- Antresola!
Smart-dziewczyna, by sięgnąć półtora metra wspinała się na paluszki, a worek kartofli zdolna była przeważyć wyłącznie wówczas, gdyby ktoś poważnie naruszył jego zawartość. Krótkie włosy, paznokcie, palce, nawet spódniczka – wszystko było mini! Wszystko? Może przesadziła z rozpędu. Marzyła, a to już nie jest mała sprawa. Wymyśliła sobie, że ciułając etatowe grosiki dorobi się w końcu mikroapartamentu, brutto szesnaście metrów, ale własne. Norka, w której skryje się przed wielkim światem i… Przy swoim wzroście poważnie myślała o antresoli, bo przecież dwa pięćdziesiąt, to niemal kres atmosfery i gwiazdy na wyciągnięcie ręki. Rozmarzyła się, ale sprowadził ją na ziemię jej malutki, ale dotkliwy pragmatyzm. Bo, choć nigdy-nikomu się nie przyznała, nie tylko marzyła, ale i pragnęła. Pragnęła malutkiego człowieczka w sobie i miała już przemyślane wszystko – wszak samotne noce są tak upiornie długie, więc myśl o dziecku i wszystkim, czym gotowa była je obdarować bardziej przypominała długofalową strategię z opracowanymi opcjami na każdy wypadek, gdyby mimo-wszystko-coś-poszło-nie-tak.
Antresola… Właśnie! Odbiegła marzeniami od faktów. Antresola w mikroapartamencie DLA NIEJ nie była kłopotem, bo przecież wiadomo, sufitu sięgnąć nie zdoła, nawet ćwicząc skoczność, czy podstawiając taboret. Ale ON? On, czyli ojciec wymarzonego dziecka. Przecież jest roztropna i zdaje sobie sprawę, że bez dawcy dziecko potrafią wykuglować jedynie szarlatani. A ona nie chce dawcy, lecz ojca. Cokolwiek nie powiedzą jej wyzwolone koleżanki, stare panny i rozwódki dyszące nienawiścią do facetów przy piątkowym kieliszku prosecco, ona miała swoje, malutkie, zaściankowe przekonanie, że ojciec potrzebny jest dziecku. I choćby słuchała co dnia tych złośliwych „no wiesz, weź przestań proszę”, ona właśnie wiedziała i nie zamierzała przestawać.
Antresola! Znów ją zwiodły te pozornie atrakcyjne, tępe biurwy, z jakimi przyszło jej spędzać całe osiem godzin dziennie, a czasami, gdy już nie udało się wymigać, to jeszcze popołudniowe nasiadówki na plotki, oczywiście o NICH, łachudrach bez czci i sumienia… Antresola nadal była pomysłem, który z mikroapartamentu czynił całkiem przyzwoitą przestrzeń życiową. Jej wzrost nie stanowił przeszkody, ale czy ON? A gdyby tak ON był równie kompaktowy? Drobny, ledwie zauważalny, majtający w powietrzu nogami na standardowym krześle? Sama w MPK siadała na brzeżku, żeby choć czubkami butów dotykać podłogi. Gdyby Ojciec-Dziecka, był równie skromnie uposażony w gabaryt…
- A może ON też składa na mikroapartament i mogliby RAZEM zmienić perspektywę i dwa mikro zamienić na rozpustę dla dwojga z realną nadzieją na rozmnożenie? - Jakoś nigdy w sennych majakach nie wzięła pod uwagę, że Ojciec… Właśnie! Czemu nie mąż? Nie ON - Facet dla niej i ona tylko dla niego? NAJWAŻNIEJSZY NA ŚWIECIE WSPÓLNIK DO ŻYCIA? Zawahała się. Może nie była aż tak dobrym człowiekiem, jak o sobie mniemała?
- Mała wredna egoistka – sumienie, gdy wreszcie doszło do głosu nie krępowało się w szczerości, aż jej się oczy zaszkliły – Naprawdę wierzysz, że wartościowy facet chciałby zostać meblem w twoim mikroapartamencie, przez twoje podłe sny sprowadzony do roli dawcy nasienia? A co ty łaskawie zaoferujesz ze swojej strony?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz