Kierowca powoził tak, jakby zamierzał wytrząsnąć mi spomiędzy uszu zapodziane tam sny niedośnione. Skąd miał wiedzieć, że nie pamiętam ich regularnie?
Nawiedzona sprzątaczka zdmuchuje maszynowo opadłe kwiaty lipowe ze żwirowego chodnika cały ten pył strącając do Rzeki. Gdzie w tym logika tego nie wiem. Grunt że chodniczek wysprzątany pięknie być może na przyjazd „specjalnych gości” , którym lipowy susz szkodzi na buty. Wiatr zaciekle usiłuje powstrzymać Rzekę przed wypłynięciem z Miasta. Wieje pod prąd i unosi poruszone przez sprzątaczkę drobiny. Kurzawa jak podczas piaskowej burzy. Na moście mija mnie kolarz-wędkarz o wzroku doskonale martwym. „Hybrydowe” podejrzenia rodzą się we mnie – albo się naćpał albo zamarzł na brzegu. Może jedno i drugie? Zombie pedałuje niemrawo a ja na wszelki wypadek trzymam się z daleka. Z gęstej korony wiązu śmieje się ze mnie dzięcioł zielony – nie sposób dojrzeć szydercy, ale ja już rozpoznaję śmiech sprawcy. I wiem, że mieszka na wyspach, całkiem niedaleko stąd. Tam, skąd wyjechał dostawczak z rejestracją D0 MASS. Młody brodacz w letnim stroju marznie usiłując w kieszeniach szortów schować ręce aż po pachy – bezskutecznie. Szczur ostrożnie pobiegł do śmietnika na drugie śniadanie, a kopciuszek zamerdał do mnie ogonkiem, ale to nic nie znaczy, bo kopciuszki merdanie mają w genach. Coś jak oblizywanie się podczas jedzenia pączka – niby się da, ale komu się udało, ten bezpowrotnie utracił przyjemność jego zjedzenia.
PS. Christopher Paolini, Dziedzictwo: Wolałbym żyć w czasach pozbawionych historycznych wydarzeń – ja też…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz