Pod osłoną wiaty przy dworcu kolejowym stoi para zniszczonych, czarnych buciorów. Wnętrze jednego z nich zamieszkuje butelka piwa. Z kapslem, więc może musi się „ustać”, nim ktoś je pochłonie. W sąsiedniej wiacie stoi zrezygnowana nastolatka w czerni, a ręce jej wiszą na znak kompletnej beznadziei. Kawałek dalej, życiowo doświadczona pani, ale też w czerniach ziewała spod wielkiego kaptura, jakby zamierzała połknąć świat. Jakiś rozkoszny pijaczek zabawia ulicę popisami wokalnymi, a śpiew, ochrypły od nadużywania niesie się w przestrzeń nie czekając na aplauz, czy opinie jurorów The Voice, czy innego szoł. Komunikacja miejska tak sprawnie obsłużyła mnie tego poranka, że na Nóżkę nie liczyłem nawet. Zadowoliłem się ostrością konturów wynurzających się z przedświtu i szerokie wstęgi „chmur kondensacyjnych”, którymi (jak co ranka) nasycają niebo rozliczne samoloty. Chodnik zaśmiecony truchłami czerwonych i czarnych balonów sugerował pogrom demonstracji banderowców, ale lokalna prasa milczy, więc pewnie znów nadinterpretowałem.
Ruda pani, łatwo dostrzegalna z powodu rozmiaru (i wiśniowej minispódniczki) idąc podskakiwała i tańczyła w sobie tylko znanym rytmie. Krótka kładka między dwiema solidnymi wieżami zastanawia – nazwać coś takiego punktem widokowym, choć widok mocno ograniczają mury? Wystarczy nazwać kładeczkę „mostkiem pokutnicy”, dorobić legendę i kasować od naiwnych bilety, pozwalając im wspinać się na górę schodami, żeby rozum całkiem odebrać. I jeszcze Śpiewna Nerwica w wielkich przeciwsłonecznych okularach. Mimo tłoku i smrodu spoconych ciał podśpiewuje sobie w najlepsze, podrygując wiosennie. Super!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz