Chłop dousznie zasłuchany znienacka zaczął tańczyć naprzeciw zamalowanej remontami witryny i nawet pełne siaty w obu rękach nie przeszkodziły mu w tanecznej ekspresji. Twarz miał wysłodzoną natchnieniem i błogością – widać jego niewidzialna partnerka była warta jawnego uwielbienia. Idę wzdłuż Rzeki. Najpierw spotykam gościa którego od pierwszego wejrzenia nie cierpię i choć czasu minęło sporo od pierwszego widzenia uczucie się nie zmieniło. Zmienił się za to pies – stary musiał się zużyć. Zanim uporałem się z tą moją bezinteresowną niechęcią spotykam siwą czaplę. Stała sobie na granitowym słupku utrzymującym w ryzach barierki oddzielające bulwar od Rzeki. Gapiliśmy się na siebie zimno-rybio, ale z szacunkiem. Nie płoszyłem zachowując dystans na jakieś trzy kroki i to (dla niej) było ok. - strefy osobistej nie sięgałem, konkurencji na łowisku też nie stanowiłem. Czapla najwyraźniej monitorowała sytuację poniżej, na brzegu rzeki, gdzie wędkarz w dwupłciowej asyście wykazywał się żyłką łowiecką. Na drapane czekała? Wiem, że zdolniejsza od tamtego i częściej trafiały się jej łupy. Poranek dopełnia krągła ślicznotka w spódniczce ledwie potrafiącej utrzymać jej pupę i biodra w swoich objęciach.
"znienacka" - moje ulubione słowo. Opowieść z Czaplą, bardzo prasowa, tzn. (wszystko wiadomo).
OdpowiedzUsuń