Dwa osiedlowe kosy odprowadzają mnie na przystanek, udając, że w ogóle mnie nie dostrzegają. Koneserzy markowej wódeczki pitej w przelocie (albo w międzyczasie) pozostawiają na trawnikach barwne opakowania 100 ml – w trosce o zakłócenie hegemonii zieleni. W przeciągu niespełna dwóch minut na przystanek przyjeżdżają cztery autobusy, a na kolejnym w ów korowód wbija się piąty. Najwyraźniej ułożenie harmonogramu odjazdów to temat na przewód doktorski, ale może bus-pas potrzebuje kwadransa na odpoczynek po takim skomasowanym wysiłku?
Do autobusu wsiada uśmiechnięta pani ubrana w tak ciemny granat, że nawet chmurom nie udaje się rywalizować. Pani bez skrępowania zerka na monitor swojego towarzysza. Na kolejnym wsiada alternatywnie cudna dziewczyna o zielonych włosach. Mimicznie udziela się bez najdrobniejszych przerw, czasami wspierając twarzową polemikę rączką grasującą po policzku, a czasami kiwając nóżką w bagiennym bucie i podartych kabaretkach. Pewnie ma problem stomatologiczny, albo łuska słonecznika wdarła się jej między zęby (oby nie zapięcie kolczyka). Bliżej dworca autobus się wyludnia, co pozwala karampukowi-albinosowi na manewry. Istota najwyraźniej doznała obłędu widząc nadmiar wolnych miejsc i kolejno przymierza swą delikatną pupkę do sobie tylko znanym sposobem wylosowanych miejsc. Chmury udają, że zostały wyemitowane przez kominy elektrociepłowni, ale te są zahibernowane i czekają cierpliwie na sezon grzewczy.
Wracając trafiam panią o popielatych włosach – wsiada do tramwaju z własnym krzesełkiem, żeby nie liczyć na wątpliwą łaskę młodzieży. I siada z uśmiechem. Do kompletu tablica rejestracyjna niegdysiejszego cinkciarza D0 LARKI.
Ty wracając, ja jadąc spotkałam wczoraj siwą Panią, ubraną w popielaty sweter i spódnicę z czarnymi, kwietnymi aplikacjami. Wszystko było w szarości tak rozświetlone, że za jej oczami nie przestawałam podążać, by odkryć skąd tyle blasku w jej oczach. Kobieta myślę miała lat siedemdziesiąt kilka, ale spojrzenie nie jednego człowieka mogłaby poczęstować, by zaszczepić w nim rozważania dotyczące istnienia duszy bezczasu.
OdpowiedzUsuńzakochana może - nikomu tak oczy nie świecą, jak zakochanej kobiecie. chyba, że maligna z ciężką gorączką.
UsuńZakochanie i maligna to przecież to samo...A patronem Święty Walenty...:)Ewa
UsuńEwa :)
OdpowiedzUsuńoko, też tak sobie myślałam, ale miała te swoje spojrzenie jakby zamknięte do środka, nie patrzyła w dal, przez okno autobusu, czasem na mnie patrzyła, a może i Ona się mnie, jak ja Jej dziwiłam.
OdpowiedzUsuńbogate życie wewnętrzne. to też się zdarza.
UsuńChyba każdy ma jakieś, jakieś wewnętrzne życie?
OdpowiedzUsuń