wtorek, 11 stycznia 2022

Ekstrakty cz.49

 

Czekając na cud.

Znienacka, o poranku, walnąłem boską kupę i przyglądam się, pieszcząc w sobie ambiwalentne uczucia. Zachwyt nieco stłumił ciepły smrodek, ale cierpliwie czekam na wniebowstąpienie dzieła. Bo chyba zasługuje na raj?

 

Ewolucja.

Jeżeli Darwin miał rację twierdząc, że nieużywane organy zanikają, czas najwyższy pozbyć się rozsądku. Po co ma się kurzyć nadaremnie, leżąc obok rozumu, który też zaczyna pleśnieć w zapomnieniu?

 

Nawet psy nie szczekają.

Zutylizowałem kartkę z kalendarza, do której przykleił się miniony poniedziałek. Nie żałuję. Karawana idzie dalej.

 

Przemijanie.

Nikt nie obiecywał mi jutra, ba! nawet dzisiaj nie było oczywiste. Czas najwyższy się pozachwycać, bo teraźniejszość może mi zostać odebrana.

 

Samarytanin.

Dzielił się miłością z bliźnim. Bez końca adorował, pieścił i obiecywał, nie bacząc na kolor skóry, czy płeć. Prawdziwe uczucie, choćby odpłatne, nie grymasi, tuląc do łona każdego chętnego.

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Wieczorem o poranku.

 

Dzień zamierzał być rozpasanym bardziej, niż heros mógłby sobie wyśnić. Najpierw spotkałem istotę niepewną własnej płci, odzianą w ciężką, pancerną czerń zimową, w glanach sznurowanych asymetrycznie, wybiegających ortodoksyjną  barwą w nieoczywistość lewostronną, zaplątaną misternie w fiolet. Istota sama w sobie była tak zamotana w dylematy płciowe, że mogła nieświadomie wątpić w fizykę deklaracji pozwalającej otwarcie zanegować preferencje mniemanej jednostki, a ja… cóż… nie zdobyłem się na werdykt, aby określić ową płeć dziewiczo niezdefiniowaną, niezdiagnozowaną żadnym tete-a-tete. Blond koafiura, splamiona kleksem różowej rzygowiny zdobiła wierzch magicznych zawirowań, którym brakło jasnej deklaracji, by dostąpić podróży na drugi koniec wszechświata. Tuż obok, wolne przestrzenie geometrii autobusowego wnętrza zajęła niewiasta w crocsach stylizowanych na sierść świeżo ubitej zebry, lecz znikła, gdy autobus uchylił wrota tajemnic przed jedną z miejskich galerii. Potem? Była druga, gdzie ruchome schody starały się zasugerować konsumentom, że dopiero szósty stopień poza zewnętrzną ingerencją stanowi odstęp, pozwalający na oddech pełną piersią. Istoty, zaocznie skazane na kobiecość, mknęły w subtelnej czerni rajstop na czaplich nogach we własną niezdefiniowaną przyszłość, rokującą więcej bólu, niż rozkoszy. Więc może warto nie maskować własnych potrzeb? Bo może nie znajdzie się śmiałek, który obierze niewinność aż do grzechu, nim senna mara odbierze marzeniom fizyczność.


PS. Spodziewam się konfrontacji. Tej samej, w której będę musiał wykazać się determinacją pełną  poświęceń. Nie mam pojęcie, czy stać mnie na taki eksces, Czuję się cokołem, na którym nie zakwitnie żaden z herodów. Po co komu pusty cokół? Stoi sobie przed muzeum i czeka na swojego patrona.

środa, 5 stycznia 2022

Prasówka cd.

 

1.          Technika i ekologia.

           A skoro elektrownia atomowa ma zostać uznana za ekologiczną, choć odpady rozkładają się z grubsza milion lat, to może trzeba powołać do życia transport kosmiczny i zamiast wozić ludzi na wycieczki w nieważkość – wysłać na Księżyc te wszystkie odpady, żeby sobie tam poczekały na chętnego? Może Księżyc nie zblednie bardziej pod wpływem materiałów niechcianych na Ziemi? Chińczycy dalekowzrocznie patrzą jednak na Marsa.

 

2.          Technika wojenna.

           Granic ma strzec elektroniczny pies. Ciekawe, że czynić to zamierza na wyspach brytyjskich. Tam, bardziej przydatny byłby wartowniczy rekin, zamiast psa. Ale – pewnie się nie znam. Tylko patrzeć, jak drony zaczną machać skrzydełkami i udawać bażanty, czy coś mniej jadalnego.

 

3.          Postanowienia noworoczne.

           Pan dyrektor z WHO rozmarzył się, aby do wakacji obdarować szczepieniami co najmniej siedemdziesiąt procent globalnej populacji. Wtedy to, on osobiście, powstrzyma kolejne fale i inne zjawiska atmosferyczne. Pan naukowiec z kolei zafrasował się, że falowe szczepienie na poziomie globu jest logistycznie trudne, więc może by tak w końcu zamiast powtarzać co kilka miesięcy nieskuteczne szczepionki dać ludziom jakiś lek? Miłosiernie nam panujący pan prezydent przetestował na sobie trzy dania złożone z doskonałych szczepionek, dzięki czemu zachorował dopiero po raz drugi.

 

4.          Reakcja.

           Pod wpływem medialnej nagonki na beztroskę „sylwestra marzeń” Brazylia postanowiła odwołać karnawał. Zapewne zniesmaczył ich eksces powracającej na amerykańskie łono gwiazdy jednej nocy, zdruzgotanej panującym u nas klimatem. No, chyba, że to pani Maryla wytrąciła go ze strefy komfortu sukienką umajoną waginami, żyletkami, sedesami, czy co tam jeszcze była uprzejma udźwignąć.

 

5.          Konsekwentnie.

           Skoro drożeje wszystko, z mandatami i kredytami włącznie, marzeniem prospołecznych polityków było opracowanie nowego porządku ekonomicznego, sprawiającego, że cokolwiek potanieje. I właśnie zdarzył się cud gospodarczy - praca najemna tanieje drastycznie. W przeciągu jednej (poniekąd sylwestrowej) nocy. Ot, tak, żeby najmocniejszy księgowy nie poradził! I nic już nie będzie takim, jakim było, bo przecież z żywymi naprzód iść trzeba, wierząc, że dla naszego dobra rząd podzielił wszystko co miał, oraz to, czego nigdy nie posiadał. Raczej już nie odda, bo przecież nie wypracowuje żadnej wartości dodanej – chyba, że ekstra podatki, względnie dziury budżetowe.

 

6.          Depresja zimowa.

           Paskudna choroba sprawiająca, że kurczą się zasięgi i oglądalność, kiedy szron okrywa zziębnięte pośladki, nie daj Bóg okryte barchanami, czy kalesonami. Dlatego, w imię błogosławionej witaminy D bezwzględnie trzeba zmienić klimat na łagodniejszy dla nagości i prezentować wszystko, co tylko się da, na bajecznych plażach Zanzibarów, czy dubajskiej pustyni kończącej się nad oceanem, gdzieniegdzie sięgającej nawet w głąb Zatoki Perskiej.

 

7.          Drapieżniki.

           Hieny z głodu zaatakowały zapodzianą w geografii wioskę, okrążając ją bez litości, pod płaszczykiem struchlałej nocy. Odradzające się w Polsce watahy wilków na razie tylko straszą nielicznych zbieraczy grzybów na Pojezierzu Lubuskim – trzeba być naprawdę wielkim koneserem grzybobrania, by wybrać się w styczniu na pokos. Jeśli jednak wezmą przykład z hien, bądź bliższych im terytorialnie dzików, kto wie, czy nie dojdzie do horrorów pełnych krwi i nocnych lęków w centrach miast?

 

8.          Pośród blichtru.

           Gwiazdy bez końca chwalą się kochankami, bądź nowymi partnerami. Te, które nie mogą, chwalą się golizną, bądź własną seksualnością, której daleko do prymitywnego popędu pospólstwa. Był czas, że ludzie marzyli o kilku literkach przed nazwiskiem – inżynier, doktor, profesor, szef sztabu – teraz przedrostki przesiadły się na seks. Trudno im się dziwić. Seksualność dobra jest i basta! Ale teraz może ona być metro, uni, a, uwzględniać monogamię, bądź poliamorię, przesiadać się z kwiatka na kwiatek, za nic mając płeć, wiek, czy rasę, by wyrosnąć na subtelną panseksualność. Właśnie dowiedziałem się, że można być również demiseksualnym – nie wiem tylko, czy mnie stać na taką ekstrawagancję. I nie bardzo rozumiem, dlaczego należy wyznawać ją publicznie, zamiast na świętej spowiedzi.

 

9.          Piłkarskie szachy.

           Kluby rokrocznie „wymieniają” zużytych piłkarzy na nowych, nieodmiennie zakupy nazywając „wzmocnieniem” – ciekawe, bo każdy ze sprzedających uważa, że zrobił doskonały biznes, choć chwilę później sam transferuje właśnie takiego już nadgryzionego ubiegłym sezonem piłkarza z ościennego klubu. Patrzę i zachwycam się roszadami, bo w nowym gnieździe nie poradzili sobie nawet wielcy tej gry – Ronaldo, czy Messi. Po zmianie barw zniknęli błyskawicznie z pierwszych stron wiadomości, ustępując miejsca tym, którzy dotąd grali drugie skrzypce. Podobno obecnie nasz globalny matador przymierza się do emerytury na nowej arenie - widać obrzydł mu już język niemiecki i marzy mu się posunąć jeszcze o krok, czy dwa dalej od Polski. Tak na wszelki wypadek. Czyżby po „kulach mocy” nabrał aż takiej krzepy? W bieżącym okienku transferowym mamy „wzmocnić” drużynę narodową nowym, być może dotąd nieużywanym trenerem. Poprzedni wzmacnia właśnie brazylijski klub, ścigany przekleństwami kibiców stąd.

 

10.        Reklama.

           Liczba reklam potrafi pogrążyć mnie w zachwycie tak wielkim, że nie mam czasu na czytanie innych treści. Pojawiają się w poczcie elektronicznej i skrzynce na listy. Docierają telefonicznie, radiowo, masowo i z entuzjazmem starają się oszołomić moje kubki smakowe, bądź chęć posiadania. Część trafia do spamu, części mówię nie, wyłączając narzędzia przekazu. Trudno jednak przeczytać nowinki z wielkiego świata, gdy tyle firm stara się mnie uwieść wytworem specjalistów od konsumpcji detalicznej. Włączyłem ad-blocka, żeby wreszcie dotrzeć do sedna wieści, a tu kuku – nie udaje się, bo (jak zwierza się twórca treści ukrytych pod sensacyjnym tytułem) „tworzenie jest jego pasją”. Więc aby dotrzeć do tej pasji muszę pozwolić stłumić entuzjazm własny zaspą niechcianych, namolnych ofert.

           PS. Oprócz gołych bab, często reklamom patronują ostatnio koty, szczególnie młode.

Drobnica.

 

Pies beznadziejnie zapodziany w ramy nocy płaczliwie skarżył się na samotność. Długonogie, senne panie pochłonął autobus spieszący na popas gdzieś daleko stąd. Zmęczone całonocną pracą neony pulsowały nadzieją, że już za chwilę odsapną. Kroki w mroku utopione cichną błyskawicznie – wystarczy, że tylko człowiek zwolni. Pierwsze okna wydzierały nocy drobne prostokąty sztucznego ciepła, a o gwiazdach można było najwyżej marzyć.

wtorek, 4 stycznia 2022

Taniec godowy.

 

Patrzę na swojego awatara i coś do niego mamroczę. Zapewne głupio. Wygląda dzisiaj tak niespójnie, jakby nikt go nie kochał, albo prąd mniej gęsty zasilał jego megabajtowe arterie. Chciałbym mu pomóc, ale sam nie wiem, czy warto się w nim zakochiwać, czy pozwolić mu zostać kochankiem na jeden raz i wytrzebić natychmiast, gdy zaśnie z błogim uśmiechem na tym swoim cyfrowym pysku. W sumie, mógłbym się z nim przespać. A nuż wyzna mi wierność do śmierci, skłoni do perwersji, przed którą wystrzegałem się od zawsze, albo chociaż przestanie wyglądać jak ostatnie nieszczęście. Zacząłem się nawet rozbierać; wtedy uciekł, jawnie zażenowany.

Niewesoło.

 

Zrudziały park nasiąka wilgocią, aż mu alejki rozmiękają w błotne fantazje, ukrywając wiewiórki i inne drobne życiorysy uwikłane w codzienność parkową. Starsza pani przedziera się przez miejską arterię powoli i z wysiłkiem, poganiana wzrokiem tych, którym się spieszy. Wózki z dzieciątkami, albo z zakupami drążą korytarze w mżawce. Nikomu nie jest do śmiechu. Nawet dziewczęta w opiętych spodniach spieszą się jakoś tak, że kierowca autobusu ani myśli zaczekać na ich towarzystwo. Powietrze pachnie tylko w przedświcie, potem zaczyna gnić, zniechęcając do spacerów nawet wyrywne psy.

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Ekstrakty cz. 48

  

Niespełniony.

W kilku słowach zaledwie zamykam to, co inni ubierają w tyralierę opasłego pięcioksięgu. Względnie milionem słów otulam nicość znaczenia – daremnie, bo prawda wciąż stoi naga, a po udach cieknie jej spazm wstydu. Mogę teraz zostać tyranem, albo ulec słabościom ciała.

 

Rekrutacja.

Okopałaś się tyralierą segregatorów pełnych reguł i wzajemnych zależności. A ja? Pragnąłem tylko się przytulić.

 

Skleroza.

Klęczałem, niecierpliwie czekając aż podejdziesz. Zdradzieckie ostrze parzyło, gdy uległą dłonią dyskretnie pieściłem je, skryte w bieliźnie poniżej nerek. Potrafiłaś prowokować marszem tak namaszczonym, że zanim oparłaś się na moim czole, zapomniałem, po co przyniosłem nóż.

 

Wiano.

Chciałem ofiarować ci mój rodowy krajobraz, wątły widnokrąg mdlejącej przeszłości… Nawet przyszłaś, rozglądając się pośród skromnych ram i niezbyt umiejętnie promowanych zdarzeń. Najpierw wzruszyłaś ramionami, a potem zaklęłaś, gdy robiąc krok zaczepiłaś o płot pełen drzazg.

 

Nemezis.

Otwierałem dłoń, zżymając się na treść linii papilarnych, zwiastujących los nieprzychylny. Ścierałem je na kamieniu, parzyłem o dno patelni, ale przyszłość patrzyła na mnie z kpiącą pogardą. Widziała daremność wysiłków, lecz pozwalała mi się łudzić, by ból prawdy doskwierać miał jeszcze mocniej.

Ekstrakty. cz. 47

 

Drugi plan.

Miałem być tłem zawsze, kiedy podglądał nas świat. Miałem być wszystkim, ledwie tylko zamknął oczy. Miałem, lecz nigdy nie zapytałaś, czego pragnę ja.

 

Skala szyta na miarę.

Beztrosko porzucałaś wszystko, nie zniżając się do odwrócenia głowy. Za tobą konwulsyjnie dogorywał śmietnik; ogryzki nonszalancko niedojedzonych potraw, śmieci zuchwałych przeszłości…

Gdy nosem łaskocze się pięty Boga, trudno poświęcać resztę zmysłów na banalne, przyziemne nieszczęścia.

 

Hazard.

Kiedy nikt nie widział, często grywaliśmy, a gra miała wypromować dawcę uczuć. W trakcie, śmialiśmy się niezbyt szczerze, bo każde z nas chciało wygrać. Wygrałeś nieuczciwie, własnoręcznie kalając orgazmem niewinność nie tylko mojej sukienki.

 

Bez tabu.

Uwodziłaś mnie aromatem dobiegającym ze skwierczącej patelniami kuchni. Oblizywałem wargi, nosem węsząc nienazwane, gdy znienacka rzuciłaś koronkowy drobiazg, pachnący gorączką płci w moją twarz!

- Wypij, do krzyku aż, bo inaczej nie docenisz potrawy.

 

Wróżbitka.

Otworzyłaś moją dłoń i ostrożnie wodziłaś palcami, nie nawykłymi do fizycznego znoju. Oddechem powoli zaczynałaś doganiać Orient Expres, kiedy poczułem, jak zadrżało twoje ciało.

- Nie przyszedłeś po przepowiednię – szepnęłaś mdlejąc – tylko po mnie!

I jeszcze.

 

Wiatr przelicza liście w parku i zagląda wiewiórkom pod ogony. Ulepił nawet bałwana z brązowych, suchych liści topoli, czy lipy. Bałwan gnany wilgotnym oddechem szedł na pijanych nogach w kierunku starszej pary podpierającej się laseczkami, lecz zdechł tuż przed nimi. Z szacunku dla wieku? A może któreś z parki wypuściło z niego powietrze? Niebo spękane jak kwaśne mleko mieni się wszystkim od bieli do czerni poprzez złoto i błękit. Psy, podobne do właścicieli podnoszą łapę i mają w pogardzie cudze sądy. Grunt, to robić swoje. Kiście winogron na ligustrowych żywopłotach kuszą perłowym blaskiem, lecz chętnych nie widać. Nawet równie czarne gawrony wolą dłubać w orzechach – ot, taka włoska papranina.

Ambiwalentnie.

 

Ciepły wiatr nasiąknięty odwilżą i skondensowanym aromatem psich kup gnijących po trawnikach osacza mnie. Zachwyca i zniechęca. Szczyty parkowych drzew okociły się niezliczonymi ptakami. W czarnych tużurkach, mrocznych welonach, nawet w kalesonach ciemniejszych od nocy tłoczyły się, wypełniając poliściową pustkę gałęzi, marudząc zachrypniętym głosem zbiorowego nieszczęścia. Czyżby zleciały się z całego świata na jakąś stypę? Umarł gawroni król, albo królewna okazała się bezpłodną? Rechot sroki sprowadza mnie na ziemię:

- A jeśli było odwrotnie?

Starsza pani, mamrocząc pod nosem, głaszcze krzyż sterczący zuchwale przed bożym przybytkiem jednego z czterech wyznań skazanych na sąsiedztwo jednej, skromnej uliczki, pełnej zakładów pogrzebowych, zakamarków i niespełnionych, nocnych westchnień na kocich łbach gnijących ku uciesze szczurów penetrujących załomy i krawężniki.

Wącham wiatr skołtuniony, podrzucający coraz to nowe skojarzenia, gdy na szachownicy chodnika przestawia suche liście, zużyte bilety, które nie przyniosły szczęścia nikomu, albo toczy puszkę grzechocząc namolnie niczym radziecki budzik. Kosy zmieniły sektor i obsługują sny niedokończone gdzieś dalej, niż zazwyczaj.

Może wstałem zbyt wcześnie? Może niepokój, czy świat wciąż trwa wygnał mnie kwadrans przed teraźniejszością? Rynek niewymieciony z wczorajszej beztroski, choć pierwsze jarmarczne stragany znikają dyskretnie. Gwiazda siedząca na szczycie choinki zetlała pod naporem wiatru i usiłuje przeobrazić się w złotego orła, pełnego toksycznego blasku, aby stłumić apetyt gryfów zastygłych na frontonie kamienicy, rozpychających się pośród dachów neonów rozpalonych ponad skromność nocnej ciszy. Kwiaty wynurzają się z ciemności, stadami pijąc wodę z dzbanów, kielichów i czar, pod nadzorem kwiaciarek rozplotkowanych o sam-nie-wiem-czym.