czwartek, 9 grudnia 2021

Ekstrakty cz. 45

Zawzięta.
    Nie mogła zrozumieć irracjonalności marzeń o błękitnej krwi. Idea, że tylko zrodzony z królewskich lędźwi obarczony jest szlachetnym brzemieniem, zdawała się jej krzywdzącą. Może dlatego wybrała chemię organiczną, aby odkryć barwnik pozwalający czerwonym krwinkom nabrać interesującego ją koloru.

Zdumiona.
    W pościgu za ideałem urody gubiła kilogramy szybciej, niż brzozy jesienią tracą liście. Wyślizgiwała się z wciąż za dużych ubrań, aż uznała, że wreszcie może sobie pozwolić na intymność przy zapalonym świetle. Wtedy ją rzucił, nie mogąc pogodzić się z jej cielesnym niedostatkiem.

Zawstydzona.
    Razem z całym szeregiem powolnych cicho uklękła przed nim i posłusznie otworzyła usta. Spod powiek sączyły się łzy upokorzenia, gdy, chrapliwym głosem pełnym pychy chwalił się niesionym darem: Ciało Chrystusa!

Zdeterminowana.
    Przeglądała szufladę z gadżetami erotycznymi, szukając kandydata na kochanka, a jeśli okaże się wystarczająco romantyczny, zaradny i wytrwały, może i męża. Nie przepadała za ludźmi, bo byli zawistni i małostkowi. Sprzęt nie prowokował kłótni, nie obrażał się, gdy miała kaprys na różową perwersję.

Zła.
    W nerwach nie pozwalała ograniczać się prymitywnej logice, czy ekonomii. Tłukła równo – miśnieńską porcelanę po babci, czy „ślubny” termomix. Dzisiaj była naprawdę wściekła, a w ręce wpadł jej pięcioletni zasmarkany synek.

środa, 8 grudnia 2021

Ekstrakty cz. 44

Zachłanna.
    Po cichu, subtelnie, kradłaś mi powietrze, uśmiechając się tak uroczo, że nie zauważyłem. Nawet, gdy siadałaś okrakiem na piersiach, łudziłem się, że to miłość. Wreszcie wpiłaś się ustami, wysysając ze mnie ostatnie tchnienie.

Recykling.
    Pakuję do kosza kilka nieudanych przeszłości i zamykam pokrywę. Jutro przyjedzie śmieciarka i wywiezie je gdzieś daleko, chyba, że najpierw kubeł ograbią poszukiwacze skarbów. Jeśli potrafią, niech z odpadów zbudują własne, być może lepsze jutra.

Satysfakcja.
    Gdy się uśmiechnęła, ożywały zmarszczki tak gęsto rozproszone po twarzy, że musiały się przepychać, by wygrać z konkurencją. A przecież była taka piękna pośród nich, szepcząc ciepłym głosem:
    - To było dobre życie.

Bezinteresowny?
    Wymyśliłem sobie, że usiądę i poczekam, bo przecież przyjść kiedyś musisz. W naszym mieście każdy w końcu przychodzi tutaj. Najwyraźniej przysnąłem, a kiedy otworzyłem oczy, w czapce, która mi spadła znalazłem brzęczącą jałmużnę.

Czarownik.
    Układałem czekoladki w stos, piramidę słodkości pełną marzeń i wróżb. Liczyłem na sukces budowli, sprawiający, że odwzajemnisz mój zachwyt tobą. I przyszłaś, ignorując mnie, arogancko wyciągając rękę po czekoladkę leżącą na spodzie góry słodkich spełnień.

Powroty.

    Był zaniedbany, ale raczej tak trzydniowo, niż w ogóle. Trwała niedbałość wgryza się głęboko w pory skóry, odbiera włosom i oczom nawet nadzieję na blask. Kiedykolwiek. On był zaledwie lekko przykurzony, zaniedbany, jak mąż porzucony dla zaawansowanego ekonomicznie seansu w SPA. Lekko ukiszony w sosie własnym, śmierdzący tanimi skrętami i wczorajszą wódką, której nie wykurzył z organizmu ostatnimi trzema parówkami, skrywającymi się dotąd gdzieś na krawędzi K-2 i koła podbiegunowego w lodówce.

    Spodnie, bynajmniej nie od piżamy, pogubiły kanty w spelunkach, do których zaprosić kobietę gotów był wyłącznie desperat, chcący się jej ostatecznie pozbyć. Telewizor skarżył się, że od paru dni nie miał okazji oka zmrużyć, a szczecina porastająca policzki mężczyzny siwiała tym szybciej, im była dłuższa. Jeśli druga młodość miała być szyderstwem, to powinna właśnie tak wyglądać. Koszula z urwanymi Bóg wie kiedy dwoma guzikami nosiła ślady wczorajszego menu w postaci reklamy bezpośredniej na torsie. To musiał być bigos, bądź jego pochodna. I mnóstwo tłuszczu z musztardą. Czyżby golonka?

    Na takim paliwie kac powinien skarleć, wymagając powiększenia, by nieuzbrojonym okiem go dostrzec. A skoro doskwierał, to znak, że posiadał gigantyczne uzasadnienie. Takowego wymagała również niewyschnięta wciąż plama osaczająca rozporek. Szczęśliwie węch wciąż pozostawał w odmiennych stanach świadomości i błąkał się po wspomnieniach poszarpanych na strzępy przez zegar odmierzający kolejne pięćdziesięciogramowe sekundy wytrwale i niestrudzenie.

    Zsechł się również kalendarz, przechowując wspomnienie pierwszego powiewu wolności. Nie wysilał się na żadne aluzje dotyczące zaniku pamięci tych kilku nędznych dni. Czekał. Jemu czasu nigdy nie brakowało. Za oknem wyklejonym obrazami cudzych poranków blady księżyc bełkotał coś niezrozumiale, telefon z głodu zaniemógł, drobne monety rzucone w niestaranną mandalę usiłowały z poziomu dywanu wyprostować życiorys chwilowego właściciela. Gazeta niosąca wieści o następnym braku sukcesów sportowych leżała na wznak głęboko pod stołem, obok skarpet zachodzonych na wylot. Kto to widział, żeby na chodnikach układać kleksy z błota? Nikomu nie można już ufać.

    Świat krążył bez litości, aż brało na wymioty. Nie każdy rodzi się kosmonautą, potrafiącym bez sensacji maltretować żołądek i błędnik podglądając życie na Ziemi z orbity, przy prędkościach rzędu kilkudziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę. W sumie – nie wiadomo po co w ogóle otwierał oczy. Chyba z ciekawości. Tłuściutka wata dzieliła myśli od zrozumienia. Może myślał w językach obcych i stąd problemy? Mimo wszystko usiłował się skupić, ogniskując wzrok na niewidzialnym stałym punkcie. Znieruchomiał jak Budda pochłonięty tworzeniem światłej maksymy dla potomnych.

    Zza ściany dobiegły go odgłosy sąsiedzkiej szamotaniny i połajanek. Głos wyćwiczony w chłostaniu niewinnych duszyczek owładniętych amokiem alkoholowym usiłował przedrzeć się przez opary do sumienia bełkotliwego, w jakim pozostawił je nosiciel. Szare komórki są przereklamowane. Sprawiają więcej kłopotu, niż pożytku. Z całej tej paplaniny niepokoiło go tylko jedno powtarzające się słowo: piątek!

    Piątek? A co z nim? Kleił pamięć krótkotrwałą, potem tę bardziej rozpasaną. Podkład wciąż był zbyt wilgotny, by rzecz mogła się udać, jednak podświadomość nie dawała za wygraną. Co z tym piątkiem się dzieje? Dzikim spojrzeniem zatrzymał wszechświat, machinalnie podrapał to i owo szukając cielesnego wsparcia. Kluło się w niepokojach podejrzenie, że piątek był granicą, jakiej przekraczać nie należało absolutnie. Wizja krążyła w trzewiach coraz szybciej wirując, zbierając się w tornado, gejzer, by w końcu wystrzelić zrozumieniem:

    - W piątek wraca ona! Nie ze SPA, ale wraca. I lepiej, żeby nie dostrzegła rozmiarów doświadczalnego poligonu! Mało czasu cholera! Pora odgruzować – siebie i chałupę!

Dźwięcznie, wdzięcznie.

    Kosy cieszą się, że nowy dzień nastał, choć ciemno, że oko wykol. Ale one wiedzą lepiej. Może sięgają wzrokiem za horyzont, gdzie słońce przeciąga się leniwie i dużym paluchem wystającym spod nocnej pierzyny sprawdza, czy aby nie za zimno dziś na wstawanie? Wiatr gra na rurach balustrad balkonowych, Bóg jeden wie po co wyposażonych w drobne otwory. Największa na świecie fletnia pana wydaje dźwięki niskie, łagodne, adekwatne dla zaspanych ciał i umysłów. Można zasłuchać się, rozmarzyć, albo zapomnieć – według potrzeb, nie zasług.

wtorek, 7 grudnia 2021

Dieta.

 

Daglezje oprószone zimą wyglądają dostojniej, niż w jesiennych brylantach. Powietrze pachnie, wrony drepczą po zmrożonej trawie na zimnych nóżkach, niosąc w dziobach orzechy, na które czają się ruchliwe wiewiórki. Krajobraz pełen pustki, zupełnie, jakby Miasto było wyspą bezludną i nie do końca gościnną. Nawet wiatr się gdzieś zapodział i nie zamiata mokrego śniegu, wyręczając się dziecinnymi rączkami. Bałwany sterczą tu i tam, chudną, załamując ręce na widok skromnej zimy.

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Cipa.

 

Skazana na patriotyczne macierzyństwo płakałam od poczęcia. Nie chciałam. Wcale! Rozpaczliwie błądząc po odmętach ewolucyjnych ścieżek, wrzeszczałam trwogę. Nie wyobrażałam sobie czasu, gdy spomiędzy moich drżących tkanek, zimne, chirurgiczne dłonie wybroczą na świat kolejnego głodnego potwora, który lada moment powieli niekończącą się historię zbrukanych niewinności.

 

Tak! Często podglądałam ledwie skrywane nienasycenie spojrzeń siwowłosych arbitrów o jałowych trzewiach, kiedy w rozjuszonych umysłach pielęgnowali ciernie niespełnień, ostrzejsze od słów. Wyschłam zupełnie, nie tylko pod powiekami. Najczęściej jednak bywałam opluta, gdy dowolny ON ZAPRAGNĄŁ...

 

- Ja? Łkałam bezsilność, gdy siłą realizował imperatyw natury. Uczony od dziecka nienawiści rósł, bezwzględnie karcąc ochrzczone, bezwolne łono.

Sponsorowane uniesienie.

 

Moja pani zafundowała mi kolejną, egzotyczną opaleniznę. Czekały mnie ulotne miesiące świetlanych przyszłości, trwające najwyżej do października. W życiu nie przypuszczałem, że PRZED będę jadał równie dostatnio. Jednak w zamian wymagała niemało. Osierocony orgazm ulokowany w kosmosie doby, traktowała pogardliwie, niczym jałmużnę. Pragnęła obudzić wszystkie piekła, przepoczwarzyć się, odrodzić Afrodytą o milionie twarzy, budząc pożądanie, miłość maluczkich, brzęczących zachwyty gdzieś poniżej jej boskich kostek. Była zdeterminowana, gotowa przyjmować nawet najbardziej nieśmiałą adorację świata i moje względy bez końca. A ja, jak najzuchwalszy plemnik w ławicy przegranych, brnąłem ku spełnieniu - Osiemdziesiąt sześć spragnionych współżycia lat rozchylało ku mnie zaróżowione niewinności.

Spostrzeżenia.

 

Pani w spodniach w drobniuteńki, czarno-biały wzorek, zmierzała dziarsko w stronę wschodzącego właśnie słońca. Na jej pośladkach spokojnie zmieściłby się lokalny turniej szachowy, gdyby nie fakt, że plansze drżały, energetycznie napędzane wewnętrznym reaktorem. Kawki przycupnęły na znaku drogowym i z takiej wysokości kontemplowały pośpiech ludzi tłoczących się na przystanku, dyskretnie komentując zauważenia w kawkowym języku. Gołębie kołują nad osiedlem. Wir mami wzrok, powodując lekki niepokój – może błędniki wysiadły ptaszkom i muszą tak krążyć do ostatniego tchu? Sprzątaczki otrząsają wiszącą na płocie winorośl z uschłych liści, żeby temat sucharów mieć z głowy do przyszłej jesieni. Miło, że dysponują wiarą w tak odległą przyszłość i pałają chęcią pracy ponad absolutne minimum.

czwartek, 2 grudnia 2021

Podróż.

    Kartka była inna od wszystkich, jakie dotykałem. Ignorancja nie pozwalała mi rozstrzygnąć papierowej tajemnicy, która kusiła delikatnie.

    - Nie mogę jej pokreślić bzdurami. Lepiej zachować na coś ważnego - uznałem, wciąż pieszcząc dziewiczą stronicę.

    Straciłem rachubę czasu. Kiedy ponownie zerknąłem na papier, ten przyjaźnił się już z dłonią. Pociągnął mnie za sobą, jak chłopiec, chcący pokazać dziewczynie widok przeznaczony tylko dla niej.

    Przestałem się opierać, ze zdumieniem obserwując, jak na kartce pojawia się najpierw moja dłoń, potem ramię. Nogom poszło dużo sprawniej. Uśmiechnąłem się wsuwając głowę i roześmiany pobiegłem w nieznane.

    Papieru wystarczyło na całkiem zgrabny świat. Chyba się zgubiłem.

Koło życia.

    Nie wnikając w godziwość poczynań własnych, poszedłem do kuchni, żeby uraczyć lekko zaniedbany egoizm herbatą. No i zaczęło się, bom okiem na polepę rzucił, a tam szpon. Może niezbyt okazały, jednak – szpon! Nie co dzień znajduje się w kuchni szpony. Podniosłem i krótkowzrocznym subiektywizmem oszacowałem znalezisko, nie zawiadamiając służb archeo, czy saperskiego patrolu. Bez przymierzania do węgielnej kostki uznałem, że okres połowicznego rozpadu zacznie się z grubsza za jakieś dwieście lat, więc narzędzie świeżym być musi, gdyż nawet nie cuchnie należycie.

    Siadłem – po chłopsku, na zadzie. I zadumałem przyziemiony, przylepiony do tej podłogi, co dotąd wyłącznie moją oazą była. Świątynią dumania zamkniętą na obce spojrzenia. Bo szpon znaleźć, to z filozoficznego punktu widzenia identyczne oszustwo, jak szpon zgubić. Przecie z próżnego, to i Salomon… Ja znalazłem, czyli ktoś zgubił. A skoro tak, do obecnie dysponuje orężem większym od zgubionego. Na tym polega dojrzewanie! Wylinka z węża sugeruje jedynie, jakim był przed przepoczwarzeniem. Dlatego, mimo dość karłowatego rozmiaru szpon szacunek budzić musiał. Szczęściem, jeszcze nie grozę, bo wyobraźnią nie sięgałem aż tak daleko. Wystarczająco jednak, żebym zrozumiał, że nie mieszkam już sam i jaskinia przestała być bezpiecznym azylem.

    Dumać umiałem, szczególnie, gdy herbatą pysk sparzyłem. Sięgałem coraz głębiej w pamięć, przypominając sobie noce, kiedy tajemne przeciągi znienacka chłodziły mi stopy, albo na łydkach kreśliły lodowym sztyletem ślady subtelnych pieszczot Królowej Śniegu. Jakieś zaginione okruchy krakersów, czy nadgryziona kiełbasa, która schnąć miała u powały aż do świąt. Zdecydowanie. Miałem gościa w pieczarze! Mięsożercę. Nie subtelną rusałkę-wegankę, co dla dobra sprawy publicznie raczyła się obnażyć, pogrążając się w zachwycie wyposzczonych nastolatków, by pokazać, że weganizm dysponuje nie tylko twarzą, ale i nie byle jakim ciałem (o rozumie na wszelki wypadek nie napomykając). Znaczy nie owca, nie króliczek z ogonkiem rozkosznie pomponowatym, a bestia krwiożercza pomieszkiwa gdzieś na peryferiach błogo nieświadomej dotąd świadomości.

    Okropne odkrycie sprawiło, że popuściłem. Gaz lżejszy od rozumu uniósł się szarym tumanem i w niedoskonałej aureoli bałwanił się gdzieś nad moimi uszami. Tygrys? Wilkołak? Jastrząb wygłodniały? Dzik szablozęby? Krokodyl nilowy? Pterodaktyl? Wątpliwości stłamsiły nadzieję na przetrwanie. Nagle stałem się gatunkiem zagrożonym, wymierającym anonimowo i w żadnej grinpisowej księdze dowolnego koloru ani wzmianki, że ostatnie tchnienia tu na tej podłodze wykwilę, gdy za załomem czai się głód potwora. Cóż dla niego moja świąteczna kiełbasa jałowcowa? Pewnie dotąd mu się odbija jak po szklaneczce dżinu z tonikiem.

    - A te ślady na ścianie? – zadrżałem, pomimo zbawiennego ciepła herbatki ziołowej z natury – wilgotne kleksy potrafiły wspiąć się na sufit, a ja durny kląłem sąsiadkę z góry, że mi zalewa mieszkanie.

    - Jeśli przeżyję, to pójdę i przeproszę! - Obiecałem sobie solennie, drapiąc się starczo w przerzedziałe owłosienie i młodzieńczo po jajkach - I te nocne szelesty. O matko!

    Nie byłem pedantem, że się tak niestarannie wyrażę. Kolację, a często i obiad lubiłem spożywać na pokładzie największego prywatnego poduszkowca, czyli w łóżku. Komu chciałoby się płynąć z pojedynczym talerzem do kuchni? Wyrzucałem wprost w ocean odpadków. Najpierw pod poduszkowiec, potem byle „od sie” – jak mawia woźnica do konia, gdy chce, by ten w prawo skręcił. I teraz, w tym moim chaosie zakwitło tajemne życie i grasuje, kiedy ja bezwstydnie romansuję z Morfeuszem. Może nawet ono abażur po babci rozdarło, żeby więcej światła ulewało się bokiem, miast tylko aureolę w suficie wypalać?

    Podłoga w kuchni nabrała temperatury lodowca na Szpicbergenie podczas śnieżnej nawałnicy, znieczulając miękkie tkanki i unieruchamiając mnie, równie skutecznie, jak mamuta, którego dopiero pięć lat temu tambylcy odkryli na Syberii i pożarli, zanim siwowłosi i bezzębni znawcy tematu wymruczeli słowo „sensacja”. Po chałupie krąży zabójca. A ja tkwię unieruchomiony, jak korek w szyjce szampana i tylko patrzeć, aż eksploduję.

    Już się nie drapałem – może bestia pochodzi od psów, a te reagują na ruch. Szczególnie, gdy uznają, że to objaw agresji. Zlałbym się w gacie, ale są amatorzy strachu i za jego aromatem gotowi przemierzyć pustynie i oceany. Poza tym – po jednej, ubogiej herbacie mogłem jedynie skropić najbliższe otoczenie, a papraniną się brzydzę. Potop, to co innego. Przed oczami fruwały mi szmaragdowo-czarne smoki, nietoperze wielkości boeinga 737, wokół pływały sześciometrowe, obłe ludojady, negocjujące z barrakudami prawo do dziewiczej krwi, a spod trzepiących wściekle o podłogę tygrysich ogonów unosił się kurz, zaburzając ostrość spojrzenia.

    Macałem dyskretnie przestrzeń, szukając broni – białej, różowej, czy choćby przeźroczystej. Paczka po chipsach, spodeczek od herbaty, zeschły piernik-serduszko… Gówno! Tym mógłbym obronić się najwyżej przed rybikiem. Wreszcie coś zazgrzytało zachęcająco i zdobyłem się na odwagę, by znalezisko ująć w dłoń. Chłód metalu uspokajał. W duszy ruch! Bitewny amok. Wzwód! Napięcie mięśni, krew we wzroku. Szumiało pod sklepieniem, gdy metal oswajał się z wnętrzem dłoni. Mogłem walczyć. Nie byłem bezbronną ofiarą! Uniosłem uzbrojoną dłoń, rozglądając się za wrogiem i szacowałem bitewną wartość uzbrojenia indywidualnego.

    Wtedy nadeszło olśnienie! Byłem bezpieczny! Trzy dni temu, czekając, aż sos nabierze właściwej konsystencji i zmiękczy padlinę w garnku - czekałem w kuchni, obcinając pazury u nóg… Teraz, podobnie jak wtedy, cążki wypadły mi z ręki i czmychnęły pod stół, kryjąc się za kubkiem po jogurcie.