiórek patroluje zapomniany sektor parku, a sroka spod zmarszczonego czoła zerka z bezpiecznej odległości siedząc pod krzakiem derenia. Wrona mozoli się, by o asfaltową jezdnię rozłupać znalezionego orzecha, a pani dość skutecznie kryjąca własną płeć w męskich półbutach, spodniach i sweterku dogania autobus bez zadyszki. Wewnątrz – już siedzi pani ze sporą, misternie haftowaną rozetą wygrawerowaną na udzie i osłoniętą niezbyt starannie rajstopami. Gdyby chciała się nią pochwalić w całości – musiałaby zdobyć się na wielką niedyskrecję, może nawet na nieodpowiedzialność zuchwałą. Zrezygnowany, sterany walką z życiem staruszek zachęca do wysiłku równie zniechęconego psa w kasztanowym garniturze, a pani w wieku uprawniającym do negocjacji finansowych z ZUS-em, z błogim uśmiechem obserwuje efekty zdrowej przemiany materii swojego pupila – doga olbrzymiego, którego swobodnie mogłaby dosiadać, gdyby miała wystarczający luz w kroku, aby zadrzeć nogę dostatecznie wysoko. Dziecięce szczęście zaraża okolicę, gdy w maminych ramionach, albo w nieporadnej ucieczce przed ojcem-dinozaurem, czy innym okropieństwem, ucieka ze śmiechem, z jakiego dorosłość dopiero je wyleczy. Gołębie przystępują do toalety, korzystając z rynkowej fontanny. Stoją na granitowych brzegach kamieni, ostrożnie nabierając wody skrzydłami, albo pijąc wprost z kipiącej powierzchni. Smutna, młoda pani, wygląda jak harcerka Szarych Szeregów po beznadziejnej szarży. Ściśnięta pasem na skórzanym płaszczyku i beretem trzymającym w ryzach ciężkie, wojenne myśli prześlizguje się ukradkiem przez rynkowe bruki, wypatrując arkad, oficyn, cienistych przestrzeni. A przecież noc, przecięta włosem księżyca nie zapowiadała aż tak bogatego w widzenia dnia. Ledwie odrobina różu na nieskończonej w każdym wymiarze nicości, kilka rumieńców pomarańczowych i promienie słońca zbiegające się gdzieś na południu – wyryte silnikami odrzutowców i zbiegające się tam, gdzie dotąd nie bywało. Czyżby nowe lotnisko? A może to zaprojektowane ludzką ręką epicentrum nowego frontu, który ma zniechęcić słońce do bywania w tych okolicach?

2 komentarze: