Kiedy noc zaczyna dzielić się z dniem światem, barwy stają się intensywniejsze, żywsze, pełne wilgoci i pulsu, który można usłyszeć tylko duszą. Jakiś ptak zawiesił się na pojedynczej nucie i powtarza ją bez początku, a jego pieśń z rzadka przerywa pohukiwanie i gruchanie gołębia ćwiczącego świeżutki wiersz miłosny, zanim odśpiewa jego oficjalną wersję wybrance. Ruda pani w czerni dysponuje narzędziami pozwalającymi słać wyznania bezgłośnie i odbierać wyrazy wzajemności równie dyskretnie.
Starzy dobrzy nieznajomi powoli zasiedlają wiatę przystankową. Na niektórych już łypie okiem reflektora autobus uwięziony na smyczy rozkładu parę kroków dalej. Nie mój, ale ja lubię „za wcześnie”, „za szybko”. Po co? Żeby się nie spieszyć, żeby się gapić i pozwolić uwieść jakiejś błahostce, której wcale być nie musi. Księżyc wygląda jak wielki naleśnik usmażony na zbyt dużej ilości oleju. Węszę, jednak bezskutecznie. Może ktoś już go okradł z aromatu. Na betonowej kostce leży czarna gumka do włosów. Wygląda jak pierwszy kamień postawiony w partii GO z nadzieją, że będzie zwycięskim debiutem.
Kobieta grzesząca obojętnością względem świata zewnętrznego, zamiast torebki, objuczona była białym pieskiem marki chyba-pekińczyk, z kitką między uszami. Może miał podkreślać różową czerwień paznokci nosicielki? Czy w ogóle możliwa jest różowa czerwień? Na przystanku drepcze pani z wiechciem żółtych tulipanów. Krokami odmierza czas i chyba usiłuje skłonić sekundy do pośpiechu, ale mój, to nie jej autobus, więc oddala się w przeszłość. Nie-do-końca-zorientowana-albo-złośliwa pani mija wiele pustych miejsc, by zadeklarować chęć przycupnięcia obok kobiety kierowcy, czym spycha ją na sąsiednie miejsce. Teraz to ona pełni rolę tej najpierwszej i jedynej, a kierowca, skonsternowany zerka w lusterko i taktycznie zachowuje milczenie, bo on-już-wie. Jest na straconej pozycji i od dalekosiężnej kobiecej broni uciec może jedynie w milczenie. Przeczekując złe czasy wydrapywał coś z pluszowego łba, wyprzedając to i owo na drodze, żeby jak najszybciej wymknąć się z objęć niezręcznej sytuacji.
Kwitnące mirabele oszałamiają zapachem, wobec którego stworzone ludzką ręką aromaty wydają się być najwyżej drugoligową podróbką. Jakiś Goliat wystrzyżony tak dokładnie, że jego czaszkę zamieszkiwały jedynie brwi i rzęsy pochylał się nad branką, być może pytając, czy pryszcze i piegi także udało się zgolić. Mijamy schłodzone porankiem pośladki w leginsach, skurczone o rozmiar czy dwa. Będą musiały poczekać, zanim pokażą pełnię swoich możliwości w południowym słońcu.
Na przystankach i w mijanych pojazdach MPK obsada skurczyła się znacznie, co zwiastuje święta lepiej, niż kwitnące rabaty kwiatowe, czy bociany słusznie ignorujące Miasto. Rozłożysty facet z rękami uwięzionymi w kieszeniach mających bezpośrednią łączność z elektrownią jądrową siedział z łokciami i kolanami rozłożonymi najszerzej jak się dało. Albo chciał się pochwalić stanem posiadania w przestrzeni międzyłokciowej/międzykolanowej, albo usiłował zająć więcej miejsca, niż zasługiwał.
Pani z papierowym kubkiem czegokolwiek masowała własne udo z czułością i z uśmiechem, najwyraźniej czerpiąc radochę z tej autoerotycznej pieszczoty. Zdecydowanie młodsza, siedząca za nią jeśli tryskała czymkolwiek, to na pewno nie uczuciami. Nie wiem co prawda, czy można tryskać obojętnością, ale jej się udało. Zerkam na szyldy i reklamy i wciąż nie potrafię się nadziwić, jak wiele z nich jest obcojęzycznych, a jak niewiele w języku tubylców. Mała, gówniana wysepka leżąca w niegościnnym klimacie poza kontynentem europejskim językowo zdominowała świat, zupełnie tak, jakby Bóg przysnął, albo z ciekawości pozwalał na tę zuchwałość, żeby zobaczyć dokąd zmierza.
Wygnali wcześniej niż zwykle, więc wracam. Tablica V9 LEXUS – to wiadomo, dla tych, co nie są w stanie rozpoznać marki po nienagannej linii kadłuba, ale D0 WYDRA? Zagadka!
Do autobusu wsiadła mamusia z pisklęciem w wózku. Wózek przycumowała w miejscu wskazanym i skorzystała z rozkładanego krzesełka, składając na nim może nie tyle członki, co miękkości damskiej proweniencji. Nieco pobladły błękit dżinsów błyskawicznie zaadaptował się do warunków lokalnych i przybrał kształt małej (wyłącznie z nazwy), greckiej literki omega (niewprawnym w klasycznym wykształceniu podpowiem kształt onej literki za pomocą symbolu – ω). Jak dla mnie, rzadko można zachwycać się tak doskonałym kształtem literki i aż chciałoby się stać się męską alfą i to wcale nie małą! Co prawda z greką mi nie po drodze i mogę być w błędzie, jednak estetycznie uważam się za sybarytę i piękno wykrywam bezbłędnie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz