niedziela, 8 grudnia 2019

Karma

Sterczałem pod murem, gdzieś w centrum miasta zbyt dużego i zbyt bezwzględnego dla mnie. Patrzyłem, jak mija dzień i pośpiech wędruje we wszystkich możliwych kierunkach, a mnie nie zauważa nikt – dopóki trwam na marginesie rzeczywistości, z dala od witryn i konsjerży, pośród śmieci i bylejakości ukrytej przed bogatym wzrokiem, bo bogacze nie patrzą na zakamarki i nie pod nogami szukają własnej codzienności. Uczyłem się żyć i trwałem sobie cokolwiek leniwie i bez jakiegokolwiek szlachetnego celu, poza przetrwaniem, które na bieżącą chwilę wydawało się atrakcyjną alternatywą dla pozostałych możliwości, kiedy zobaczyłem ją. A może to ona mnie zobaczyła…?

Była piękna, jednak tą pięknością, która wzbudza niepokój i nie daje zapomnieć o czujności, nawet w chwilach uniesienia i zachwytu. Zupełnie, jakby się miało świadomość, że za plecami czai się już jej cień niedopowiedziany, ostrzący nóż na krawężniku granitowym, żeby za chwilę precyzyjnym, szybkim ruchem, otworzyć tętnicę szyjną, tnąc jednocześnie tchawicę na wskroś, w jednoznacznym, nieodwracalnym akcie odbierającym głos i skracającym życiorys do pojedynczej minuty.

Patrzyłem w oczy, w których błękit mieszał się z zielenią i szarością, w barwach zimnych jak grenlandzki szelf. A przecież twarz miała ozdobioną uśmiechem o tysiącu znaczeń, z których, jak każdy samiec potrafiłem wydestylować te pasujące do moich potrzeb i własnego rozumienia.

Poszedłem za nią jak ćma, jak niewolnik z żelazną obrożą na szyi, w którym bat dawno już stłamsił ostatnie odruchy niezależności. Prowadziła mnie palcem o paznokciach wyostrzonych tak, że mogła używać ich jak wykałaczek do wyjmowania oliwek z martini, albo kostek żółtego sera spomiędzy drobnych przekąsek stojących na stoliku. Prowadziła mnie biodrami rozkołysanymi bardziej niż kroki bosmana schodzącego na ląd wyłącznie w celu uzupełnienia zapasów trunku. Szpilki – oczywiście, że miała szpilki, cienkie jak włos, chromowane, unoszące pięty kilkanaście centymetrów ponad poziom chodnika.

Płytki chodnikowe drżały i dźwięczały strwożone, że pękną pod naporem wibracji tych kroków. Mężczyźni zwalniali i podświadomie oblizywali się na jej widok, pompowali klatki piersiowe nadmiarem powietrza, mniej dyskretni poprawiali rosnące członki napierające od wewnątrz na zamki błyskawiczne spodni. Łydki w pończochach zwiastowały wszystkie kręgi piekieł i niebios, niedopowiedzianą granicę pomiędzy końcem jednej, a początkiem drugiej, czarnej, delikatnej materii, dyskretnie lecz kusząco skrywającej się pod spódniczką wystarczająco krótką, do snucia fantasmagorii.

Szedłem wiedziony zapachem jej perfum zmieszanych z mikroskopijnymi perełkami potu za uchem i naturalnym aromatem włosów rozsypanych po letniej bluzce, jakby usiłowały przykryć „zapomniany” biustonosz, pod którym zakwitły pestki wzwiedzione podmuchem wiatru, lub pieszczotą materiału. Męski wzrok zmasowanym atakiem przechodniów usiłował przepalić materiał tej bluzki, lecz chyba tonął w wirach, wsysany w dolinę pępka, któren dna chyba nie miał wcale.

Czułem aromat, stawiający pod znakiem zapytania męski rozsądek, cywilizacyjne nawyki, odbierający ostrość widzenia i zdolność do abstrakcyjnego myślenia, jednoczący się wokół lędźwi, instynktów i pożądania bardziej gorącego niż islandzkie gejzery i bardziej spienionego od nurtu wokół wszystkich katarakt wodospadu Wiktorii.

Wzięła mnie wprost z ulicy, jak gazetę reklamową, jak promocyjnego balonika reklamującego usługi bankowe, czy też miejską inicjatywę. Wyciągnęła tę swoją dłoń w moją stronę, a ja nawet nie wiem dlaczego, skąd w niej mniemanie, że zechcę i skąd potrzeba, żeby mnie posiadać, zniewolić wzrokiem – samym zapachem zniewolony zostałem, a pośród tego wzroku, w którym wszechświat wydawał się małą, osraną piaskownicą… nie znalazłem w sobie sił, żeby odmówić. Byłem głodny, spragniony i stęskniony. Potrzebowałem jej. Nawet nie umiem powiedzieć jak bardzo jej potrzebowałem, ale pojawiła się i namaściła moją obecność drobnym gestem, niesłyszalnym, ledwie zauważalnym – ale dla mnie czytelnym, jakby powiedziała – jesteś mój i będziesz teraz szedł obok mnie choćbyś miał zdechnąć z wysiłku.

Mijaliśmy mężczyzn wyprężonych wzwodami błagającymi o spełnienie, mijaliśmy kobiety patrzące z nienawiścią, plujące z odrazą, jakby chciały zademonstrować pogardę dla mojej pani, mijaliśmy młodzież wulgarną tak bardzo, że duchowny mijający nas, gdy usłyszał ich słowa rozpoczął mantrę bezgłośnej modlitwy w intencji zbłąkanych duszyczek, a jego wargi układały się w psalmy i hymny wielbiące jego pana – oby nie nadaremno.

Szliśmy deptakiem, wolnym od samochodowego ruchu, lecz przecież tak życiem tętniącego, gęstym od dzieci, tubylców i turystów, że tło emocjonalne wymieszane było bardziej niż kapusta w łazankach. Pilnowałem, żeby się nie zgubić, żeby nie stracić łączności z ową boskością, a jej pośladki stały się dla mnie latarnią morską, za której światłem zmierzałem do nieznanego mi jeszcze portu. Wiem – śmieszny jestem w tej swojej naiwności, widzę przecież, jak bardzo mnie lekceważy, jak pogardliwie traktuje, lecz zauważyła mnie – właśnie mnie i powiedziała do mnie „chodź!” Do nikogo innego, tylko do mnie, a ja się zgodziłem i narzekać teraz byłoby niegodziwością wielką.

Szliśmy mijając rynek i zagłębiając się w mniejsze, bardzo wiekowe uliczki, o elewacjach zdobionych aniołami i płaskorzeźbami tak licznymi, że turyści w zachwycie tracili czucie w napiętych karkach zanim policzyli te wszystkie gryfy, lwy, orły i niedźwiedzie. A my szliśmy – ona, niczym przewodnik stada i ja – już nie obok, lecz za nią, bo trotuary zbyt wąskie nie wystarczały, żebym się zmieścił. Nagle zatrzymaliśmy się, a ona wypielęgnowanym palcem pokazała mi kościelny mur i powiedziała:
- Zaczekaj tu na mnie.

Nie pytała, nie prosiła – rozkazała mi trwać, a ja zostałem, posłusznie kryjąc się w cień i chłód ściany z wilgotnych cegieł. Weszła do hotelu zostawiając mnie na czas nieokreślony, więc nawet ruszyć się bałem, że ją przegapię, kiedy wyjdzie wreszcie. Czas mijał i słońce pokonało sporą część podniebnej drogi i już świeciło na tę ścianę, pod którą skryć się próbowałem, z oka nie spuszczając hotelowych wierzei. Słońce kroczyło dalej, bez wahania opierając się o attyki kamienic, by stoczyć się po stromiznach dachów, wynaturzając ludzkie cienie i czyniąc je gigantami.

Trwałem napiętnowany jej palcem, usiadłem pod tym murem, czując zmęczenie i monotonię niezmienności. Znudziło się już podglądanie przechodniów, rozpoznawanie aromatów z kafejek, czy wymyślanie psot niespełnialnych – gdybym był sam, zapewne część z nich zrealizowałbym, bo przecież nie po to się psoty wymyśla, żeby niespełnione umarły w zapomnieniu. Ale tu i teraz byłem przypięty palcem, jak kajdanami do muru i nie mogłem się oddalić. Miałem czekać, więc czekałem.

Wyszła wreszcie. Zdecydowanym krokiem pokonała te kilka schodków dzielących wnętrze od zewnętrza, przeszła uliczkę z kocich łbów klnąc bardzo dyskretnie, kiedy iglice jej butów ślizgały się na wypolerowanym na półokrągło granicie i podeszła do mnie. Nie zapomniała, że czekam. A ja czekałem i radością zdążyłem umalować całą swoją postać, żeby wiedziała, że ja również nie zapomniałem i dotrzymałem słowa – czekałem tam, gdzie mnie zostawiła.

Przyszła do mnie najpiękniejsza kobieta jaką w życiu widziałem, a ona ignorowała wszystkich wokół – tych starszych i całkiem młodych i szła do mnie stukając metalowymi obcasami i patrząc na mnie pośród myśli, które w niej grały jakąś ciepłą melodię. Przyglądałem się jej i usiłowałem opanować emocje, chciałem ją przeczytać do nagości, zanim się zbliży na odległość dotyku, więc wszystkie zmysły wysiliłem, zatrudniłem do pracy analitycznej…

Zmęczona wyszła – widziałem, zmęczona, chociaż gdzieś w niej czaiła się nutka czegoś mniejszego niż satysfakcja – może poczucie bezpieczeństwa, na które sobie zasłużyła. Perfumy pachniały już zdecydowanie mniej intensywnie, za to kropelki potu były ostrzejsze, bardziej wyraziste, gęstsze. Co z tego, że wodą spłukane i przykryte świeżą warstwą kosmetyków? Czułem wyraźnie, że jej ciało domaga się nie prysznica, a długiej, gorącej kąpieli w wannie. Czułem obce, mocne dłonie, na wszystkich zakamarkach jej ciała, a ślad męskiego nasienia drażnił mój nos dotkliwie. Na pończochach zauważyłem pojedyncze drobniutkie i już zaschnięte kropelki brukające czerń materiału.

Odezwała się do mnie, a jej głos nie dźwięczał jak wtedy, kiedy mówiła mi „zostań” – w głosie czuć było rezygnację i zmęczenie, takie oswojone, powtarzalne i przewidywalne – widać nie pierwszy raz wychodziła po tych schodkach…

Zły byłem, że jakiś obcy ośmielił się ją dotknąć i jeszcze nasieniem własnym oznaczył, jakby jego suką była i mieliłem w zębach przekleństwa, a zęby zaciskałem, żeby nie skowyczeć. A ona uśmiechnęła się do mnie smutno i powiedziała:
- Chodź, kupię ci biżuterię, chociaż wiem, że to zbędna fatyga. Teraz, kiedy jestem bogata mogę pozwolić sobie na rozpieszczanie ciebie, bo ty będziesz mój już dożywotnio. I nigdy bezdomny.

Zgodziłem się natychmiast, żeby się nie rozmyśliła. Zgodziłbym się na wszystko, o co mogłaby mnie poprosić, a takiej łaski nawet nie śmiałem pomyśleć. Zgodziłem się na nią całą, pocałowałem ją w rękę, zamerdałem ogonem i poszliśmy – oboje z mokrymi oczami - widać byliśmy sobie pisani.

sobota, 7 grudnia 2019

Lawina

Myśli chcą myśleć o tobie i zupełnie mnie nie słuchają, kiedy usiłuję przekonać je, że nie jest to dobry pomysł. Że nie czas, nie pora, a i miejsce nie sprzyja. Mogę sobie gadać, a one wciąż swoje. Otwieram oczy szeroko i pokazuję, jak niesprzyjające są warunki. Nic z tego. Uparte jak osioł robią swoje, mnie lekceważąc tak dokładnie, jakbym nie istniał.

Naiwny. Myślałem, że jestem panem własnych myśli i tylko nocą, kiedy zmęczenia poluźnię wędzidło dobiegają do mnie koszmary i sobie-panki. Gdy noc czarna, a oczy zamknięte, przez nos i uszy wślizgują się niepostrzeżenie obce obrazy i światy niemożliwe, by pobuszować we łbie i zawrócić w głowie, odwieść od wszystkiego albo skusić na owoc, nie tyle zakazany, co absurdalny.  Czasem skopuję co zuchwalsze sny i palce im wrażam w oczy, żeby mi odpuściły i poszły precz, lecz potrafią złapać za gardło i wtedy ślinię się w bezdechu szukając ratunku. 

Ale w dzień? Niebywałe! W  świat krzyczący śmierdzące hałasy się wypuszczam i rozbieganym wzrokiem wypatruję niebezpieczeństw, węszę smrody i aromaty, kluczę, by zgubić pościg wściekłej watahy i gnam do jakiegoś celu, mniej lub bardziej uzasadnionego, a tu myśli przegryzają się przez podświadomość i kołaczą we łbie, klekoczą jak bociany wiosną, żeby przypomnieć okolicy, że już są.

Sam już nie wiem czy się wstydzić, że taką swobodę toleruję, czy pozwolić na ciąg dalszy, skoro i tak nie zdołałem schwytać owych myśli i stłumić je, przekonać, by poczekały stosownej chwili. A one pasą się moim niezdecydowaniem i wypływają na wierzch niczym tłuste oka w rosole, a każda myśl wpatrzona w ciebie kołysze się i rośnie w siłę. 

Próbowałem zagadywać, ignorować, zasypać stosem innych - tych błahych lub bardzo poważnych. Nic z tego. Radzą sobie równie dobrze jak nasiona w żyznej glebie, kiedy tylko majowe słońce zacznie im szeptać obietnice. Jeszcze trochę, a wszystko kojarzyć się będzie z tobą, bo myśli potrafią dokonać niezwykłej ekwilibrystyki, żeby widziane przetworzyć na własny użytek. 

Dziwnym byłoby, gdybym gestykulując sam sobie rację wykładał, więc ręce w kieszenie pcham i ust pilnuję, żeby słowotokiem nie zakwitły. Twarz staram się unieruchomić , ubrać w pozory i zobojętnić, lecz dlaczego... sam nie wiem. Jakby wstydem były myśli o drugim człowieku. 

Czytam. Pastwię się nad rzędami liter. Usypuję z nich stos ofiarny, gdzieś we mnie i gromadzę je podobny wiewiórkom utykającym nadmiar łakoci, gdzie tylko się da, bo zima przecież przyjść kiedyś musi. Utykam słowa i zdania. Myśli wielkie, a nawet banalne. Cieszę się, gdy słowa potrafią porwać mnie gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem i wracam stamtąd z myślą, że dobrze byłoby wrócić tam z tobą. Pokazać znalezione, pochwalić się, albo podzielić. Najlepszy obiad w samotności traci na aromacie. A przecież czytam sam, z braku ciebie.

Strumień świadomości - nie wiem kto pierwszy użył tego określenia, lecz wiem, kto mnie namówił, abym skosztował tego dania. Raz, potem setny, aż weszło w krew i rosło sobie bez udziału świadomości. Skąd wiedzieć miałem, że strumień lawiną się stanie niepowstrzymaną i toczyć się będzie wciąż szybciej, i mocniej, i dźwięczeć będzie mosiądzem kościelnych dzwonów na trwogę, gdy myśli stłoczone, niespokojne runą w dolinę, grzane jedną ideą i jednym motywem? Łapię się na myśli zalążku, że teraz ów strumień rozbudzony nie potrzebuje już papieru. Toczy się bezwstydnie we mnie i ujścia szuka lub sprzymierzeńca. 
Znowu słowami kryję znaczenie - ciebie szuka. Bo tam znajdzie ukojenie.

czwartek, 5 grudnia 2019

Głód życia

Ćma mierzy nieskończoność sufitu drobnymi kroczkami, podpierając się nocnym skrzydłem. Idzie miarowo, niespiesznie przeskakując pęknięcia w tynku i szuka czegoś najwyraźniej. Jeszcze nie rozpoznaję celu jej wędrówki, lecz wzroku oderwać nie potrafię, kiedy półmrok przecina azymutem, kierując się w najciemniejszy narożnik pomieszczenia. Ucieka od okna i ostatnich, mizernych świateł o barwie dojrzałego miodu z gryki, które nawet nie potrafią cieniem zarazić ścian. Może to nie światło, a jego negatyw? Światło zachowuje się bardzo stabilnie i w kwestii cienia jest nieubłagane, więc to, co mrok rozprasza, światłem być nie może.
Ćma, pozbawiona moich dylematów podąża niespiesznie w narożnik, gdy ja spętany w kokonie, pocę się kwaśnym smrodem, który tężeje we mnie i zdaje się widzialną smugą unosić w stronę okna. Tylko czekać, aż skuszę naturę, żeby zainteresowała się pożywnym aromatem i przyszła po mnie. Kompletnie bezbronny, mogę najwyżej gryźć, choć cywilizacja oduczała ludzkość zagryzania wrogów tak długo, że teraz do gryzienia służą ludziom wyłącznie sztućce, a ciepłe, żywe mięso jest szczękom nieznane całkowicie. W Deszczowym Lesie, albo w odległej Amazonii, czy w świecie Pigmejów, jeszcze żyje może jednostka pamiętająca słodki smak mięsa, które nie zdążyło stężeć pośmiertnie i wije się w ustach wciąż żywym nerwem mięśni i ścięgien. Jednak nie we mnie i jeśli natura tutaj przydrepcze, z niepohamowanym łakomstwem sączącym się ślinotokiem spomiędzy zębów - nie wiem, co zrobię. Może przerażenie unieruchomi mnie i będę patrzył, jak pożerany żywcem znikam w żołądku i szczękach głodomora, notując podświadomie zadowolenie rosnące w oczach, kiedy błoga sytość napełni mu trzewia. Mną! Wciąż żywym i bezradnie patrzącym na potworną ucztę.
Nie… spokojnie… nie pozwolić panice na rozciąganie wizji, bo już czuję pot na plecach, a pęcherz nie wytrzymuje ciśnienia i wewnątrz kokonu rozpływam się ciepłem chwilowym i wonią, która dzikości na zewnątrz skojarzy się jednoznacznie. Posiłkiem czekającym na najszybszego, bo pozostali zastaną już opróżniony stół, z resztką kości do ogryzienia. Przybędzie owa dzikość pospiesznie, śliniąc się i tłocząc, głośno udowadniając rozmaite przewagi, a ja… w kokonie… spowity całkiem w bezruch, woniejący strachem i histerią… Nie! Konieczne zmienić tok myślenia. Niechby nawet tę ćmę obserwować i stamtąd szukać wsparcia lub tylko wskazówki.
Ćma wędrowała niezmordowanie raz podjętym kursem i zupełnie nie zwracała na mnie uwagi. Szła własnym życiem tam, gdzie instynkty ją gnały, a ocean sufitu nie przerażał jej wcale. Wiatr znalazł jakąś szczelinę, czy niewidoczny dla mnie otwór w murze, bo przyszedł z wizytą i rozkołysał mnie, jak balonik dziecka ręką niesiony ze szczebiotem podczas niedzielnego, rodzinnego spaceru. Kołysałem się niezbornie, nie jak wahadło, nie jak ramię metronomu, ale jak suchy liść cyklonem z ziemi podniesiony, który każdym drgnięciem pętlę nieprzewidywalną powiela, ruchem składającym się ze zbyt wielu łuków, aby opisać go niechby najbardziej nawet skomplikowanym wzorem matematycznym. Ja również wiłem się w objęciach podmuchu, kręciłem i drżałem, a jedyną stałością był punkt zaczepienia. Wysoko nade mną, w tej ciemności świetlistej, nić zakotwiona mocno, trzymała mój kokon jak stalowa lina, śpiewająca pod dotykiem wiatru, lecz pewna swojej siły ani myślała pęknąć. Owszem wyciągnęła się sprężyście, ugięła, skręciła mocniej, by z jeszcze większym impetem odwinąć się i zawrócić mi w głowie wirem niepohamowanym, zabierającym oddech i świadomość. Żadna karuzela nie wymęczyła mnie tak bardzo, nie zabrała z żołądka wszystkiego do samego dna, aż pusty zupełnie protestował spazmami pozostawiającymi ból gardła i skurcze niszczące mięśnie.
Zemdlałem wreszcie, a wiatr znudził się chwilową zabawką i poszedł sobie zostawiając mnie pokonanego, wiszącego na tej niewidocznej nici, która aż do ciemnego nieba sufitu sięgała i tam wczepiona w hak, w pęknięcie, w zadrę struktury podtrzymywała lepkie, klejące jajo, z wnętrza którego wystawała mi głowa zwieszona, z twarzą ubłoconą własnymi rzygowinami. Kokon, jak konserwa żelaznej racji w chlebaku żołnierza, jak przetwory w spiżarni zapobiegliwej gosposi, żeby w chwili potrzeby apetyt posiadacza zaspokoić i błogością wypełnić żołądek, aby przetrwać kolejny poranek, dobę, tydzień…
Nie wiem jak długo wisiałem nieprzytomny, lecz gdy się ocknąłem, ćma zbliżała się już do brzegów oceanu i bez najmniejszego wahania dążyła w kierunku trzech granic, w punkt wiążący ściany z sufitem. Kiedy doszła wreszcie, zaczęła składać tam jaja przyklejając je starannie do szlabanów krawędzi i otulając je wydzieliną tkaną wprost na nich. Kolejne kokony – pomyślałem. Kolejni niewolni w tym samym pomieszczeniu, lecz one przecież dla własnego dobra opatulone, żeby w cieple mogły rosnąć, żeby bezpiecznie przetrwać czas, w którym nikt nie będzie w stanie dbać o ich rozwój, o trwanie, żeby cud narodzin mógł się spełnić.
Ja tymczasem skrępowany jak egipska mumia, jak żywy baleron wisiałem pod sufitem świeżym mięsem. Nawet nie kruszałem, lecz dojrzewałem. Niczym królik w klatce, albo indyk na święta hodowany. Kokon już sterany mną, nie świecił srebrem wyschniętej śliny, bo zdążył okleić się moimi sokami, okurzyć drobinami przez wiatr przyniesionymi. Czułem wielkie pragnienie. Większe od głodu, chociaż pusty żołądek skamlał całkiem bezwstydnie o cokolwiek, czym mógłby wypełnić pustkę, o masę, co kwasom da zajęcie. Pożarłbym nawet tę ćmę i jej jaja, gdybym mógł je dosięgnąć ustami, językiem, ale nie – zbyt daleko. Rozważnie wybrała miejsce, w którym życie ma zakwitnąć i poza zasięgiem mojego apetytu zostawiła jaja. Teraz sama przycupnęła zmęczona miotem, urządzaniem sypialni dla przyszłego potomstwa i śpi tam, a skrzydła drżą jej z wysiłku. Śpi mrużąc oczy przed światłem-nieświatłem, przed mrokiem bezcieniowym i zdaje się emanować wielkim zadowoleniem. Słusznie zapewne, bo miejsce bezpieczne wybrała i spełniła się w łańcuchu życia, więc odpoczynek uzasadniony bardzo.
A ja? Może dlatego wiercę się niespokojnie w objęciach kokonu skrępowany, bo ja jeszcze nie? Bo nie przedłużyłem łańcucha i nic po mnie nie zostanie, a nadzieja, że życie dostarczy mi kolejną szansę na zbudowanie sypialni dla potomstwa, kurczy się we mnie w tempie zastraszającym. Panika znów chwyta mnie za gardło i wyję, drę się opętańczo, aż ćma podryguje w rytm zaburzenia niesionego falą głosową i zwielokrotnioną odbiciem echa od wszystkich ścian i złowieszczym chichotem kumuluje się na jej skrzydłach wprawiając je w gasnącą falę zaburzenia.
Otworzyła oczy i patrzy na mnie zdumiona. Zapewne nie rozumie, skąd we mnie tyle gniewu, może nawet myśli, że drę się, bo nie mogę się uwolnić, że wykluwam się z tego kokonu i głowa już na wierzchu, a reszta wyjść nie ma sił i krzyczę błagając o pomoc. Tak! Tak właśnie krzyczę! Przyjdź i mi pomóż! Przyjdź i rozewrzyj te nici poplątane, posklejane w jedną całość splecione z mocą ponad moje siły. Przyjdź i mnie uwolnij ćmo! Rusz się! Chodź wreszcie, przecież widzisz jak męczę się, jak sobie nie radzę, a ty się wylegujesz i w nosie masz skargi, które odbijają się od ścian i sufitu i patrzysz tak beznamiętnie, kiedy ja tutaj… rozpłakałem się…
Rozpłakałem się w głos, a łzy spływały przez policzki i tonęły w splotach kokonu zostawiając bruzdy w kurzu porastającym ten kokon. Może wydawało mi się może to było tylko złudzenie, jednak dostrzegłem zarodniki mchów pierwszą zielenią osiedlające się gdzieś niżej, gdzie przepociłem własnym moczem powlokę, a mech zbiera tę bezpańską obecnie wilgoć i zamienia ją w życiową energię. Staję się źródłem życia dla mchu, pożywką, na której przyroda buduje przyczółki, żeby rozwinąć się w biologiczną ciągłość przyszłości. Nie zmarnuje się nic, śmieci nie istnieją – wszystko jest pokarmem, paszą, nawozem. Wszystko – cały ja również i każdy mój atom zostanie strawiony, przeżuty, wymemłany i odarty ze składników odżywczych, a reszta legnie w ziemi i stanie się nią właśnie, żeby masą własną stanowić okrycie i schronienie dla nieprzeliczalnej drobnicy. Każdy mój gram wpadnie w końcu pomiędzy ziarnka kwarcu i rozpuści się spływając deszczem i osiądzie ławicą tworząc laguny wygładzone słońcem, wodą i wiatrem.
Patrzę, jak staję się jutrem w niewoli kokonu, który mocniejszy ode mnie wolą swoją mnie spętał i powstrzymał moją teraźniejszość. Zepchnął mnie w historię, bo ja już nie żyję, skoro wydostać się nie potrafię. Nie żyję, skoro sił mi brak, aby walczyć i wydostać się. Nie żyję i życiem własnym świata już nie naznaczę, bo nie spłodziłem potomstwa, a teraz nawet nadzieja gaśnie i strach podpowiada brutalną prawdę – jestem nawozem. Jestem pokarmem dla żyć, które silniejsze są, które będą trwać, rozwijać się i mnożyć. Moim kosztem. To ja im dostarczę energii, ja będę spichlerzem, do którego przyjdzie życie po siłę. Po jutro. A mnie jutro zapomni. Strawi i zapomni.
Mógłbym kląć, ale co to zmieni. Patrzę na ćmę i sam nie wiem, czy śmieje się ze mnie, czy otaksowała mnie wzrokiem, czy już może przyjść do mnie na posiłek. Może szacuje szanse, może liczy, czy ryzyka jestem wart. No chodź! – wrzasnąłem buńczucznie. – chodź, to się policzymy! Jakiż głupi byłem krzycząc… przecież jej się nie spieszy. Poczeka i przyjdzie, kiedy zabraknie mi sił aby powieką ruszyć i będzie wypijać moje oczy, a burczenie jej brzucha stanowić będzie tło uczty, na której ja będę jednocześnie talerzem, kelnerem i potrawą. Toaletą również będę podczas biesiady, a gdy się skończy zostanę wspomnieniem wielu sytości. Stanę się ojcem chrzestnym wielu dobrze odżywionych istnień, czkawką przesytu i potrawiennym gazem wonnym ulatniającym się beztrosko z anonimowych organizmów.
Kalkuluję, szukam opcji, oszukuję się wieloma nadziejami, że przyjdzie ktoś i uwolni, że moje więzienie rozstąpi się niczym Morze Czerwone przed Izraelitami i wypluje mnie na wolność, żebym śmiał się wspomnieniem tej katastrofy. Jak łatwo jest wlać w siebie cień nadziei jednym „gdyby”… A nadzieja jest wojownikiem, którego pokonać nie sposób. Może przegrać, może zniknąć wraz z życiem, ale pokonać się jej nie da – jak wieczny kaganek tli się i znajdzie rozwiązanie trzymające się życia kurczowo wbrew logice, faktom, matematyce. Wbrew każdemu ze ścisłych przedmiotów trzyma się kurczowo głowy i jeszcze wiarę próbuje przyciągnąć do siebie, żeby ją wsparła.
Wierzyć mam? Nadzieję mieć? Ale na co??? Czym ją podeprzeć, skoro sytuacja wydaje się tak jednoznaczna. Siły uciekają coraz szybciej, kokon mocą swoich nici odbiera krążeniu odwagę penetrowania głębiej ukrytych członków. Czym podeprzeć ową nadzieję? Przyjdzie ktoś i uwolni? Kto? Skoro nikogo nie widać i nawet na mój poprzedni krzyk krwią nabiegły nie pojawił się nikt. Tylko ta ćma, która (mam już teraz przeświadczenie) oblizuje się lubieżnie i czeka, aż będzie mogła w spokoju delektować się moimi tkankami. Wiem, że przyjdzie nim zdechnę. Że zacznie mnie zjadać żywcem ciesząc się suto zastawionym stołem, zanim zbiegną się większe i bardziej bezwzględne organizmy. Ona już czeka na mnie i nieomal słyszę, jak ślinę przełyka.
Szukałem w głowie rozwiązań, starałem oderwać myśli od absurdu sytuacji i przestałem spoglądać w wielkie oczy czającej się na ciepłe mięso ćmy. Szukałem rozwiązań. Zupełnie, jakbym rozwiązywał szaradę szachową, albo krzyżówkę. Podstawiałem strategie, wymyślałem ciągi dalsze i konsekwencje. Bredzę… Najwyraźniej bredzę - jakie strategie? Jakie ciągi dalsze? Litości… Pomysł, żeby wygryźć się z tego kokonu, albo zębami odciąć się z tej linki pod sufitem zakotwionej i katurlaniem przenieść się pod okno w nadziei, że tam znajdę narzędzie, lub dłoń przychylną, ma być strategią? To czarna rozpacz, szczególnie, że nici zębami nie sięgam, a kokon w ustach zamiast pękać, to resztki wilgoci językowi odbiera. Dramat w trzech aktach i to z tragicznym końcem. Końcem mnie i moich pomysłów, równie udanych jak całe życie. Desperackie akty, których i tak nie uda się zrealizować mam więc za sobą, a przede mną ponura rzeczywistość – jestem ubezwłasnowolniony i bez pomocy z zewnątrz nadzieję mogę zgasić, jak niedopałek papierosa w kałuży.
Nie mam już złudzeń. Za to ucho przyniosło niepokój. Dźwięk cichszy niż domniemana wolność mogłaby przynieść, więc groźny. Powtarzający się rytmicznie, co jeszcze gorzej wróży. Próbuję się rozejrzeć i rozchylić w jakikolwiek sposób to podejrzane światło, które światłem być nie może. Ćma przestała się uśmiechać i mlaskać i albo mi się zdawało, albo zmrużyła oczy, żeby ukryć ich blask wilgotny. Dźwięk powielał się i natężał, czyli zbliżał się do mnie, lecz nie widziałem nic. Szarpałem się w tym kokonie, żeby obrócić się i zerknąć tam, gdzie plecy ślepe się wpatrują, ale nie udało się zupełnie. Bez wiatru, bez punktu od którego mógłbym się odepchnąć, wykonanie obrotu przekroczyło moje możliwości i kokon zadrżał tylko leciutko moim wysiłkiem sprowokowany. Dźwięk chciałem zdefiniować, żeby wyobraźnię ukierunkować na nadchodzące zagrożenie.
Z sumy wrażeń wytypowałem hipotezę – to kroki. A nawet wielokroki, coś, co nóg ma zdecydowanie więcej niż dwie. No, chyba, że to idą trzy-cztery osobniki. Małe stado. Sam nie wiem, co gorsze – jeden wielokrok, czy kilka par kroków? Wszystko poza zasięgiem wzroku i tylko uchem wychwycone, a moja bezradność poraża mnie wewnątrz kokonu i strach ogarnia zbyt wielki, żeby powstrzymać krzyk. Nie mam sił dłużej udawać, że walczę, bo ja nie walczę, ja umieram. Ja wręcz nie żyję, tylko jeszcze nie wydarzyło się to definitywnie. Los-sadysta wystawił mnie na próbę, żeby mięsko skruszało, we własnym wykapane strachu, żeby zmiękło i stało się zniewalająco słodkie i pachnące. Śmierdzę – dla mnie śmierdzę, lecz pamiętam głodny wzrok ćmy, która oblizywała się na mój widok i wiem, że temu życiu na zewnątrz staję się kulinarnym poematem, który dojrzewa i z każdą godziną staje się olśniewającym, skończonym dziełem poezji.
A teraz wielokrok niespieszny, tajemniczy i niewidzialny zbliża się poza wzrokiem i w moim kierunku zmierza, niosąc swój głód i własne plany, w których niestety będę czynił honory głównego bohatera sceny. Podejrzewam, że jedynej, którą w tym życiu zagram, bo podczas tej „ostatniej wieczerzy” ja będę posiłkiem. Sufit pociemniał, jakby reagując na istotę, która umilkła stojąc gdzieś za moimi plecami. No właśnie! Stojąc! Gdzie stał ów stwór? Na podłodze, czy suficie? Do podłogi bardzo daleko, ale i sufit wydaje się odległym, a ja czuję na plecach towarzystwo oczu pałających pożądaniem i obietnicą wyłączności.
Szarpnąłem się raz i drugi, gdzieś w trakcie mignęła mi w oczach ćma, skulona teraz jakaś i drżąca, cofająca się w zakamarek narożnika. Źle jest. Zdecydowanie źle, skoro ona się cofa, a jeszcze przed chwilą kontemplowała mnie jak menu w restauracji, to znak, że wróg mocniejszy, większy i bardziej bezwzględny. Taki, z którym nie pertraktuje się, tylko ogon pod siebie i uciekać natychmiast, żeby ocalić skórę. Nie dysponowałem taką opcją niestety. Ledwie ćmie pozazdrościć zdążyłem, kiedy na suficie przede mną pojawiły się olbrzymie porośnięte sierścią odnóża. Najpierw tylko dwa, a chwilę później kolejne dwie długie, nogi zaczepione w porowaty sufit równie pewnie jak koniec mojej smyczy. Obracałem głową na wszystkie strony, z pianą na ustach próbowałem kąsać i dosięgnąć czegokolwiek materialnego, żeby zębami odgonić od siebie to stworzenie.
Bezskutecznie. Gdzieś z tyłu coś ostrego przeszyło kokon i dosięgło moich pleców wbijając się gładko i bez wysiłku. Poczułem ból rozprutej skóry i palącą, rozlewającą się wilgoć napełniającą mój pusty żołądek treścią niespodziewaną. Sam nie wiem, co było bardziej oszałamiające – ów ból, który towarzyszył atakowi, czy żołądkowe wrażenia. Ja wciąż krzyczący, wiszący wewnątrz kokonu na nici wpiętej w sufit, zostałem wypełniony treścią. Zabić mnie miała? Rozłożyć tkanki, żeby stały się płynnym pokarmem? Czy uzdrowić i nakarmić? Wisiałem oszołomiony bólem, a kończyny włochate sprawdzały zawartość kokonu. Ja podobnie szukam po kieszeniach zapalniczki, kiedy pamięć zawiedzie, gdzie ją schowałem poprzednim razem.
Ćma gdzieś zniknęła porzucając jaja z potomstwem za parawanem mgieł nićmi szytymi. Włochate nogi zniknęły nagle z pola widzenia i drobnym, dyskretnym szelestem zaczęły się oddalać. Cień wciąż nie pamiętał, że powinien trzymać się oryginału, więc nawet w przybliżeniu nie wiem jak wyglądał stwór, który mnie schwytał. Pająk? Większy ode mnie wielokrotnie? Cud że żyję nadal… No właśnie… Karmił mnie, czy uśmiercił? Szelest oddalających się nóg prawie ucichł już, kiedy na krawędzi słuchu pojawiło się bardziej wrażenie niż impuls, że stwór parsknął śmiechem. W każdym bądź razie czymś podobnych do śmiechu.
Znowu nadzieja rzuciła mi się na szyję i całować mnie zaczęła i lizać po oczach i uszach, że tak, że jest szansa, że to życie do mnie wraca, a nie śmierć wita. Wiatr znów przypomniał sobie o mnie i tarmosi mnie kręcąc jak dziecinnym bąkiem, a ja w szponach nadziei krążę zawieszony pod sufitem z uśmiechem najgłupszym z możliwych. Nadzieja wciąż żyje. Ja żyję i jestem syty. Co z tego, że nieruchomy? Żywy jestem, a mroczna matka poszła poszukać dla mnie kolacji kryjącej się w czarnym świetle. Żywy jestem, a ćmy nigdzie nie widać. Żaden robal nie będzie mnie pożerał żywcem. Śpiewałem jak pijak, którego euforia roznosi. Krzyczałem radość istnienia, które miało się skończyć niebytem, a trwa. Rechotałem paskudnym śmiechem podlanym łzami niedowierzania.
Wystraszyłem wiatr, bo nawet on trzymać się woli z daleka od szaleńców. Zwiał, bo wiać potrafi najlepiej na świecie. Wykonałem ostatnie obroty, ostatnie wspomagane podmuchem wahnięcia i zastygłem w ponurym bezcieniowym świetle. Zerknąłem na poszarzały kokon, który nagle zaczął pozwalać mi na więcej. Mogłem ruszyć stopą! Na krawędzi widzenia nici rozeszły się niechętnie i pękły wreszcie, uwalniając owłosioną, haczykowato zagiętą kończynę… Teraz wystarczy sięgnąć sufitu…

wtorek, 3 grudnia 2019

Spacer

Muzyka zarażała spokojem. Wystarczyło oddać się jej na chwilę, by zaginąć w czasie, albo w jego braku. Oddech spowalniał, rozmarzał się i zapominał o otoczeniu. Błogość i beztroska rosły błyskawicznie i obejmowały zmysły w posiadanie, a ciało nie znajdowało pretekstu, aby walczyć z uczuciami. Trudno walczyć z czymś, co jawi się dobrem. 

Muzyka sączyła się bez końca i chciała naśladować naturę. Skutecznie. Przed zamkniętymi oczami padał deszcz, a morze pożerało kawałek brzegu i cofało się plując piaskiem, choć było go głodne. Szumiały drzewa i krzyczał ptak. A może to człowiek gdzieś daleko śpiewał swoją radość? Nim podjąłem decyzję, że to jednak ptak, krzyk był już wspomnieniem, a melodia wspinała się na wydmy. Pomyślałem, że mogłaby poszukać jakiegoś baru, żeby spędzić wieczór w towarzystwie. Niechby i takim co nogą przytupuje pod stołem niezbyt udolnie, ale nie w samotności. Muzyka wchodziła w las, w którym ludzi być nie mogło wcale, choć pachniał tak, jak potrafi pachnieć las, gdy go słońce wypieści.

Zamyślony patrzyłem jak pomiędzy drzewami po niebie płyną chmury w tę stronę, w którą zmierzała melodia. Nie były to groźne, spragnione wrażeń, burzowe chmury, tylko niewinne, figlarne obłoki, powołane do życia po to, żeby pozbawić niebo błękitnej monotonii i nadać mu trzeci wymiar. Chmury musiał malować wielki mistrz, bo nawet stąd widać było jak pełne są kształtów i jak żyją w rytm brzmienia. Zagapiłem się tak bardzo, że muzyka popłynęła już dalej, a ja wciąż stałem tam, gdzie wiatr w gałęziach drzew naśladował szum fal. Zdolna bestia - mógł oszukać każdego, kto pozwoli oczom się zamknąć. Ja pozwoliłem. Być może sam byłem szumem, gdy tak stałem kołysząc się niczym sosna w ramionach słonego wiatru.

Kiedy zobaczyłem, że nuty nie czekając na mnie idą dalej odnajdując wioskę zapomnianą pośród lasów i tylko mizerną szosą przypiętą do cywilizacji było już niemal za późno. Goniłem. Strach szybciej krok postawić, żeby w rozkojarzeniu nie zgubić rytmu. Melodia delikatna gotowa pokruszyć się na fragmenty tak drobne, że żaden mistrz już jej nie poskłada. Żywszy krok rozjuszył krew, ale głowa wciąż w chmurach zdawała się być niezależna od nóg wytrwale mielących kroki, by dogonić muzykę, która wyszła już z lasu i między chałupami szukała noclegu. Jak bardzo ją rozumiałem - ja też nie chciałem sam zasypiać. A tym bardziej tańczyć samotnie, gdy niebo pełne gwiazd śle obietnice nieskończone. 

Muzyka przysiadała na parapetach i wąchała kwiaty, albo zerkała do otwartych sypialni szukając przyjaznej duszy. Usiadłem pod drzewem i plecami oparłem się o nie. Byłem ciekaw, na co się zdecyduje, a nie chciałem jej spłoszyć. Niech szuka w spokoju. Krew we mnie stygła, uspokajała się i kusiła wzrok, by się oddał marzeniom. Bez wzroku równie łatwo było obserwować, więc zgodziłem się z cieniem uśmiechu.

Nie wiem czym sobie zasłużyłem, ale muzyka zwiedziła wszystkie chaty i wróciła do mnie. Nastroiła mój oddech, wtuliła się niczym szczęśliwa kobieta w męskie ramiona i szeptała mi cały świat. Miała co opowiadać i speszyła się dopiero o poranku, gdy kogut z psem zaczął się przekomarzać. 

niedziela, 1 grudnia 2019

Proces przetwórczy

Celem zapewnienia świeżości kiełbasom drobiowym produkcja odbywa się na miejscu, czyli tam, gdzie kurczaki stacjonują. Dla wielkich kohort skoszarowanych w popegeerowskich kołchozach ekonomia przedsięwzięcia jest niekwestionowana. Dostępność półproduktu eufemistycznie nazywanego "surowcem" odpowiada prawdzie tak bardzo, że niekiedy zawstydza to gospodarza, który gotów jest przepraszać, albo częstować brudną, pożółkłą wódką, aby tylko przymknąć oko na podobną niedoskonałość materiału genetycznego. 

Technologia nie widzi kłopotu, żeby wzmiankowany surowiec rozdrabniać razem z obudową o zatwierdzonych przez Brukselę wymiarach, jednak konsumenci skarżą się, że metalowe elementy opakowania kwantującego masę drobiową na powtarzalne partie bardzo skwapliwie uzupełniają ubytki w uzębieniu, a pod wpływem wilgoci i flory bakteryjnej błyskawicznie korodują zabarwiając zęby na niezdrowy, brązowy kolor. Skarga zbiorowa, powszechna i narodowa spowodowała wydłużenie cyklu o wydłubywanie masy mięsnej z otoczki, która zdawała się być monolitem - kurczęta rodziły się i zdychały w metalowym pakiecie, sądząc, że to ich kręgosłup moralny determinujący granice wolności jednostek.

W przypadku chowu wiejskiego, zapewniającego kurczętom zdecydowanie większe granice swobody, proces pozyskiwania, choć podobny, napotyka odrobinę odmienne uwarunkowania. Drewniany bądź murowany pojemnik na mięso drobiowe nazywany potocznie kurnikiem mieści znacznie mniej masy, a na dodatek jej dostawca, gwałtownie reaguje na propozycję zmielenia kurcząt wraz z zasobnikiem i ową gwałtowność podpiera argumentem w postaci wideł, kosy lub siekiery jakimi można by rozpłatać wołowinę na ćwierci. Dlatego kiełbasę świeżą produkuje się odławiając okazy poza koszarami. Zdarza się, że pochwycone jednostki tak kurczowo trzymają się kęp trawy lub drewnianych parkanów, że maszyna zasysa je wraz z tą ostatnią deską ratunku, która zawiodła nosicielkę, choć udała się w ostatnią podróż wraz z nią.

Ciąg dalszy jest tak oczywisty, że wstyd opowiadać, jednak ze względu na porządek rzeczy wypada wspomnieć, że mięso (i nie tylko) mielone jest wprost z piórami i bagażem osobistym zabranym w ostatnią drogę. Konsumentów co prawda nie uprzedza się, że kurzy faraon gotów zabrać jest bogate wyposażenie ale przez to kiełbasa stanie się boską, choć będzie zdecydowanie trudniejsza do zjedzenia. Po zmieleniu proces przewiduje uzupełnienie masy przyprawami, które zneutralizują smak wędliny i ujednolicą go zgodnie z normą europejską. Po standaryzacji smakowej masę wprowadza się w jelita sztuczne, a nadal żyjąca kiełbasa zaczyna wić się niczym wąż o niewyobrażalnych rozmiarach.

Oczywistym jest, że koneserów kiełbasy surowej mógłby zestresować widok pełznącej po talerzu potrawy, dlatego należy poczekać wystarczająco długo, by mózgi zmielonych kurcząt (oraz inne przypadkowe mózgi biorące spontaniczny udział w procesie) zdążyły poinformować ciała, że ich żywot dobiegł końca. Mniej wyrafinowanym klientom serwuje się kiełbasę parzoną we wrzątku lub wędzoną, czyli zagazowaną w oparach o dużym stężeniu dymu i innych ciał smolistych. Mordowanie gorącą cieczą lub gazem uwalnia kiełbasę od drobnoustrojów, pasożytów i innych kataklizmów. Jedynie jad kiełbasiany potrafi przetrwać i czasami zaatakuje nieświadome jednostki.

sobota, 30 listopada 2019

Moja ?

Złapałem tolerancję za mankiet koszuli i pociągnąłem. 
Mocno i do siebie. Spruła się. Po prostu się spruła. Jakby z tandety jakiejś była zrobiona, z resztek, z materiału, który przeleżał w magazynie wilgotnym zbyt długo, a potem podłą nicią został schwytany.
I stoi teraz ta tolerancja naga i obdarta, a ja się jej przyglądam. Bezwstydnie? Nie – zawstydzony jestem mocno. Bo przecież rozebrałem ją. Nie do końca jeszcze, ale przecież. Rozebrałem i stoi jak jakiś obdartus, jak po wojnie, albo po burdzie w podrzędnej dyskotece. Nie moja przecież ona. Ta tolerancja. Stoi przede mną, patrzy okrągłymi oczyma i już ma zapytać mnie dlaczego, a na mojej twarzy zdumienie. Bo ona taka chuda… wygłodzona? A może na diecie pań z wybiegów modowych…? Ubrałbym – pomyślałem – ubrałbym litościwie, żeby nie świeciła we mnie swoją bladością, ale w co? W egoizm jakiś? We własne świata pojmowanie? Dumam i tylko łupież wytrącam spomiędzy włosów, a ona stoi z ustami szeroko rozwartymi i łyka powietrze, jak pierwszy dzisiaj posiłek.
Wyciągam rękę i szarpię. Znów szarpię. Za drugi mankiet – bo ja skażony jestem symetrią wszczepioną na lekcjach geometrii wykreślnej. Szarpię, nawet nie mocno, bo skoro jeden lekko zlazł, to i drugi też, a przecież krzywdy jej zrobić nie chcę, tylko jakąś harmonię próbuję wprowadzić, żeby mogła przynajmniej udawać, że tak miało być – w końcu dziewczęta chodzą w dżinsach podartych i są z tego dumne. I już trzymam w ręku rękaw drugi, i rzucam go w kubeł najbliższy, i patrzę, jakbym projektantem awangardowej odzieży był, a ona wciąż stoi - coraz więcej zdziwiona.
Krzywo się udarło. Krzywo bardzo, bo jedną pierś odsłoniłem niezamierzenie. Co teraz? Drzeć dalej? No przecież ją do naga wydrę… Skrupuły… Brak zdecydowania? Grzebię w pamięci – i tak odziane dziewczęta widziałem na miejskich deptakach. Może wystarczy? Łzy ma w oczach, czyli raczej się nie spodobała ta przebieranka.
Popatrzyłem krytycznym wzrokiem. Na nią i tę jej obdartą koszulę. Chyba za długa ona – ta koszulina, bez obu rękawów i obnażająca pierś. Okrążyłem dwa razy, popatrzyłem i poły obie po kolei w dłonie złapałem. Urwałem, żeby skrócić. Nie musi takich długich połów na sobie nosić… poł? Nieważne. Ważne, że nie musi. I nie będą się za nią ciągnęły i wiatr zamiast je rozwiewać, to będzie pieścił to ciało blade i chude. Chyba lepiej. Takie nowoczesne i młodzieżowe się zrobiło.
Pocieram dłonią po brodzie i szeleszczę twardym zarostem, a ona stoi i gapi się bezmyślnie na mnie. Ułożyłem na ramionach te resztki materii, przydałby się jakiś dodatek może, ale nie mam. A ona stoi milcząc. Patrzy na mnie. Patrzy i ślinę łyka, jakby odwagę zbierała w sobie, a oczy ma kwadratowe. Patrzy niemo, ale w końcu przechyla głowę, pochyla się nade mną i usta otwiera:
- I co? Teraz jestem twoja?

piątek, 29 listopada 2019

Wyśniona rzeźba

Graweruję twój obraz. Nocą, kiedy nikt nie widzi wycinam z ciemności kształt i formuję go dłońmi. Najlepiej jak potrafię, najdokładniej, jak pamiętam. Wolno mi idzie. Co chwilę zatrzymuję się w zadumach, wspomnieniach i twoich opowieściach, o które prosiłem długo. Powoli pośród ciemności wstajesz z niebytu i wstrzymuję oddech, czekając, aż otworzysz oczy i zaczniesz szeptać słowa jakbyśmy właśnie kończyli rozmowę. 

Zerkam za okna, a tam światła zgaszone i tylko firany falują w rytm śpiących oddechów, albo żaluzje zimne od pustki. To dobrze. Nie chciałem zawstydzać, a lepię cię taką, jaką lubię najbardziej - nagą. Powietrze poddaje się, choć odrobinę się kryguje, kiedy proszę je, by było bardziej sprężyste i układało się w łuki i fale. Dłonie mam ciepłe, żebyś nie marzła niepotrzebnie. Pod moim dotykiem rodzi się oddech niespokojny, żywy, pełny niewypowiedzianych wciąż emocji. Wodzę dłońmi po skórze, która zaczyna szukać moich rąk. 

Przez zamknięte okno widzę jak budzą się dwie gwiazdy i patrzą na mnie - szaleńczo intensywnie. Poznają mnie i to sprawia, że oddech rwie się jeszcze bardziej. To już nie jest ciągły proces, tylko strzępy drobne pożerane łapczywie, gdy tylko mija skurcz mięśni. Wargi zgryzione rumienią się głęboką, prawie czarną czerwienią. Boję się ruszyć, żeby widzenie nie znikło, nie rozmyło się w mroku nocy. Karmię się twoim wzrokiem i próbuję dotrzeć do jego dna. Równie dobrze mógłbym szukać dna w czarnych dziurach. Jestem bez szans, a zachwyt we mnie odbiera mi oddech. Pijany bezdechem patrzę i szukam. Nie przeszkadza mi beznadziejność przedsięwzięcia.

Zmęczona kładziesz głowę na mojej piersi, jakbyś chciała nauczyć się rytmu mojego serca, które szamoce się i usiłuje wyrwać, by przytulić się do twojego policzka i sprawdzić, które z nich jest bardziej ukrwione. Twoje ciało tańczy taniec, na który nie masz wpływu. Fale płyną i cofają się echami, gejzery buchają znienacka lub krzepną gęsią skórką. Oddech siada szronem i rozlewa się plamami wilgotnego ciepła. 

Szukam dłońmi twojej twarzy, by raz jeszcze przypomnieć sobie meszek nad wargą, czy delikatność skóry za uchem. Zamknięte powieki trzepoczą jak dwa kolibry spragnione nektaru. Gwiazdy twojego wzroku potrafią stopić metal, albo osuszyć jeziora. Co z tego, że otwarte, skoro widzą tylko co niewidzialne. Albo są tak daleko, że mnie nie zauważają, bo nie mogą. Posuwam dłoń szlakiem wyznaczonym przez kręgi szyjne i spadam na plecy. Nakreślam szaleństwo w oczach. Wystarczyło tylko drgnąć, by przypomniały sobie wszystko, czego doświadczyły i pragnęły wrócić. Tam, gdzie z ciemności uformowałem nagą duszę. 

Księżyc bujał się w fotelu na biegunach i uśmiechał półgębkiem. Otworzyłem okno i zerknąłem z jawnym pytaniem, a on odkłonił się, że owszem - dostarczy, choć listonoszem raczej nie bywa. Przytuliłem tę duszę nim wypuściłem z dłoni. Niech frunie. Księżyc ją zaprowadzi. Do ciebie. Zamknąłem okno i oczy, a przecież widziałem jak frunie w twoje sny i wślizguje się pod kołdrę, by przytulić się do ciebie, objąć, a potem dzielić się uniesieniem i byś krzykiem niepowstrzymanym rozśpiewała noc.

środa, 27 listopada 2019

Stopem do raju

Przebudzenie w środku lasu było wręcz urocze. Ptaki śpiewały pieśni pochwalne, niebo skrzyło się niezmąconym błękitem, a słońce już zdążyło wydobyć aromat leśnych ostępów. Leżałem NA namiocie, przykryty tropikiem. Obok mnie, jeszcze śpiący, drugi błędny rycerz. Kolejny rok spędzaliśmy razem wakacje, mierząc czas zawartością portfela. Nocleg, taki jak ten, oprócz walorów estetycznych, posiadał także wymiar ekonomiczny – pozwalał przedłużyć szwendaczkę po Polsce. Często korzystaliśmy z darmowych noclegów. Wczoraj, zmęczeni spacerem i krótką podróżą na blasze wywrotki nie mieliśmy sił rozbijać namiotu. Rozłożyliśmy go tylko na ziemi, wczołgaliśmy się w śpiwory i przykryliśmy nieprzemakalną płachtą tropika. Jak bardzo udany był to pomysł. Taki sufit na początek dnia.

Szybkie, rutynowe pakowanie obozowiska i poszukiwanie asfaltu. Tak – asfaltu – śmierdzącej smołą wstęgi, która miała nas zaprowadzić na pustynne nadmorskie plaże. Ktoś z litości podrzucił nas do miasta żukiem wyładowanym do pełna kostiumami teatralnymi. Siedziałem skulony pomiędzy kreacjami na bal przebierańców nie widząc dokąd zmierzam. W mieście standardowe zakupy – po trapersku – na zapas. Bochenek chleba na czarną godzinę i dżem. Jako wytrawni autostopowicze wzięliśmy oczywiście najtańszy, zgodnie z zasadą, że wszystkie dżemy są takie same – są słodkie.

Wylotówka na Gdańsk. Witaliśmy kolejne ekipy amatorów tanich podróży, pozdrawiając ich ręką i klnąc w duchu. Etyka nakazywała stanąć na końcu kolejki. To kosztowało nas jakieś dwa kilometry spaceru i dziewiętnaście pozdrowień. Przybyliśmy tu za późno. Mimo to, jeszcze po nas zjawiali się następni. Machanie książeczką wydawało się absurdalne. Wbiłem w pobocze długi kij, zamocowałem na jego końcu książeczkę autostopowicza i zjednoczyłem się z rowem. Partner wymościł podgłówki z plecaków i otworzył „granaty” – piwo w puszce. Kontemplowaliśmy nieboskłon leniwie pociągając chłodny na szczęście browar popychając stopami patyk, na dźwięk silnika. Kij kołysał książeczką wywołując śmiech mijających nas zmotoryzowanych egoistów.

Jakkolwiek wolno płynął czas i tak nadeszło dojrzałe popołudnie. Zwróciłem uwagę na szczególną ciszę. Ptaki zamilkły, owady gdzieś zniknęły. Wiatr przypomniał sobie, ile jeszcze ma świata przed sobą. Już mieliśmy się poddać w jakiejś przytulnej knajpce, gdy obok kija zacumowały dwa motory. Spod kasków wypłynęły kasztany, skrzydło kruka i serdeczny śmiech z „machadełka”.
- Na każdego przyjdzie pora- kolega mruknął podsłyszane na trasie motto – ale od razu do raju???
Aby nie kusić losu szybko poderwaliśmy się. Anioły sprawnie nas przytroczyły do motorów
- Gdańsk panowie!

Brak jakichkolwiek uchwytów, poręczy, kabłąków. Siedziałem za Kasztanowłosą Anielicą. Ruszyła ostro. Aby nie spaść instynktownie objąłem ją wpół. ....O!! Bogowie!!!...Żeby ten Gdańsk był gdzieś za Władywostokiem!!! Jazda sama w sobie sprawia frajdę – wiatr grający w uszach, taśmociągi krajobrazu przesuwające się tuż przed nosem. Dogoniliśmy jakąś niezorientowaną chmurę wylewającą gęste łzy na zakurzony asfalt. Nim ją minęliśmy byłem kompletnie mokry. Ciekawe, jak czuł się Anioł...Pod moimi dłońmi parowało jej ciało...
- Koniec podróży.

To niesprawiedliwe – pomyślałem – już Gdańsk? Dlaczego był tak blisko? Z niechęcią odpinałem bagaż z motoru. Smutny uśmiech podziękowania. Zerknąłem na kompana. Miał ten sam wyraz twarzy – dziecko, któremu zabrano dla jego dobra ulubioną zabawkę...Znowu czuliśmy to samo. Wspólnota uczuć, porozumienie wewnętrzne. Pierwszy krok stanowił mękę. Drugiego nie było...Poczułem na ramieniu dłoń Anioła. Odwróciłem się...
- Zostaniecie...?

poniedziałek, 25 listopada 2019

Lombard

Miejsce było dość niesamowite, chociaż cieszyło się popularnością i sporo osób odwiedzało przybytek, nie zdradzając nikomu czy przyszli kupować, czy sprzedawać. Szef lombardu przyglądał się wszystkim raczej dobrodusznie. On wiedział. Potrafił rozpoznać kolekcjonera, konesera bardzo wyrafinowanych obrazów od laika, który trafił tu przypadkiem - jak ja. 

Patrzyłem z szeroko otwartymi oczyma, a ludzie przebierali i szukali czegoś dla siebie, trochę podobnie do starszych pań mających sporo czasu i niewiele pieniędzy, więc w second handach przegrzebują stosy polując na to, czego im brakowało. Byli tu ludzi rozmaici - zamożni, udający znudzenie i biorący w rękę pozornie przypadkowe sztuki, żeby nikt nie rozpoznał, że zmierzają ku temu, na co im życiu odwagi brakło. Byli biedni, którzy raczej sprawdzali ceny i porównywali jakość towaru z tym, co sami mogli zaoferować.

Właściciel zauważył chyba, że czuję się zagubiony, bo podszedł i ujął mnie pod łokieć. Oprowadzał bez pośpiechu, dyskretnie pokazując towar. O każdej sztuce potrafił coś powiedzieć. Dużo, jak sam przyznawał, było sieczki. Pospolitości niezbyt wyrafinowanej i wulgarnie atrakcyjnej dla niezbyt lotnych umysłów. Ale pośród tej masy zdarzały się sztuki dla znawców. Dla smakoszy. Staruszek wyglądał jak kustosz w zakurzonym muzeum, względnie archiwista tkwiący głęboko w podziemiach, gdzie woń starego papieru rozkładała się pod nieostrożnym krokiem.

Stanęliśmy przed egzemplarzem, jakim chciał się chyba pochwalić, bo milczał patrząc i z wyraźną lubością przyglądał się, jakby to, co mi pokazywał miało być klejnotami koronnymi. Pokiwałem głową w zamyśleniu. Miałem nadzieję, że moja ignorancja wymyka się zauważeniu i mogę już bez wsparcia zwiedzać ten wiecznie otwarty lombard. Staruszek zajrzał mi jednak w oczy i pokiwał głową przecząco. Jeszcze nie pora na samodzielne spacery pośród tego przepychu typowego dla tysiąca i jeden drobiazgów. Zdjął coś ze statywu i zaprosił mnie na zaplecze. Trudno było odmówić widząc taka życzliwość i zaangażowanie. Poszedłem. 

Posadził mnie w wygodnym, choć mocno wysłużonym fotelu i patrzył na mnie czekając, aż się rozluźnię. Gdy uznał, że to już rozłożył to, co zabrał z głównej sali. Popatrzył krytycznie na mnie i na towar, a następnie założył go na mnie. Miał niezłe oko - pasowało jak ulał. Staruszek poprosił cicho, żebym zamknął oczy i opowiedział co się zmieniło. Zrobiłem to, choć wydawało mi się dość ekstrawaganckie takie działanie. Przed zamkniętymi powiekami wędrowało wspomnienie. Dziwne, ale chciało być moim. Wciskało się między inne i starało z tamtymi zaprzyjaźnić. Po chwili i ja poczułem się jego prawowitym właścicielem.
- Możesz je kupić - szepnął staruszek. - Albo zmienić na inne za dopłatą. Chcesz?

sobota, 23 listopada 2019

Narodziny światła

Noc była taka ciemna, jak potrafi wtedy, gdy chmury nie przesłaniają mroku kosmosu, a księżyc odwróci się do ziemi plecami. Zamyślony szedłem w stronę domu, patrząc pod nogi, chociaż drogę znałem na pamięć. Nie chciałem zapalać latarki. Ciemność zdawała się być ciepłą i przyjazną, więc chłonąłem ją w milczeniu. Na niewielkim wzniesieniu coś majaczyło blado stanowiąc plamę pośrodku niczego. Plama żyła i ruszała się. Zanim wyobraźnia zdołała mnie wystraszyć usłyszałem jak klaszcze w dłonie i ogłasza nocy radość.

Na niebie zapłonęły pierwsze, nieliczne gwiazdy. Dziecięcy śmiech nie pozwolił mi odejść. Musiałem sprawdzić co robi na odludziu w środku nocy zamiast spać wtulone w pluszowego misia, czy inną przytulankę. Szedłem pod górę, po trawie kryjącej ewentualne nierówności i musiałem uważać. Wciąż nie zapalałem światła, żeby nie spłoszyć dziecka. Mogłoby uciekając zrobić sobie krzywdę. Szedłem po ciemku wpatrzony w jasną plamę koszuli nocnej, która to kucała, to prostowała się, by śmiechem swoim zarazić noc takim ciepłem, od jakiego serce miękło. 

Byłem już całkiem blisko, wystarczająco, żeby zobaczyć jasnowłosą dziewczynkę, która coś śpiewa i szepcze do złożonych dłoni, a potem otwiera je i wypuszcza w nocne niebo małego, srebrnego ptaka, który bezszelestnie frunie najwyżej, jak się tylko da i mości sobie gniazdo na niebie świecąc gwiezdnym srebrem i mrugając do dziewczynki w trzepocie niewidocznych z tej odległości skrzydeł.

Stanąłem zachwycony widokiem, a dziewczynka kucnęła i podniosła spomiędzy traw kolejnego srebrnego lotnika. Porozmawiała z nim wesoło aż odfrunął szlakiem poprzednika. Przeczekałem całe stado nieznanych ptasząt, przeczekałem klaskanie dziecka, gdy wszystkie odfrunęły i ubarwiły niebo. Milczałem, bo nic mądrego nie umiałem powiedzieć. Na moich oczach dziecko rozpinało po niebie gwiazdozbiory i samotne gwiazdy tańcząc i śpiewając im szczęście na drogę. 

Usiadła. Siedziała w trawie i wciąż nucąc  położyła sobie na kolanach blok rysunkowy, a potem z wielkim zapałem coś malowała niewielkim pędzelkiem. Podszedłem cicho gnany niepowstrzymaną ciekawością. Dziewczynka zerknęła na mnie i przyłożyła paluszek do ust. Kiwnąłem głową, że rozumiem i będę cichuteńko. Jej główka wciąż tańczyła, a drobną rączką malowała na białej kartce ptaszki srebrną farbą ze słoiczka stojącego tuż obok w trawie. 

Ptaki zdawały się żyć i czekały tylko, żeby je ktoś pogłaskał i nakarmił. Kiedy kartka była ich już pełna dziewczynka podniosła jednego chowając go w dłoniach i puściła w niebo wciąż śpiewając. Poleciał. Jak poprzednie. Następny już się niecierpliwił, wzięła go ostrożnie i podała mi. Wzruszyłem się. Wziąłem go czując jak trzepocze w dłoniach i puściłem, by poleciał, a dziewczynka klaskała w dłonie. Wypuściliśmy wszystkie. A potem dziewczynka przytuliła się do mnie radosna.
Wracaliśmy pod niebem rozgwieżdżonym.