Kobiecie
pod sukienką mieści się więcej wiatru, jak brzuszka, ale to
chwilowo. Na placu zabaw mama zerka na warczące niebo, czy jaki
samolot nie spada (spadolot?). Nisko france dziś latają. Jak
poranne jerzyki polujące stadem na ławicę detalu bezkostnego.
Drużyna cmentarnych dam pod dowództwem kaprala o kulach wdarła się
do autobusu mieszcząc swój nieco przaśny humor.
Starsza
babeczka przedarła się żywcem przez niemal dwumetrowy żywopłot,
by zadrzeć kieckę i kucnąć, ale gdzie tam. Wiadomo – musiał
nadjechać autobus a w tę wąską uliczkę obok żywopłotu właśnie
wchodził gość w białej koszuli i święty spokój trafił szlag.
Blade nogi drałują na dworzec, a z niego wysypują się pięknie
opalone. Normalnie maszyna do opalenizny. Ale sugeruje, że Miasto
nie jest kurortem. Kobieta udająca staruszkę (popielate włosy)
założyła na się kombinezon tak zmyślnie powycinany, że powstała
trudna do powstrzymania hipoteza, iż figi pod spód nie miały gdzie
wejść. Za to stanik – obowiązkowo. Inaczej piersi wylałyby się
podpachowymi dekoltami kończącymi się poniżej bioder, jak nic.
SPOKO
ZIOMUŚ poczuł wenę twórczą i chciał się podzielić ze światem
swoimi przemyśleniami, więc szrajbnął na dziewiętnastowiecznej
elewacji spostrzeżenie z głębin własnego życiorysu: CIPKI SOM
FAJNE. Kiedy więc okamgnienie dalej dostrzegam żarliwe wyznanie
KOCHAM ANETĘ W, zaczynam knuć brakujące uzupełnienie zdania. W
bramie? Wszędzie? W środy? W każdym razie oczekiwałem czegoś
natchnionego, lecz chyba pisak się wypisał, albo miejsca na tablicy
zabrakło. Może malarz zużył wszystkie litery?
Rynek,
co wie każdy, kto choć raz był (najlepiej na trzeźwo), jest
źródłem wszelkich inspiracji, a ja powtarzam, że gdybym tak
usiadł jak zzieleniały ze złości Fredro, że go obsrywają nie
tylko w szkołach, ale i na cokole, gdzie demonstruje pomnikową
zadumę, no więc, gdybym tak usiadł na miesiąc, to nazbierałbym
życiorysów wymyślonych i postaci ekscentrycznych nie na jedną
książkę, ale na przyzwoity księgozbiór. Tym razem trafiła się
panna opalona, wystrojona w jednoczęściowy (oczywiście czarny)
strój kąpielowy, podkolanówki wełniane (wiadomo – lipiec
doskwiera) i kozaki. Strój wręcz idealny. Do opery, albo na
promenadę rynkiem. A tam czarni, żółci i beżowi przedzierają
się przez kozacze stada. Nie są turystami, bo nie interesuje ich
architektura, atrakcje turystyczne, smakołyki lokalnej kuchni, czy
choćby krasnale. Jeśli prawdą jest, że Niemce przepchnęli ku nam
zaledwie tysiąc nielegalnych, to chyba wszyscy wybrali to Miasto,
jako miejsce do życia.
Pocieszam
się, że dzisiaj widziałem więcej ciężarnych, niż odkrytych
pępków mimo skwaru i duchoty. Szkoda jedynie, że maleństwa na
ogół będą gaworzyć cyrylicą. Tramwaje jeżdżą jak pijane, a
na monitorach wewnątrz, zamiast bieżącej trasy wyświetlają się
peany rodem z darmowej gazetki, że gdzieś jest lepiej, a gdzie
indziej dopiero będzie. Autobusem z przodu n atył dworca dojechać
można, lecz zabranie w podróż kanapki nie będzie dużą
ekstrawagancją.
Pan
wsparty na balkoniku podziwia piersi wielkości poziomek dziewczęcia
usiłującego jakoś grzecznie zniechęcić go do dialogu, szczęściem
autobus otworzył podwoje i pan wtarabanił się z całym nabojem, a
dziewczątko odetchnęło niezbyt pełną piersią. Jadę. Chudzielce
biegają wzdłuż ulic, albo jeżdżą rowerami. Okrąglutcy jeżdżą
samochodami, względnie komunikacją miejską, jak im odwagi starczy
i obżerają się czekoladowymi batonami szeleszcząc nieprzyjemnie –
rozumiem, z przodu na tył dworca, to niemal odyseja, ale po co
szeleścić. Nie dałoby się tych opakowań zrobić mniej
rozpasanych akustycznie?