Meteorolodzy wróżą trzydzieści stopni w cieniu, ale chwilowo nie widać ciepłych podmuchów. Na razie dwie kobiety w granatowych, pikowanych kurtkach z kapturami naciągniętymi na głowy dosiadają miejskiej komunikacji i kłusują ku codzienności. Na przystanku pulchna nastka uznała za stosowne wbić się w kozaki z futrem najwyraźniej nigdy nie strzyżonym i zadawać szyku, albo choć wywołać na twarzy miłośników zwierząt podejrzenie, że wymarł jakiś rzadki gatunek, by móc uświetnić stopy dziewczęcia. A tak w ogóle, to zapowiada się dzień pięknych, dużych kobiet o bladej cerze. Bo rzeczy dzieją się stadami – wystarczy jedno zauważenie, a jego powtarzalność staje się przewidywaną konsekwencją. Niebo ozdobione chmurami historycznie nieznanymi, rozsiewanymi drogą lotniczą zachwyca symetrią i nieoczywistą zagadką dotyczącą lokalizacji lotniska.
Poeta naiwny zwykł był mawiać za nieznanym mi (chyba) wieszczem: Tanie wina są dobre, bo są dobre i tanie. Teraz nie mówi nic, bo ćwiczy nową figurę artystyczną – martwą naturę. Leży. Leży i pachnie. Nie, żeby fiołkami, albo świeżym owocem. Raczej octem i moczem. Kto wie, od jak dawna ćwiczy tę figurę – miał prawo się spocić, a fizjologia nie zna kompromisów. Rozbawia mnie komizm sytuacyjny – do samochodu z rejestracją ELA XL 85 wsiada drobna dziewczyna – na pewno nie XL i na pewno nie rocznik 85…
Wystarczy jedno zauważenie, powtarzalność, przewidywalność. I ciekawa jestem tego stada, jakoś odgadnąć nie umiem, za to, często zauważam. Koincydencje. Ta nowa figura artystyczna, może mieć polot. Powiem Ci, że niejednokrotnie się łapię, na braku ołówka na mieście, tyle martwych natur.
OdpowiedzUsuń