Mgła cichutko napłynęła do Miasta, rozsiadła się matowiąc lustra, spływając wilgocią po szybach i ograniczając widoczność. Usiłowała flirtować z Rzeką, wtulała się w kamienne anioły zamieszkujące dachy w Dzielnicy Boga. Dziewczęta w spódniczkach splatały nogi, żeby nie wykradła im intymnego ciepła chowanego na lepsze czasy. Wraz z mgłą musiała przypłynąć magia, bo Miasto stało się nierealne, jak sny nastolatków. Wróble baraszkowały hałaśliwie i przepychały się w gnieździe zbudowanym w otworze po cegle wysoko poza zasięgiem kocich ciekawości. Zeszłoroczne trawy ostentacyjnie wyrosłe na gzymsie dachu, kołysane niewyczuwalnym wiatrem wypatrywały słońca. Sklepik z magią, zawsze zamknięty, kiedy przechodzę obok, wiecznie pełen jest drobiazgów z drewna, czy kamienia. Dziś przyglądał mi się spory kogut wyglądający na jak aztecki, czy meksykański Bóg-od-spraw-niezałatwionych-o-czasie. Zapewne jestem winien, ale nie wiem czemu.
Wracając, na niezbyt ruchliwej ulicy dostrzegam kobietę w spodniach z rozpiętym rozporkiem i pępkiem o krok przed nią. Szła z facetem, wydawał się być niezrażony, a tym bardziej wolny od zazdrości, więc może to normalne na pustawych chodnikach?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz