Wełniane czapki zaczynają przedzierać się do „głównego nurtu”. Nie dziwne więc, że Skórzastogłowy dołączył rączo do stada roztropnych. Ogrzane myśli potrzebowały jednak ujścia, bo gdy tylko wsiadł do autobusu, zaczął demodelować stan istniejący za pomocą zdeterminowanego pasma poleceń wysyłanych w świat za pośrednictwem wiadomości głosowych i błyskawicznie przemeblował świat, zanim ten dostrzegł, że wczoraj już się skończyło. Wrony też penetrowały Miasto, sprawdzając zaspanym okiem, czy noc przetrwało w stanie należytym, czy też stało się coś wymagającego ich reakcji – szczur zdechł, albo został przejechany i leży nadaremnie w rynsztoku – podpowiadam niepytany…
Na przystanku niedbale wsparta o reklamę zniewoloną między szybami tkwiła pani z łapkami utopionymi w otchłani kieszeni. Bez wahania skojarzyłem panią z odwrotną klepsydrą – minima i maksima lokalne zlokalizowane miała odwrotnie proporcjonalnie do starożytnego czasomierza. Cóż – szczęście czasu nie mierzy, a cynicy wymyślają coraz bardziej dosadne tezy. Moją uwagę beztrosko przechwytuje pani obwieszona tobołami tak dokładnie, że zajmuje mi chwilę wyłuskanie jej z otoczki bagażu. Juczna kobieta wygląda na puchatą sowę, zaniepokojoną nieco dobiegającymi z zewnątrz dźwiękami. Wiem, co mówię, bo właśnie wczoraj zostałem zaproszony na randkę w ramach której obejrzałem „Pieśni lasu”, gdzie sowy stanowiły znaczący element. Jednak panią zaniepokoił dźwięk aktualny, a nie wspominkowy. To był „mój” tramwaj (dziś epitafium Wandy Rutkiewicz).
Kominy elektrociepłowni dusiły się tłustym dymem, by ogrzać wciąż śpiące Miasto. Pani, którą los wygnał z domu (pewnie na zakupy – „szoruj babciu, do kolejki, weź koszyczek…”) krztusiła się także, ale ona zamiast dym wydalać, to go pochłaniała, choć najwyraźniej robiąc krzywdę steranemu życiem układowi oddechowemu. W sieciowym sklepiku zachwycająco opływowa ekspedientka stała na niskim stołeczku i mogłaby zostać niezwykłym pomnikiem, gdyby nie to, że wspinała się na paluszki, by ułożyć coś poza zasięgiem wzrostu. Aż chciało się specjalnie dla niej wymyślić taboret z dodatkowym szczeblem, żeby nie męczyła się, ilekroć jakiś King-Kong egoistycznie zagarnie gwiazdkę z nieba, czy coś równie nieuchwytnego za dwanaście dziewięćdziesiąt dziewięć brutto! I to wszystko w złociszach polskich! Potem, to już tylko podziwiam, jak rozrósł się w paskudnych warunkach śródmiejskiego podwórca bożodrzew, dopiero-co uznany za chwast wart bezwzględnego tępienia, nawet bez błogosławieństwa krągłej pieczęci z czerwonym orłem. Najwyraźniej jestem istotą „lekkiego ducha”, może nawet „lekkiego prowadzenia się”, bo moją uwagę bez wysiłku przejmuje pień dojrzałego jawora, dzięki wilgoci wyrazistszy niż zwykle i lekkodusznie zasługujący na zauważenie. Szczęściem chyba spał, bo otaksowałem go bezwstydnie od stóp do głów, zapomniawszy, że za takie spojrzenie mogę oberwać „z liścia”, a potem usłyszeć wiązankę, od których damy oficjalnie się rumienią (co bardziej „eteryczne” czy jak kto woli współczesną wersję owego słowa „sensualne” – mdleją/tracą kontakt z rzeczywistością), a niedamy eskalują przemoc, pełną jadu wydalanego w furii wraz ze śliną. Okej, przepraszam jaworową duszę za moją ciekawość ciut po fakcie, ale szczera pokuta zmienia ponoć grzesznika w świętego, jeśli tenże dożyje owej transformacji.
W drodze powrotnej trafiam potwora na baterię – R6 VENOM.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz