Nieco przemrożona nastolatka minęła obojętnie krągłego (więc cieplutkiego) faceta i stanęła dalej, na trawniku, zupełnie, jakby przystanek był zbyt mały na jej potrzeby. A może po prostu nie lubiła Szlachcianki Z Zaścianka i wolała się trzymać z daleka, na dodatek w pokaźnym (i ciepłym), męskim cieniu. Księżyc powoli zaczął zbijać wagę, choć nadal blisko mu do idealnej wypukłości.
Z autobusowego okna podziwiam posiadaczkę wiodącą smycz ku pokusom wszelakim. Jej pupil czmychnął metr niżej, w zeszłoroczne nawłociowiska i najwyraźniej dobrze mu w nich. Mijamy pole kukurydzy, jeszcze nie obsiane. Już wiadomo, że za dwa lata będzie tu parko-las z jeziorkiem retencyjnym, ale dziś wciąż jest tu obwód łowiecki. Oczyma mojej rozpasanej wyobraźni widzę myśliwego, jak oprawia ubitą sarnę dwa kroki od ścieżki rowerowej, jucha wsiąka w czarnoziem, a flaki rzuca w chaszcze obok słupa energetycznego pod czujnym wzrokiem gawronów i innych padlinożerców.
Siedzące przede mną dziewczątko z emocji zaczęło bawić się włosami, więc może myślałem zbyt intensywnie? Wkładała za ucho te włosy (żeby lepiej słyszeć) i wtedy okazało się, że środkowy palec ma pozbawiony uzbrojenia. Wyglądał tak niewinnie, rozczulająco bezbronny… pośród pancernej braci. Przydworcowi kloszardzi sprowadzają mnie na ziemię. Tu nieustająco trzeba myśleć o przetrwaniu. Sączą wprost z flaszki Żubrówkę i popijają wodą z plastiku, a humorem zniewalają co mniej odporne jednostki. Przesiadam się na tramwaj. Za mną siedzi młodziutka, można powiedzieć początkująca kobieta. Dyszy, jakby właśnie ukończyła maraton, a przecież ledwie dwa schodki się wspięła i zajęła miejsce najbliżej drzwi. Na przystanku widzę minispódniczkę i oficerki wspólnie ochraniające przeciwległe końce długich nóg w cielistych rajstopach. Wyżej? Syberia. Grubaśna kurtka z kapturem obszytym futrem nieznanego mi zwierzęcia. Ale już w południe będzie ciepło, grzech ukrywać nóżki piękne od samego rana, a może nawet wcześniej? Kolejny przystanek i kolejny kloszard-wózkers. Gestykuluje z rozmachem jakby dyrygował orkiestrą symfoniczną, przy okazji udzielając się wokalnie. Cóż. Śpiewność narodu rośnie po spożyciu napojów wzmocnionych. Na chodniku umarły dwie hulajnogi. Gołębie drepcą nieco nerwowo, lecz z szacunkiem omijają truchła. Szukają ukradkiem drobnych na choć skromne śniadanie.
Wymyślam niedokończoną mantrę marszową, pełną częstochowskich rymów, ale ważny jest rytm, pozwalający mi spotkać Nóżkę tam, gdzie należy. Znaczy pomogła uzyskać tempo marszowe adekwatne do temperatury otoczenia.
Z powodu chłodu, lodu i głodu,
Sunę do przodu.
Spomiędzy stodół
Zasysam jodu, sodu i słodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz