Grupa zakulisowo sprawująca władzę kontrolowała wybryki oficjeli występujących w garniturach, jako wybrańcy narodu. Pozwalała na liczne harce, byle tylko nikt nie ośmielił się zaglądać za kulisy przedstawienia dla pospólstwa. A porządku rzeczy pilnowali zatrudnieni fachowcy. Niepokornych, usiłujących opuścić szeregi „swoich” dyskretnie usiłowano nawrócić na łono jedynie słusznego rozwoju, a kiedy delikwent zamierzał przekroczyć dopuszczalne granice, wkraczało ciało do zadań specjalnych. Zatrudniony poza horyzontem penetracji ZUS i US fachowiec „likwidował problem”, zwyczajowo tak głęboko osadzony w delikwencie, że musiał ową likwidację rozciągnąć także na delikwenta.
Fachowiec dobiegał już sześćdziesiątki, podejrzewając, że dyskretnie przez zasiedzenie przeszedł na emeryturę, gdy jego zleceniodawca ożywił się. Ostatnie zlecenie, w sam raz dla starszego fachury, co to już za szybko nie biega i wzrok być może ma nietęgi. A potem suto okraszona wynagrodzeniem nie podlegającym opodatkowaniu emerytura z dala od ciekawskich oczu. Byle tylko emeryt nie zapragnął rozwijać się literacko pisząc pamiętnik, bo gotów zasmucić rodzinę, zostając wciągnięty do wody przez suma-olbrzyma podczas zakrapianych nocnych połowów gdzieś przy tamie.
Zadanie było banalne. Należało rozjechać jakiegoś gostka wracającego do domu rowerem, a potem roztrzaskać samochód na najbliższym drzewie. Chłop był nierozsądny i niereformowalny. Podobno startował z ostatniego miejsca na liście wyborczej, ale było w nim tyle prawdy, że ludzie mu uwierzyli i wyprzedził w wyścigu do koryta całą elitę zawodowych wyjadaczy śmietanki. I nic wielkiego by się nie stało, niechby prowadził sobie te charytatywne działania, gdyby nie postanowił zbadać głębokości szamba w politycznym chlewiku. Nie dość, że zbadał, to jeszcze chciał się podzielić rezultatem z szeroką publiką. Żaden system nie wytrzymuje jawności danych, a Grupa uznała ciąg zdarzeń za zbyt nieprzewidywalny, by pozwolić wątkom się rozwijać. Fachowiec nie musiał nawet uciekać. W jego wieku… tak łatwo przysnąć za kierownicą czy stracić przytomność – mgła covidowa, czy zwyczajne nadciśnienie. Jak na fachowca przystało, wolał przysnąć, kiedy już obiekt/cel został uchwycony między reflektory, a jego życiorys uległ nieoczekiwanemu zakończeniu. Parę tygodni sensacji rozdmuchiwanej pracowicie przez „niezależnych dziennikarzy”, jakiś nieznany nikomu sędzia, który dwa tygodnie wcześniej dostał już „orzeczenie sądu”, żeby zdążył się nauczyć na pamięć, a potem już tylko świetlana droga ku emeryckiej przyszłości. Incydent niegodny nawet umieszczania w CV. Rutynowe działania.
Scenariusz gotowy i w roli głównej wystąpić może Szach-Mat Demon, czy jak mu tam było, gdy tylko rodzina tragicznie zmarłego uzbiera kasy na opłacenie produkcji thrillera politycznego. Tymczasem musi wystarczyć drobny nagłówek prasowy. Brzęczenie dziennikarzy dopiero nabiera mocy. Warto przeczekać, żeby szum przyszłości okrył gęstym kurzem pamięć masową. Spiski na ekranie wyglądają zdecydowanie bardziej wiarygodnie, niż w rzeczywistości. I żaden reżyser, czy aktor nie dorobi się łatki płaskoziemca, czy innej onucy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz