niedziela, 20 lipca 2025

Spot spoconego potomka potwora.

 

    Dziewczynka w kapelusiku biegła przez plac zabaw, bo gdzieś obok skrzyni z zabawkami leżała na wznak goła lalka. Przykucnęła, najwyraźniej zastanawiając się, czy podjąć się reanimacji, ale zrezygnowała. Widać, lalka umarła z tęsknoty. Dziewczynka pognała, osieracając tę śmierć. W tle pan z wielkim worem śmieci i psem szedł w stronę śmietnika, bo to – wiadomo, najlepsza miejscówka na spacer z psem. I Pani z drugim, jeszcze większym worem, ale bez psa. Ona szła do innego śmietnika, więc żegnali się dobrym słowem idąc ku przeznaczeniu. A potem wracali czekając na siebie nawzajem, żeby już razem wrócić w domowe pielesze. Placem zabaw zawładnął skwar. Duchota położyła się martwym bykiem na wszystkim, co sięgałem wzrokiem. Ciekawe, jak się ma powtórnie kwitnąca magnolia, ale nie wyjdę na żer upału, bo jeszcze i mnie pożre.

piątek, 18 lipca 2025

Marionetka.

 

    Wielki twórca, który mnie stworzył, stanowczo wpina mnie w swój układ współrzędnych. Najpierw zaczepił czas, trzymający się tyłu głowy. Czas jest dziwny, niezdecydowany. Chwilami ciągnie mocno za włosy, innym razem raptownie pcha naprzód. Kiedy dostrzegam reguły, zaczynam się bać. Chwile szczęścia trwają ledwie okamgnienie, a dramaty ciągną się wiekami.


    Wielki sprawnie przypina mnie do wysokości, szerokości i głębokości, na pograniczu wytrzymałości. Czuję się rozciągnięty w każdym możliwym kierunku. Wektory strun składają się, zmieniają w składowe skośne, drżące, płynne niczym los. Boli. A wtedy czas trzyma mocniej, żebym nie zwiał.


    Wielki stanął z boku i rechoce. Wiję się w pajęczej sieci.

Wagina się wygina.

 

    Wrony przepychają się walcząc o miejsce na czubku drzewa, na gałązce tak wiotkiej, że gnie się w pół pod masą ptaszyska. Poranek daleki od optymizmu rozjaśniają włosy Rudzielca, samą obecnością sugerującą, że będzie lepiej. Fioletowo-czarna dziewczyna, jak jędrny bakłażan przemieszcza się na rowerze w tempie autobusu, który doganiać ją musi po każdym postoju na przystanku.


    Żeby Kopernik mógł podziwiać odrestaurowany pierwszoetapowo bastion sakwowy, trzeba było wystrzyc wierzbie sukieneczkę. W miniówie nie tylko jej ładnie, ale i zerknąć można na klomby pełne róż. Obfita dama, strojna w letnią kieckę dyryguje papieroskiem tłumacząc drugiej w stroju i urodzie zwierciadlanej, zawiłości polskiego futbolu. Gestykulacją spłoszyła nawet wrony nawykłe do ekspresji ludzkich aktywności.


    Gęsto posadzone dwa lata temu miłorzęby schną jeden po drugim. Widać lokalizacja między kierunkami ruchu nie służy drzewom. Podsiada mnie pani w fioletach okrąglutka jak jagódka. I tylko szpon ma tak zielony, że niemal żółty. Zerkam ja i ślicznotka w zielonej koszuli. Pani ćwiczy żuchwę na gumie arabskiej, a wygląda jak nieco odkarmiona doktor Bones z serialu Kości. Jej mama, też w zieleniach i też pracowicie ruszająca brodą nie przypomina pani doktor absolutnie.

Spawacz spawa, lutnik lutuje.

 

    Deszcz spłoszył ciszę. Wygnał ją spod ławek i z gęstwin żywopłotów. Rozplumkał chodniki, parapety i drzewa. Nawet latarnie, które dzielnie udają, ze wcale nie zmarzły. W piaskownicy piasek pije wodę, jakby nigdy w życiu nie pił, więc rozpusta. I tylko kosy pochowały się gdzieś i zamiast śpiewać szepcą sobie nadzieje na powrót ciszy, która pozwoli im rozśpiewać poranek.

czwartek, 17 lipca 2025

Wieszcz wieści opowieści o powieści.

 

    Pani, która z premedytacją wybrała barwę włosa w kolorze miedzi zamiast srebra wysiadła w połowie relacji, po czym wsiadła innymi drzwiami i dokończyła podróż, jadąc aż do końca. Czemu wysiadła? Strach zgadywać. Duża pani głaszcze dużego psa i przemawia do niego, gdy ten, niewychowaniec rozgląda się po obcych. Nieco później mały pies zastanawia się jak obsikać wielką ścianę, lecz ostatecznie poprzestaje na małym i koncentruje się na fragmencie podmurówki.


    Zrudziała kobieta w czerni była tak szczupła, że ekspozycja wzgórka łonowego stanowiła znaczącą wypukłość. Elegancka kobieta wystrzyżona na krótko i z krótkimi, pomarańczowymi pazurkami prowadziła do autobusu białego bałwanka, wyglądającego na opancerzonego od stóp po głowę, który okazał się futerałem na wiolonczelę, co tłumaczy ikoniczny urok towarzyszącej mu partnerki. Deszcz sprawia, że każdy chodnik staje się za wąski, a starsze panie, nie potrafiące przerwać dialogu w marszu tarasują przejścia całkowicie, zmuszając co niecierpliwszych by wędrowali jezdnią, na której samochody wyduszają bąble z kałuż.

środa, 16 lipca 2025

Bąk błąka się po łąkach.

 

    Kobiecie pod sukienką mieści się więcej wiatru, jak brzuszka, ale to chwilowo. Na placu zabaw mama zerka na warczące niebo, czy jaki samolot nie spada (spadolot?). Nisko france dziś latają. Jak poranne jerzyki polujące stadem na ławicę detalu bezkostnego. Drużyna cmentarnych dam pod dowództwem kaprala o kulach wdarła się do autobusu mieszcząc swój nieco przaśny humor.


    Starsza babeczka przedarła się żywcem przez niemal dwumetrowy żywopłot, by zadrzeć kieckę i kucnąć, ale gdzie tam. Wiadomo – musiał nadjechać autobus a w tę wąską uliczkę obok żywopłotu właśnie wchodził gość w białej koszuli i święty spokój trafił szlag. Blade nogi drałują na dworzec, a z niego wysypują się pięknie opalone. Normalnie maszyna do opalenizny. Ale sugeruje, że Miasto nie jest kurortem. Kobieta udająca staruszkę (popielate włosy) założyła na się kombinezon tak zmyślnie powycinany, że powstała trudna do powstrzymania hipoteza, iż figi pod spód nie miały gdzie wejść. Za to stanik – obowiązkowo. Inaczej piersi wylałyby się podpachowymi dekoltami kończącymi się poniżej bioder, jak nic.


    SPOKO ZIOMUŚ poczuł wenę twórczą i chciał się podzielić ze światem swoimi przemyśleniami, więc szrajbnął na dziewiętnastowiecznej elewacji spostrzeżenie z głębin własnego życiorysu: CIPKI SOM FAJNE. Kiedy więc okamgnienie dalej dostrzegam żarliwe wyznanie KOCHAM ANETĘ W, zaczynam knuć brakujące uzupełnienie zdania. W bramie? Wszędzie? W środy? W każdym razie oczekiwałem czegoś natchnionego, lecz chyba pisak się wypisał, albo miejsca na tablicy zabrakło. Może malarz zużył wszystkie litery?


    Rynek, co wie każdy, kto choć raz był (najlepiej na trzeźwo), jest źródłem wszelkich inspiracji, a ja powtarzam, że gdybym tak usiadł jak zzieleniały ze złości Fredro, że go obsrywają nie tylko w szkołach, ale i na cokole, gdzie demonstruje pomnikową zadumę, no więc, gdybym tak usiadł na miesiąc, to nazbierałbym życiorysów wymyślonych i postaci ekscentrycznych nie na jedną książkę, ale na przyzwoity księgozbiór. Tym razem trafiła się panna opalona, wystrojona w jednoczęściowy (oczywiście czarny) strój kąpielowy, podkolanówki wełniane (wiadomo – lipiec doskwiera) i kozaki. Strój wręcz idealny. Do opery, albo na promenadę rynkiem. A tam czarni, żółci i beżowi przedzierają się przez kozacze stada. Nie są turystami, bo nie interesuje ich architektura, atrakcje turystyczne, smakołyki lokalnej kuchni, czy choćby krasnale. Jeśli prawdą jest, że Niemce przepchnęli ku nam zaledwie tysiąc nielegalnych, to chyba wszyscy wybrali to Miasto, jako miejsce do życia.


    Pocieszam się, że dzisiaj widziałem więcej ciężarnych, niż odkrytych pępków mimo skwaru i duchoty. Szkoda jedynie, że maleństwa na ogół będą gaworzyć cyrylicą. Tramwaje jeżdżą jak pijane, a na monitorach wewnątrz, zamiast bieżącej trasy wyświetlają się peany rodem z darmowej gazetki, że gdzieś jest lepiej, a gdzie indziej dopiero będzie. Autobusem z przodu n atył dworca dojechać można, lecz zabranie w podróż kanapki nie będzie dużą ekstrawagancją.


    Pan wsparty na balkoniku podziwia piersi wielkości poziomek dziewczęcia usiłującego jakoś grzecznie zniechęcić go do dialogu, szczęściem autobus otworzył podwoje i pan wtarabanił się z całym nabojem, a dziewczątko odetchnęło niezbyt pełną piersią. Jadę. Chudzielce biegają wzdłuż ulic, albo jeżdżą rowerami. Okrąglutcy jeżdżą samochodami, względnie komunikacją miejską, jak im odwagi starczy i obżerają się czekoladowymi batonami szeleszcząc nieprzyjemnie – rozumiem, z przodu na tył dworca, to niemal odyseja, ale po co szeleścić. Nie dałoby się tych opakowań zrobić mniej rozpasanych akustycznie?

Epizod medyczno-erotyczno-mistyczny (E-mem).

 

Na odcinku podwójnego drabbla, czyli 200 słów, jak obszył.


    Na korytarzu tłum pacjentów oczekuje przyjęcia do jednego z rozlicznych gabinetów, czy laboratoriów, jednak najczęściej uchylają się drzwi pomieszczenia gospodarczego, skąd co rusz wchodzi i wychodzi przedstawiciel personelu. Choćby teraz! Weszła starsza laborantka tuż przed emeryturą, a po niej siwiuteńki salowy. Chwila ledwie minęła, kiedy na korytarzu poniosła się pieśń bezwstydnie szczytującej kobiety i ryk bawołu spełnionego w rui.


    Ludzie uśmiechali się półgębkiem i pozwalali sobie na wulgarne komentarze, kiedy drzwi pomieszczenia otworzyły się i wyszła zza nich piękna, zarumieniona z emocji lekarka i świeżutko spocony ratownik medyczny, cudny jak z amerykańskiego serialu. Korytarz zamilkł zachwycony i zszokowany. Starszy pan, nie w ciemię bity puścił oczko do szybciej od innych myślącej staruszki, a ta poderwała się z krzesełka i już idąc uniosła rąbek sukienki, aby zrobić wrażenie przed wejściem. Pan szarmancko przepuścił ją w drzwiach drżącą ręką rozpinając górny guzik w koszuli.


    Na korytarzu zaczynało rozkwitać zrozumienie, kolejki coraz szybciej przemieszczały się, by ustawić się w parach przed wejściem do pomieszczenia gospodarczego, po drodze pertraktując dobór naturalny, bo nie wiadomo, jak często trzeba będzie powielać „zabieg”, żeby uzyskać trwały efekt. Warto zaryzykować utratę kolejki, by pobrać leki na starość, kiedy można sięgnąć po młodość. I to po niezwykle wyrafinowanej kuracji.

Ostrożnie z ostem, ostróżką i ostrogą Strogonowa.

 

    Kobieta z naręczem tataraku schylając się sprawdzała, czy bardzo umoczyła buty rwąc wonne liście. Piękna pani o zmysłach zajętych wirtualiami pachniała melisą, co rozpoznałem, bo rankiem ładowałem susz do słoja. A pani miała mniej szczęścia i obserwowała niechlujnych mężczyzn, nieogolonych, porysowanych beznadziejnie i byle jakich. Nie to, co chłop rozbudowany tak, że rola w filmach akcji należałaby mu się li tylko za rozbudowaną fizyczność, ale i twarz miał niepokancerowaną i fryzurę męską. Samiec Alfa, o rękach kowala. A przecież panel dotykowy obsługiwał lekko i bezbłędnie.


    Chudziutka mamusia usadziła dziecię, a sama poszła skasować bilet. Musiała przy tym rozstawić szeroko nogi, przykucnąć i wypchnąć biodra do przodu, co wyglądało niemal groteskowo, ale była naprawdę wysoka, a kierowca nie pobłażał pasażerom. Nawet tej dziewczynie w kolorze wiśni od stóp po głowę i kształcie, którego wisienka nie powstydziłaby się nawet przez chwilę. I to wcale nie dlatego, że „zapomniała” biustonosza i pestki napierały na skórkę/materiał.


    Już trzy domy kołyszą się na Rzece, a wciąż zostało miejsce na następny meldunek. Kotwicowisko posiada nawet własny las posadzony na pokładach. Opustoszały kampus politechniki zaraził pustką okoliczne kafejki. Tknięty zauważeniem, że kobiety coraz chętniej wybierają połączenie bieli z błękitem wyłuskuję je wzrokiem spośród innych. Pewnie sobie wmówiłem, ale wyglądają jakoś szlachetniej, może nawet młodziej dzięki wyborom. Kiedy jednak znika sklep zasiedziały od zawsze i mający piękną nazwę Piwoszek, to znak, że czasy się zmieniają. Ludzie przestali raczyć się browarkiem, czy biznes padł, jak pada wszystko, czego tkną unijne wytyczne?


    Pani o łydkach mocno atakowanych przez żylaki na czerwonym świetle przebiega przed autobusem. Zachwycająca wiara w potęgę własnych możliwości. Czapla lecąca nad dworcem chyba tylko sprawdzała rozkład jazdy, bo nie zatrzymała się na żadnym z peronów. Jarzębiny się rumienią owocem, trawniki otulone krawężnikami chcącymi utrzymać ją w ryzach naruszają dozwolone, jak dzieci, nieustannie sprawdzając granice i bezwzględność zakazu. W ogródkach działkowych dojrzewają papierówki i płowieją narodowe flagi. Kobieta w czerwonych trampkach i mnóstwie różowego tiulu walczy z labradorem, owinięta smyczą dookólnie.

Łażę na plażę z kolarzem.

 

    Prawym pośladkiem ujarzmiała i kolonizowała siedzisko, lewy – polował, niczym świeża mucha rzucona w bystrze wartkiego nurtu. On tak otwarcie nie zauważał, że gdyby był kobietą, przysiągłbym, że z zawiści. Jako facet najwyraźniej był onieśmielony potęgą jej urody. Deszcz dobierał się paniom do bluzek i sukienek, męskie spodnie ignorując, jako gruboskórne. Łatwiej wylizać odkryte pępki niż porosłe mchem torsy. Pani oddalona od nagości tekstylnym filigranem zewnętrznie była marmurowo zimną i tylko w chwili roztargnienia pod wpływem elektronicznej czytanki uśmiechnęła się niczym mangusta na widok jadowitego węża.


    Górą przechodziły fronty nieprzychylne, dołem nieprzystępne kobiety, albo chłopcy zakonserwowani używkami. Żurawie skromnie trzymały się budów, a ilość letnich remontów osiągnęła stan, w którym wsiada się do pojazdów MPK z ciekawości, dokąd dziś pojadą. Niedojrzałe piersiątka mają fatalny wpływ na mój brak charakteru – tak w piśmie, jak w uczynkach. Alternatywnie urocze nastolatki chłoną wodę jak fosa, prezentując przy tym większą radość i żywiołowość. Na balkonie gość w giebeesach (GBS – gacie bojowo sportowe zwane też „granatami”) odkłada kule (cud?) i przymierza się do morderczej serii pompek. Ja wspinam się wzrokiem po nieopalonej nodze, aż sięgam niewidzenia w podcieniach obisłej sukienki. Nosicielka ma na twarzy grymas, od którego szarzeje całe zewnętrze.


    Staję na przystanku tak rozjeżdżonym, ze woda nie wi, którą dziurę najpierw załatać. Bordowo-dżinsowe sutki chudej pani zerkają w chmury, gołębie ćwiczą w parach loty synchroniczne, dziewczyna ściśnięta suknia khaki usiłuje w jej wnętrzu rozwijać się, a walka jej mięśni o przestrzeń życiową mogłaby być fabułą filmu niekoniecznie z serii X. Jakaś pani tańczy na jednej nodze, drugą wyczyniając zawiłości nieznanej mi szkoły walki, szkoła o elewacji wyszczerbionej wojną, o jakiej Niemcy chcą zapomnieć, albo zniekształcić europejską pamięć trwa okolona dużo młodszymi drzewami, Aquapark zdaje się przelewać na ulice, jakby chciał zmienić skalę z architektonicznej na topograficzną.


    Pulchna pani profiluje loda (bodajże truskawkowego), modelując go ustami w intymność jej przynależną. Dziko rosnący chrzan ozdobiony bkwiatami krwawnika udaje całkiem udany bukiet. Trzy gracje o urodzie z kategorii „open” żegnają się czule przed dekompletacją triumwiratu. Piękna pozwalała się wieźć pięknej, a ich piękno interferowało, rozlewało się i roztaczało uroki, które rozgonić mogła tylko bezduszna wycieraczka. Barbapapa w crocsach niósł trzy stulitrowe wory śmieci, więc albo ma dużą (ilościowo i jakościowo) rodzinę, albo bardzo rzadko wychodzi z domu.

wtorek, 15 lipca 2025

Graf grafoman grafitem grafiki graweruje.

 

    „Za komuny” nie mieliśmy takiego wysypu talentów z zakresu kaligrafii i grafiki. Teraz, kiedy amerykańskość wycieka nam uszami, a może i innymi otworami, trudno znaleźć ścianę nie skażoną twórczością. Nastolatka, wyglądająca na nieprzytomną ciągnie wielki worek śmieci po ziemi. Musi być wiele cięższy od smartfona, który utrzymuje lewą, więc chyba słabszą ręką wysoko nad chodnikiem. Piękna „ciężarówka” (dla mnie każda ciężarna wygląda uroczo) walczy z upałem i duchotą, a brzuszek nie mieścił się pod bluzką. A może mieścił się, tylko miał kaprys zerknąć na świat bez pośrednictwa tkaniny? O zgodę raczej nie pytał. Za to pani podróżująca z psem i zdobnym w tatuaże mężczyzną absolutnie nie dysponowała zapleczem, choć starała się owe braki nadrobić tekstylnie specjalną odzieżą w kolorze rozmleczonych borówek. Strój dysponował technologią, umiejętnościami i ochotą. Prężył się i usiłował, jednak z niczego tyłka zbudować nie umiał. Cóż – ściąganie pustki trudno podejrzewać o wypukły efekt, a ten niewątpliwie nie był takim, o jakim tygrysy (tygrysice) marzą najbardziej. Na skwerku między ławeczkami trafiam na lokalne centrum pielęgnacji psów. Trawy kryją pokłady wyczesanej sierści we wszystkich maściach. Mirabelki powoli opuszczają stanowiska na gałęziach, a węgierki dopiero zastanawiają się, czy w seledynie, czy w fiolecie będzie im bardziej do twarzy.