sobota, 7 listopada 2020

Ostatni lot trzmiela

 

Tekst napisany na konkurs drabble #4 - Czas Apokalipsy i opublikowany na portalu T3 pod adresem:

 

Ostatni lot trzmiela

 

Pranie jak raz robiłam, kiedy nadleciał. Tyłek miałam wypięty; niby do słońca, żeby sięgnąć pościeli w mydlinach. A ten przysiadł na zadzie, jakbym lotniskiem była!


Na dodatek stary się napatoczył, a on lubi popatrzeć zbereźnik jeden. W życiu mu nie powiem, ale mięknę w nogach, kiedy się na mnie gapi taki wyposzczony, a nocą… ech!


Podlazł bliżej. Ino ciut zakasałam spódnicę - niech się pogapi na własnym podwórku, a nie gdzie w gospodzie. Skaranie Boskie! Jak mi klapsa strzelił, tom do balii wdepła, ręcami cembrowiny się chwytając, aż kamienie do studni się posypali. Podobnież bąka tłukł! I zatłukł. Koniec świata!

piątek, 6 listopada 2020

Rozkaz.

 

Muszę. Po prostu muszę. Wiadomość jest takiej wagi, że determinuje moje działania. MUSZĘ! Po prostu, muszę przekazać wiadomość, którą posiadłem. Tak mnie szkolono. Obowiązek, potem życie. Ci, którym nie w smak było – odeszli. Wygnano ich, jako pasożytów, nieudaczników. Zabrakło miejsca na Ego. Są inne sektory, gdzie można się zmieścić, nawet, gdy ma się samosąd rozbuchany do rozmiarów cyklonu najwyższej kategorii. Ale nie w FIRMIE.

 

Ja… chciałem zostać. A teraz trzeba przekazać do centrali pilną wiadomość. Elektronika popiskując umarła dopiero co. Papier… niektórzy zapomnieli już, co to takiego. Przechodzący obok indyk… chyba indyk, choć może pelikan – nie znam się na drobiu, a na talerzu wolę oskórowane czterokopytne… Skręciłem mu kark nie wnikając w rodowód. Z kupra wyrwałem garść sierści… znaczy piór. Krew… Czy indyki, albo pelikany mogą mieć jej aż tyle? Zachłysnąłem się, kiedy trysnęła mi w usta. Ręka, po łokieć krwista dzierżyła krzepnące pióra. Gasnącym umysłem wydłubałem jedno – indyki bywają czerwone? Pióro było przesiąknięte barwą, dosadniej niż nasza zmieszana krew – moja i indycza… Oddech mi gasł, ale jednak wytrwale skrobałem wiadomość w tynku kurnika. Krwią, Moją, indyczą. Naszą, choć zoofilem nie byłem nigdy. Los i obowiązek połączył nas w ostatniej misji.

 

- Rozpoznaj, znajdź, przekaż. Zajmiemy się tym! Rozwiążemy problem!

 

Znalazłem. Usiłuję przekazać.

 

- Sorry indyk…  Wróg był szybszy ode mnie, a ty… zbyt ciekawy… To dlatego zostałeś moim piórem i atramentem… Czerwonym od krwi.

Zanim odjedzie.

    Stacja była maleńka. Prawie zapomniana, bo osadzona na torach w opłotkach miasta, ledwie trzymała się wątłej teraźniejszości. Kiedyś… Oooo… Kiedyś to bardzo pojemne słowo. Kiedyś, ta stacja wyznaczała wieś osiadłą nieopodal miasta, gdzie pociągi zatrzymywały się, żeby zabrać dla mieszczuchów zapas jaj, mięsa z nocnego uboju, mąki i warzyw. Miasto, do życia potrzebowało dostaw ze wsi. Dziś? Wieś od dawna jest miejską dzielnicą, ale tą, o której wspomina się marszcząc nos, bo wciąż śmierdzi obornikiem. A dostawy z Gwatemali, czy innych Hondurasów wyparły poczciwe antonówki, czy smalec ze skwarkami. 

    Od kiedy pamięta mieszkała na stacji. Nad nią. Małe, służbowe mieszkanie, skąd rządził tata-zawiadowca. Był królem torów i stacji. Królem, posiadającym władzę nad pociągami i ludźmi. A ona byłe jego księżniczką. Od zawsze zbiegała po drewnianych, mocno wysłużonych, skrzypiących schodach z czerwonego modrzewia i patrzyła zachłannie na ludzi. Tych, którzy wyjeżdżali do rodziny, albo tych, którzy wracali. Czasem przypałętał się jakiś wagabunda, któremu zwiedzać się zachciało, albo zakochani, liczący na odrobinę intymności, gdy tylko uciekną od zgiełku stacji. Rozpoznawała ich wszystkich. Czasami nawet wymyślała im tak wiarygodne przeszłości i nadzieje, że gryząc palce modliła się, aby się spełniły. 
    
    Ba! Kiedy tata kupił jej nową sukienkę, zakładała ją i wybiegała do poczekalni, żeby się pochwalić. Kłaniała się starszym i szczebiotała z dzieciątkami. I tak tydzień, aż się im wszystkim nie opatrzyła nowa sukienka. Czasem pomagała ojcu i odbierała telefony od dróżników, albo zapowiadała pociąg! To lubiła najbardziej. Ludzie i tak wiedzieli, że nadjedzie, ale ona wierciła się, mało z butów nie wypadła, kiedy wolno jej było przez megafon powiedzieć: 

    - Uwaga, uwaga! Pociąg osobowy relacji Trzebnica-Wrocław zatrzyma się przy peronie drugim. Proszę zachować ostrożność… 

    Nikt na świecie nie był tak szczęśliwy, jak ona wtedy. A kiedy już skończyła mówić do mikrofonu… biegła do okna, albo pod semafory. I patrzyła dumnie na wszystko i wszystkich, jakby tylko dzięki niej pociąg przyjechał na stację. Ona WIEDZIAŁA, że przyjechał tylko i wyłącznie na jej życzenie! Szczęśliwie nie życzyła sobie, żeby na stacji zatrzymywały się dalekobieżne ekspresy. Nie lubiła ich. Były zadufane i wściekłe, że muszą zwalniać na rogatkach, na przejazdach, na peronie. Okropne towarzystwo. Taka zdegenerowana szlachta. Gdyby od niej zależało – zlikwidowałaby całe to napuszone towarzystwo. Umiała żyć bez Warszawy, Sanoka, czy Świnoujścia. Ledwie dawała wiarę, że tam TEŻ żyją ludzie. 

    Maszyniści machali do niej z upaćkanych kurzem kabin, a ona śmiała się spomiędzy słomianych warkoczyków i klaskała w rączki, gdy ze stacji ruszał moloch ciężki, jak wieloryb, a może jak całe stado wielorybów. Nie wiedziała, a tata zawsze się śmiał, kiedy pytała go o takie rzeczy. Przytulał, całował i śmiał się tak, że nawet, kiedy było jej potwornie smutno, musiała się zaśmiać. Tata znał sztuczki, jakie znają tylko tatusiowie. Potrafił połaskotać ją wąsem gdzieś w okolicy ucha, albo palcami wyszukać pod pachą sekretne miejsce, gdzie mieszkał śmiech. I budził go, aż popłakali się i spocili. A potem pili herbatę ze szklanek, żeby widzieć jej kolor – bursztynowy, ciepły, słodki. 

    Herbata była z nią zawsze. Jak stacja i pociągi. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ludzie rezygnują z patrzenia na gorący napój i pakują go w gliniane, udające porcelanę kubki. Połowa radości znikała, gdy w takim kubku z dinozaurem, lub byle jaką, nieszczerą dedykacją przyszło pić parujący, cierpki napar. Szklanka parzyła opuszki palców, para szkliła wzrok, ale nie zrezygnowałaby za nic na świecie ze szklanki. 

    Pośród podróżnych, chociaż nie przyznała się nawet tacie, który wiedział o niej wszystko i jeszcze więcej… był chłopiec. Trochę piegowaty, a kiedy słońce świeciło mu w nos, włosy zdawały się nasiąkać miedzią. Podobał się jej. Był bohaterem jej wszystkich większych snów. Lubiła wymyślać w głowie niestworzone historie, a on… zawsze sprowadzał życie i szczęście. Gdyby wiedział, ile smoków pokonał, ile wojen wygrał, albo rozgryzł zagadek Sfinksa… Patrzyła na niego tak, jak patrzą kobiety. Spod rzęs, z daleka, nieznacznie. Tak, żeby nie widział i nie wiedział, że na niego patrzy. Tata był jedynym chłopakiem, względem którego miała odwagę. Może nawet jedynym człowiekiem? Chyb atak. Ale i jemu nie powiedziała. 

    Czas mijał, nowe sukienki falowały przed chłopcem, który (wzorem taty dziewczynki) zapuścił wąsy. Ładnie mu było z wąsami. Teraz, chociaż wypierała się nawet przed sobą, nowe sukienki zakładała już tylko dla niego. Wiedziała, że jeździ do centrum każdego ranka i wraca, zanim zmierzch dogoni odjeżdżający pociąg. 6.30 – każdego dnia, który nie był świętem. Przychodził na stację pięć minut przed przyjazdem pociągu, a ona wyszukiwała sobie zajęcie, żeby być jakoś tak… przypadkowo blisko. Pociąg odjeżdżał, potem, 17.23 przywoził go, jednak wtedy uciekał szybko, głodny i zmęczony. I tak patrzyła, odprowadzając go wzrokiem. 

    Kiedy któregoś razu nie pojawił się – zaniepokoiło to ją na tyle, że biegała cały dzień po peronie, udając, że ma jakieś nie cierpiące zwłoki obowiązki. Dzień minął daremnie, potem minęło jutro i pojutrze. Bała się. Zachorował? Zwolnili go z pracy? Bo przecież nie umarł? Nie! Tego nie mógł jej zrobić. Po miesiącu przestała przymierzać nowe sukienki. Po roku… Dość powiedzieć, że po pięciu jej wiara zaczęła stygnąć i szpony wątpliwości darły wielkie, nienaprawialne dziury w rajstopach. 

    - Głupia – spowiadała się poduszce – Jaka ja jestem głupia! Mogłam podejść i powiedzieć, a teraz, to już nie ma komu! 

    Bała się. Słowo „kocham” zarezerwowane dotąd wyłącznie dla taty usiłowało wyśliznąć się z jej ust i utonąć w poduszce. Można kochać kogoś, z kim nie zamieniło się ani słowa? Z kimś, kto zniknął i nie ma go przez wieczność trwającą AŻ PIĘĆ LAT? Była gotowa osiwieć, byle wrócił. Nawet farbę kupiła, lecz włosy wyszły jej jakieś takie mysie, prześwitujące fioletem. Ściąć? Farbować dalej? 

    - A kogo to obchodzi?!  – wykrzyczała w poduszkę złe chwile. 

    Płakała. Płacz studzi emocje, ale trzeba wylać sporo łez, zanim wróci trzeźwy osąd. Zanim przekona się własne sumienie, że to wszystko, co było, to tylko imaginacja… Bzdura. Zanim znajdzie się winnego. Nadzieja, wiecznie żywa, trzymająca się kurczowo sumienia nie pozwalała zapomnieć. Zignorować. Dla kogoś, kto w snach nawet potrafi wpleść wątek pożądany… 

    - Byłam po prostu głupia – tylko takie słowa względem siebie potrafiła wygarnąć z wnętrza – Trzeba było podejść. Powiedzieć… Póki był. 

    A teraz nie było go, zegar zmazywał zmarnotrawione minuty i przekreślał daty nieubłaganie. Odsyłał w przeszłość kalendarze całe. Tabuny sekund umykały pomiędzy palcami. Nie było go już chyba osiem lat… Tylko osiem? Nie była już pewna, na co czeka, ale wciąż schodziła po skarżących się schodach o 6.30… I o 17.23, chociaż rozkład przesunął oba pociągi o kilka minut do przodu. Stała i wypatrywała, udając, że pomaga ojcu w pracy. 

    Listopad zazwyczaj nie nastraja do ciepłych myśli. Tylko zakochani i ekscentrycy odnajdą w nim dobre strony. Dzień krótki, szaruga, liście lepiące się do podeszew, wilgoć odbierająca ciepło i intymność. Zmarznięte noce zbyt długie już na bezsenność, na samotność i marzenia, bo każde skończy się zanim świt nastanie. A przecież znów zeszła w półmroku schodów chowając łzy niespełnienia. 

    Mgły szarogęsiły się, przepychały, osiadając nawet na trakcji, jakby prąd płynący w brązowych żyłach miał być termoforem, albo ręcznikiem. Tory niknęły gdzieś tam i siam. Zawsze niknęły w tych samych nieskończonościach, ale dzisiaj te nieskończoności były kuse, jak spódniczki celebrytek pod okiem zaproszonych ukradkiem paparazzich. A może… Może płacz jest wpisany w każdy poranek? Może dlatego wychodzi na peron, kiedy nikt nie widzi i może pozwolić sobie na słowa nieobyczajne i szarość do krwi? 

    Szła peronem, patrząc pod nogi. Trzy pokruszone płytki, potem wyrwa. Potem krwawnik wyrastający w szczelinie. Kubeł na śmieci – trochę zdezelowany, chłopaki z meczu wracali i któryś kopnął, żeby zademonstrować jakiś rzut wolny lepszy od innych. Ławka bez deski do siedzenia, szalet zamknięty od nastu lat… Ostatni, przed semaforami słup elektrycznej trakcji. Tam, nie sięga już światło stacji, liżąc zużyte kafle bliżej głównego wejścia. Ławka, cierpiąca od wyznań gówniarzy – kocham Ewę, Józek, to ćpun, Mam was wszystkich głęboko – ach, jak boli! 

    Opierając łokcie o kolana, ze wzrokiem wbitym w nicość peronowej płaszczyzny siedział ktoś i chłonął wilgoć poranka, jaki wciąż nie nadszedł. Potknęła się wzrokiem o ciemną bryłę, a jej serce skoczyło wprost na migdałki! 

 Boże! – uczucia obijały się o ściany sumienia i najwyraźniej trafiły na zbyt małe ciało, bo wszystko trzęsło się jak przed wybuchem Eyjafjallajökull – Wrócił! 

    Poznała go, choć widziała zaledwie przyćmiony kontur owinięty nieprzemakalna ponoć kurtką, spod której sączyła się wilgoć męskich łez. Podeszła ciszej, niż zwykła chodzić. Odgarnęła kaptur. Lecz nie potrzebowała potwierdzenia. Odgarnęła, żeby położyć dłoń na włosach. A potem, kiedy ciepło dotyku zamieniło niemoc w płacz… znalazła dłoń zimniejsza od katafalku i pociągnęła Ku sobie. Dwukrok chwiejny, chybotliwy pożerały mgły. Szła… Szli, razem ku stacji. Do schodów skrzypiących tak wielkie żale, że ludzkie zdawały się całkiem płoche. Do pokoiku, w którym tyle nadziei musiało się zmieścić.

Wątpliwość poranna.

 

Chmury omotały widnokrąg tak dokładnie, że ptaki pociemniały i krążą bezładnie, nie znając granic. Psy witają się ogonami, jednak mielą między zębami jakieś szpetne myśli. Chryzantemy wreszcie dla wszystkich świętych. Poutykane po klombach i trawnikach, stojące na parapetach i wprost na chodnikach. I pomyśleć, że zwykle musiały zmieścić się wszystkie w cmentarnych murach. Samochody pomrukują, kobiety kryją się w czerń, słońce krwawi zduszone tłustą chmurą. I tylko kubły na śmieci szczerzą się pod niebiosa, jakby nie działo się nic. Kto wie, czy nie mają racji. Dzieje się?

czwartek, 5 listopada 2020

Listopadowy obrazek.

 

Rowery przytroczone do latarni czekają na właścicieli wiernie, jak psy wypatrujące pana robiącego poranne zakupy w pobliskiej piekarni. Piłka oparta smętnie o krawężnik kuli się chyba z zimna, a może z przyzwyczajenia? Klon rozbiera się, przeciągając chwilę, gdy stanie kompletnie nagi przed całym światem. Wstydzi się jeszcze. Rumieni. Wróble omijają go, woląc swawolne życie pośród tui, które nie stają się przeźroczyste w listopadowej szarudze. Jakieś okno maluje drżącego, żółtego zajączka na elewacji sąsiedniego bloku. Puszcza oczko do sąsiada? Sąsiadki? Zaprasza na figle, czy może na całe życie? Chmury marszczą się, a wilgoć rozsypała się drobinami po okolicznych chodnikach. Patrzę, jak życie zastyga powoli, lecz nieubłaganie.

Ogień i lód.

 

Cień palmowego liścia malował na pośladkach, na łuku kręgosłupa, na łopatkach wstęgi, jakie natura maluje na sierści młodych zebr. Pani leżała kusząc brzeg basenu, żeby wyciągnął po nię swoją chłodną, ale jednak namiętność. Gdybym to ja był basenem rozgorzałbym gejzerem gorących źródeł, wytrąciłbym z siebie każdy minerał, nawet ten, jakiego w organizmie nie podejrzewam.


Ona leżała daremnie wtulając piersi w kosmaty ręcznik i poprzez materiał usiłowała odcisnąć w glazurze nabrzeża ślad pestek wieńczących jej nagie piersi. Wzdycham. Satyr nie marnowałby czasu, tylko postukując kopytkami realizowałby już spełnienie, pośród ochów i achów, pochrząkiwań lubieżnych, południa przemijającego wraz z urodą skóry napiętej, ogrzanej jęzorem podzwrotnikowej rozpusty.

 

Gdybym po deskach maszerował, mógłbym mieć nadzieję, że nie będę zaskoczeniem w prężącej się bezwstydnie erekcji, ale kafle mlaskały cicho liżąc dno stóp wysuszonych, wypitych z ostatnich drobin wilgoci. Nadciągałem ciszej, niż tsunami - wciąż odległe, ale już wiszące strachem nad lądem. Pani grzała wytrwale marmur, znać, nie wiedziała, że kamień nigdy ciepłym nie będzie…

 

Dotarłem i serwetą krochmaloną zamaskowałem potencję. Pani nie podniosła wzroku. W taki upał… Zrozumiałem. Między schnącymi niespiesznie pośladkami jakaś spłoszona kropelka usiłowała wcisnąć się w gorejącą intymność. Powstrzymałem emocje gryząc wargi niemal do krwi. Pani mogła pozwolić sobie na więcej, więc zakwiliła, karcąc jednocześnie moje wyuzdanie. Tak chciałbym być mustangiem, a byłem wałachem w stajni, jednym, pośród wielu zastraszonych nieodległą profesjonalną maszynką do mielenia…

 

- Trzy kostki lodu przynieś mi młodzieńcze. Niech leżą na kolejnych sześciu, albo nawet dwunastu, bo upał straszny…

 

Nie chciałem dumać nad hipotezą, nad ścieżką wytopionej jej ciepłem wody, ale czułem zazdrość i nienawiść. Czułem sól płynącego potu, gdy kwaśny, grejpfrutowy aromat połaskotał moją niesforność. Byłem gotów obiecać lodowiec, górę większą od tej, która rozorała trzewia Titanica, byle tylko skinęła głową, ale ona… wachlowała się już dłonią, sugerując, że czeka nieznośnie długo i krnąbrny jestem nad miarę. Bałem się westchnąć, bo przecież urodziłbym erupcję wulkanu, który kipiał we mnie i spaliłbym na popiół skórę pieszczoną cieniem palmowego liścia… Odszedłem. W niesmaku.

środa, 4 listopada 2020

Paproszek płynący mimo oka.

 

    Nade mną niebo ściera się z samym sobą. gęsto, tłusto i beznadziejnie, choć słońce usiłuje nadać burym, bezmyślnym baranom odrobinę ciepła. Kto to widział, żeby słońce atakowało niebo OD SPODU?! Pragnie przyziemnych emocji? Wciska się pod kusą kołdrę, krojoną na miarę małych ludzi? Bo przecież chyba nie dla mojej satysfakcji robi takie podchody? Chmury w porcjach zbyt dużych nawet dla głodnego sybaryty popychają się brzuszkami i usiłują się wyprzedzać w kolejce do przyszłości. Może dzisiaj sugerują jakąś promocję? Gdzie za pół ceny można kupić to, czego człowiek dotąd nie potrzebował, dopóki nie przeczytał między wiadomościami, a prognozą pogody, że powinien? Zarastam, choć nie bardzo potrzebuje, czy chcę. Tak sobie. Beznadziejnie. Bezzasadnie, okropnie. Sztywno, twardo, jakbym chciał zarostem wyrzeźbić bruzdę na wrażej piersi. Ale ja.., nie znam wrażej piersi. Nie wiem nawet, czy jakąkolwiek znam. Daremny zarost przytulam dłonią. Łasi się nieumiejętnie. Próbuje kąsać. Uciekam z czułościami poza zasięg. Można uciec od siebie? Widocznie - tak.

Navigare...

 

Gdzieś daleko, cieńsza od włosa kreska odcinała ocean, od nieskończoności kosmosu. Płynęliśmy. Pod pełnymi żaglami, choć żaglowiec zachłystywał się falami i pocił się, zrzucając masy wody na boki, jak kundel, który właśnie wyszedł z wody. Świat zbłękitniał do obłędu i szarogęsił się, ćmiąc oczy mamidłem.

 

Sunęliśmy niepowstrzymanie – na zatracenie. Donikąd.

Patriota.

 

Pośród miliona nowych rozporządzeń zaintrygowało mnie jedno. Dla dobra narodowej gospodarki recyklingowi poddane być miały pierwiastki śladowe metali ciężkich, metali ziem rzadkich, gęstych i każdych innych gromadzone nieświadomie przez obywateli. Myśliciel wykrył odnawialne źródło takowych i przekonał administrację, że warto pochylić się nad niewysychającym źródełkiem i kasować do bólu. Opornych obłożyć akcyzą, cłami, podatkiem, szykanami, tak dotkliwymi, żeby im się odechciało choćby myśleć o eksporcie poza zasięg chwytnych i wiecznie głodnych pazurów demokracji ludowej. Przykładowo – chcesz paszport – podpisz zgodę. Notarialnie, żeby poczuł ciężar paragrafów. Inaczej nici z wakacji na Dominikanie – żegnajcie śnieżnobiałe piaski, mątwy pląsające pośród rusałek, manty podstawiające grzbiety do czochrania, kokosowe mleczko wysysane przez rureczkę przez ludzkie komarzątka i elegancko wybarwione tamziemki odziane wyłącznie w girlandę orchidei.

 

Powołano już właściwy urząd, nadano kompetencje, uzgodniono plenipotencje, zgodzono się nawet na potencję i gratyfikację, zbudowano zaplecze, w którym sekretarki potrafią już zaparzyć kawę w siedemnastu językach, falując przy tym bioderkami jak ocean-nie-do-końca-spokojny odziane kuso w spódniczki ledwie sięgające koronek na szwach stringów. Urzędnicy ostrzą pióra i łkają, ze nie im dane było pobierać, z zazdrości nabierają koloru atramentu do oficjalnych pieczęci, lecz mimo prężącej się armii członków nikt nie mysli o rewolcie, tylko w pocie czoła uczestniczy w podziale dóbr i selekcji.

 

Magazynier waży, marszcząc nos i kaprysząc jak dziewica sprzedająca swoją niewinność pozorną na publicznej licytacji i czeka na kolejnych „dobrowolnych darczyńców”. Niebaczni, kończący żywot, nim bliscy odzieją ich w kir żałobny, popełniają post mortem hara-kiri i w zdezynfekowane zgodnie z arkanami sztuki dłonie biorąc nędzę własnych płuc kładą je na wagę, a Temidę trafia nagły szlag tak często, że do cna już wypłakała oczy i nie musi ich zasłaniać mocno sfatygowaną chustą. Płuca, po wnikliwej kontroli wyżymane są więcej niż ostrożnie – przecież o to chodzi, żeby nie uronić, a skoro pierwiastki są śladowe, więc zatrudniono dobermany do ich tropienia. Ani kropla nie skapnie na podłogę, wszystko przechwycą sita wyrafinowane, pożądliwe i potrafiące przeliczyć wartość darowizny do siódmego miejsca po przecinku, a psy skowycząc, skamlą żebrząc i pilnują koszerności podłogi pod sitami. Jeśli zrządzeniem losu, bądź niezgrabnością magazyniera skapnie im coś – nie szkodzi. Gdy nadejdzie czas, też trafią w oczka sit.

 

Więc teraz, ku chwale ojczyzny wynurzam się ze sterylnych niemal pieleszy i idę w miasto. Wdychać uporczywie i wytrwale to, czym rozrzutna dotąd gospodarka raczyła nasączyć atmosferę. Z każdym oddechem czuję bogactwo treści. Dumny z siebie jestem. Łajam żonę, że śpi zbyt długo, ze za mało poświęcenia i miłości do ojcowizny, że dzieciątka beztroskie pozwalają sobie na zbyt wiele. Przecież spać mogą pod niebem bogato uposażonym, więc spacer i spacer bez końca, bez narzekania na ból nóg i słabość kręgosłupa. Iść trzeba. Wdychać! Zbierać rozsypane ziarenka zbyt małe dla zmęczonych oczu. Komu potrzebna kopalnia jakiegoś kadmu, samaru, czy itru? Wdycham neodym z rozkoszą. Degustuję wytrawny gadolin. Karmię się holmem przyprawionym skandowym lukrem. Koszerny iterb wprawia mnie w zakłopotanie, w jakąś dziką ekstazę, więc wdycham dyskretnie. Wstydliwie. Jestem odpowiedzialny. Toteż nie omijam izotopów, choć nie przepadam za nimi, ale przecież… pamiętam czas, gdy na sklepowych półkach musztarda przepychała się z octem nie mając alternatywy. Nie mogę zubażać gospodarki własnym, egoistycznym kaprysem. Nie stać mnie na grymasy. Wdycham. Filtruję. Działam na chwałę i pouczam innych. Teraz wreszcie świadomie!

wtorek, 3 listopada 2020

Tyran ukochany.

 

Jest bezsilna. Widzę, jak spazmatycznie wpycha wypielęgnowane dostatkiem dłonie pomiędzy guziki koszuli i pisze na mnie mantrę – chcę, pożądam, pragnę, gotowa… jestem… na więcej…

 

Wiem. Jest gotowa. Nie na darmo uwodziłem ją przez całe wieki. Dałem jej poczuć wyłączność, wyjątkowość, namiętność. Wystarczy! Roztopiła się w moich słowach, kiedy kolejny degustowałem ją czubkiem języka, kiedy pisałem jej wyznania na pośladkach i wściekałem się, gdy przyszła o minutę zbyt późno, by zaspokoić mojej pragnienia. Wtedy… była jeszcze księżniczką. Wierzyła w to bezgranicznie. Albo pragnęła wierzyć, a wiechcie świeżo ściętych kwiatów utwierdzały ją w przeświadczeniu, że właśnie jej los na loterii objawił się główną wygraną – mną…

 

Jej paznokcie, kupione przedwczoraj tuż za rogiem w taniej drogerii, gdzie promocje bywają sprawniejsze od palców kasjerek inkasujących należność jeszcze szybciej, niż bankomat wypłaca oszczędności, drapią mnie gdzieś powyżej mostka. Gdyby umiały znaleźć drogę do anatomicznej śmierci, do serca przetaczającego moją bezwzględność skrywaną dotąd wytrwale… Bałem się, że stać ją na paroksyzm, drący mi twarz na fragmenty, gotowe rozpaść się pod prysznicem, ale ona pogrążyła się we łzach. Jakie to przewidywalne – każda żeńska wściekłość zaczyna się płaczem.

 

Jak łatwo jest płakać… Zwykle wystarcza, by zmiękczyć skałę, jednak ja jestem niezatapialny. Tymi łzami posoliłbym kartofle, gdybym musiał je osobiście gotować, ale przecież ona właśnie dla mnie gotowała je od kwadransa. I posoliła wiedząc, że nie znoszę ziemniaków bez soli. Czyli płacze nadaremnie i powinienem ją skarcić za rozrzutność. Wzruszam ramionami. Dziś chcę dać jej poczuć pańską łaskę. Niech odchudza się dla mnie. Wszak ludzkie ciało, w przeważającej części, to woda, więc wydalenie jej w dowolnej konfiguracji powinno zmienić jej sylwetkę na podobieństwo stojaka na parasole.

 

Czy ja mógłbym kochać stojak na parasole? No… Nie! Teraz, to już chyba przesadziła. Otwartą dłonią uderzam w twarz wilgotną od łez. Bez zawziętości. Z premedytacją, i wyrachowaniem. Żeby krew zabarwiła smętnie-białe policzki. Raz, potem siódmy. W końcu pęka jej warga. Trzeba było się nie ruszać, kiedy malowałem rumieńce!

 

Wreszcie krew uderzyła jej do głowy i ciepła twarz zaczęła pachnieć mężczyzną. Mną! Tym, który o poranku eksplorował jej gardło własnym pragnieniem wzwiedzionym poza pojmowanie. Zburzyłem jej fryzurę w konwulsjach zmuszając powolną głowę uległości, gdy lędźwiami napierałem na usta. Jej płacz był czystszy od makijażu, ale i tak wyglądała żałośniej, niż głodny jamnik.

 

A teraz… żebrze o moją uwagę, kiedy ciało uwolniłem już od nadmiaru. Niech żebrze. Jutro też jest dzień. Myśli dojrzewają szybciej od zbóż. Papież rządzi tumanem. Miliardem ludzi, którym pretorianie nie pozwolą zbliżyć się bardziej, niż na zasięg halabardy. Ja? Mam JĄ. Na własność. Na odległość, którą mierzyć trzeba w ujemnej skali, bo wchodzę w nią po samą gardę… Rozchyla się chętniej, niż stokrotka pieszczona słońcem. Niż jarzmo, smarowane z pietyzmem, zanim wał się weń zagłębi dożywotnio. Spróbowałaby odmówić…

 

Czuję, że zaraz wychlipie jakieś załkane „proszę”, jednak nie zamierzam na to pozwolić. Odpycham. Patrzę na upadek kruchości. Wietrzę podstęp – nie może być tak słaba – walczy o litość? Na tym chce zbudować przyszłość? Ironią burzę powstające mury. Jawnie szydzę i śmieję się scenicznie. Płacze. Sponiewierana, uległa, wyblakła, jak dywan w domu dziadków. Chciałbym pozwolić sobie na pogardę, ale to wymaga energii, jakiej nie chcę marnotrawić. Niech klęczy. Niech płacze. Odwracam się wychodząc bez słowa.

 

Ciekawe, ile jej zajmie zrozumienie, że mogłem ją zabić. A ledwie zignorowałem. Zapewne jestem zbyt pobłażliwy. Zastanowię się wieczorem, przy szklaneczce czegoś wytrawnego. Może któryś z bywalców klubu mnie oświeci? Podeprze mniemanie?