wtorek, 29 grudnia 2020

Zmierzch nadziei.

 

Spotkałem ją na ulicy. Wyciągała rękę po drobne chyba od niedawna, bo jeszcze wstydziła się prosić. Spuszczała oczy, a na policzkach kwitły rumieńce. Nim podeszła dało się dostrzec niepewność przed pierwszym krokiem naprzeciw obcym spieszącym miejskim deptakiem ku znacznie bogatszej przyszłości. Ubrana skromnie, lecz wciąż czysto. Grube rajtuzy i bezkształtna spódnica, kurtka niedopasowana, za duża, ale ciepła – to chyba decydowało, że miała ją na sobie, nawet, gdy słońce roztapiało skrzep niewielkich kałuż osiadłych w dziurach brukowych chodników. Twarz bez cienia makijażu, dłonie szorstkie. Twarde i tak odległe od przypisywanej kobietom delikatności, jakby to były dłonie kamieniarza zbliżającego się do emerytury.

 

Byłem świnią. Stanąłem, gdy zaczęła dukać formułkę, że prosi, że głodna, że drobne… Czekałem, aż skończy. Aż wyczerpie repertuar gotowych recept żebraczych i wyciągnie rękę, być może chwytając mnie za ramię, czy połę płaszcza. Aż podniesie wzrok. Podniosła, gdy skończyły się jej słowa, a ja stałem w zawziętym milczeniu. Nie odtrąciłem jej, nie poszedłem obojętnie. Gorzej. Stałem, jak ofiara bazyliszka - wrośnięty w trotuar, niemy i zimniejszy od granitowych pomników w środku styczniowej nocy.

 

Wargi miała spierzchnięte. Klimat nie sprzyja tym, którzy nie mają dokąd pójść, by się ogrzać i zjeść coś ciepłego. Zaraziła mnie najwyraźniej, bo oblizując wargi miałem wrażenie, jakbym lizał papier ścierny. Nerwy? Nie podejrzewałem siebie, o emocjonalną reakcję, jednak kontakt niósł w sobie jakąś fascynację i uzależnienie. Oszałamiał. Nie była piękna, bieda odziera z urody i trudno w niej wyszukać zalety. Patrzyłem w wyblakłe, poszarzałe oczy, na skórę twarzy przebitą bez litości kośćmi policzkowymi.

 

Widywałem ją już wcześniej, może gdzieś tu miała gawrę, niezamkniętą komórkę piwniczną, czy śmietnikową budkę stanowiącą schronienie, gdy z nieba ciekło, a wiatr zawodził bez rubaszności i wykradał resztki ciepła z zabiedzonego ciała.

 

Teraz stała przede mną odarta z godności i chyba uświadamiała to sobie patrząc na moją niewzruszoność. Rumieńce nabrały głębi, a w oczach zaszklił się wstyd większy od tego, jaki pokonała podchodząc. A przecież nie uciekła! Stała przede mną z wyciągniętą ręką i mokrymi oczami, z wargami popękanymi i głosem, który uwiązł gdzieś w krtani i nie mógł się wydostać.

 

Była moja! Paskudna konstatacja dogoniła świadomość. Przekroczyła granicę i nie zawróciła. Mogłem pozwolić sobie na niegodziwości, a ostatnie iskry buntu zdławić chwytając ją za rękę. Nie znajdzie siły, by się uwolnić, żeby odepchnąć i uciec. Już nie!

 

Jeśli można kogoś upokorzyć tak, żeby został pomimo każdej obelgi – zrobiłem to i kontynuowałem spektakl podłości. Rozpiąłem guzik kaszmirowego płaszcza i wyjąłem portfel. Grzebałem pośród plastiku kart kredytowych, wyciągając w końcu żółto-różowy banknot o nominale dwustu euro. Wstrzymała oddech. Nie wiem, czy znała moc europejskiej waluty, ale pewnie tak, skoro żebrała w centrum miasta, na starówce, którą odwiedzało kilka milionów turystów rok do roku. Patrzyła na banknot jak zahipnotyzowana, głodem hiena.

 

- Będziesz moja! – wydusiłem wreszcie. Nie umiałem dotąd wygłaszać tak kategorycznych komunikatów, dopiero miałem się ich nauczyć – Całkiem i bez reszty. Od dzisiaj nie będziesz potrzebować pieniędzy i znikniesz z ulic, chyba, że każę ci na nie wyjść!

 

Ciężko było zacząć, kiedy jednak się stało, reszta popłynęła już bez zgrzytów. Szła trzy kroki za mną. Jak pies na smyczy, ale jej smycz była mocniejsza od rzemieni. Schwytałem jej wolę na lasso i poddała się praktycznie bez walki. Musiała być już bardzo słaba. Mimo to, chciałem zobaczyć ją na uwięzi. Sprowadzić do roli podwórzowego psa. Do sługi idealnej. Stała przed witryną sklepową, kiedy kupowałem obrożę i smycz. Rzemienie… Niosła je w skostniałych dłoniach drepcząc za mną wciąż.

 

Zamknąłem ją w hotelowej łazience, kładąc na umywalce zegar – dwie godziny. Ani minuty mniej. Kąpiel bez końca, żeby zmyć z niej jełczejącą ulicę. I kubeł podstawiłem, żeby wyrzuciła ubrania. Czekałem pijąc jakiś zardzewiały alkohol powodujący zmarszczki nawet na niebie, a co dopiero na podniebieniu. Padało. Zupełnie, jakby pogoda asystowała moim zamiarom i starała się odebrać resztki tlącej się gdzieś głęboko w ukryciu nadziei, że może stal się cud i trafiła los na loterii. Uchyliłem drzwi łazienki i wrzuciłem do środka skórzane rzemienie. Obrożę nabijaną ćwiekami. Chwilę później usłyszałem szlochanie – zrozumiała, ze nie. Że los nie zamierzał kolaborować z nią, a sprzymierzył ze mną, żeby…

 

Wyszła. Drzwi nie umiały skrzypieć, ale gdyby się nauczyły wydałyby jęk, jakich nie słyszeli żywi. Wyszła. Nago, na kolanach. Na szyi miała zapiętą obrożę, a smycz wiła się obok niej grzęznąc w dywanie salonu. Deszcz z rozkoszy doznał jakiegoś paroksyzmu, szaleństwa, oberwania chmury, atmosferycznego orgazmu, bo zagłuszył płacz kobiety zmierzającej w totalną niewolę. Zbędne łzy nie chciały ciec po policzkach wystarczająco już umęczonych. Głowa wpadła między ramiona – to koniec. Ostatnia iskra zgasła. Teraz była już moja.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Westchnienie.

 

Noc zeszkliła tafle kałuż, które do rana postarzały się szeregiem zmarszczek i pęknięć. Więdnące jabłuszka głogowych owoców patrzyły z melancholia na pusty świat. Jakiś pies, biegaczki, staruszka… Nic pośrodku niczego. Noc pusta od wrażeń i balkony gorejące pulsująca euforią światełek, które miały zaprosić cudotwórcę, który jeszcze nie dotarł. Ale może… Jaszczury tramwajów drą noc na części – prawą i lewą, które wciąż są połówkami tego samego jabłuszka i nim koła skończą klekotać rytm na szynach znów łączą się w jedno i to samo czucie. W teraźniejszość tak płochą, że zanim zdąży się zawstydzić, już staje się wspomnieniem.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Bez pośpiechu (na ogół).

 

Szyszki kulą się pod żywopłotem i zerkają z zazdrością na gęste futro bernardyna posapującego, jakby był spocony, gdy dopiero szedł tam, gdzie trawa skrzy się igłami szronu i nie kwitnie. Jagody na głogach wyglądają jak miniaturowe jabłka, ale one muszą poczekać na przednówek. Teraz wciąż jeszcze są smaczniejsze okruchy. Ktoś w pośpiechu pije piwo oglądając się przez ramię, czy nie dosięgnie go karząca ręka sprawiedliwości, inny beztrosko wlecze wózek pełen tajemniczych skarbów. Zabiedzone dziewczątko-patyczak odpoczywa w autobusie po mozole z jakim dotarło na przystanek w butach wyglądających tak, jakby ważyły więcej od wiadra świeżo rozrobionego betonu. Spódniczki na deptakach i w galeriach przechodzą próbę generalną przed świętami, a rajstopy chyba nie potrafią już mieć innej niż czarna barwy. Pani o krótkich włosach mocno niezdecydowanych w kwestii wyboru koloru wypina w stronę ludzkości skrojone z dużym wdziękiem i talentem zaplecze, a prozaiczna czynność wiązania butów staje się sztuką wyższych lotów. Jedyny przejeżdżający samochód oczywiście wybiera chwilę, kiedy przedzieram się wpław przez rzekę asfaltu i popędza mnie, udając nienażartego aligatora.

czwartek, 17 grudnia 2020

Domniemanie.

 

Dzień kurczowo trzyma się obręczy widnokręgu wisząc poza wzrokiem i nie chce puścić. Chmury, wciąż domyślne i niedopowiedziane grasują po czerni bezkresu. Pośród tej niepojętej wielkości – ja. Okruch powołany do życie mniej, lub bardziej bezmyślnie. Idę patrząc jak trawa skrzy się pijąc zimną wodę. Zapewne nie ma migdałków, bo angina, to kwestia chwili przy takiej diecie…

 

Idę. Drzewa twardsze niż latem, mniej powabne niż wiosną, mniej strojne niż w jesiennych kreacjach. Stoją nagie, bezwstydne i prawdziwe bardziej, niż wtedy, kiedy w sukienkach uwodzą przechodniów. Szkielety nie obarczone makijażem. Sztylety reflektorów tną noc na fragmenty, krzyżują ostrza z tymi, którzy podążają z przeciwka, kalając ciągłość nocy. Uschnięte hortensje wyglądają jak czerstwe pączki nadziane na szpikulce do grillowania; przed piekarnią, na wierzchu piramidy plastikowych skrzynek stado wróbli z lekką dumą prezentuje pełne okruchów brzuszki śpiewając psalmy niewidzialnemu Bogu. Kloszard uzupełnia reklamówkę, wybierając ze śmietników puszki po napojach i gdyby znalazł pełną, pewnie uznałby to za cud, na jaki zasługuje swoją wytrwałością.

 

Znów nadejdzie dzień. Oby!

środa, 16 grudnia 2020

Głębiej w las...

 

Łuna, niczym zorza polarna unosiła się nad nieodległymi szklarniami, gdzie wytrwale dojrzewają pomidorki i ogórki nie bacząc na renifery przemierzające nocne niebo, by dzieciom dowieźć szczyptę szczęścia, brzuchato uśmiechniętego pod siwą brodą. Przyroda otrząsnęła się z przymrozków i zieleniała nieśmiałym przedwiośniem, a słońce dopiero przewracało się na drugi bok ostrożnie, żeby nie zbudzić kosów czarniejszych od nocy. Tylko puchate szczeniaki wielkości młodych krów harcowały radośnie szczerząc kły na zimnej, mokrej trawie.

A ja, bezzasadnie zupełnie i spontanicznie uznałem, że dawno nie widziałem rynku, nim brzask go wyzłoci. Pojechałem, poszedłem, byłem. Miejska fosa zdawała się być epoksydowaną nieskończonością, śpiące budowy oddychały rękawami firan kryjących rusztowania, drzewa kontemplowały teraźniejszość beznamiętnie – przecież znały to od dawna. Bruk nasiąkał wilgocią i zdawał się być spoconym od tego leżenia w bezruchu. Potem już tylko deptak, na którym zaczynało się budzić życie, dostarczając palety napojów, upuszczając aromatu właśnie wypiekanych precli, czy zjełczałego dopiero wczoraj tłuszczu.

Rynkowa choinka, niczym zielona, chińska pagoda górowała nad placem wolnym od pośpiechu i ludzi. Ktoś zbierał ostatnie papierki porzucone nocą, ktoś inny szedł, bądź wracał dopiero. Nawet gołębie, nawykłe do zgiełku chowały się w obliczu pustki. Fontanna schła dogorywając i mając nadzieje, że jednak wiosna się zdarzyć w końcu musi i znów tryśnie na matowe szkło wieloma strumieniami. Fredro trwał, bo nic więcej chyba już nie potrafi. Śniedzieje, spiżem zarażając ratusz i kamieniczki. Światła, niczym podarte pajęczyny skrzące się rosą w świetle księżyca zwisały smętnie z latarni. Jakieś pośpieszne kroki- jedne, jedyne, parę świateł na zapleczach knajp, bo od frontu martwe są przecież od dawna.

Smutny poranek zakwitał nad renesansem pieczołowicie odtwarzanym co parę lat, bo murszeje szybciej niż ludzkie zdrowie. Pośród zamków, kłódek, niemożliwości szedłem nie czytając z jakiego powodu nic-nigdzie-nikomu-no-chyba-że-precle-z-salami-i-jalapenho… od szóstej otwarte…

Płynąłem przez ten przestwór jak zziębnięta ryba, jak cygaro zeppelina toczone drobnym wirnikiem i dużym wiatrem. Rynek przytulał się kradnąc mi ciepło, jakiego mu trzeba bez umiaru, żeby mógł cieszyć egzotyczne oczy turystów. Pręgierz płowiał nieużywany od dawna i zdawał wtapiać się w tło ze wstydu, że taki nieudany. Jak ja…

Życiowa szansa.

    Ileż razy klęczałem z wypiętymi pośladkami, jeszcze w makijażu, schodząc ze sceny po trzecioplanowej roli w dwusetnej odsłonie opery, na którą przychodziły matrony onanizujące się dyskretnie, korzystając z mroku okrywającego widownię, albo tych młodszych – jednodniowych gwiazd oddających się bezwstydnie w zaciszu balkonowych lóż, kiedy ich pan i władca z zapałem, bądź mozołem realizował prokreacyjne imperatywy… 

    Wiedziałem, że wypinając pośladki wybrałem drogę bez powrotu. Dyrektor konsumował lubieżnie, bezwstydnie i bez najmniejszych nawet wyrzutów sumienia. Ja – zagryzałem wargi, znosząc upokorzenie i szukałem w tej niegodziwości choć cienia pozornej, wątłej rozkoszy. Potem? Dyrektor wydawał krzyk spełnienia i odpychał wypięte pośladki, a wzrok miał tak mglisty, jakbym nie był jednym z wielu klęczących przed majestatem, ale operową diwą pochłoniętą ogniem pożądania i pragnieniem, by oddać się tej kipiącej męskości skrytej skromnie pod tupecikiem… 

    Kąpiąc się – łkałem. Żal, zawód i nadzieje niespełnione. Minął rok, potem drugi. Epizod na scenie okupiony klęcznikiem, potem zapomnienie. Pustka. Potem kolejne i wciąż nowe role w tle, ćwiczenia wokalne bez końca i połajanki dyrygenta, kierownika produkcji i menadżerów, starszych koleżanek, które nakładały na siebie tyle pudru, żeby łzy zastygały w nim przed spłynięciem na policzek. Boże! Ależ chciałem z tym skończyć! Zaistnieć i uwolnić się od satyra, który mimo poszroniałych skroni kopulował, jak królik w kwiecie wieku i nie gardził żadnymi pośladkami, które zatrudniał… Wszystkim płacił jedną nadzieją, że kiedyś się spełni. 

    Wreszcie stało się – operę miał odwiedzić przebywając na gościnnych występach dyrektor Metropolitan… Marzenie każdego ambitnego głosu na świecie. Przyjeżdżał Bóg, który MÓGŁ WSZYSTKO! Dyrektor z emocji stracił głos tydzień wcześniej i zakulisowo, gorączkowo szukał informacji na temat preferencji Boga i jego najbardziej skrywanych upodobań. Namaszczony wiedzą z głębokiego zaplecza sceny przyszedł do mnie mówiąc: 

    - Szansa! Niepowtarzalna, wielka, jedyna! 

    A potem wysłał do magazynu kostiumów, do kierownika, żeby tamten znalazł, dopasował, błyskawicznie i bez względu na koszty transformował mnie w łabędzicę piękniejszą od tych, które na premierach oszałamiają tłumy. Stałem przed lustrem, a szpilki, kościste dłonie, wzrok kpiący i pełen pogardy przemieniał mnie w łabędzicę. Rajtuzy… Miałem łzy w oczach, kiedy naciągali je wciąż mocniej, żeby uwypuklić pośladki kalecząc mosznę… Nawet król nie miał tyle służby, ile uwijało się wokół mojej blond główki o niebieskich oczach. Wokół moich bioder zdeprawowanych wielokrotnie. Próba generalna… W pointach przeszedłem raz i drugi przed rzędem luster i dostałem w twarz. Nie raz, nie dwa. Miałem stać się divą, nie kurwą! 

    Ćwiczyłem tydzień po szesnaście godzin, zanim w końcu mogłem wystąpić przed dyrektorem, który czekał niecierpliwie, jak ogier, który zwęszył chętną klaczkę. Drobiłem kroczki i wdzięczyłem się – wiadomo – życiowa szansa. Widziałem, jak pęcznieje mu rozporek i wiedziałem, że nie uwolnię się od tego pożądania, że weźmie mnie nim zejdę ze sceny… Wziął! Oczywiście, że wziął. Jak swe! 

*** 

    Na palcach chodząc obsługiwałem Boga i dyrektorskich gości zaproszonych, by uświetnić nieoficjalną wizytę, która miała odmienić świat obecnych. Bóg łaskawie szepnął jakąś angielsko brzmiącą niedyskrecję, a dyrektor błogosławił mnie na drogę, przestrzegając, żebym pamiętał o przyszłości. Klęczałem w tiulach łabędziego puchu, kiedy realizował potrzeby. Bóg może. Był większy, bardziej zuchwały - zażyczył sobie, żebym towarzyszył mu do końca wizyty i nie oddalał się odeń zanadto. Dyrektor był wniebowzięty. Publiczna nominacja na najbliższą premierę była wisienką wieńczącą trud. Nieśmiertelny książę Zygfryd płonący uniesieniem do Odetty! Czajkowski potrafił ustawić na scenie szachowe figury tak, by cała publiczność zapłonęła! Kwiaty i uwielbienie tłumu. Owacje… 

    Płakałem ze wzruszenia, gdy pijany Bóg ponownie sięgnął po moje ciało, nie bacząc, że obok stoi skrępowany dyrektor i parę łabędzic trzeciego sortu, pierwszy skrzypek i kilka osób z działu technicznego wciąż trzymających się na nogach, pomimo dostojeństwa stołu. 

    - Yes! – wrzasnął przy eksplozji, a moje jelita napełniły się wrzącym nasieniem. 

    Yes, stanowiło wszystko, co mogłem osiągnąć. Co mógł osiągnąć dyrektor. Gdy Bóg poszedł spać dyrektor MUSIAŁ sprawdzić. Mnie i doznania, jakich był użytkownikiem Bóg. Rżnął mnie z pasją, jakiej dotąd nie okryłem we flaczejącym cielsku, a wytrysk skwitował parodią boskego: 

    - Yes! Yes, yes, yes! 

    W końcu zdjąłem łabędzi puch z siebie i spłukałem zbiorowe pożądanie. Kąpałem się dłużej, niż noc chciała gościć za oknami. Bolał mnie każdy nerw, a jednak czułem dumę i ekscytację nadchodzącymi dniami. Wreszcie miało się stać i miałem wstąpić w szereg sław i zostać solistą. Mieć własną premierę i wieczór pośród rozgorzałych kandelabrów i dam w kreacjach za miliony, paniczyków ociekających kasą bardziej, niż amerykanki tłuszczem! Boże! Ależ tego pragnąłem! Ręką sięgnąłem członka – siermiężnie, po męsku wziąłem sprawy we własne ręce i wykrzyczałem ekstazę, jakiej nawet Bóg nie wykrzyczał. 

    - Yeeeees! 

   *** 

    Proscenium gotowe było na wielką fetę. Poza kurtyną zwarłem pośladki eksploatowane bez końca przez mego satyra-dyrektora. Od dziś… Nigdy więcej tam nie zawita. Nie pozwolę mu, niech tylko premiera zakończy się sukcesem. Wtedy ja zacznę zwiedzać peryferia dyrektoriatu. Odpłacę mu pięknym… Zapłaci mi za upokorzenia. Wejdę w tę tłustą, zarozumiałą dupę i poczekam na krzyk udawanej rozkoszy, żeby sprowadzić go na ziemię wulgaryzmami, jakich dotąd nie słyszał. Niech się zeszcza ze strachu i obawy przed nowym królem! A ja będę go łajał bez końca! 

    Na widowni kipiało od bogactwa. Kobiety objuczone makijażem i biżuterią wyjmowaną z bankowych schowków od święta, dziś świeciły jaśniej niż odrestaurowane, barokowe kandelabry. Z widowni płynęła ciepła, kusząca smuga potu, podniety i perfum z najwyższych, renomowanych półek. Panowie prężyli więdnące członki dyskretnie czające się w podcieniach grafitowych garniturów, z których najtańszy wystarczał, żeby wyżywić wszystkie, nawet rezerwowe, operowe łabędzice przez pół roku z okładem, bar serwował drobiazgi dostępne tylko celebrytom, których stać na dietetyczną rozpustę. Zegar beznamiętnie odmierzał ostatnie minuty do entrée. Walczyłem z erekcją, bezskutecznie dopominającą się spełnienia.

    - Dam radę! – powtarzałem bezdźwięcznie – Dam radę, nie pozwolę temu zwierzęciu spętać moich ruchów. To mój wielki dzień, zwierzę musi poczekać, ale przyjdzie jego czas i dyrektorskie okulary spadną na dywan, kiedy... będzie MÓJ!

    Patrzyłem okiem lustra na własne biodra, które zdawały się ode mnie uwolnić i bodły przestrzeń przede mną… Kipiało we mnie wszystko. Obym tylko głosu nie stracił, bo nie moją będzie ta noc, a dyrektorską. I nigdy już nie uwolnię się od fal przypływu jego żądz! Rzygać! Szybko! Choćby na kotarę oddzielającą mnie od euforii i zachwytu. Dla zbliżającej się chwili oddałem w życiu wszystko – godność, młodość, inicjatywę. Zaraz będę odcinał kupony! Dożywotnio. Zemszczę się, zmiażdżę głosy krytyki, zawistnych obedrę ze skóry, posypię solą i zjem, jak carpaccio! Z kropelką oliwy i grubo mielonym pieprzem! 

    Drobiłem w miejscu nie mogąc doczekać się uwertury. Nie wiem, czy ktokolwiek w historii świata aż tak czekał na swój czas. Orkiestron brzęczał niczym ul pełen głodnych pszczół. Ćwiczyli fagociści, waltorniści flirtowali z obojami. Kontrabasistka stroiła instrument i łkała basową czkawką - wiem od niej samej, że na premiery przychodzi bez majtek, bo i tak wilgoć przegryza się przez najgrubszy materiał, więc zdecydowała się zrezygnować bielizny. Choć nie powiedziała wyraźnie, to podejrzewam, że perkusista spija jej ekstazę, nim umilkną finałowe brawa publiczności, a trójkąty rytmicznie dźwięczą ponad ich ekspresją wolną od zainteresowania otoczenia. Tyle ludzi… Teatr pękał w szwach, temperatura rosła pośród gwaru i niesubordynacji. Niemal słyszałem niedyskrecje płynące z balkonów, pochrząkiwania pianisty, marudzenie bileterek, bo znów ktoś przyszedł na ostatnią chwilę, a maniery ma, jak udzielny książę… 

    Wreszcie ruch! Pomyślałem, że może konferansjer, chcący przywitać przybyłych, ale nie. Poprzez szczelinę w kurtynie dostrzegam zaaferowanego gościa w granatowym fartuchu! Magazynier? Szef warsztatu? Nie znam człowieka, chociaż każdego dnia spędzam tu po kilka godzin. Anonimowy, jak tłum widowni. Służba, mająca uświetnić występ GWIAZDY – MNIE! W fartuchu? Wobec tych niewiast cuchnących starością ukrytą pod pięcioma warstwami kosmetyków? W obliczu gibbonów w smokingach, którzy nie wiedzą, co to poszetka? Jezu! Przyszło mi wystąpić przed stadem neandertali! Z wielką sztuką. Z dziełem doskonałym, z erekcją, która uwiera mnie w obcisłe trykoty i głodem pań z pierwszych rzędów, przez lornetki usiłujących obedrzeć pejzaż z tekstyliów… Łykam ślinę i oddech. Nerwowo. Mój czas czeka na mnie, a na scenie króluje wzburzony woźny! Gestykuluje wściekle, macha ramionami niby nietoperz, skupia na sobie całą uwagę. 

    - Wojna! – granatowy głos krzyknął w stronę widowni wypełnionej po brzegi – Uciekajcie! Ruscy znów… 

    Panika! Zabrakło mu tchu, ale przez tłum przebiegł już elektryczny dreszcz i ogarnęła go niepohamowana wola ucieczki. Co bardziej krewcy łokciami torowali sobie drogę do wyjścia, maltretując słabszych. Bo dzieci zostały same z nastoletnią opiekunką, bo trzeba natychmiast cukru i soli dokupić, zanim nadejdą, bo ostatnia szansa ukryć precjoza i dzieła sztuki, gdyż „sałdaty” nie docenią i gotowi Picassa strzałkami z darta potraktować podczas pospiesznego wyżerania zawartości lodówki, albo w wazie z dynastii Ming sporządzić koktajl śmierci ze znalezionych posiadłości trunków i uwalić się w czarnoziem, nim lejtnant zbeszta ich za niesubordynację, co mogłoby nastąpić jakiś tydzień po inwazji. 

    Wojna nigdy nie jest dobrą wiadomością. Najlepiej wiedzą to doświadczone życiem kobiety. Po widowni zaczęła krążyć delikatna smuga smrodu. Strach potrafi przedrzeć się nawet przez zdrowe zwieracze, a co dopiero przez te doświadczone i nadszarpnięte wieloletnią eksploatacją. Lament, zgiełk, chaos i rozgardiasz. Gdzie sztuka! Gdzie moje wielkie wejście? 

*** 

    Uciekli. Wszyscy uciekli. Depcząc słabszych, wolniejszych i mniej zdeterminowanych. Uciekali nie tylko ci z widowni, ale orkiestra też. Porzuciła tamburyny i altówki, flety i czynele… Przed frontem opery zaroiło się od łabędzic pierzchających w mrok, daleko poza światła opery. Szukających wsparcia i nadziei. Niewiele czasu było trzeba, żebym został w budynku sam. Bileterka nawet drzwiami nie trzasnęła z pośpiechu – wiadomo – Ruscy idą, a oni, jak już idą, to wcale wolno! Idą szybciej, niż tajemnica poliszynela, a to wyczyn, jakiego nie zna Wielka Księga Rekordów Guinessa. 

    Zostałem sam. Teatr i ja. Nikogo. Operatorzy reflektorów uciekli tylnym, służbowym wyjściem. Obsługa techniczna też. Gwiazdy i gwiazdeczki odjechały beemkami, maybachami, czy lexusami do swoich zagrożonych bytów, niszcząc skórzane tapicerki wyciekającym spod kusych spódniczek strachem. Niczym w jakimś horrorze stałem na scenie mijając kurtynę i patrzyłem na pustą widownię pełną porzuconych drobiazgów – jakaś lisia etola, lorgnon walające się na podłodze, gazety, programy, palta i płaszcze, być może cylinder niknący w mroku odległych rzędów, peruczka wyglądająca jak zdechły jamnik. 

    - Mój wielki dzień – wyłem bezradnie, a echo niosło skargi pod sklepienie – Dzień, któremu poświęciłem się cały. Nastał i teraz, kiedy do orgazmu została chwila, gilotyna zdarzeń bezpardonowo zabiła moją przyszłość. Jeśli ktoś, prócz Chrystusa, ma prawo kląć, to czułem, że jestem jedynym, który miał prawo. Trykoty wżynały się we mnie, rozrywając moje ego na pół. Pragnąłem tej chwili, a ona… 

*** 

    Piłem. Szklankami, bo małe opakowania nie były w stanie zaspokoić wielkich potrzeb. Przechylałem kolejne opakowania z zawartością, która powinna być stosowana do dezynfekcji, a nie spożywania. Głowa rosła mi w żalach i niesnaskach. Cierpiałem za miliony, za siebie. Za jutro gówniane, za mój byt niepewny. Rozpacz ogarniała mnie, siląc się na spazmy. Uległem wódce. 

    - Pamiętaj – szepnąłem do siebie – tylko nie sięgaj po papierosy i nie myśl o tej gałęzi, która kusi, żeby na niej zawiązać powróz. Ty wiesz, który konar, bo przecież na innym... Niech tam zakołysze się cudze niespełnienie i żal! Każdy ma własną gałąź, tylko nie każdy ją zdążył znaleźć. 

    Noc krwawiła mrokiem, nie przestawała uwodzić nieskończonością przestrzeni. Nieznane gwiazdy grały w GO, ale kto pozna, czy na planszy kosmosu zwycięża dobro, czy zło? Przed operą zamieszkała cisza. Niecierpliwość i pozorność uciekły daleko, a noc snuła się tu i tam, pacyfikując wciąż nowe przestrzenie. Na scenie osiadał kurz historii. Tej samej, która właśnie unicestwiła mnie! 

    Knajpa nie była z tych „wysokich lotów”, a osobliwości w niej zasiadające pachniały octem, zsiadłym mlekiem, wilgocią wplecioną w ziemiste spódniczki i zrudziałe na kolanach dżinsy, świadczące o wierności tradycji kontaktów międzyludzkich na łonie natury. Za to barman był sprawny nad wyraz i wystarczył mu błysk w oku i otaksowany na wejście stan posiadania, żeby obsługiwać gości na poziomie zawartości ich portfeli. Mi serwował „brudasy” – wódkę, którą ktoś wcześniej wyczyścił rdzę w kolejowych wagonach, albo robił płukankę po farbowaniu sierści rudowłosej nimfy. 

    Nikt, kto uważa, że zdrowe zmysły mieszczą się w jego gabarycie nie mógłby policzyć, ilekroć barman napełniał moją żałość. Wyłem-piłem, piłem-wyłem! Noc mijała na niekończącej się eksplozji zawodu. A ja? Nawet porządnie upić się nie umiałem. Wlewałem toksyny w siebie, a one spływały i odchodziły w niebyt oka klozetu. Mimo to nie ustawałem w samobójczym żalu i wciąż próbowałem uzyskać efekt godny epickiej opowieści. 

    - Setkę! – strzelił ktoś obok – Albo dwie, bo noc taka upojna! 

    Niemal zerknąłem na pięknoducha, który widział poezję tam, gdzie ja dostrzegałem jedynie katastrofę. Zatopiony w kieliszku pulsującym kręgami wszystkich piekieł świata nie podniosłem wzroku, aż gość nie zaczął chwalić się dalej. 

    - Dzisiaj! – młody, energetyczny głos pałał entuzjazmem – Dzisiaj właśnie udał się nam taki PERFORMANCE, jakiego nie da się chyba powtórzyć! Nawet Wells ze swoją Wojną Światów musi się schować! Wiali wszyscy, jak ławica sardynek przed stadem głodnych rekinów! 

    Mgłę miałem już przed oczami, ze zmęczenia, z napięcia, niespełnień wszelakich i farmakologicznego wpływu trunków, ale gość tryskał niespożytą energią i nie sposób było uciec przed tą nieposkromioną siłą. 

    - Wieczorem – kontynuował chwaląc się barmanowi i każdemu, kto wytężył słuch – wieczorem wyszedł nam PERFORMANCE życia! Ogłosiliśmy wojnę! I ludzie uwierzyli. Ależ wiali z opery! Chłopie, żałuj, że tego nie widziałeś!

wtorek, 15 grudnia 2020

Groteska tkana podniebieniem.

 

    Nim firmament spłowiał do jakichkolwiek kolorów, chmury wyrzynały się z mrocznego podniebienia niechętnie, jak mleczne zęby niemowląt, zuchwale sugerujących, że czas zmienić paliwo płynne na stałe. Zanurzony w pustce wszechświata zadumałem się, nad owym zjawiskiem. Bo gdyby… ale nie! Nie i już! Absolutnie!


    Gdyby nie zęby wisielibyśmy na matczynych piersiach dożywotnio, w stadach, w skupiskach wielopłaszczyznowych i wielopokoleniowych. Jak kiść winogron, jak rój uczepiony jabłoni! Jak łańcuch zdobiący choinkę. Starzy i młodzi sapaliby pospołu, żeby jeszcze i jeszcze, bo przecież silniejszy przetrwa, a słabszy zdechnie, nim ustami sięgnie sutka, odepchnięty głodną, mocną łapą, szponem, czy pazurem.


    A mówią, że ssak, to brzmi dumnie, kiedy mi zdaje się być ohydną, nie mającą perspektyw alternatywą dla pożerania zewnętrza – natury!

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Mgliste obrazy.

 

Dąb rozłożył się nad ulicą i wejściem do nieczynnej jeszcze galerii. Pustymi gałęziami drapie niebo bardziej, niż nieczyste sumienie. Klon jesionolistny zbeżowiał całkiem od kęp zeschniętych nasion, których nie chce zrzucać w marznącą ziemię i chyba czeka wiosny, żeby oddać nasiona wilgoci ogrzanej słońcem. Nawet wiatr dał mu spokój, więc udaje, że w tym stroju najbardziej mu do twarzy. Kobiety w czarnych, połyskujących spodniach spod grzywek studiują zawartość wciąż nowych monitorów przesuwanych bez końca pazurkiem przyklejonym dopiero-co. Ptaki gromadnie przemieszczają się wierząc w mądrość stada i szukają nowych, niewyeksploatowanych żerowisk. Mgła się snuje, bo to potrafi najlepiej i układa się na asfaltach, aż po kres widzenia.

piątek, 11 grudnia 2020

Przestroga.

 

Drobny śnieg droczył się z grawitacją i tańczył w mdłym świetle latarni podskakując i niknąc poza zasięgiem widzenia. Asfaltem, wlewały się do Miasta pary reflektorów – jedne za drugimi, niekończącym się różańcem, więc może poloneza tańczyły, by gdzieś tam zawrócić i skłonić się sobie nawzajem. Psy skradały się na paluszkach – może zimno im było w łapy, więc ostrożnie, wydychając bałwanki radosnej pary przemierzały te same ścieżki, którymi szły wczoraj i witały świeże warstwy zapachów położonych na ich tropach. Noc ustępuje coraz niechętniej i trzeba ja przepędzać. Sprzątaczki wytrwale machają miotłami – bezskutecznie. Noc czochra się o korony formowanych klonów, albo pieści się w falach brzozowych witek. Niewidzialne gawrony rechoczą rubasznie, a samotny sopranista kwili zawody miłosne, skromnie schowany w cień budynku. Pośród chłodu, przydałby się choćby kolorowy papierek, żeby był powód do uśmiechu i wyjęcia oczu spod krzepnącej zawiesiny bezruchu. Wiem – mogłem spać dłużej…

czwartek, 10 grudnia 2020

Straszny sen.

 

„…Jest jeden Bóg, żeby jednak nie pozostać samotnym, zaistniał w trzech obliczach, powodujących, że domniemanie samogwałtu jest tylko nadinterpretacją ograniczonych umysłów...”

 

Orlen do spółki z PGNiG i PKO BP po dojrzałym, zakulisowym namyśle, przez posły, złożyli na ręce sejmu i prezydenta zbiorowe ultimatum. Konsorcjum połączonych sił dyskretnie podrzuciło tablicę wykutą bezsenną nocą w strzegomskim granicie, rękami spatynowanego życiem majstra, ryjącego z  mozołem i krwią w oczach.  Postulaty były tak ważkimi, że Okrągły Stół spadł do drugiej ligi, ciągnąc za sobą Konstytucję Trzeciomajową, a współczesny, z niemałym wysiłkiem ustawiony w prezydenckim gabinecie ledwie udźwignął ciężar odpowiedzialności.

 

- Teraz MY! – Motto dźwięczało ponad kodeksem, ponad dekalogiem, nienegocjowalnym, przyszpilonym do stołu hardym przekleństwem, bo jakież starcze plwociny mogłyby zamazać żądania wykute głęboko w grubym ziarnie granitowej tkanki? Żądania poparte tłustą, szytą zamożnością determinacją, skonfrontowaną z ustawodawczym ubóstwem, chroniącym (w założeniach) tych, którzy nie radzą sobie na bezkresnych stepach odartych z opieki prawa.

 

        Staruszkowie skulili się z obawy, że nieznane obedrze ich z garniturów i francuskich perfum aplikowanych tete-a-tete, w zaciszu sypialni przez modelki płci dowolnej, jednak wciąż zbyt młodych na pierwszą, sponsorowaną sesję. Dygnitarze bez nimbu zewnętrza zawsze byli tylko zwietrzałym, wyliniałym materiałem biologicznym, humusem degenerującym szybciej, niż sądzą złośliwcy. Starość cuchnie i wyłącznie władza, bądź mamona potrafi w miarę wiarygodnie zamaskować obrzydzenie.

 

- Nie chcemy kupować ustaw! – grzmieli koalicjanci – Nie chcemy praw, a tym bardziej obowiązków. Żadnej jałmużny! Potrzebujemy plebsu! Sług! Chcemy wszystkiego. Was weźmiemy w pakiecie, bo bez nas zdechniecie, albo rozszarpie Was tłuszcza, a nam przyda się nomenklatura! Na początek.

 

Strach blady paść mógłby na decydentów, gdyby bladość już od dawna nie stała się normą pośród stetryczałych możnowładców. Myśli, nawykłe do zgniłych kompromisów pozwalających trwać i knuć dalekosiężnie, otulając się muślinem  jadu skrytym w połach poliszynelowych tajemnic, czy fastrygowanych dyplomatycznym sznytem, którego nikt nie rozumie naiwny, lecz potulnie zgodzi się, aby mądrzejsi ustanawiali porządek świata.

 

- Absolutnie! – zapewnili nowi władcy – Nie obawiajcie się. Nie ma potrzeby, żebyśmy zasiedli na waszych tronach, w waszych przepoconych marynarkach za nędzne, publiczne grosze. My taktycznie usiądziemy na zapleczu. W kuluarach. Jak Richelieu – wesprzemy was naszą mądrością, przezornością i powstrzymamy przed pochopnością właściwą niedojrzałości. Wesprzemy stalinowską bezwzględnością, gdy nadejdzie czas. Posiejemy słowa, które zbudują, albo zburzą, jeśli trzeba będzie. Nawet Bogu potrzebna jest tandetna tuba, przez którą ogłosi masom prawa, bo przecież tłum jest zbyt ubogi intelektualnie, żeby podjąć polemikę z majestatem. Potrzebni są głupcy, którzy przekażą sobie podobnym treść rozkazów tak, by zrozumiał nawet jednokomórkowiec w ortalionowym dresie wytrzebiony sterydami na podobieństwo gnuśnego wałacha.

 

Jutro zaczęło się już wczoraj. I dziać się będzie każdego dnia. A wczoraj, lada moment, zaginie w mrokach tajemnic, w niedoskonałości pamięci i ignorancji skupionej na przymiotach zapewniających kopulacyjne przetrwanie. Bóg zadbał, żeby również bezmyślność miała szansę rozwoju. Mało tego – geny prymitywnych jednostek paradoksalnie wykazują większą żywotność. Po co? Dlaczego? Być może nawet Bóg potrzebuje tła, na jakim mógłby zabłysnąć i dba, żeby stado owieczek pozostało niezmierzone?