I wtedy Pani-Ka zaczęła głosić krucjatę. Wiatr wiał i demokratycznie unosił spódnice dziewczętom, tudzież weterankom rynku prokreacyjnego, oraz pewnym panom o szczególnych predyspozycjach, często zdiagnozowanych przez renomowanego psychiatrę. Nie do końca wiadomo, co skłoniło Panią-Ka do deklaracji wystarczająco żarliwej, by rozpalić liczne łona i inne organa. A niechby i słomę w butach. Wiatr tylko czekał na taką okazję, by z niematerialnego świata ponieść ideę samozapłonu w świat jak najbardziej rzeczywisty. Pani-Ka wciąż jeszcze tokowała, a tłum już falował hiperwentylowanymi biustami, członkami wstydliwie ukrytymi w reformach mających je umniejszyć, a najlepiej poskromić raz na zawsze. Wytrzebić? Mało kto utożsamia się z ekstremistami, więc raczej tylko okiełznać. Nałożyć kaganiec pasa cnoty, rygorów restrykcyjnych niczym dekalog i zaledwie od czasu do czasu zezwalać na drobne niezauważenia, podczas których nadmiar pary pod kotłem zmieni stan skupienia i skropi się w ekstazie nagannego, bo jakby-męskiego orgazmu.
Pani-Ka nie chciała poprzestać na zapale słomianym wywołanym pierwszym akapitem jej żarliwego przemówienia i kontynuowała. Chciałoby się powiedzieć, że eskalowała, ale Pani-Ka wiedziała lepiej – eskalować zamierzała dopiero w kolejnym akcie. Na razie trwała rozgrzewka, piekło miało wkroczyć do akcji w drugiej scenie, a finał miał zaskoczyć zarówno tych, co nadążali, jak i tych, co prewencyjnie wyprzedzili Panią-Ka w swych nadziejach już pogrążając się w obłędzie możliwych i niemożliwych opcji. Dlatego głosem Kaszpirowskiego starała się utrzymać wiernych w ryzach hipnotycznego posłuszeństwa i dawkować emocje nie przekraczając temperatury wrzenia i ciśnień krytycznych. Gdyby postudiowała dokładniej… Dygresja aż ciśnie się na usta – można studiować niedokładnie? Psychologia tłumu wciąż pozostaje nie do końca zbadana, samozapłon może wystąpić spontanicznie i niezależnie od woli prowodyra. Czasami wystarczy, że ktoś puści bąka, albo krzyknie niezrozumiałe hasło, aby wykipiało zarzewie buntu i pognało ścieżką nieoczywistą dla podpalacza tłumu.
Tym razem był to człowiek niepozorny, nieco karłowaty, niezbyt piękny i wymykający się kanonom sylwetki, dla jakiej kreatorzy mody szyją kreacje wybrańcom ze świata kreatur, na ogół bez pudła rozpoznawalnych przez anonimowy tłum. Człowiek ów dysponował organem i bynajmniej nie bezpośrednio chodzi tu o organ rozpłodowy, lecz głosowy. Co oczywiste, pan był pobudzony retoryką Pani-Ka, ale trudny do ukrycia wzwód jednostkowy nikł w potopie istot dzielących ów organ od Mówczyni, na dodatek tłum skutecznie maskował widzialny aspekt euforii cielesnej. Za to nie mógł zamaskować efektów wokalnych niepozornego pana, który ryknął nie raz, lecz z ryku uczynił narzędzie przewlekłej walki mającej w przypadku sukcesu zmonopolizować łączność zmysłową z Panią-Ka!
I stało się, jako dzieje się w baśniach i ludowych podaniach, że Pan Niepozorny swoją trudną do ujarzmienia wytrwałością i talentem w zakresie górnych dróg oddechowych oczarował Panią-Ka i przedarł się z przekazem nie tylko do jej uszu, ale za ich pośrednictwem do mózgu, serca i sumienia. Pani-Ka dysponowała niezłą pamięcią, jednak nie sięgała nią w aż odległą retrospekcję, by przypomnieć sobie jakikolwiek przypadek uległości. Ona i uległość, to dwa końce skali, ale teraz? Skala skurczyła się usiłując zjednoczyć i osiąść we wspólnym punkcie, a Pani-Ka nie umiała na czas znaleźć riposty, mogącej ją osłonić przed tajemnymi zamiarami Niepozornego.
Jeśli stopięćdziesiąt decybeli może wykazać się łagodnością, Niepozorny osiągnął to w okamgnieniu. A potem zniewolił Panią-Ka wyznaniem, wobec którego stała się naga i bezbronna:
- Kocham Panią bezgranicznie. Kocham, jak haust powietrza w płucach, pragnę bardziej niż wygranej w lotto, niż urlopu w raju i życia wiecznego. Modlę się do Pani, byś zaśpiewała ze mną pieśń miłości, aż sąsiadom z wrażenia skiśnie rosół w garnku, a telewizor zepsuje się gdy sędzia podyktuje rzut karny. - Pani-Ka, początkowo starała się nie słyszeć; wszak przyszła tutaj gadać, a nie słuchać, jednak Niepozorny nie dawał za wygraną i w końcu zyskał lekko zaintrygowane ucho Pani-Ka. – Chcę stać się kotwicą, na której zacumują wszelkie Pani cnoty, atolem, gdzie zdejmiesz zbroję i bez skorupy, trzymając mnie za rękę, powiedzieć tam, gdzie moglibyśmy razem zrobić wszystko to, czego do dzisiaj nie zrobiło żadne z nas.
Pan Niepozorny zdawał się dysponować nieskończenie głębokim źródłosłowem, czym oszołomił nie tylko Panią-Ka, ale także coraz liczniejsze przedstawicielki protestu. Pani-Ka patrzyła z tężejącym zdumieniem, jak stronę Niepozornego lecą przez tłum neofitek pierwsze staniki, pochopne deklaracje, a nawet figi już zroszone nadzieją spełnienia. Oczywiście nie mogła pozwolić, by tłum żądnych i niezaspokojonych Anonimek stał się konkurencją dla niej. Zawsze najlepiej czuła się w siodle i to grając jeśli nie solo, to choć pierwsze skrzypce. Pan Niepozorny przymierzał się chyba do kolejnej arii na cześć Pani-Ka, gdy ta ostatecznie zmiękła i porzuciła zrozpaczoną brakiem nadziei myśl o oporze.
Przez chwilę zastanawiała się, czy przekaz wzmocnić słowem niewybrednym, ale postanowiła zachować je na (publicznie obiecaną) chwilę do pionierskiego przeżycia we dwoje i poprzestała na uniesieniu ręki, jakby zgłaszała się do odpowiedzi w pierwszej z wielu życiowych szkół. Tłum umilkł czekając na słowa wiekopomne, niezapominalne, nasączone mądrością świata aż po brzegi naczynia, ale Pani-Ka nim zeskoczyła z piedestału wskazała palcem Niepokornego i lakonicznie podsumowała starania Niepozornego:
- Sprawdzam. Jeśli kłamiesz, bez znieczulenia oberwę ci uszy – A potem zwróciła rozgorączkowaną twarz do tłumu i krzyknęła – Wrócę! I opowiem wam wszystko! Chyba, że nie kłamie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz