Sprawdzając organoleptycznie temperaturę zewnętrzną, wylazłem niespełna ubrany na balkon, łowiąc wzrokiem spsiałego gościa. Najpierw pomyślałem – murzyn, lecz chwilę później okazało się, że to białasek, tylko poddany perforacji skóry masywnymi tatuażami na wszystkich odnóżach. Nieużytek przylegający do osiedla został skolonizowany przez wiesiołki. Kwiaty w kolorze jasnej żółci samą swoją obecnością poprawiają samopoczucie. W autobusie galimatias – krótkie nogawki i długie rękawy, albo odwrotnie. Jaskółki drobnymi skrzydełkami usiłują utrzymać chmury wysoko nad Miastem żeby nie spadły gęstą od kropel wilgocią.
Na klombie, wśród wysokich traw, zakwitł groszek pachnący, być może poprawiając kloszardowi jakość snów. W koronach lip wróble ganiają się w berka, pod daglezją tuła się pusta butla po Johny Walkerze. Staruszka utrzymująca rytm kroków kulą inwalidzką prowadzi nowofundlanda po bulwarowych, długaśnych ławkach. Pies i tak jest niemal monumentalny, jednak wędrując obok niskiej babinki ławkami –odważnie osłania ją przed połową świata. Nad Miastem zawisł budowlany żuraw i patrzy z wysoka zimnokrwiście, stalowo, czaplom oferując punkt orientacyjny na poszarzałym niebie. Elegantka w skórzanej kurtce i kapciach z futerkiem usiłuje rozkołysać most bardzo energetycznym marszem wzmocnionym kawką z Żabki. Młoda kobieta przytula swoje nieuciemiężone piersi do pustej kobiałki, jakby zatęskniła za kolejną porcją truskawek w godziwym towarzystwie.
Gapię się w niebo, bo to nie kosztuje. W przeszłości niebo zasiedlały stratusy, cumulusy i cirrusy. Z rzadka trafiał się cumulonimbus; gwałtem spadające na ziemię kowadło, skrzące się wściekłością natury. Teraz każdego dnia, zamiast poczciwych, tradycyjnych chmur, widuję przeważnie „chmury wstęgowe”, jak nazywam te niby-smugi-kondensacyjne szatkujące atmosferę na kawałki, które godzinami wiatr rozwłócza po kres widzialności i tłamsi błękit. Naprawdę, nie trzeba wiele – wystarczy łeb unieść i popatrzeć, co się stanie z tą samolotową „smugą” pięć, dziesięć, czy sześćdziesiąt minut później. Prosta obserwacja, nie wymagająca żadnego sprzętu, ani szczególnych umiejętności. I pomyśleć, że wszyscy tym oddychamy, co łaskawcy serwują nam z owych chmur. Wszyscy to jemy, bo czego nie pochłoną płuca, spadnie na ziemię - na czereśnie, ziemniaki, trawę gryzioną przez ostatnią we wsi krowęczy w wodę przeznaczona do picia. A ja mam zbierać plastikowe butelki, chcąc „ochronić” środowisko. I niech nie śmiem ich zgnieść, bo nie dostanę za nie jałmużny - pięćdziesiąt groszy! Gdzie trafia pieniądz z kaucji za te „jednorazowe” butelki? Ile zdołają zebrać kloszardzi – bez paragonu, czy oddane niewłaściwej sieci, uzyskają zaledwie 10 groszy za sztukę, a czterdzieści groszy zniknie w czeluściach „systemu” – dokładnie tak samo dzieje się ze sprzedażą produktów; gdy rolnik modli się, żeby dostać 10 groszy za kilo ziemniaków, sklep chwali się promocją, sprzedając je Tobie „za jedyne” trzy czterdzieści dziewięć. Widuję ludzi pokornie dźwigających butelki do automatu – system zrobił z nich śmieciarzy. Gdyby ustawodawca chciał dbać o środowisko – plastik skupowany byłby w dowolnej formie. Zgnieciony, połamany – byle był. Na wagę. A nie na banderolę, paragon, czy kod kreskowy. Dla mnie to tylko kolejny podatek od kupujących (opodatkowanym pieniądzem) napoje w plastikowych opakowaniach.
V1 KKK – czyżby ktoś przeszczepił idee Ku-Klux-Klanu na grunt warszawski? Fakt, że obcokrajowców przybyło zauważalnie, że Azjaci, Afrykanie, Południowoamerykańscy przybysze niepostrzeżenie stali się tutejszą codziennością, choć daleko im do liczebności kozackich zastępów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz