niedziela, 5 kwietnia 2026

Repliki republiki.

 

    Chłód zamknięty za umytymi oknami obejmuje dwie szykowne sroki uczepione piorunochronów. Debatują nad niegodziwością ludzką, zagarniających całe ciepło na własność. Korony co bardziej pochopnych drzew zaczynają się zielenić. Krzewom idzie znacznie lepiej. Posiadacze wiedzeni wielosmyczami szarpani są sprzecznymi interesami parki/trójki/czwórki psów usiłują nadać jakikolwiek kurs rozgardiaszowi. Czasem się udaje, gdy przewaga masy znajduje się po stronie posiadacza, innym razem górę biorą tajemnice aromatyczne osiedla. Z drzewnych obrazów na balkonie pouwalniały się już murarki, które od zeszłego roku dorastały wewnątrz powierconych otworów, zaklejonych błotem przez ich matkę. Słoneczny poranek kusi niewypowiedzianą zachętą do spacerów. Kto wie, ale jeszcze nie teraz. Pokusom ulegać, to takie ludzkie...

piątek, 3 kwietnia 2026

Zręcznie i ręcznie dłonie na łonie, bo łapy są do łapania.

 

Kiedy noc zaczyna dzielić się z dniem światem, barwy stają się intensywniejsze, żywsze, pełne wilgoci i pulsu, który można usłyszeć tylko duszą. Jakiś ptak zawiesił się na pojedynczej nucie i powtarza ją bez początku, a jego pieśń z rzadka przerywa pohukiwanie i gruchanie gołębia ćwiczącego świeżutki wiersz miłosny, zanim odśpiewa jego oficjalną wersję wybrance. Ruda pani w czerni dysponuje narzędziami pozwalającymi słać wyznania bezgłośnie i odbierać wyrazy wzajemności równie dyskretnie.


Starzy dobrzy nieznajomi powoli zasiedlają wiatę przystankową. Na niektórych już łypie okiem reflektora autobus uwięziony na smyczy rozkładu parę kroków dalej. Nie mój, ale ja lubię „za wcześnie”, „za szybko”. Po co? Żeby się nie spieszyć, żeby się gapić i pozwolić uwieść jakiejś błahostce, której wcale być nie musi. Księżyc wygląda jak wielki naleśnik usmażony na zbyt dużej ilości oleju. Węszę, jednak bezskutecznie. Może ktoś już go okradł z aromatu. Na betonowej kostce leży czarna gumka do włosów. Wygląda jak pierwszy kamień postawiony w partii GO z nadzieją, że będzie zwycięskim debiutem.


Kobieta grzesząca obojętnością względem świata zewnętrznego, zamiast torebki, objuczona była białym pieskiem marki chyba-pekińczyk, z kitką między uszami. Może miał podkreślać różową czerwień paznokci nosicielki? Czy w ogóle możliwa jest różowa czerwień? Na przystanku drepcze pani z wiechciem żółtych tulipanów. Krokami odmierza czas i chyba usiłuje skłonić sekundy do pośpiechu, ale mój, to nie jej autobus, więc oddala się w przeszłość. Nie-do-końca-zorientowana-albo-złośliwa pani mija wiele pustych miejsc, by zadeklarować chęć przycupnięcia obok kobiety kierowcy, czym spycha ją na sąsiednie miejsce. Teraz to ona pełni rolę tej najpierwszej i jedynej, a kierowca, skonsternowany zerka w lusterko i taktycznie zachowuje milczenie, bo on-już-wie. Jest na straconej pozycji i od dalekosiężnej kobiecej broni uciec może jedynie w milczenie. Przeczekując złe czasy wydrapywał coś z pluszowego łba, wyprzedając to i owo na drodze, żeby jak najszybciej wymknąć się z objęć niezręcznej sytuacji.


Kwitnące mirabele oszałamiają zapachem, wobec którego stworzone ludzką ręką aromaty wydają się być najwyżej drugoligową podróbką. Jakiś Goliat wystrzyżony tak dokładnie, że jego czaszkę zamieszkiwały jedynie brwi i rzęsy pochylał się nad branką, być może pytając, czy pryszcze i piegi także udało się zgolić. Mijamy schłodzone porankiem pośladki w leginsach, skurczone o rozmiar czy dwa. Będą musiały poczekać, zanim pokażą pełnię swoich możliwości w południowym słońcu.


Na przystankach i w mijanych pojazdach MPK obsada skurczyła się znacznie, co zwiastuje święta lepiej, niż kwitnące rabaty kwiatowe, czy bociany słusznie ignorujące Miasto. Rozłożysty facet z rękami uwięzionymi w kieszeniach mających bezpośrednią łączność z elektrownią jądrową siedział z łokciami i kolanami rozłożonymi najszerzej jak się dało. Albo chciał się pochwalić stanem posiadania w przestrzeni międzyłokciowej/międzykolanowej, albo usiłował zająć więcej miejsca, niż zasługiwał.


Pani z papierowym kubkiem czegokolwiek masowała własne udo z czułością i z uśmiechem, najwyraźniej czerpiąc radochę z tej autoerotycznej pieszczoty. Zdecydowanie młodsza, siedząca za nią jeśli tryskała czymkolwiek, to na pewno nie uczuciami. Nie wiem co prawda, czy można tryskać obojętnością, ale jej się udało. Zerkam na szyldy i reklamy i wciąż nie potrafię się nadziwić, jak wiele z nich jest obcojęzycznych, a jak niewiele w języku tubylców. Mała, gówniana wysepka leżąca w niegościnnym klimacie poza kontynentem europejskim językowo zdominowała świat, zupełnie tak, jakby Bóg przysnął, albo z ciekawości pozwalał na tę zuchwałość, żeby zobaczyć dokąd zmierza.


    Wygnali wcześniej niż zwykle, więc wracam. Tablica V9 LEXUS – to wiadomo, dla tych, co nie są w stanie rozpoznać marki po nienagannej linii kadłuba, ale D0 WYDRA? Zagadka!


    Do autobusu wsiadła mamusia z pisklęciem w wózku. Wózek przycumowała w miejscu wskazanym i skorzystała z rozkładanego krzesełka, składając na nim może nie tyle członki, co miękkości damskiej proweniencji. Nieco pobladły błękit dżinsów błyskawicznie zaadaptował się do warunków lokalnych i przybrał kształt małej (wyłącznie z nazwy), greckiej literki omega (niewprawnym w klasycznym wykształceniu podpowiem kształt onej literki za pomocą symbolu – ω). Jak dla mnie, rzadko można zachwycać się tak doskonałym kształtem literki i aż chciałoby się stać się męską alfą i to wcale nie małą! Co prawda z greką mi nie po drodze i mogę być w błędzie, jednak estetycznie uważam się za sybarytę i piękno wykrywam bezbłędnie!

środa, 1 kwietnia 2026

Zagajnik zagaił zagadką.

 


Mgła cichutko napłynęła do Miasta, rozsiadła się matowiąc lustra, spływając wilgocią po szybach i ograniczając widoczność. Usiłowała flirtować z Rzeką, wtulała się w kamienne anioły zamieszkujące dachy w Dzielnicy Boga. Dziewczęta w spódniczkach splatały nogi, żeby nie wykradła im intymnego ciepła chowanego na lepsze czasy. Wraz z mgłą musiała przypłynąć magia, bo Miasto stało się nierealne, jak sny nastolatków. Wróble baraszkowały hałaśliwie i przepychały się w gnieździe zbudowanym w otworze po cegle wysoko poza zasięgiem kocich ciekawości. Zeszłoroczne trawy ostentacyjnie wyrosłe na gzymsie dachu, kołysane niewyczuwalnym wiatrem wypatrywały słońca. Sklepik z magią, zawsze zamknięty, kiedy przechodzę obok, wiecznie pełen jest drobiazgów z drewna, czy kamienia. Dziś przyglądał mi się spory kogut wyglądający na jak aztecki, czy meksykański Bóg-od-spraw-niezałatwionych-o-czasie. Zapewne jestem winien, ale nie wiem czemu.


    Wracając, na niezbyt ruchliwej ulicy dostrzegam kobietę w spodniach z rozpiętym rozporkiem i pępkiem o krok przed nią. Szła z facetem, wydawał się być niezrażony, a tym bardziej wolny od zazdrości, więc może to normalne na pustawych chodnikach?

wtorek, 31 marca 2026

Krety mieszkają na Krecie, a Cypr porastają cyprysy.


Ptaki powtykane w łyse jeszcze korony drzew śpiewały tak pięknie, że niemal spóźniłem się na autobus. Niebanalny powód spóźnienia rozbawił mnie na starcie w ten ponuro wyglądający dzień. Autobus przyjechał i sprawnie zabrał się na skracanie czasu podróży szanownej małżonce podziwiającej mężowskie wyczyny z fotela najbliżej kierowcy. A ten swawolił wyczynowo. Na pętli – no właśnie, warto ponownie wspomnieć rewolucyjną myśl twórczą, każącą zaprojektować „pętlę autobusowo-tramwajową” pomiędzy osiedlami. Dzięki inicjatywie projektanta i magistratu jadąc do centrum pętlę mam przystanek dalej niż wsiadam. O rozmachu inwestycji, którą wciąż się chwali magistrat świadczy również fakt, że jeden z trzech autobusów nie zmieścił się na bus-pasie i parę innych, równie intrygujących rozwiązań, jak choćby czterdziestometrowy pas drogowy na którym są wieczne korki, bo nie ma drogi, tylko ozdobniki – trawniki, krawężniki i tym podobne, kluczowe dla tego natężenia ruchu elementy pasa. I otóż! Wracając do kierowcy, ten, mając wyznaczone stanowisko wybiera inne, gdyż na właściwym stoi autobus poprzedzający go rozkładowo góra o minutę. Dlatego wybiera wolne stanowisko, żeby wyprzedzić zuchwalca, który się „wcisnął” i gnać hen w Polskę nie wąchając wydzielin z rury wydechowej. Wściekła jak osa kobieta musiała doganiać autobus narażając się na śmierć pod kołami poprzednika, żeby wsiąść, ale ostatecznie się udało.


    Rejestracja? D0 WINDY – ktoś nie lubi schodów...

poniedziałek, 30 marca 2026

Barbara gra baraż z grabarzem Barabaszem.

 

A kiedy dojechałem w pobliże dworca i autobus wjechał na jeden z najgorzej utrzymanych fragmentów jezdni w Mieście, siedząca przede mną kobieta postanowiła namalować sobie twarz. Może nie całą, ale oczy i rzęsy, korzystając z podręcznej (torebkowej) palety farb. Z uznaniem patrzyłem na kunszt niewieści. Pani niewątpliwie miała spore doświadczenie wynikające z wieku, ale jezdnia naprawdę się starała, by zadrżała jej rączka. I tylko żal, że efektu nie zobaczyłem, bo wysiadała jakoś tak, że mogłem obserwować wyłącznie zaplecze, a o frontowej elewacji musiałem zapomnieć.


Radiowa prognoza pogody nadszarpnęła nieco moją wyobraźnię i poczucie geografii: Deszcze możliwe na linii Kraków-Kielce-Warszawa. Nijak nie potrafię wyobrazić sobie tej linii.

sobota, 28 marca 2026

Franek ma franka dla francy z Francji.

 

    Pierwsze fiołki strzegą furtki osiedlowej. W osłoniętych od wiatru zakamarkach pojawiają się mniszkowe słoneczka. Czekając na przychylność świateł dziewczyna wspina się na palce, by na chłopięcych ustach odcisnąć żarliwe uczucia. Może słowa, których należy słuchać duszą? Miło gdy człowiek nosi w sobie podobne wrażenia, bo warto doświadczyć. W przejściu podziemnych debatuje nad losem osiem szczurów. Nie są specjalnie duże, ale ludzi jakoś specjalnie się nie boją. Uciekają, choć bardziej przypomina to zabawę w berka niż paniczną ucieczkę. Zerkam do wnętrza knajpki czekając na transport. Widać wyraźną dysproporcję – trzynaście kobiet i tylko dwóch facetów. Na dodatek panie siedzą stadami, a panowie samotnie. Co za czasy.

Ekstrakt o zbyt krótkich nóżkach.

 

    Stanął przed lustrem i z wyraźnym zadowoleniem podziwiał nowe, siedmiomilowe buty; były naprawdę piękne. A kiedy w końcu zdecydował się wykonać pierwszy krok, buty rozszarpały jego ciało w kroku na dwa błyskawicznie dogorywające fragmenty, leżące ładne parę kilometrów od siebie.

piątek, 27 marca 2026

Deszcze i dreszcze, leszcze i kleszcze, co jeszcze?

 

Filoz z Fuksikiem i Jazz z Megan – gang graficiarzy spadł nocą na osiedle jak wygłodniałą wataha i przyozdobił „Biedronkę” spersonalizowaną reklamą. Może dziełem sztuki, choć Banksy to to nie jest.


Jadę, a po jednej stronie asfaltu słońce rozpycha się po firmamencie, z drugiej gromadzą się granatowe chmury tak gęste, że to już nie chmury, a granatowy pas. Fronty walczą o sprawdzalność prognoz. Sięgam do kabury, żeby sprawdzić, czy parasol tkwi w pochwie plecaka, jak nie przymierzając maczeta. Jest. Przezorny zawsze upośledzony. Będzie co dźwigać. Kobieta kierowcy ma irytujący zwyczaj strojenia się przed wysiadaniem (konkretniej buziakiem i wysiadaniem). W tym celu zarzuca na siebie wielką chustę, a jeśli ktoś miał pecha usiąść za nią, to smaga go tą chustą bez litości, a co gorsze bez zauważenia.


Na przystanku piękna pani pociąga coś z papierowego kubka, obok brzydki pan pociąga z blaszanki. Panu chyba wystarczyło wyłącznie na paliwo, bo w tramwaju dopadają go głodne od brzasku stada kanarów i kończy się formułką recytowaną przez kanarzycę na jednym oddechu, z konkluzją: dwieście pięćdziesiąt - jeśli dobrze usłyszałem wyrok. Podziwiam ciepłe, żółte sopelki na leszczynie, które sprawiają, że drzewko zdaje się być miękkie. Zakonnice mają zmianę turnusy, jedne wracają, inne dopiero wychodzą służyć Bogu i ludziom (kolejność przypadkowa, przynajmniej dla mnie). Ostrym kłusem maszeruje też Emerytowany Dżokej. Zaczerwieniona twarz, ręce głęboko w kieszeniach, znak, że zmarzł i ogrzewa się jak tylko może, sięgając ku czynnej, prywatnej elektrowni jądrowej. Wreszcie Nóżka, zlokalizowany w czasie i przestrzeni tam, gdzie powinien, czyli pomiędzy salonami sukien ślubnych. Cudownie!


Przypominam sobie wczorajsze popołudnie, kiedy idąc przez osiedle natknąłem się na paniusię ze swoim ukochanym pupilem, którego wyczesywała pracowicie obok jednej z niewielu ławek. A pewnie! Pupilek jej, ale kudły, to lepiej wyczesać na osiedlu, żeby w domu nie było trzeba sprzątać. Po raz kolejny cudze kaprysy stają się moim drobnym, ale jednak nieszczęściem. Kołtuny wiatr roznosi wszędzie, a paniusia ani myśli wyrzucić ich choćby do kubełka, który stoi pół kroku za jej zadem.


Za to wiadomości radiowe nastrajają mnie optymizmem. Jak donosił przejęty redaktor – Krajowa Administracja Skarbowa UDERZYŁA w Wielkopolsce i ZLIKWIDOWAŁA gniazdo szerszeni… znaczy gniazdo nielegalnego hazardu. Duma tak mnie rozpiera od wewnątrz, aż mi brzuszek wydęło i przepuklina pępkowa staje się niemal niezbędna. Bo gdy tak sobie dumam, że wróg przebrzydły miałby nas zaatakować cyrylicą (jakby już nie zaatakowała i skolonizowała), to ta armia urzędników runie na wraże zastępy i z całą mocą UDERZY, nie wykazując cienia empatii, czy litości, lecz ZLIKWIDUJE, choćby nie-wiem-co! Od dziś innym wzrokiem patrzył będę na Biurwy wszelakie!

czwartek, 26 marca 2026

Kościelny z Kościeliska kości ścieli dla liska.

 

Kobiety splatają nogi na przystankach, podkreślając mimochodem chłód poranka. Gang przydworcowych kloszardów w doskonałych humorach wzmocnionych okowitą wymienia między sobą uwagi w obłokach rubasznego śmiechu. Jakaś wrona spaceruje po zmarzniętej trawie na sztywnych łapkach, a mewę lecącą do hotelu podmuchy wiatru usiłują wyprowadzić z równowagi. Niebo pomarszczone, zanurzone w geometrię pełną równoległości i powtarzalności trzyma słońce z daleka od Ziemi.


    Dzień wypełniły mi dziewczęta, które trudno podejrzewać o życiowe doświadczenie. Najpierw szczuplutka dziewczyna chyba urwała się z kreskówki, bo usiłuje dogonić tramwaj, tańcząc w biegu. Od bioder w górę ciało jest doskonale stabilne i nieruchome, a dół powiela rytm kroków z taką gracją, jakby to nie był wyścig, a zawody na elegancję. Kolejna, o piersiach wyglądających na niewielkie opuchlizny przeciągała się ze splecionymi nad głową rękami, wypychając pupę możliwie daleko wstecz, a jeśli ktoś był zawstydzony widowiskiem, to na pewno nie ona.


    Na koniec do tramwaju wpadło dwóch młodzianków świętych, uśmiechniętych jakby szczęśliwość ogólna pluła im na głowę bez ustanku. Obaj dźwigali siaty pełne puszek piwa i nie wszystkie miały zawleczki nienaruszone. Ba! W trakcie jazdy przeliczali, czy to, co wiozą WYSTARCZY! Czwartek, to naprawdę niezwykle młodziutki weekend.


    PS. Osiedlowe żywopłoty ostrzyżone lepiej niż Ziemowit po postrzyżynach, a całe zastępy zielono odzianych niewiast kontempluje efekty pracy własnej, w nieodzownym jazgocie dokurzacza – to taki odkurzacz, który zamiast zasysać – dyszy, przepychając masę tam, gdzie wzroku nie kala.

Neo Noe.

 

    Noe uwielbiał mięso i nowe smaki, nic więc dziwnego, że spróbował nawet takich rarytasów, które prawnie były zakazane. Utył, ale kto by powstrzymał się od tej słabości, za to, kiedy przyszedł potop, tłuszcz trzymał go na wierzchu. Istna arka, szkoda że trzoda nie przetrwała.