Ze ściany kościoła znikł obrazek starszej pani robiącej nago ale z zachowaniem skromności czarno-żółty szal na drutach. Dziwne bo pozostałe maziaje zostały. ACAB na przykład. Znów zacząłem czytać powtarzające się napisy, co zaowocowało podejrzeniem, że licznie pojawiający się w Mieście pakiet liter LUSTRO, względnie MIRROR, jest podpisem sprawcy (trudno napisać twórcy – ot, kolejny pomazaniec bez talentu), podobnie jak FILOZ, GUSAR, czy 032. Na żeliwnej rynnie znajduję naklejkę – zakapturzony kontur postaci w czerni, zamiast twarzy posiadającej pionowe oko. Skojarzenie z hieroglifem egipskim było niemal pewne, aż dziw, że w Dolinie Królów jeszcze go nie odkryto. A może jednak? Nie poświęcałem ani krzty czasu na studia tego pisma.
- Nie da się uniknąć subiektywności w tworzeniu. Myśl podróżna, jakich wiele, zapłodniła miałkość moich dzisiejszych spostrzeżeń i dojrzewała we mnie meandrując. Każdy jest skazany zarówno na swój talent, jak i ograniczenia, a wszystko co powstaje, jest skażone autorskim filtrem. Odbiorca ma ten sam problem, więc odbiera cudze twory cedząc wrażenie przez gęste sito własnej osobowości (osobliwości?). Stąd jednych coś śmieszy, innych oburza, obraża, albo zniechęca. Widzę to przez pryzmat ciała które sam uważam za świętość. Cud tak doskonale przemyślany, potrafiący się leczyć i naprawiać, dawać schronienie, ciepło i energię życiową. Trudno wymyślić lepsze warunki do przechowywania umysłu i życia. Istny ideał bioinżynierii. A ideałów się nie poprawia bo można jedynie rzecz spieprzyć.
Dlatego kaleczenie ciała piercingiem, tatuażem, czy czymkolwiek innym, uważam za gwałt na ideale. I choćby nie wiem jak wysmakowany był ów filigran, to jednak zniszczył ciało, które usiłuje się bronić. Po zdjęciu kolczyków, dziura w uchu potrafi się zasklepić, jak każda inna cielesna rana. Infekcje po wykonaniu ozdób są przewidywalną konsekwencją napaści i amatorzy tak przekłuwania, jak i malunków naściennych, są ostrzegani, że układ odpornościowy ich organizmu może się bronić i zrobi to, ignorując „wolną wolę” przyszłego nosiciela. Powikłania po autoagresji, tak jak po każdej operacji mogą wystąpić. Malarze cieleśni uprzedzają też, że na ciele człowieka są strefy, gdzie ból jest bardziej dotkliwy niż gdzie indziej i dla początkujących z samogwałtem odradzają te lokalizacje, żeby ich ciała „przyzwyczaiły się” do bólu. Czyli ból jest faktem, uszkodzenie ciała także, powikłania (jątrzenia, zaczerwienienia i infekcje oraz związany z tym zakaz moczenia i konieczność utrzymywania świeżej rany w sterylnej czystości również). Dyskutowanie z faktami uważam za niesmaczne i głupie.
Z medycznego punktu widzenia tatuaże zwiększają ryzyko raka wg badań przeprowadzanych w różnych krajach o około 30% w zależności od rozległości malunku i koloru wybranych farb (czarna zabija najmniej skutecznie). Gdy rak zabija co czwartego człowieka (niektórzy twierdzą, że nawet co drugiego) zwiększanie ryzyka na własne życzenie stanowi jakąś formę samobójstwa rozłożonego w czasie. Mało tego. Wg lekarzy niektóre zabiegi nie mogą zostać wykonane, gdy skórę pokrywa tatuaż, bo istnieje za duże ryzyko wprowadzenia infekcji w układ nerwowy, czy krwionośny, więc kaprys żywego dzieła sztuki wymaga zmiany sposobu leczenia/znieczulania organizmu podczas operacji.
Ta „moda” zdumiewa mnie, szczególnie, kiedy amator uszkadzania ciała okazuje się być „eko” - czyste powietrze, woda z filtra, zdrowa żywność, zielona energia, naturalne i biodegradowalne materiały na ekskluzywną bieliznę do wglądu wyłącznie dla wybranki, a tu chemiczna szpryca - bomba z opóźnionym zapłonem wstrzyknięta w to wypielęgnowane, starannie chronione przed szkodliwością otoczenia ciało. Okropieństwo. I niech pluje kto chce – zdania nie zmienię. Można malować tynki kaplicy sykstyńskiej, płótna na blejtramie, deski ikon, serwetki w knajpie, szkło i kamienie - wszystko, tylko nie ciało. Oczywiście moja opinia jest moja i dla mnie, a każdy urządza sobie życie po swojemu. Niech! A co! Powody żeby być sceptycznym mam. Jeśli ktoś ma powody, by nosić na sobie modern-art – niech nosi i oby jej/jego (damy naprzód) ciało udźwignęło ciężar sztuki. Ja nie potrafiłbym tak dobrać obrazka, żeby pasował mi w wieku lat szesnastu, trzydziestu i sześćdziesięciu i nie budził uśmieszku politowania.
PS-1 Faceci to jednak straszne szuje. Damy naprzód, bo kto wie co czai się za węgłem. Łajka w kosmosie? Suczka na zwiad zanim ogary pójdą w las!
PS-2 Ilekroć napiszę źle o facetach, echem wraca milcząca aklamacja. Napiszę źle o kobietach – echo dudni oburzeniem.
PS-3 Może napisać coś dobrego o facetach? Trochę strach…
PS-4 i 5, to już playstation w coraz doskonalszych odsłonach i trudno mi rywalizować z zaścianka świata. A jednak urodziłem kolejną myśl – Na zewnątrz zwykłem ukrywać naturalny zapach ciała – mnie. Nieświadomie. Nie wiem dlaczego. Może boję się węchowego obnażenia przed OBCYMI? Jak pachnę/smakuję/jestem odczuwalny? To dane wrażliwe i tylko dla wybrańca (znaczy wybranki, żeby nie pozostawiać niedomówień). Można mnie zobaczyć i usłyszeć – pozostałe zmysły mają ze mną kłopot – ukrywam się! Mimikra. Mało kto może mnie dotknąć/zwęszyć/sprawdzić jak smakuję. Poczuć? Nie wiem, czy chcę aż tak się obnażać!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz