czwartek, 9 grudnia 2021
Ekstrakty cz. 45
środa, 8 grudnia 2021
Ekstrakty cz. 44
Powroty.
Dźwięcznie, wdzięcznie.
wtorek, 7 grudnia 2021
Dieta.
Daglezje oprószone zimą
wyglądają dostojniej, niż w jesiennych brylantach. Powietrze pachnie, wrony drepczą
po zmrożonej trawie na zimnych nóżkach, niosąc w dziobach orzechy, na które
czają się ruchliwe wiewiórki. Krajobraz pełen pustki, zupełnie, jakby Miasto
było wyspą bezludną i nie do końca gościnną. Nawet wiatr się gdzieś zapodział i
nie zamiata mokrego śniegu, wyręczając się dziecinnymi rączkami. Bałwany
sterczą tu i tam, chudną, załamując ręce na widok skromnej zimy.
poniedziałek, 6 grudnia 2021
Cipa.
Skazana na patriotyczne macierzyństwo płakałam od poczęcia.
Nie chciałam. Wcale! Rozpaczliwie błądząc po odmętach ewolucyjnych ścieżek,
wrzeszczałam trwogę. Nie wyobrażałam sobie czasu, gdy spomiędzy moich drżących tkanek, zimne, chirurgiczne dłonie wybroczą na świat kolejnego głodnego potwora,
który lada moment powieli niekończącą się historię zbrukanych niewinności.
Tak! Często podglądałam ledwie skrywane nienasycenie
spojrzeń siwowłosych arbitrów o jałowych trzewiach, kiedy w rozjuszonych umysłach
pielęgnowali ciernie niespełnień, ostrzejsze od słów. Wyschłam zupełnie, nie
tylko pod powiekami. Najczęściej jednak bywałam opluta, gdy dowolny ON ZAPRAGNĄŁ...
- Ja? Łkałam bezsilność, gdy siłą realizował
imperatyw natury. Uczony od dziecka nienawiści rósł, bezwzględnie karcąc ochrzczone, bezwolne łono.
Sponsorowane uniesienie.
Moja pani zafundowała mi kolejną, egzotyczną opaleniznę.
Czekały mnie ulotne miesiące świetlanych przyszłości, trwające najwyżej do
października. W życiu nie przypuszczałem, że PRZED będę jadał równie dostatnio.
Jednak w zamian wymagała niemało. Osierocony orgazm ulokowany w kosmosie doby, traktowała
pogardliwie, niczym jałmużnę. Pragnęła obudzić wszystkie piekła, przepoczwarzyć
się, odrodzić Afrodytą o milionie twarzy, budząc pożądanie, miłość maluczkich, brzęczących zachwyty gdzieś poniżej jej boskich kostek. Była zdeterminowana, gotowa
przyjmować nawet najbardziej nieśmiałą adorację świata i moje względy bez
końca. A ja, jak najzuchwalszy plemnik w ławicy przegranych, brnąłem ku
spełnieniu - Osiemdziesiąt sześć spragnionych współżycia lat rozchylało ku mnie zaróżowione
niewinności.
Spostrzeżenia.
Pani w spodniach w
drobniuteńki, czarno-biały wzorek, zmierzała dziarsko w stronę wschodzącego
właśnie słońca. Na jej pośladkach spokojnie zmieściłby się lokalny turniej
szachowy, gdyby nie fakt, że plansze drżały, energetycznie napędzane
wewnętrznym reaktorem. Kawki przycupnęły na znaku drogowym i z takiej wysokości
kontemplowały pośpiech ludzi tłoczących się na przystanku, dyskretnie
komentując zauważenia w kawkowym języku. Gołębie kołują nad osiedlem. Wir mami
wzrok, powodując lekki niepokój – może błędniki wysiadły ptaszkom i muszą tak krążyć
do ostatniego tchu? Sprzątaczki otrząsają wiszącą na płocie winorośl z uschłych
liści, żeby temat sucharów mieć z głowy do przyszłej jesieni. Miło, że
dysponują wiarą w tak odległą przyszłość i pałają chęcią pracy ponad absolutne
minimum.