czwartek, 10 września 2026

Kameralny wieczór literacki (nic nie mający wspólnego z rozpasaniem pół-literackim).

 

Polka, uporczywie zasiedlająca Irlandię, w Księgarni Hiszpańskiej zaproponowała spotkanie. Aż żal, że nie w Danii, czy Czechach, by geograficzny galimatias podnieść do granic możliwości. Ja też mógłbym mieć patagońskie korzenie, ale nie miałem. Za to blisko było i mogłem skorzystać, choć najpierw musiałem skorzystać z usług parasolowatych, gdyż niebo rozpłakało się, kiedy zszedłem z utartych ścieżek (czyli z fotela). Na Wielkie Okazje i Wydarzenia nie wypada przychodzić z plecakiem, żeby nie być podejrzanym o pazerność (kto wie, ile kanapek, czy innych, darmowych delikatesów zaoferuje organizator w ramach poczęstunku – a w trzydziestolitrowej sakwie zmieści się wszystko). Więc wyszedłem BEZ, pierwszy raz od – pamięć jakoś nie rejestruje daty uprzedniego negliżu; nawet jeszcze dostrzegalna, bałtycka opalenizna nosi ślad plecakowego kieratu. Potem już było miło, choć miało się okazać, się, że z plecaka zrezygnowałem niesłusznie i zostanę skarcony za pochopność. Na zapleczu studenckiego baru, zaraz za toaletą, mieściła się kameralna księgarnia(?), czy może raczej biblioteka(?). Mieściła się bezproblemowo, choć pomieszczenie wielkim nie było, ale i księgozbiór nie był szczególnie imponujący ilością woluminów. Kameralny wieczór potrzebuje kameralnych warunków, a w wielkim pomieszczeniu poezja gotowa się rozcieńczyć, nim trafi w uszy słuchaczy.


Grunt, że Autorka dopisała, a konkretniej, to dopisała kolejny, SIÓDMY tomik poezji i była uprzejma podzielić się wierszami czytanymi odautorsko w wersji LIVE, jak najbardziej żywo i bez wsparcia Playbacku, czy Sztucznej Inteligencji – posiłkując się wyłącznie własną, jak najbardziej organiczną – DAŁA RADĘ! Było trochę jak w światach Borgessa, może Cortazara. Słowa miękko wsiąkały w regały, osiedlały się pośród innych słów dawno już wygrzanych okładkami, zbyt rzadko najwyraźniej otwieranymi. Siedziałem w cieple i słuchałem, jak słowa formują się w strofy, a te w chmary płynące sobie znanym nurtem. Autorka powinna być nieco przestraszona, co sugerował lekko drżący głos. Kto na szkolnych akademiach nie czytał na głos, ten nie wie, jak trudna to sztuka. Tym razem jednak trafiło na zawodowca, a jak kto woli zawodowczynię. Drżenie głosu mógł spowodować wyłącznie byczy łeb. Serio! I dosłownie! Zerkał ponuro, brutalnie przyszpilony grawitacją do podłogi i nie powiem gdzie zaglądał Autorce, ale Ona niewątpliwie wyczuła gorąc na kręgosłupie. Wrażliwe Jednostki tak mają. Analizując rozpiętość rogów, swobodnie zmieściłem na nich pierwszą miłość trzymającą się za ręce i beztrosko machającą nogami, chyba, że łeb ożyłby – w-on-czas o beztrosce mowy nie byłoby absolutnie.


W ramach słuchania nie umiałem powstrzymać wzroku przed działalnością, choćby nieświadomą. Wysoko na regale, między trumnami głośników, oczy odkryły małe, okrągłe lusterko. A w nim byłem tłem dla blond czoła siedzącej przede mną młodej pani z aspiracjami na wieszcza (wieszczówkę? Bo przecież nie wieszaczkę). Beżowa marynarka pasowała do blond włosów i naturalnej dla tej szerokości geograficznej karnacji skóry, nie wnosząc dysonansu w zaimprowizowaną spontanicznie kameę – nietrwałą, jak wszystkie ludzkie dzieła.


- Napiszesz o tym? – spytała Autorka, gdy goście odstąpili i podejmowali strategiczne decyzje (łazienka, piwko przy kontuarze, względnie niezwłoczny spacer w mroczny deszcz).


- Oczywiście, jeśli tylko pamięć nie zastrajkuje.


- Trzeba było robić notatki – jak złe licho wrócił echem Odautorskim temat niecnie porzuconego plecaka 30L.


Wszystkich wierszy przeczytać się nie udało. Przezornie nim zabrzmiały słowa, zaopatrzyłem się w tomik na prywatne potrzeby. Autorka jak się okazało, potrafi pisać nie tylko cyfrowo, ale również analogowo i opatrzyła mój tomik pisemną odręcznością, nadając okładkom certyfikowaną wartość. A zawartość będzie dopiero smakowana kwantowo – rarytasów się nie pożera, tylko delektuje nimi rozkładając na raty przyjemność, by nie uronić. Skojarzenie ze stosunkiem przerywanym, to nadużycie, którego jednak zabronić nie sposób. Tylko głupiec ogłasza prawa, których nie jest w stanie wyegzekwować. Przykład? Zjeść pączka i się nie oblizać. Cała przyjemność tkwi w kolaboracji języka z wargami – odbierz ją, a pączek straci swoją wartość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz