środa, 7 października 2026

Zawiedziony zawodowiec.

 

Celem rozmienienia mienia wstąpiłem do zakładu chwalącego się permanentną czynnością 24/7, a tam niespodzianka – cisza nieskalana. Nikt nie podaje towaru, nikt nie kasuje kasy. Wyszedłem oszołomiony nie zniżywszy się do zakupu czegokolwiek w cyberszopie, bo w końcu zakupy, to miała być przyjemność, okazja do gawędy niechby nieistotnej. Zupełnie tak, jak niektóre panie idą do fryzjera bardziej towarzysko, niż z potrzeby wyprostowania czegoś na głowie, czy podkolorowania niesfornych myśli. Obok na moje szczęście stał inny zakład, czynny w nieco mniejszej rozpiętości godzin, za to z obsługą ogrzewającą dyskretnie biust, korzystając z ciepełka wydzielanego przez rumieniące się na ruszcie kiełbaski do hot-dogów. Przy okazji niejako obsługa wirtualnie sprawdzała, czy poziom urody jaki prezentuje podoba się temu, dla którego ów wygląd miał stać się prezentem w pełni zasłużonym, lecz nigdy wysłużonym.


W tym wszystkim ja, niemalże jak petent namolny chcący nacieszyć się szerokością gamy towarowej, zadać dwa, czy trzy pytania testujące luksusowość przypadkowych produktów, aby zapoznać się z fachowością komentarza obsługi. Owszem, nieco obawiałem się, że odpowie mi językiem wojny, ale co robić? O tej porze miałem do wyboru jedynie te dwa zakłady jawnie oferujące konsumpcję, byle poza obrębemsklepu. Obrąbsklepu, to pojęcie tajemnicze i nie wiadomo, czy obejmuje tylko sklep z wycieraczką, aureolą zapachową piekących się niespiesznie kiełbasek, czy także z łuną świetlną moszczącą się rozpustnie na mocno wytłuczonym chodniku.


Obsługa obrzuciła mnie spojrzeniem szacującym i najwyraźniej zaliczony zostałem do kategorii niegroźny i wypłacalny, bo powróciła do negocjacji z monitorem i monitem dotyczącym zwiększenia pakietu achów i ochów uwzględniającym jej szczególnie duże bieżące zapotrzebowanie na komplementy w sumie bardzo konkretnie wymuszone na monitorze. Monitor nie posiadał instynktu samobójczego i natychmiast zapłonął uczuciami tak żarliwymi, że biust obsługi zrezygnował ze wsparcia kiełbasowego ciepła, promieniejąc od napływającego zachwytu. Z taktowną zazdrością chciałem dołączyć do ciepłego biustu i również pobrać stosowną dawkę komplementów, jednak wzrok obsługi na widok hipotetycznej konkurencji zgęstniał i niemal przepalił mnie na wylot, jednoznacznie alienując mnie z kręgu pochlebstw i wyznaczając rozległą granicę własnej, brutalnie sprowokowanej łagodności. Odstąpiłem w alejki pełne kolorowych etykiet i promocji tak licznych, że musiałem chwycić się czegokolwiek bo błędnik mi się rozszalał i deprawował obietnicą chłodu kafli w stonowanej barwie, którą najłatwiej byłoby nazwać zakurzonym (przez klientów?) różem.


Czas, to pieniądz – pomyślałem i poczułem się zarobiony i skłonny do zdefraudowania części wygospodarowanych środków, jednak bez wsparcia obsługi poczułem się bezradny jak osiołek przed pełnymi żłobami. Wiadomo, facet ma bloki decyzyjne inaczej sformatowane niż niewiasty, co w kategorii zakupy plasuje mężczyznę na poziomie przedszkolaka, najwyżej nierozgarniętego pierwszoklasisty i bez fachowego wsparcia defraudacja mogłaby zakończyć się utylizacją, albo anihilacją defraudanta. Pojedynek z błędnikiem i blokiem decyzyjnym trwały wystarczająco długo, by obsługa napasła się komplementami po uszy i zaniepokoiła brakiem kontaktu wzrokowego z klientem, który najwyraźniej zaginął w alejkach i bez mapy do wyjścia nie trafi, a wiadomo, klient zaginięty gotowy nieoczekiwanie zdechnąć, a następnie cuchnąć rozkładając się na podłodze i-kto-to-posprząta-pytam-się-grzecznie?


- W czym mogę pomóc – odnalazła mnie błyskawicznie, wiedziona instynktami, albo doświadczeniem. Kto wie, czy nie miała zaszytego monitoringu w jednym z ócz? – Proponuję czekoladę trzy w cenie dwóch. To te ze środkowej półki. Oczywiście ma pan aplikację?


- Oczywiście nie mam – wydukałem – ale poco mi trzy czekolady?


- To może cztery gazowane napoje po półtora litra każdy i kolejne dwa w gratisie? Butelki kaucyjne, można je zwrócić w każdej chwili… jeśli ma się paragon.


- Nie przyjechałem ciężarówką… - zawahałem się nieco widząc, jak pod wpływem zaimplementowanych z monitora komplementów stała się rozrzutna – A poza tym gaz mnie wydyma i gdybym je wszystkie wypił, musiałbym drzwi otwierać pępkiem. Nie wiem, czy potrafię i czy chcę.


- To może kiełbaskę, albo kawę na wynos? Duża w cenie średniej – nawet Adam nie był tak kuszony, jak ja. A ona, fachowiec, wiedziała, że ulec muszę i postanowiła dać mi czas. Nie, żebym ochłonął, ale żebym zmiękł dostatecznie. Czas marnotrawny miał się wszak zamienić w brzęczącą monetę. Im więcej poświęcę go na zakupy, tym bogatszy będę i wyjdę bardziej objuczony. Sam czułem już rosnące mi na grzbiecie garby, zupełnie nieświadom, że kolejne wielbłądy z błędnym wzrokiem oswajają się z myślą, że choć psy szczekać będą, karawana pójdzie. A my z nią.


- Ach! Zapomniałabym! – pani wróciła do mnie, a jej gorrrący biust sugerował, że to chyba przedostatni raz – cztery batony koniecznie musi pan wziąć, by dostać kolejne cztery w prezencie od FIRMY. Tylko dzisiaj, bo od jutra zacznie się inna promocja, o jeszcze nie znanej eskalacji.


- Biorę – wykrztusiłem z przejęciem, bo przecież tego majątku naprodukowałem bezproduktywnie tyle, że czas wreszcie poczuć dumę utracjusza z dokonań – proszę zapakować. I te czekolady też, później pomyślę, jak je zagospodarować.


- I słusznie. Czekolada, to czyste szczęście serwowane w kostkach. Jak uśmiech panu zgaśnie… ojoj… Powinien pan wziąć co najmniej trzy zestawy. Szczęśliwość pana najwyraźniej zasiedziała się po ujemnej stronie osi i czas najwyższy wyciągnąć pana na długi spacer tą prostą w świetlaną przyszłość. Zapakować? Ekotorbę dołożę od siebie za grosz. Ale musi pan mieć aplikację. Mogę założyć od ręki. To jak?


Kiwnąłem głową, wstydząc się wyznać, że zawojowała mnie swoim szczebiotem i gdyby tylko chciała, kupiłbym cały ów przybytek, razem wielbłądami czekającymi na objuczenie i każdą dostępną aplikacją. A kiedy już wiatr owiał mi spocone czoło, gdy przymierzałem się do formującej się karawany pogryzając czekoladę dla wspomożenia szczęśliwości mej ubogiej poczułem, że takiej niewiasty mi trzeba by poprzez wieczność wieść życie pełne uniesień i dostatku.


- Sielankę czas napocząć! – ryknęło zwierzę we mnie.


Pognałem do kwiatomatu i wybrałem najdroższy z nudzących się tam bukietów. Mamrocząc coś na kształt na głowie kwietny ma wianek (oczywiście na miarę mojego talentu) wracałem się byłem do zakładu czynnego mniej niż 24/7 i „mojej” przyszłej. Z zakładu wychodził jakiś smętek blady, ale co-mi-tam. Nygusami bez wizji zajmować się nie zamierzałem, tylko posiąść TĘ JEDYNĄ. Nie bacząc na smutasów, na przyszłe wielbłądy i inne deprymujące istoty pognałem ku wybrance i padłem przed nią na kolana wyznając uczucia, a jąkanie ukrywałem zasłaniając się bukietem.


- Dziewięć! – łudziłem się, że usłyszę proste tak, ale w głosie Mojej Nowej Pani brzmiała nieskrywana duma podparta danymi statystycznymi – Zaledwie w godzinę! To nowy rekord zakładu, premia murowana!


Oszołomiony wciąż klęczałem, a Wybranka ignorując mnie stukała w wirtualne klawisze niczym wirtuoz. Chwilę później pod Zakład podjechał pryszczaty dryblas i zapakował do skrzynki mój i osiem innych bukietów. Odebrał też całusa od Mojej Wybranki nim poszedł do samochodu. Na bocznej ścianie dostawczaka pyszniła się reklama:


Kwiaty z dostawą do domu i kwiatomatów. Realizujemy zamówienia telefoniczne i pocztą elektroniczną. Rozliczne rabaty dla stałych klientów.

2 komentarze:

  1. Dobrze mi się to oglądało. Tylko na końcu, zerwała się myśl, co dalej? Bo będzie pewnie niejedno dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. absolutnie - to już jest dalej. niewiele mi trzeba, żeby nic takiego rozwinąć w coś - dzisiaj przechodziłem obok samoobsługowej Żabki, a obok była druga z obsługą Obsługa to żeńska forma, gdyby był tam mężczyzna chyba byłby obsługiem.

      Usuń