wtorek, 7 stycznia 2025

Fan.

 

    Uśmiech miał pełnokrwisty, jakby dopiero co wygryzł komuś wątrobę, nie kłopocząc się wcześniejszym uśmierceniem ofiary. Bezpośredni, to słowo zbyt małe na określenie rozmiaru człowieczeństwa, jednak słowa „ekstrawagancki” lepiej było przy nim nie używać. Miał zwyczaj irytować się ilekroć podejrzewał kpinę z własnej osoby, a słowa obce (dla siebie) traktował jak szyfr, który rozwiązywał przerzucając je z lewej do prawej półkuli mózgu, w oczekiwaniu aż zaczepią cień zrozumienia. Przy drobnym pechu piewca językowych pereł tracił perłową stabilność uzębienia, względnie podlegał niezapowiedzianej katastrofie jądrowej. Zdecydowanie lepiej znosił słowa krótkie, zdecydowane, niczym komendy na musztrze. Zwykł precyzować wszelkie uczucia gardłowym: Qrwa!, a liczba wysłowionych wykrzykników stanowiła o poziomie emocji.


    Szczęśliwie, teraz się uśmiechał, jednak kobra także się uśmiecha przed atakiem, zaszczycając przeciwnika demonstracją nienagannego uzębienia. I to uśmiechał się do mnie, jakbym miał się stać wykałaczką, którą spomiędzy rozsuniętych jedynek wydłubie sobie coś, co mu zostało po wcześniejszym posiłku.


    - Cze! Ziomuś!


    - Cze – wydukałem, ale na zwrotnego Ziomusia odwagi mi już brakło.


    - Bo widzisz Qrwa – monologował niewzruszenie – sam widzisz!


    - Nooo – elokwencja przyczaiła się głęboko we mnie, schodząc z domniemanej trajektorii kończyn górnych i dolnych, nie zapominając o rozpoznawczo-zaczepnej inauguracji zwarcia czołowego. - Ale, że co?


    Ziomuś kleił właśnie ciąg dalszy zdania, które nijak nie chciało stać się złożonym, chyba, że złożenie miałoby się zawrzeć w trzech słowach (plus przewidywalny, konieczny interwał emocjonalny). A może analizował moją wypowiedź? Zastanawiałem się (być może post factum, albo zgoła post mortem), czy nie przesadziłem ze słowotokiem, kiedy jego twarz się rozjaśniła, jakby właśnie sezam zaakceptował hasło i otworzył się szerzej, niż hojnie opłacone uda.


    - Bo jak te łajzy grają (dla stonowania pominę wątki emocjonalne dialogu, jeśli komuś jednak ich zabraknie, może na własną odpowiedzialność wstawić dowolną liczbę w równie dowolne miejsce zdania, albo nawet, jako samodzielne zdanie, jeśli taką wartość uzna za stosowną)


    - Noooo – tym razem powstrzymałem słowotok, żeby nie skazywać mojego interlokutora do ekstremalnych wysiłków umysłowych.


    - Spadną łajzy, jak nic!


    - Noooo – sprawdzone w boju, czy raczej w braku boju, wyrazy szanowałem za ich czytelność, dlatego nie zamierzałem się z nimi rozstawać. W tamtym momencie byłem zdania, że słowniki należy wzbogacić o takie noooo, jako reakcję obronną wszech czasów. Ostatnią deskę ratunku.


    Ziomuś kontynuował analizę zespołu, zaangażowanie trenerskie, sponsorskie, kibicowskie, a nawet policyjne i polityczne. Czekałem tylko, aż zaangażuje boski majestat do osiągnięcia wyniku drużyny, pozwalającego jej zrzucić epitet „łajzy” i niezliczone tony ładunków emocjonalnych, jakimi zostali obdarzeni dotychczas. Na koniec wykładu Ziomuś klepnął mnie w ramię (obojczyk, łopatka i trzy żebra maiły ową pieszczotę pamiętać przez kolejne dziewięć i pół tygodnia), zapalił wonnego papieroska, podrapał mózg alternatywny, zlokalizowany dla niepoznaki między udami i na pożegnanie rzucił.


    - Nooo! Ziomuś! Fajnie się gadało! To jak? Wbijasz na meczyk?

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Pluton opluty na Plutonie.

 

    Od dwóch lat zachwycam się młodym życiem drzewa, rosnącego na drobnym trawniku, w otulinie samochodowej opony. Latem ma ogromne liście, mimo wzrostu mniejszego ode mnie. Przypadkiem dowiedziałem się, że to paulownia – sztucznie wyprodukowane drzewo tlenowe nazwane (oczywiście) z angielska oxytree.


    Mamusie czujnie wykorzystują przerwy w opadach i wietrzą maluszki na huśtawkach, albo zjeżdżalniach. Nie ma co oszczędzać spodenek, czy kurtek, bo zanim się zniszczą, dziecko i tak wyrośnie. Słońce pracowicie przedziera się przez skołtunione chmury, czasami oślepiając, innym razem przydając pejzażowi głębi. Ktoś kaszle za ścianą, ktoś kręci się po kuchni. Gołębie spacerują dostojnie, korzystając z mniejszego niż zwykle natężenia ruchu. Na balkonach czają się już niepotrzebne drzewka, spod których znikły prezenty i radość z rodzinnego spotkania.

niedziela, 5 stycznia 2025

Spuścizna rodowa.

 

    Siadłem na zadzie, bo inaczej nie potrafię i zacząłem dumać. Może niezbyt konkretnie, bo dumałem już wcześniej, jednak teraz, mając stabilny punkt podparcia dumałem bardziej. Więcej. Doskonalej. Albo jedynie swobodniej. Szanowna rodzina zgłosiła postulat, abym rozpoczął realizację podstawowych zadań przewidzianych dla typowego mężczyzny. To taka zawoalowana aluzja, że niby jestem normalny i mieszczę się w widełkach, poza którymi muszą się zmieścić inni – nienormatywni. No, duma i tyle. Podejrzewam, że z racji krwi rodzina nieco nagięła fakty, albo nielegalnie nagięła tę, czy tamtą flankę granicy, jednak odwzajemnić się zamierzam absolutnym brakiem niestosownej wiedzy na ten temat, choćby mnie przesłuchiwał sam generał policji, straży granicznej, czy innej instytucji pro, ultra, czy zgoła anty.


    Po pierwsze… dom. Nie wiedzieć czemu kazali zacząć od najtrudniejszego. Wolałbym zacząć od wyczynów prokreacyjnych, a domem zająć się w późniejszym okresie, jednak rodzina była niewzruszona, mamrocząc bez końca dom i dom. Rzygać się już chciało, szczególnie, że dom w którym pomieszkiwałem, gdy nie oddaliłem się samowolnie tu i ówdzie był mi wystarczającym. Duży, solidny – tatusiowi garb wyrósł, żylaki i odciski, których żaden podolog nie podejmie się usunąć. I ja miałbym powielać ów szablon? Logika cierpi, gdyż dom tatuś budował z takim zapałem i rozmachem, że do dziś połowa pomieszczeń jest niezagospodarowana. Lepiej o tym nie wspominać, gdyż pokoje częściowo przynależą do nieobecnych. Ciocia wyemigrowała w ciepłe kraje służyć urodą szejkom naftowym, wujek z karabinem krzewi kulturę Mcdonaldowską w coraz to odleglejszych stronach. Dziadek oszalał po śmierci babci i spędza noce na dworcu kolejowym, sądząc, że babcia wróci lada chwila. Mógłbym spokojnie w tatusiowej budowli spokojnie zamieszkać z małym, bezpruderyjnym haremem, a jeszcze dla siostrzyczki znalazłoby się wystarczająco przestrzeni by mogła uprawiać nielegalne zioła i legalne trucizny pochodzenia doniczkowego.


    Drugi brat mamy, kiedy nas z rzadka odwiedza, krąży po domu aktualizując topografię pomieszczeń, bez której woli nie przemieszczać się nawet do toalety, a kondygnacje podziemne na wszelki wypadek omija z szacunkiem i obawą. Zresztą, nie tylko on. Podczas jakiejś rodzinnej uroczystości ktoś stwierdził, że w piwnicach już dawno mogło rozwinąć się życie tajemne, potrafiące rzucić nowe światło na czerwoną księgę gatunków zagrożonych, a może i na atlas dinozaurów. Tatuś tylko prychnął ochlapując biust mamy sałatką warzywną nasiąkniętą zacną gorzałeczką, ale tematu nie podjął skarcony jej wzrokiem. Od tamtej pory jednak, temat piwnic stał się rodzinnym tabu. Babcia, dopóki trwała z nami, żegnała się na sam dźwięk słowa piwnica, mama mocniej chwytała ścierkę kuchenną, a tatuś dostawał czkawki.


    Po co mi dom przy takich warunkach lokalowych? Chyba tylko po to, by śmiertelnie nadwyrężyć kieszeń i kręgosłup. Dom ważny jest na stare lata, kiedy człowiekowi już się szwendaczek przestanie włączać i ciekawość świata zgaśnie na stosie cynizmu. Za młodu, gdy ideały, romantyzm tego co za horyzontem, poza zasięgiem portfela… bierze górę. Jest jeszcze testosteron. Za młodu najważniejszy, ignorujący materię nieożywioną, wiodący ku spełnieniu i boleśnie trzymający za jaja. „Tu i teraz. Nieraz.” To hasło gnieżdżące się w rozporku, gdy ma się lat naście. Po co komu skorupę budować i dźwigać ten ciężar, jak jakiemuś ślimakowi...


    - Drzewo! – siostra usłużnie podrzuca pomysł na roboty fizyczne mniej wspólnego mające z budowlanką – Posadź drzewo. Choćby dziś. Najlepiej z nasienia, żeby nie iść na łatwiznę. Jak chcesz, przygotujemy grunt. Nawóz zdobędziemy ekologicznie czysty…


    - Znaczy śmierdzący? – przerwałem jej ponuro, przewidując ku czemu zmierza – Jeszcze w gównie mam się grzebać tak?


    - Nooo… - Siostra zapowietrzyła się, ale, żebym nie wypadł z torów spełnienia herkulesowych wręcz wyzwań, zgadza się na butelkowany nawóz, ziemię z precyzyjnie ustalonym pH i proponuje wieczór z „bożolenowo”, Wielkim Atlasem Drzew Świata (w tym pięćset gatunków endemicznych, ze dwieście sześć tysięcy wymarłych, oraz trzydzieści dwa opracowane w laboratoriach genetycznych w przeciągu ostatnich trzech lat. Wiedziona zielonymi ideałami błyskawicznie proponuje gatunek, a kiedy mówi, na jej policzki wypełza rumieniec, a wargi stają się pulchniejsze, zupełnie, jakby wykryła w strefie bikini niezapowiedzianego członka – Paulownia… Oxytree...


    - I to niby ja mam posadzić, tak nowocześnie? A gdzie tradycja – besztam ją brutalnie i widzę, jak członek wycofuje się ze wszystkich stref intymnych – A klon zwyczajny, to pies? Lipka woniejąca, czy chociażby jarzębina czerwona…


    - Dobra na nalewkę – mlaszcze przez bezzębne zębodoły dziadziuś, którego klawiatura odmięka w szklaneczce po nocy na dworcowej ławce przy kawie z automatu – tylko nieco cierpka i cukru trza więcej dać.


    - I skąd niby mam wziąć nasienie? - burczę nieco zawstydzony swoim szturmem na członka zaplątanego w siostrzane szmatki – do Hiszpanii mam jechać i wykraść im patent?


    - Hiszpania dobra – wzdycha tatuś, który w co bardziej rozrywkowe wieczory nakrapiane dziadziusiowymi specjałami pozwala sobie koło północy na niedyskrecje z czasów młodości i kruczoczarne włosy dopiero co uwolnione od ciężaru korony, pod którymi kryły się piersi niewinne, by nie zmarznąć od słonego wiatru zniekształcającego dźwięk kastanietów podchmielonych „Malagą”. Splecione z księżniczką gorące sny pośród zagubionych plaż, szaleństwa zamkowych bali, a jeśli mamusia nie słucha, to i pikantniejsze szczegóły, drżącą dłonią wydobyte spod kreacji, nim zmęczenie uśpiło emocje.


    - Niech będzie lipka – zgodziła się mamusia, mająca najwyraźniej swoje tajemnice, ujawniające się delikatną mgiełką w oczach, jednak broń Boże rzewnym monologiem – takie swojskie, wiejskie zgoła, to dobry wybór syneczku.


    Nie pytałem. Czułem się pokonany miękkością jej słów, więc pewnie i ona mogłaby ubarwić wieczór opowieścią panieńską, zawstydzając tych, którym się wydawało, że mama niczym żona Boga płodzi potomków w sposób bezkontaktowy. Przegrywając negocjacje mogłem się spodziewać najgorszego, jednak rodzina, to rodzina i w chwili wyzwania stanęli za mną murem. Siostra otrząsnęła się z niewysławialnych myśli i wespół z rodzicielką wertowała internet szukając lipki godnej zasadzenia nieopodal domostwa, ojciec z dziadziusiem (w towarzystwie dorodnej, nastoletniej naleweczki) studiowali geodezyjne plany, aby z rodzinnych włości wykroić siedlisko dla pierworodnego syna…


    I ja… Uwolniony chwilowo z jarzma budowlanego, czekający na botaniczne wyczyny…. nie mogłem pozostać obojętnym na wszechstronne wsparcie. Taktownie oddaliłem się, aby swobodnie oddać się realizacji tej części obowiązku, którą wzgardziła rodzina. Brzemię odpowiedzialności ciążyło mi tak, że szedłem krokiem marynarza, pilnując, by energia jądrowa nie osiągnęła masy krytycznej. Na odchodne tatuś wsunął mi w kieszeń trochę grosza, żebym mu wstydu nie przyniósł, mama świecę, żebym szukał odpowiedzialnie, a siostrunia dyskretnie przesłała mi listę kontaktów do co rozsądniejszych koleżanek z roku. Byłem gotów? Nie wypada zawieść rodziny!

Pusta kapusta na zapusty.

 

    Zaskomlał w ciemnościach zapodziany pociąg donikąd. Psy ledwie uniosły głowy zajęte tym, czym psy są zajęte, kiedy wreszcie nikt nie strofuje ich, że nie wolno tego robić na dywanie, czy w łóżku. Wiatr zagonił rzadki śnieg pod ściany i krawężniki. Nie było nadziei, że skryje brud. Skostniałe żywopłoty wyglądają dostojniej, osiwiałe, sztywne i nieprzysiadalne. Nawet ptaki wybierają raczej dachy w najbliższym otoczeniu dławiących się od dymu kominów. Kto nie musi, nie wyściubia nosa z ogrzewanych przestrzeni, więc, żeby spotkać życie należałoby przejść jakąś jezdnię. Zgodnie z prawem Murphy’ego wtedy właśnie nadjechałby jedyny samochód startujący z osiedla w niezbadaną przyszłość.

sobota, 4 stycznia 2025

Kuszenie.

 

    Znasz panią Trudi? Z domu Canavan. Jej przykład może ciut śmieszyć, ale doskonale oddaje współczesny sposób działań twórczych. Młoda dziewczyna ze skandynawskim pochodzeniem wyspecjalizowała się w pisaniu trylogii fantasy. Tak! Nie serii książek, jak pan Pratchett z nieśmiertelnym „Światem Dysku”, rozrastającym się do końca życia autora, nie pojedynczych dzieł, trzymających się jedynie gatunku, jak wielu twórców. Ona siadając do pisania z góry wiedziała, że będzie to trylogia, po 600-700 stron na każdy tom. Wydawcy jej uwierzyli i zaczynali sprzedaż kolejnych trylogii już w chwili ukończenie pierwszego tomu. A dziewczyna pisała kolejny, nim pierwszy został zaczytany na śmierć.


    Twórcy filmów stosują podobną technikę. Tworzą seriale, zamiast poświęcać oryginalny pomysł, czy doskonale zarysowane sylwetki bohaterów na dzieło jednostkowe. „Dokrętki”, choć możliwe i wyczekiwane, to jednak nie to samo. Dzieło podzielone na sezony i epizody, z których każdy mógłby stanowić scenariusz pełnometrażowego filmu przedstawia drobny fragment multiwersum bohatera, w tle prowadząc kilka wątków pobocznych, dyskretnie wplecionych w epizod.


    Kłopot sprawia pozyskanie oryginalnego scenariusza. Czegoś, czego dotąd świat nie widział. Powielanie w nieskończoność dowolnego dramatu szybko znudzi człowieka nawykłego do przeżyć ekstremalnych. Serial „zużywa” mnóstwo pomysłów. Nie dość, że je zużywa, to błyskawicznie obnaża szerokość percepcji twórcy. Widz natychmiast wyłapie banały, powtórzenia, pomysły, czy dialogi wykorzystane już wcześniej. A przecież każdy z twórców jest ograniczony. Ma skończony potencjał, zamknięty w sztampie wychowania. Przesiąknięty otoczeniem i religią, w jakiej dojrzewał będzie miał kłopot z ideami z odległych stron. Nie wymyśli nic, czego nie zdołał doświadczyć, albo wyobrazić sobie, choćby władał słowem z wprawą wirtuoza.


    Piszę seriale. Na zamówienie Standardowy sezon z dziesięciu, dwunastu epizodów zajmuje mi nie więcej jak miesiąc. Znają mnie producenci i aktorzy. Wszyscy wiedzą, że gwarantuję oryginalność. Na moich dialogach można polegać, zdarzenia, równie często subtelne, jak i wyrafinowane pcham w każdy epizod z wymaganą gęstością. Wiadomo – twist jest niezbędny, żeby zatrzymać widza przed monitorem. A gdyby tak trzy twisty? Pięć? A każdy podnoszący ciśnienie, budujący wieżę emocji wyższą, niż Burj Khalifa. Cenię się, ale w zamian oferuję czyste złoto. Niczym Bóg wkraczam na pionierskie ścieżki i rozdziewiczam każde możliwe tabu. Często mówią, że pokręcony jestem bardziej, niż wszechświat, że nie znam umiaru, a najprawdopodobniej jestem psychopatą. Wzruszam ramionami i sprawdzam stan rachunków bankowych. Mogę być, kim zechcę, skoro za to płacą.


    Pytałaś, skąd biorę pomysły. Wszyscy mnie o to pytają, bo każdy kolejny serial nieodmiennie zaskakuje oryginalnością i świeżością. A przecież nikt nie potrafi bez końca wkraczać na nowe terytoria. Jak mi się udaje? Przecież znasz odpowiedź. Znasz, tylko ją wypierasz. Jest zbyt brudna, zbyt przesiąknięta pogardą społeczną, choć nikt nie jest wolny od wad. Kradnę. Po prostu. Poświęcam mnóstwo czasu i czytam niemal wszystko, co mi wpadnie w oko. Poezję nastolatek ogarniętych pożogą nieudanej pierwszej miłości, chłopców marzących marzenia zbyt ponure, by się nimi pochwalić oficjalnie. Opowiadania i powieści początkujących. Zewsząd spływają pomysły. Lepsze, czy gorsze, ale spływają. Wystarczy przesiać, wybrać spośród nich co odważniejsze, lekko oszlifować i po krzyku.


    Mam twardy dysk pełen tych pomysłów. Gotowe scenariusze, drobne wątki, fragmenty dialogów… Posortowane, żeby było łatwiej odnaleźć je w zbiorach. Wykorzystane trzymam w osobnych folderach, nie pozwalając im na powtórne przyjście na świat. Ot, i cała tajemnica… Że podły jestem? Mało kto odnosi sukcesy nie paprząc sobie rąk i sumienia. Ty niby taka czysta? Schludna? Wolna od przywar? Ej! Nawet nie wiesz, jak bardzo bym tego chciał. Byłabyś doskonałą postacią do kolejnej serii. Niepokalana. Święta, stąpająca pośród brudu, który z szacunkiem rozstępuje się przed nią. A może wolałabyś ją zagrać? Doświadczenie w tym konkretnym przypadku byłoby niepożądane. Chcesz? Umówię nas. Trochę nakłamię, ale to dla mnie rutyna. Nieco uwalamy się gównem we dwoje, ale zostaniesz gwiazdą. I wreszcie naprawdę będzie cię stać na ideały.

piątek, 3 stycznia 2025

Nieprecyzyjny ekstrakt.

 

    Jestem pełen ambiwalentnych uczuć, gdy zniewala mnie przyciągający wzrok goły tyłek. Zanim dojdę do porozumienia z arytmią oddechu i galopującym tętnem, właścicielka znienacka oburącz rozchyla pośladki, ukazując barwny sznureczek stringów, by mnie ukarać brutalną prawdą – tyłek nie był nagim!

Kosmyk kosmatego kosa odfrunął w kosmos.

 

    Starsza pani z miejsca obudziła moją do niej niechęć. Pani zajęła własnym ego i tobołami cztery siedzenia i mamrocząc coś pełnymi wargami zniechęcała pasażerów do próby przechwycenia miejsca siedzącego. Melancholijny Karampuk smutniejszy niż zwykle i z podkrążonymi oczami najwyraźniej nie przespał ostatniej nocy, jak się później miało okazać – nie był w tym osamotniony. Roztargniona zmęczeniem wsiadła do nie swojego tramwaju i wyszła drugimi drzwiami, szczęściem na tym samym przystanku. Na dziesięć kobiet w tramwaju, dziewięć odzianych jest w nieśmiertelną czerń tak doskonale, że różnią się tylko skromnymi dodatkami – jedna torebką inna czapką z pomponem, albo butami. Dziesiąta w martwych kolorach nie wygląda na kolorowego motyla.


    W moim Mieście prawie wszystkie (ponad setka) mosty są zabytkowe. Pewnie dlatego zaczynam się śmiać, kiedy w głowie układam zdanie:

    Na jednym z zabytkowych mostów ktoś grał staccato na trąbce kolędy dla egzotycznych turystów zwiedzających Dzielnicę Boga”.


    Na przystanku szczerbaty amant wdzięczył się szerokim uśmiechem do pulchnej księżniczki, roześmianej równie szeroko, choć mniej spektakularnie. Zimne słońce przedarło się przez chmury tylko po to, żeby mnie oślepić. Kto wie, czy nie dlatego pogrążam się w myślach iście kosmicznych. Każdy, komu tylko umiejętności i budżet pozwala pchają w kosmos śmieci. Satelity telekomunikacyjne, szpiegowskie, wojskowe i kto wie, co jeszcze. Nie wiem, czy ktokolwiek kogokolwiek pyta o zgodę, albo ustala z innymi zasadę współżycia kosmicznego na orbitach. Teraz doszło do tego, że prywatna inicjatywa zamierza opleść Ziemię sześcioma, czy ośmioma tysiącami satelitów. Wolno? Nie wiem. Za to zastanawiam się, co się stanie, kiedy za te dwadzieścia lat (na przykład) przestaną działać, albo uszkodzi je kosmiczny grad meteorów. Ale, nie o tym być miało – rzecz w tym, że w ramach prasówki dostrzegam wiadomość, że Kenię nawiedziła „gwiazdka z nieba”. Fragment amerykańskiej sondy kosmicznej spadł na wioskę. O ofiarach (chwilowo) artykuł nie wspomina, choć wspomina, że Kenijczycy są narodem wybranym, bo to nie pierwszy raz, kiedy na ich gruncie gasną marzenia wielkomocarstwowe ku przerażeniu mieszkańców. A jeśli owe śmieci kogoś zabiją, to kogo należy oskarżyć o morderstwo? Prezydenta, rząd, czy cały naród, który zrzucił ludziom na głowy taką niespodziankę? Prywatna inicjatywa w osobie pana Muska pewnie wykupiła polisę OC działalności gospodarczej, a np. Kongres USA też?

Sterta steranych sterów sterowców.

 

    „Szczupaczek”, czyli jednostka szczupła, o wzroście zdecydowanie powyżej normy wsiadł do tramwaju i z wysiłkiem usiłował zmieścić się na krzesełku. A kiedy już siedział (tak to umownie nazwijmy), wyglądał, jak tatuś na wywiadówce w szkole podstawowej. Nienormatywni mają kłopoty. King-Kong, futrowany dostatkiem przez lata siedząc na krzesełku ściekał. Przynajmniej od mojej strony.


    Rzeka pełna zmarszczek, jakby postarzała się minionej nocy. Nie pomagało nawet oświetlenie podwieszonego nad wodą chodnika, czy świecidełka zabytkowych elewacji. Parka Azjatów, których zuchwale mianowałem Japończykami kręciło kamerą film z lądowania tramwaju na przystanku za zakrętem wielopasmowej ulicy. Tramwaj z gracją stanął gdzie trzeba i wdzięcznie trzepotał rzęsami wycieraczki. Wsiadłem ostatnimi drzwiami, więc powiem tylko, że ogonkiem nie merdał, więc pewnie „parcia na szkło” nie miał.

środa, 1 stycznia 2025

Wąski wąs, gruby grób, długi dług.

 

    Ostrzyżone na wojskowego jeża śnieguliczki sterczą sztywno w zwartym szeregu, niczym rekruci. I tylko połyskujące sznury pereł czekających na ptasi głód sugerują kobiecość owego oddziału. Mądrość natury zdumiewa. Podobno owoce są okropne i ptaki nie lubią ich, a sięgają dopiero wtedy, gdy zima pozbawi ich wyboru i grymasów.


    Ludzie o przekrwionym wzroku skupiają wzrok na kierownicy, ktoś dłubie w nosie, bo światła sprzyjają takiej działalności, inny fotografuje sygnalizację uliczną. Na szpitalnych korytarzach tłoczą się noworoczne nieszczęścia, pod czujnym okiem specjalistów. I tylko psy, po stresach minionej nocy z ulgą opróżniają pęcherze, pod lekko rozkojarzonym wzrokiem opiekuna.

Klinika po klinczu z klinem.

 

    Wysokopienna dziewczyna była tak szczupła, że nawet leginsy na niej wisiały. Może ciało, pod wpływem ujemnych temperatur skurczyło się bardziej niż materiał? W przejeżdżającym tramwaju dostrzegam rozbuchaną mimicznie niewiastę w okularach. Prowadziła gawędę z twarzą wyczyniając rzeczy niedostępne innym. Pani od szydełka, dziś jechała nieuzbrojona, czytając książkę analogową i pełną czarno-białych grafik. Obok niej siedzieli wielowarstwowi ludzie, ledwie wystający z materii zabezpieczającej przed wpływem zewnętrza na kruche organizmy. Jak zarodek w jajku. Namiętności i uczucia skrzepły, jakby i one zmarzły.