piątek, 13 marca 2026

Twój wójt.

 

Pękły pąki na czarnym bzie i gałęzie zazieleniły się „testując” wiosnę. Żywopłoty berberysowe nabrały wiśniowej barwy, a wierzby od jakiegoś czasu pysznią się żółcią witek. Na rekultywowanym wysypisku podglądam martwe (zmartwione?) drzewa. Miasto uśmierca nie tylko ludzi.


Chyba-małżonka kierowcy dziś najwyraźniej nie spieszy się nigdzie, bo zawodowiec karnie stanął w kolejce za autobusami innych linii i ani myśli szaleć. Jedziemy w kolejce, jako trzeci wagonik, a za nami powinny być jeszcze najmarniej dwa. Rozkład jazdy ułożony jest tak, by hurtem pchnąć w trasę wszystko i mieć kwadrans spokoju. Po co, to już nie wiem, ale składy podróżne kursują regularnie siejąc grozę na buspasie. Chyba-małżonka, dziś w permanentnej czerni, spod której ostrożnie wynurza się biel bielizny, co skłania mnie do dumania, czy bielizna musi być biała, oraz czy pozostałe kolory powinny posiadać odrębne miano. Rzecz mnie przerasta, więc szukam łatwiejszych łupów. Blondynkę z długim końskim ogonem samozwańczo ochrzciłem Płowa, co natychmiast zwiększyło jej atrakcyjność. Wysiadając merdała tym, co ewolucja zostawiła jej z ogonka i muszę przyznać, że to były fascynujące manewry.


Zerkam na dwie, zaangażowane elektronicznie kobiety. Jedna pali, druga gada, a obie w pikowanych kurteczkach, na które wywaliły wielkie kaptury z warstwy głębszej. A potem na panią, co założyła płaszcz długi do kostek i z rozcięciem, w którym pupa swobodnie się mieściła. A skoro tak, grzechem byłoby na tyłek wciągnąć coś więcej jak leginsy. Damską monotonię przerywa „siedzący” na ławce pulchny kartonik śmietanki 18%. Sąsiednią ławkę okupuje granatowa kapota rzucona bezładnie. Ludzie stoją, rozglądają się niepewnie. Najwyraźniej konkurencja speszyła chętnych na czekanie w pozycji siedzącej, bo nikt nie atakuje bezczelności blokującej miejsca.


Radio przynosi mi fascynującą informację na temat prezydenta z ust samego premiera – podobno „polska ulica zastanawia się, czy to zdrada”. Ciekawe, kiedy pan premier był na ulicy i rozmawiał z prawdziwym „zwyklakiem”? Zapewne w czasach zamierzchłych. Prędzej w gębę ulicy wpycha swoje opinie w ten sposób zabezpieczając się przed nieuchronnym, prokuratorskim oskarżeniem o zniesławienie głowy państwa. Chyba chodziło o te miliardy, które zamierza (za zgodą UE) ofiarować Krainie U i francuskim, czy niemieckim firmom zbrojeniowym. Ja się nie zastanawiam. I nie wiem, czy jestem ulica.


    Z powrotnym kursem dzieje się mnóstwo.

    Spoza olbrzymiego tornistra atakują przestrzeń kończyny całe na różowo i kitka, która dopiero ma być końskim ogonem. Gdy w końcu zerkam na obrazek z przodu zaczynam się uśmiechać. Dziewczynka szczuplutka, z długimi rękami i nogami podryguje, gestykuluje i tańczy, śpiewa, rozmawia ze sobą i wzbudza taką masę radości, że trudno się nie uśmiechnąć. Pani siedząca obok mnie i wtulona w torbę z kotami (wzór z Temu) nie widziała dziewczynki, a na mnie patrzyła podejrzliwie. Spoważniałem, szczególnie, gdy zobaczyłem gościa w rozmiarze uzasadniającym telewizory powyżej siedemdziesięciu cali. Gość szedł tuż za zgrabną dziewczyną w szarościach i chyba żal mu było, ze nie idzie obok. Współczułem jemu i jej, na wypadek, gdyby jednak doszło do czegoś więcej jak marzenia. Cóż taki kruchutki dmuchawiec miałby do gadania w obliczu pożądania wszechświata?


    W autobusie ogłusza mnie i oszałamia podsłuchany fragment rozmowy telefonicznej. Nastolatek, z tych młodszych, informuje kogoś, że do szkoły zrobił sobie tort. We łbie szukam podejrzeń, ile czasu na to poświęcił, gdy okazuje się, iż chodziło o tost. Z parówką… Czytająca książkę dziewczyna nie udźwignęła kozackiej paplaniny i przeniosła się na drugi koniec autobusu, by móc w spokoju poczytać. Przede mną stanęło wyblakłe małżeństwo z wózkiem. Stroje, cera, nawet oczy mieli wyblakłe i skryte za okularami. Chyba w eskalacji rodzicielstwa przekazali wszystko, co mieli dziecięciu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz