Ostry sierp księżyca, mocno
spracowanego całonocnym ścinaniem gwiazd, położył się na tłustym paśmie chmur
ciemniejszych od nocy. Z otchłani dobiegał śpiew kosa, który najwyraźniej
wstydził się własnego talentu, gdyż przestawał śpiewać, ilekroć ogryzek światła
zaznaczył ptasią obecność w przestrzeni. Wiatr wytrwale szukał dziurawych
dżinsów, żeby wykraść zapodziane wewnątrz ciepło, jednak coraz mniej okazji mu
się trafiało. Zielone służby wydrapały drzewom spod nóg dopiero co zmarłe
liście, dlatego osierocone lamentują, załamują ramiona i drą włosy z coraz
uboższych głów. Sztuczna zorza nie może zdecydować się, w jakiej sukni dzisiaj
wystąpić, więc mieni się i dojrzewa z rumieńcem niezdecydowania. Z parapetów
zerkają egzotyczne nasturcje, otoczone spokojnym oddechem śpiących. Samochody,
jak paciorki różańca powtarzają mechaniczne zdrowaśki w drodze ku wieczności.
czwartek, 2 grudnia 2021
Nim pęknie mrok.
środa, 1 grudnia 2021
Inkarnacja.
-
Co się dzieje? – pomyślałem, czując swędzenie torsu – No, nie! To chyba mi się
śni!
Dłoń
zamierzająca podrapać dywan, jaki porastał moją klatę natrafiła na mięciutkie
piersi. Może niezbyt okazałe, jednak, kiedy się weźmie pod rozwagę fakt, że wyrosły
na męskim ugorze w jedną, nie za długą noc, to okazy były zachwycające.
Kosmiczne
zaskoczenie odebrało mi oddech. Aż dziw, że wciąż leżałem obok pięknej pani, z
którą spędziłem tę noc. Powoli kleiłem w całość wydarzenia wczorajszego
wieczoru. Sobota wygnała mnie w miasto. Jakaś dyskoteka, drink. I poniosło,
zamiast do własnego łóżka, to do tego kwiatuszka pochrapującego teraz
beztrosko, z pupą wystającą spod kołdry. Nawet nie pamiętałem, jak ma na imię.
Ale pamiętam, że między figlami poszedłem do łazienki wziąć prysznic i z braku
własnych kosmetyków, użyłem znalezionych na półeczce gospodyni. Balsam pachniał
ładnie, jakimiś egzotycznymi kwiatami, czy owocami, więc skorzystałem z okazji,
żeby wetrzeć w klatę odrobinę.
- W nogi też! – Wystraszyłem samego siebie i czym prędzej sięgnąłem ku łydkom.
Były
na miejscu, jednak podejrzanie gładko palce prześlizgiwały się po skórze.
Odrzuciłem kołdrę. Owłosienie skarlało przez noc i wydawało się być w odwrocie.
Tylko patrzeć, jak wylinieję do szczętu. Szczęśliwie nie pozwoliłem sobie na
więcej z tym zadziwiającym balsamem. Ale, czy to może być? Popatrzyłem na wciąż
śpiącą księżniczkę. Piękna była. Przeciągnąłem ręką po pupie i sięgnąłem ku
łydce. Ona, to dopiero była gładziutka.
- Nic dziwnego. Po takim balsamie zapewne stosowanym regularnie, gładkością mogła zawstydzić szkło.
Dziewczę
zamruczało coś pod wpływem pieszczoty i obróciło się na plecy, odsłaniając
piersi. Rozkosz dla zmysłów. Odruchowo przykryłem ręką, ciesząc się ich
ciepłem. I wtedy szatan mnie opętał.
-
Ciekawe, jak wyglądać będzie bez balsamu.
Oj,
nie był to dobry pomysł, jednak nie umiałem powstrzymać ciekawości.
Przetrząsnąłem szuflady i szafy, aż znalazłem sznur, którym spętałem śpiącą, w
głowie układając plany zakupu łańcucha, kłódki, a zamiast knebla tej czerwonej
kulki z sexszopu. Nie miałem pojęcia, jak długo działa preparat, a chciałem ją
wyjałowić z chemii użytkowej i dotrzeć do nagiej prawdy.
Obudziła
się przerażona, skamląc o litość, ale byłem niewzruszony. Bardziej martwiło
mnie, jak pójść do sklepu obciążony cycuszkami, które nie zamierzały zniknąć.
Podrapałem się po brodzie i tam czując, że golenie nie będzie mi potrzebne w
najbliższym czasie. Musiałem po kąpieli potrzeć ręką twarz i szlag trafił
zarost. Trudno Założyłem coś luźnego, by ukryć zdumiewający stan posiadania i
poszedłem na zakupy. Szczęśliwie nieopodal był market budowlany i jakiś
sieciowy spożywczak. Zapasy zrobiłem na tydzień, bo nigdy nie wiadomo. Nie uśmiechało
mi się paradować ze świeżo nabytym biustem co dzień do sklepu i wzbudzać
uśmieszki obsługi.
Moja
suczka spacerowała teraz po pokoju na żelaznej smyczy. Na golaska oczywiście,
żebym mógł obserwować nadchodzące zmiany. Przyniosłem jej kuwetę, bo bałem się,
że nie upilnuję jej w łazience i sięgnie kosmetyków, wydłużając proces jałowienia.
Jej
piersi zaczęły więdnąć już pod wieczór w poniedziałek. Wyglądały jak smutne
jamniki. Aż się płakać chciało, gdy wspomniało się ich niedzielną urodę. Szybko
sprawdziłem, czy moje też. I owszem! Wklęsły moje skarby i nie korciły do
autoerotycznej zabawy. We wtorek na ciele dziewczęcia pojawiły się pierwsze
kiełki zarostu. Na niezbyt długim, naprężonym łańcuchu krążyła niczym głodna
lwica, a jej pośladki spłaszczyły się, jakby zostały wysiedziane nadmiernie. W
środę moje łydki były już ciemne, jak w minioną sobotnią noc. Gospodyni również
nabierała karnacji okrytej miękkim futrem.
Nie
wiedziałem, jak daleko się posunie w tej swojej przemianie, ale postanowiłem
wytrzymać pełny tydzień. Piątkowy wieczór doprowadził moją zdobycz do rozpaczy.
Błagała o krem, o fluid, puder, czy szminkę, cokolwiek… Pozostałem niewzruszony.
Dziewczę wypłakało w końcu wszystkie łzy i popadło w apatię. Nuda. Ledwie zegar
minął północ, napoczynając sobotę postanowiłem ją uwolnić i pójść w diabły. Nie
była już piękna. Skóra stwardniała, włosy na głowie straciły jakość, nawet
figura stała się kanciasta, aruchy pozbawione wdzięku i sprężystości.
-
Szkoda czasu! – mruknąłem i sięgnąłem po klucz od kłódki, rzucając nim w
skuloną, rozszlochaną samiczkę – Trzymaj się mała!
Rzuciła
się błyskawicznie, żebym się nie rozmyślił i drżącymi rękami uwalniała się z
uwięzi. A potem, ignorując mnie pognała na oślep do łazienki. Między nogami telepała
się jej pomarszczona jak mózg moszna…
Triumf umysłu.
Cierpliwie, dzień po dniu, sączyłem w twoje uszy jad.
Powtarzałem mantrę do znudzenia, nie martwiąc się jej monotonią. Musiałaś
uwierzyć. To była wyłącznie kwestia czasu i wytrwałości. A ja byłem zawzięty i
nie pozwoliłem sobie na zaniedbanie.
-
Jesteś kompletnie głupia! Beztalencie! Idiotka!
Zagwarantowałem
ci cały pakiet ideologicznej gangreny każdego poranka, oraz wieczorną powtórkę.
Smagana wściekłością głosu, kuliłaś się w kącie, żeby mniej bolało.
Wreszcie
zgasły ci oczy, a bezsenność skopała z łóżka na dobre. Teraz byłaś już moja na
zawsze. Drżałaś pod wpływem spojrzenia, wstydząc się odezwać. Żebrałaś o zgodę,
chcąc pójść do łazienki. Całowałaś dłoń, za najdrobniejszą łaskę.
wtorek, 30 listopada 2021
Potęga miłości.
- To już dziś! –
ekscytacja przerosła nawet emocje porannego wzwodu, wypielęgnowanego
niegrzecznymi snami.
Strąciłem kołdrę
w czeluść oceanu. Dywan nie protestował zbyt zajadle. Tylko szklana wyspa potrącona
łyżeczką zakwiliła rzewnie i pękła.
- Niech to
szlag! Zorba zapewne powiedziałby „jaka piękna katastrofa”.
Niespodziewana erupcja
szklanego wulkanu nie mogła ostudzić nastroju. Obudziłem się pluszowy i
romantyczną duszę ledwie zmieściłem w wyposzczonej sypialni. Co prawda
odkurzałem w tym miesiącu, ale przy TAKIEJ OKAZJI mogłem to zrobić raz jeszcze.
- Przecież dziś…
wróci ONA!
Z wdziękiem
pasikonika pognałem do łazienki, nie przejmując się absolutnie własną nagością telepiącą
w chłodzie lustrzanego wzroku. Najwyraźniej zwierciadło z przedpokoju chciało zakpić
ze mnie, ale pokazałem mu język. Wiedziałem, że tyłek, to ja mam na pewno. Niebagatelny.
Rączo zająłem strategiczne miejsce przy umywalce. Ogolić się, pod pachami też.
No i wypucować tego tam łapserdaka, żeby mi wstydu nie przyniósł. Woda po
goleniu, lekkie muśnięcie głowy grzebieniem, żeby wytrząsnąć ewentualne przeszłości…
- Myć? –
zakwitła we mnie drobna niepewność – Lepiej umyć, żeby żenady nie było. I
szpony opiłować na krótko, bo jeszcze podrapię Moją Kruszynkę.
Zabiegi mnożyły się
niczym menu w renomowanym SPA, ale przecież wielki dzień już się zaczął!
Zafundowałem sobie pełen pakiet zabiegów, z potrójną lewatywą włącznie. Puste
rurociągi pokarmowe pobudziły wreszcie motyle do ćwierkania. Nie umiałem tak
wdzięcznie i dziewczęco i moje motyle buzowały basem, jakby były szerszeniami,
czy trzmielami XXL. W takich warunkach depilacja pośladków, to pryszcz. Emocje
stłumiły ból.
Zegar raz wlókł
się niepomiernie, to znowu galopował wypatrując nagrody za Wielką Pardubicką. Powtórzyłem
opryski. Dezodorant wgryzł się we mnie, aż syknąłem. Jednak depilacja, to wcale
nie taki pryszcz. Nawet trzmielo-motyle ucichły, czekając aż wybuchnę.
Zerknąłem na fotografię stojącą na ołtarzu pomiędzy kwiatami i uśmiech
rozproszył chmury. Była piękna. I dzisiaj… Och! Depilacja, to jednak pryszcz.
Warto było pocierpieć. A dezodorant zdążył odparować, więc pora na resztę
zabiegów. Konsjerża nie miałem, pokojowych też nie.
- Zresztą,
sprzątać lepiej na golasa, żeby nie uświnić koszuli i kantów w spodniach nie
zdefasonować.
Poszedłem na
całość. Przebrałem pościel. Ona chyba lubi flanelową? W kwiatki, czy w misie?
Ja miałem tylko jakieś kraty – bez sensu! Po babci została jedna z czegoś egzotycznie
miękkiego. Tamtą przynajmniej zna. Kiedyś… Och! Założyłem białą. Kraty
absolutnie nie pasowały do powagi chwili. I kanty od długotrwałego leżakowania
na półce również nie. Wyprasowałem pościel na wszelki wypadek i skropiłem czymś
pachnącym. Każda kobieta chyba lubi, kiedy prześcieradło pachnie?
Odkurzacz, jak
natrętna mucha bzyczał i bzyczał, usiłując pożreć stłuczoną szklankę. Dopiero
jak ta ukąsiła mnie w duży paluch – ochłonąłem i pozbierałem ręcznie, tyłek
wypinając pod niebiosa. Rowkiem przepłynął detaliczny przeciąg. Zadrżałem.
Dobrze, że nie zarżałem.
- Wywietrzyć.
Koniecznie!
Wydawałem sobie
polecenia i karnie realizowałem całe pakiety rozkazów, żeby samcze gniazdo
przekształcić w świątynię miłości. Malować? Nie. Za późno już. Więcej kwiatów?
Nie chciałem jej oszołomić aż tak, by zamarła w pół kroku. Miała tylko lekko
zwiotczeć w moich ramionach i dać się ponieść przez wszystkie piekła namiętności
tego świata. Poranność wzwodu była już lekko przechodzona. Czas mija
nieubłaganie, a sterczenie nadaremno zaczynało doskwierać. Opłukałem zimną wodą.
Twarz też.
- Spokojnie.
Jeszcze dwie-trzy godziny.
Żeby nie
zwariować zabrałem się za mycie okien. Przesadziłem też zwiotczałe kaktusy wyglądające
na śmiertelnie chore, schowałem do szafy parasole z połamanymi odnóżami, a
sprzęt wędkarski wepchnąłem za regały, żeby nie straszył pióropusz batów z
wesoło podrygującymi, kolorowymi spławikami. Już dawno miałem je pochować, bo
zaczęły wrastać w palmę stojącą w rogu pokoju. Lepiej nie spotkać się z
pytającym spojrzeniem Mojej Pięknej Pani, gdy pierwszym rzutem oka natknie się
na niezatapialny dowód moich prymitywnych aspiracji. W życiu nic nie złowiłem,
poza katarem i dwoma mandatami za łowienie poza zasięgiem karty wędkarskiej.
Wędki nawet nie
zajęczały, kiedy wpychałem je w pajęczyny za meblościanką. Tam chyba nie
zajrzy? Skamieniałem na chwilę i na wszelki wypadek wepchnąłem jeszcze głębiej.
Nie. Nie zajrzy! Będzie mi patrzeć w oczy, a ja zajmę jej zmysły pieszczotą.
- Wraca!
Wreszcie do mnie wraca!
Tańczyłem
obijając się o meble. Jeszcze godzina, bo więcej nie wytrzymam. Pojadę po nią. Odbiorę
osobiście. I choćbym miał sterczeć w deszczu i dziesięć w skali Beauforta wiało
mi w pysk, wezmę na ręce i przyniosę do naszej oazy, żeby nacieszyć się ciepłem
bliskości.
- Nie! Nie będę
dłużej czekał!
Cierpliwość
nigdy nie była moją mocną stroną, a dzisiaj, to już kompletnie straciłem rozum.
Pójdę. Naprawdę, pójdę i będę czekał na nią. Siedzenie w domu wydawało mi się niegodne,
mało męskie, zbyt tchórzliwe. Uczuciem mogłem przecież zmienić klimat w
północnej Afryce, a siedzenie i gryzienie pazurów nie przystoi komuś z takim
rozmachem. Szerszenie zabrzęczały we mnie gniewnie, przyznając mi rację.
- Idziemy! –
krzyknąłem do nich donośnie.
Mało brakowało,
a emocje wygnałyby mnie nago w świat. Ocknąłem się w otwartych drzwiach, osaczony
podejrzliwym wzrokiem sąsiadki, szczęśliwie na wpół ślepej.
- Dzień dobry –
bąknąłem i w panice wycofałem się do okopów.
Koszula była
zbyt ciasna, aby objąć tors wypełniony westchnieniami, a krawat stał się obrożą
trzy numery zbyt małą. Spodnie? Kto zapinał zamek przy pełnym wzwodzie, ten
wie, że to niełatwe i grożące trwałym kalectwem. O wypadek nietrudno, gdy ręce
rozbiegane dygoczą, a materiał sztywny sugerował burzę podskórną. Porwałem kiść
kwiatów z wazonu, który z rozpaczy rozchybotał się na stoliku.
- Idę! –
krzyknąłem do świętego obrazu prosto z Lichenia przywiezionego przez babcię,
aby uchronić mieszkanie od złych spojrzeń i klątwy kościelnej – wrócę z NIĄ!
Wiatr opowiadał
niestworzone historie, gdy gnałem przez miasto. Gdzieś tam… miała pojawić się
ONA. Byłem grubo przed czasem, gdy otwierałem drzwi zakładu, ale sekretarka
była wyrozumiała. Uśmiechnęła się z lekkim przekąsem, wskazując stojące pod
ścianami krzesła i gazety sprzed miesiąca zaczytane na śmierć w niecierpliwych dłoniach
podobnych do mnie.
- Czy ktoś
czekał z równą niecierpliwością, jak ja? Absolutnie niemożliwe!
Mało nie
rozszarpałem jakiegoś kolorowego miesięcznika pełnego plotek i wielkiego
świata. Szczęściem, drzwi się otworzyły i wyszedł kierownik, trzymając pod
pachą duże pudło.
- Już pan jest? –
zdziwił się, ale zawodowy sznyt wziął górę – już idę po nią. Zespół się
postarał i jest jak nowa.
Chwilę później
wrócił, w ramionach trzymając martwą lalę. Chwyciłem, czując niepohamowaną siłę
miłości.
- Jesteś
wreszcie! – szepnąłem jej do ucha i włączyłem. Popatrzyła na mnie, jakby
wstawała po długiej chorobie:
- Dzień dobry Kochanie…
Tęskniłeś?
poniedziałek, 29 listopada 2021
Ekstrakty cz. 43
Amator
rarytasów.
Niechybnie, zasłużyłem na
karę. Wszak, ukąsiłem boską nieskazitelność, by pryszcz objawił się tam, gdzie
obcym wstęp surowo wzbroniony. Żaden nie zaszlochał, kiedy śmiertelnie dostałem
boską ręką w pysk, a ja chciałem tylko skosztować…
Kara
i duch.
Wynurzałem się jedynie nocą,
kiedy wzrok najsilniejszych stygł ze zmęczenia. Jedzenie walało się po
niedomytych blatach, podłogach, czy plastikowych korytach na odpadki.
Ucztowałem suto, do czasu, aż jakiś nadgorliwiec prysnął mi w oczy jadem lizolu.
Walka
o przetrwanie.
Zagarnąłem ramionami
ścierwo. Jemu, było już wszystko jedno, a ja musiałem nakarmić poczętą wczoraj bezradną
przyszłość. Okolica zdała się być nieprzyjazną, więc toczyłem cuchnącą kulę zapasów poza
zasięg wrogiej ciekawości.
Wątpliwości.
- Dlaczego nie znoszą mnie,
kiedy karmię się tym, o czym nie wspominają w towarzystwie?
- Dlaczego gardzą mną, ilekroć
proszę, by nakarmili mnie do syta tym, od czego odwracają się wszyscy?
- Dlaczego opędzają się
ręką, choć smród pochodzi z ich trzewi, a ja tylko… delektuję się
ekstrawaganckim menu?
Słabsza
kość pęka.
Pięć lat przespałem, bez umiaru
eksploatując zgromadzone przezornie zapasy tłuszczu - podobno potrafię dłużej przetrwać, ale syci mędrcy, nie domyślają się nawet, jak trudno głodnemu zasnąć. Ostrożnie wypełzam w noc szukając dawcy. I wtedy oczy zaślepia mi ostry strumień radzieckiego muchozolu.
Instynkt.
Jęknęłaś, przewracając się na plecy. Ze wzroku
wyczytałem przerażenie, ból i błaganie o pomoc. O ochronę przed niewiadomym. Bezpłodnie
histeryzowałem, obejmując cię dłońmi. Zapłakałaś skargę bezsłowną, a ja ugrzęzłem
w niestworzonych hipotezach. Wreszcie twój brzuch zadrżał i uniosłaś się
nieznacznie na wysokości lewej nerki. Chwilę potem, kolejne drgnięcie uniosło
prawą łopatkę, a następnie cały kark. Kiedy biodrami ubodłaś mnie w twarz, sądziłem,
że zatonęłaś w mistycznej ekstazie, lecz wstrząsy uniosły cały korpus ponad
grunt ufajdany ludzką eksploatacją. Przestałaś się opierać, drgawki nabrały
tempa. Znienacka na milionie dziewiczych stóp odbiegłaś daleko, poza zasięg własnego
krzyku. Na zawsze. Szybciej, niż rącza stonoga.
Figle słowne.
Wrony udeptują śnieg na
gałęziach i wyglądają jak oskrzydlone, zimowe liście. Pani w błękitnych
dżinsach prężnie demonstruje tężyznę fizyczną, a mięśnie nóg kończące się gdzieś
powyżej nerek sprawiają, że zdumiony cellulit przysiadł z wrażenia ześlizgując
się na pięty, albo w ogóle hamując gwałtownie w sąsiedniej galaktyce.
Pojedynczy kolarze udają, że mlaskający roztopami śnieg, to nie powód do
zaniechania treningu i płoszą zaspaną piechotę z chodników. Patrzę na reklamę
salonu masażu, informującego, że masażystki dysponują talentem zaimportowanym
wprost z Bali. Wcześniej kontemplowałem billboard dotyczący domów z bali, więc
tylko patrzeć, jak ktoś sprowadzi i zacznie rozpowszechniać plaże z Bali, albo folklor,
czy klimat – tym bardziej, że niektórzy już głośno wzdychają za latem pełnym
potu i komarów. Na oprószonym białym kurzem drzewie wisi ostatnia tego roku
pigwa, kurczowo trzymająca się gałęzi, żeby jej wiatr nie zaprosił do skoku na
łeb na szyję, w czeluści wygolonego trawnika pełnego ekskrementów. Dwóch
wczorajszych dżentelmenów raczy się płynami prosto z flaszki, chcąc widmo kaca odsunąć
w czasie i marząc, by udało się uzyskać rozgrzeszenie, zmarszczonego
obrzydzeniem noska Drugiej Połówki (tym razem tej bezalkoholowej). Pan naciąga
maseczkę na oblicze, ale przy jego okazałej brodzie maseczka wygląda ubożuchno,
jak minispódniczka na pupie pani reklamującej cudzołóstwo.
piątek, 26 listopada 2021
Poprzestając na małym.
Pani o zachwycających kształtach miała
tak mleczne szkła okularów, że nie mogła dostrzec uwielbienia w oczach
kompaktowego Goliata stojącego nieopodal. Człowiek zbudowany był na wzór herosa,
tylko w nieco uboższej skali – raptem jakieś metr pięćdziesiąt w wojennych
buciorach. Nie dostrzegła też wysokopiennej, odtłuszczonej niewiasty w bojowym
makijażu i szponach zaczepnych, zamaskowanych bladoróżowym kamuflażem, o barwie
powielonej na wargach. Królowa Śniegu? Rozglądałem się dość zachłannie, bo
przedpole pełne było elementów zbyt atrakcyjnych, by gnuśnieć z nosem w
monitorze telefonu, jak znakomita większość podróżnych. Hałaśliwa dzieciarnia
wracająca ze szkół przepychała się obok tych, którzy z mozołem nieśli do domu
siatki wypełnione nędzą codzienną. Dziewczę zaplotło nogi, czekając na tramwaj
i gibało się utrzymując chwiejną równowagę na zewnętrznych krawędziach stóp. Pani
w beżowych, miękkich spodniach prezentowała ukrywające się pod nimi mięśnie
dokładniej, niż anatomiczne pomoce naukowe dla studentów. Smutno mi było, że nie
znam ich nazw, i nie mogę usystematyzować wiedzy posiłkując się fachowym
terminem. Trudno – musi mi wystarczyć pokusa ze szczyptą tajemnicy.
Prasówka cd.
1. Zbiorowy obłęd.
Można już zaszczepić
własnego awatara w jednej z gier. Chwilowo dostępna jest jedynie słuszna
szczepionka. Zapewne po to, żeby wdychając to, co wentylator wymiecie z dysku komputera nie zarazić się egzotyczną odmianą zarazy.
2. Wbrew naturze.
Fascynujący pomysł, żeby
ludzi przebiegunować na pokarm roślinny. Z żadnym innym drapieżnikiem udać się
to nie może i wilk nie stanie się jeleniem, ale w przypadku ludzi… Kto wie.
Wystarczy nazwać wytwór sojowy kotletem, albo z warzyw wyprodukować pasztet.
Nieustająco niepokoi mnie również idea bezmięsnego kurczaka.
3. Władza absolutna.
Czytanie powinno rozwijać i
dawać pożywkę wyobraźni. Dlatego pałam gorejącym zachwytem, czytając notkę o
śmierci przez pluton egzekucyjny. Wyobraźnia kwiczy ze szczęścia. Dożywocie za
posiadanie serialu na pendrive? 5 lat kamieniołomów, za obejrzenie? Czyżby to
kryptoreklama serialu? Chociaż, w kraju rządzonym przez despotę nie wolno nosić
obcisłych spodni i skórzanych płaszczy na wzór Jedynego Godnego Posiadacza.
4. Kto, kogo.
I kiedy. Dywagacje mnożą się
szybciej niż mięso armatnie skumulowane na granicach. Tylko patrzeć, jak komuś
zadrży mały paluszek na spuście i zacznie się ostatnia wielka wojna w historii ludzkości.
Strach pomyśleć, że w tym czasie olbrzymy światowej polityki gotowi zawzięcie dyskutować
i wysyłać oficjalne noty pełne ubolewania, albo determinacji.
5. Pestki.
Skoro amigdalina zawarta w
pestkach owoców potrafi zapobiec rakowi, albo ograniczyć jego niszczące
działanie na ludzkie organy, to dlaczego nikt dotąd nie opracował terapii
opartej na naturalnych przecież składnikach. Ba! Dlaczego nikt nie opracował
dotąd żadnej skutecznej terapii – wszak na obecnie panującą nam niemiłosiernie
zarazę kapłani zagłady w pojedyncze miesiące wyrzygali cały pakiet rozwiązań,
wdrożyli, opanowali logistycznie i ekonomicznie, elegancko wyrzekając się
odpowiedzialności jeszcze przed skasowaniem zysku.
6. Pożądanie.
Jak kochać, to księżniczki –
taką zapewne argumentacją posiłkował się zbrodniarz przy wyborze ofiary.
Zgwałcić w ciemnym zaułku kucharkę, a w pełnym świetle afrykańską Miss, to
kompletnie różne historie, choć powinny mieć identyczny wynik z rygorystycznego
kodeksu karnego. A komentarz organizatora zabawy – kobiety, woła o pomstę do
nieba.
7. Strach.
Liczne przepowiednie
dotyczące przewidywanych przerw w dostawach prądu nawet w rozwiniętych krajach
zachodniej Europy zaowocowały migracją tych, którym się powodzi ciut lepiej, od
reszty. W takim Dubaju, nawet, gdy zabraknie prądu, to chociaż słońce świeci.
Najwyżej drinki będą nieco zbyt ciepłe. I dzieci będą skazane na naukę nowego
języka. Chyba, że wcześniejszym jeszcze nie dysponowały.
8. Komentarze.
Zdumiewające, że komentarze
pod artykułami często mają wartość większą od treści głównej. Oczywiście znajdą
się tam buńczuczne hasła, nerwy i prymitywizm, ale pośród szumu, który zawsze
jest, można znaleźć niezwykle intrygujące reakcje czytających przede mną.
9. Relaks.
Aby ochłonąć po przeczytanych emocjonujących i mrożących krew w żyłach
wiadomościach, zagłębiłem się w treści sportowe. Na początek pośladki sportsmenki z
nieznanej mi dyscypliny fitness. Następnie jakiś bokser straszący, że zabije przeciwnika i kibice trafiający wprost ze stadionu do aresztu. Luzik. Takiego sportu dla koneserów szukałem,
aby wytchnąć po sensacjach biznesowo-towarzyskich.
10.
Reklama.
Bez niej prasówka byłaby
ubożuchna, bo każda z internetowych stron pełna jest rzeczy niezbędnych i „totalnie
odjechanych” za pół ceny, albo i ćwierć. Co kupić dla faceta (ferrari), dziecka
(może „niebieski wieloryb” w wersji limitowanej, sexlala z pełnym pakietem
oprogramowania), dla pani (wakacje w czymś modnym i drogim, byle boy nie
cuchnął zjełczałym potem, a hotel miał więcej gwiazdek niż droga mleczna).
Szczególnie teraz, kiedy szaleje black week, black november, black Friday, albo
dowolny inny black. Szkoda, że największy z blacków panuje na dnie portfela
spustoszonego przez codzienność.
czwartek, 25 listopada 2021
Przerażenie. Stopień wyższy.
Ze spętanymi dłońmi stałaś na blaszanej podłodze, kolanami pielęgnując trwogę. Lękiem sięgnęłaś daleko poza widnokrąg osamotnionej,
przemysłowej lampy, której blask nie dotykał okien, ani głodu oprawcy.
Słyszałaś tylko jego gorączkowy oddech, pazerne przełykanie śliny, gdy trwoniłaś
ostatnie, gasnące nadzieje, drepcząc bosymi stopami po zmurszałej rdzy. Zakryłaś
wargi, żeby w niewoli losu nie zaszlochać, prowokując eskalację zła. Okryta
półprzejrzystą halką szarpaną zimnym przeciągiem, zliczałaś płynące po udach krople
gorejącego strachu, oddzielające życie od niepewnej wieczności. Dramat zbyt łatwo
przerodzić się mógł w tragedię. Echo zwiotczało, nabrało pluszowej obojętności,
wciąż powielając milczący krzyk łez.
A przecież najgorsze dopiero miało nadejść… Skosztować
strachu.