Wyszedłem wcześniej, żeby odebrać zamówione opowiadania Pilipiuka z autografem autora i p szybkiej akcji kontemplowałem pusty przystanek. Płonne wiśnie zaroiły się od kwiecia, młode lipy sprawdzały na własnych liściach, czy już wiosna, gołąb na drucie czekał na jakiegoś roztargnionego, co chciałby przejść pod gołębiem i zasłużyć na porcję nawozu. Słońce wślizgiwało się pod powieki ograniczając widzialność do połowy zakresu.
W autobusie pachniało zupą fasolową, choć przysiadłem się do dziewczęcia, które fasolówkę znać mogło wyłącznie z telewizji, czy (prędzej) tik-toka. Kierowca musiał być niepocieszony, bo trafiały go wszystkie możliwe nieszczęścia komunikacyjne i jechał najwolniej, od kiedy z nim podróżuję. A to przed nos mu się wśliznęły dwa autobusy, które po kilku przystankach preferowały lewoskręt, a to tramwaj, cierpiący na nadmiar czasu, a to niesforni pasażerowie wysiadający na każdym przystanku. Ba! Nie wolno zapomnieć o szlabanie skutecznie skupiającym ruch uliczny. Bo w moim Mieście nie tylko autobusy nie mieszczą się na bus-pasie, ale i pociągi na wiaduktach! Ten jedzie poniżej nasypu kolejowego, równolegle do wyżej położonych torowisk i tnie niejedną ulicę Miasta.
Starsza babka na jednym z przystanków poderwała się do wyjścia, wyjrzała na zewnątrz i ogłosiła „tu nie”. Wysiadła przystanek dalej, więc po tamtym przystanku zapewne zło w czystej postaci rozlewało się niepostrzeżenie. Kierowca kompletował niedoczas, a kumulacja drobnych szykan komunikacyjnych nie miała końca. Nie dziwota, że na Nóżkę szans nie było już żadnych, a tym bardziej na zwiedzanie, choćby i pobieżne. Wyciągałem nogi dążąc do celu. I tak – wyszedłem wcześniej, by dotrzeć później. Warto? A czemu nie. Wszystko, byle nie wpaść w rutynę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz