Zanim nastał dzień, nim ktokolwiek zdążył zareagować, zniknąłem w otmętach. Nie pytaj, czy były to grzybki halu wyskrobane w dzikości nowiu, alkohol przepędzony daleko hen od mundurów, czy mleczko zbierane skwapliwie z nielegalnie wyrosłych makówek, względnie nasiona konopi patynowane światłem księżyca. Może to jedynie naturalna w tutejszym narodzie, „ułańska fantazja”? Domniemaniom czoła stawiać nie zamierzam. Niech Was prowadzą Wasze uprzedzenia i nadzieje. Ważne jest, że zniknąłem. I że w otmętach, które „jakoś” wymykają się tak rozumowi, jak i paragrafom.
Dobrze było? Powiem tylko, że Alicji nie spotkałem. Zaledwie Biernik się tam szwendał znudzony do żywego, czyhając, by zadać ciekawskie pytania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz