niedziela, 5 kwietnia 2026

Z dedykacją dla P.Anny.

 

Zamówiona miłość.

- Pora wracać. Do mamy i taty. Do domu. – smakowałem te słowa, do których nie miałem czasu się przyzwyczaić - A może kupię płótno i namaluję jeszcze jeden, a jak Bóg pozwoli… Rozprawię się ze starością. Jeszcze tylko chwilę posiedzę i odpocznę. Posłucham, jak ptaki śpiewają.


Przede mną piętrzył się stożek ziemi, a w dziurze obok dopalało się płótno wraz z ramą. Choć został niemal sam popiół, śmierdziało okropnie. Miałem świadomość, że sprawa wymaga staranności, że muszę dopilnować, by żaden ślad po nim nie został. Plecami opierałem się o młode drzewo, czekając aż ogień pożre do końca moje dzieło. To było szaleństwo. Trwające zaledwie trzy dni, a jakbym całe życie strawił. Przymknąłem oczy, żeby lepiej widzieć i zapamiętać, bo przecież nie wolno zapomnieć.


Starszy człowiek podszedł do mnie, gdy rozstawiałem sztalugi w rynku. Zwyczajny dzień, może ciut biedniejszy od innych, bo bez śniadania wygnało mnie na ulicę. Ostatnim papierosem zagłuszyłem głód, gdy podszedł i jąkając się poprosił, żebym namalował jego żonę. W domu, a dokładniej – w łóżku. Nie wyglądał na bogacza, ale trafił mnie w takiej chwili, że nie mogłem grymasić. Byłem gotów malować za miskę ryżu. Zwinąłem swoje rzeczy i poszliśmy. Nawet niedaleko. Wchodziliśmy na drugie piętro starej kamienicy, gdy chwycił mnie mocno za rękę.


- Ona jest chora – szepnął rozglądając się, jak jakiś konspirator – lekarz, co zagląda do nas każdego dnia mówił, że to długo nie potrwa. Proszę jej nic nie mówić. I spieszyć się trzeba, bo…


Rozpłakał się. Musiał ją kochać do szaleństwa. Zobaczyłem jak bardzo się postarzał od samego wyznania. Przed nią mógł, a może musiał udawać dzielnego, przy mnie rozkleił się zupełnie.


- Będę się spieszył – obiecałem, delikatnie poklepując go po wierzchu dłoni ściskającej poręcz – I nie zdradzę jej tajemnicy. Obiecuję.


Gdy weszliśmy do domu, z jego policzków łzy znikły, pojawił się uśmiech i popłynęły słowa banalne o pogodzie, zakupach, o mnie. Mieszkanie było niewielkie, lecz każdy kto poznał smród starości, nawet tej najlepiej zadbanej, dodał do nich szpitalny fetor, nie mógł się pomylić. Dom przygotowany był na rychłą wizytę Kosiarza. Staruszek schował się w kuchni, żeby zaparzyć herbatę, czy kawę. Nie wiem, bo gapiłem się na jego żonę. Leżała w łóżku, przykryta po szyję, ale twarz miała niemal przeźroczystą. Znienacka otworzyła oczy i patrzyła na mnie, jak mi się zdało z kpiną.


- Mój głuptas pana ściągnął. Zawsze robi coś szalonego. Ale kocham go od zawsze i już wtedy był niemądry. Co teraz wymyślił?


- Chce, żebym panią namalował.


- Zanim umrę? Oczywiście. Proszę się nie krępować, nigdzie nie ucieknę, bo sił mi zupełnie brakuje. Na pewno już pan podejrzewa, ale żeby było jasne, to powiem głośno. Wiem, że już z tego łóżka nie wstanę, a te jego sztuczne uśmieszki może wystarczyłyby pięćdziesiąt lat temu. Teraz słyszę jak płacze, nawet kiedy śpię. Chce mieć obraz? Niech ma. Proszę mnie malować, ale jeśli zamierza pan skończyć, to polecam pośpiech. I proszę zawołać mojego głupiego pana, a sam niech pan skorzysta z łazienki, a potem napije się czegoś ciepłego. Ja najpierw muszę się z nim rozmówić.


Wracałem z kuchni ze szklanką, w której zostało więcej fusów, niż wody. Zastałem widok, który mnie oszołomił. Aż się zakrztusiłem. Staruszek zdjął z żony kołdrę i właśnie ściągał jej przez głowę nocną koszulę.


- Namaluje mnie pan nago – uśmiechnęła się – To chyba nie problem?


- Nnnie – na więcej nie było mnie stać.


- To dobrze. Jeśli obrazek ma być pamiątką, nie chcę, żeby pamiętał starą, poplamioną pościel, czy moje niemodne koronki. Tak będzie uczciwie.


Jej ciało było pomarszczone, jak jabłko zbyt długo trzymane w kopcu. Mnóstwo zmarszczek, drobnych plam, pieprzyków, blizn. Skóra równie porcelanowa jak na twarzy, a jedynym żywszym akcentem kolorystycznym były paznokcie pomalowane na różowo z wyraźnym brakiem wprawy. Żadne z nich tego nie dostrzegało, ale ja? Wyczulony na barwy od razu domyśliłem się, że to pierwsze dzieło w życiu staruszka. Wzrokiem prześliznąłem się przez to umierające ciało i zatrzymałem się w jej oczach. Niebieskich, bladziuchnych, jakby i z nich życie także uciekało.


- Jeśli coś jest nie tak – zaczęła staruszka i wcale nie była zawstydzona – to przepraszam. Już się nie zmienię. Jeśli mój głuptas chce mnie oglądać, to dostanie mnie właśnie taką, jaką zna. Może brzydką, może za grubą, czy za chudą, ale jego. Od samego początku wiedziałam, że będę go kochać do śmierci. I że on mnie. Nigdy nie musiałam specjalnie się stroić, malować, udawać. Zawsze była między nami prawda. Dlatego też ani razu nie zafarbowałam włosów. Gdyby zapragnął wystrzygłabym dla niego futerko, ale nie chciał. Więc teraz siwa jestem i tam. Wiem, że pan widział. Wczoraj poprosiłam, żeby mi pomalował paznokcie. Pierwszy raz w życiu. Nie wyszło najlepiej?


- Jest w porządku – speszyłem się jej szczerością – rzadko się trafia tak naturalna modelka.


Jeszcze raz prześliznąłem się wzrokiem przez jej sylwetkę. W młodości musiała być pięknością. Ciało proporcjonalne, o wyraźnie zaznaczonych biodrach i talii; piersi, obecnie wyschnięte kiedyś były pełne. Mimo, że choroba wygryzała z niej siły, twarz miała pełną dobroci i humoru. Jeśli udawała, to znacznie lepiej od niego.


- Proszę patrzeć – szepnęła – musi pan, żeby obraz nie był przekłamany. Mój głuptas jest zazdrosny, ale przecież sam pana sprowadził, niech więc trochę pocierpi. Może jakoś zdołam mu wynagrodzić poświęcenie.


Kobiety mają szósty zmysł, albo są tak zbudowane, żeby mężczyznę najpierw nakarmić, a dopiero potem zająć się resztą. Wysłała staruszka do kuchni, żeby przygotował mi jakąś kanapkę, a sama kiwnęła na mnie palcem. Pochyliłem się ku niej. Pachniała słodkimi perfumami.


- Jeśli spróbuje pan choć jedną zmarszczkę pominąć, to wstanę z grobu i skórę panu wygarbuję. Więc nawet nie próbuj oszukiwać starych ludzi. Obiecaj mi to, zanim wróci, bo nie pozwolę ci malować.


Kiedy kiwnąłem głową uspokoiła się i zamknęła oczy. Całe zamieszanie wokół musiało ją mocno zmęczyć. Rozstawiałem sztalugi, szukając lepszego oświetlenia. Bałem się otwierać okno, ale firany bezceremonialnie zsunąłem na bok. Otworzyła oczy, gdy przesuwałem jej łóżko, by cień nie okrywał jej sylwetki. Nim starszy pan wrócił, byłem już gotowy. Bez słowa podał mi talerzyk z kanapką, drugą szklankę herbaty, podszedł do żony, pogłaskał po włosach i z troską zapytał, czy da radę. Kiedy przytaknęła, wrócił na fotel i patrzył na mnie, jakbym okradał go z czasu. Przeprosiłem wzrokiem, niemal połknąłem kanapkę i zacząłem malować.


Ledwie zdążyłem naszkicować tło, ostry dzwonek do drzwi przerwał pracę. Staruszek poderwał się, okrył żonę kołdrą i wyprosił mnie do kuchni, szepcząc, żebym zaparzył sobie kawy, bo lekarz na wizytę przyszedł, ale za kwadrans sobie pójdzie i bez przeszkód będziemy kontynuować. Choć to nieprawdopodobne, jąkał się i rumienił, jak nastolatek przyłapany na autoerotycznym akcie. Wtedy jeszcze traktowałem rzecz z zawodowym dystansem, więc skorzystałem z okazji i w okamgnieniu siedziałem przy kubku parującej kawy. Dobiegały mnie odgłosy pełne niepokoju i medycznych terminów, a kiedy lekarz wyszedł staruszek klęczał przy łóżku z mokrymi oczami, a żona tuliła go do siebie, jakby to jemu śmierć w oczy zaglądała.


- Chciałeś mieć obraz – patrząc na mnie szepnęła mu do ucha – to pozwól panu malować. Nie umiem uzasadnić, ale wiem, że znalazłeś znakomitego malarza i nie będziemy żałowali twojego szaleństwa. No, już, przestań się mazać. Twoja żona nie może się doczekać, żebyś jeszcze raz zobaczył ją nago!


Starszy pan podniósł się z kolan, ostrożnie ściągnął kołdrę, poprawił poduszkę i poczłapał ciężko na fotel stojący obok sztalug. Teraz patrzyliśmy na kobietę we dwóch. Godziny mijały, z płótna zaczął wyłaniać się obraz. Na razie nieostry, pełen plam wymagających szlifu, ale płótno nie straszyło już surowością. Staruszek pochrapywał, kobieta miała zamknięte oczy. Cierpiała, jednak nie poskarżyła się ani słowem. Obudzona głośniejszym spazmem męża otworzyła oczy i zarządziła przerwę.


- Pan na pewno musi odpocząć, a i nam się przyda. Sądzę, że dopóki pan nie skończy, powinien spać u nas, żeby nie marnować czasu, którego akurat nie mamy za wiele. Dlatego mąż przygotuje panu łóżko w sąsiednim pokoju, a my zmieścimy się tutaj. Dobrze?


Nie znalazłem sensownej wymówki, więc się zgodziłem. Skąd wiedziała, że nie bardzo mam dokąd wracać, to pozostanie jej tajemnicą. Byłem przekonany, że równie łatwo zorientowała się, że jestem sierotą, ale przecież nie zamierzałem się chwalić, że rodzice zostawili mnie w oknie życia. Po szybkim prysznicu, pomidorowej, którą staruszek ugotował na cały tydzień chyba, zostałem zaprowadzony do małego pokoiku. Przez drzwi słyszałem jeszcze jak po cichutku rozmawiają, ale oczy zamknęły mi się tak szybko, że nie rozumiałem o czym mówią. Zdawało się, że minęła chwila, gdy usłyszałem chrobotanie do drzwi.


- Ja przepraszam, ale… - wstydził się mnie budzić, lecz praca czekała. On też zaczął nabierać porcelanowej cery. Nie wiem, czy spał choć chwilę, bo wyglądał bardzo źle.


Opłukałem twarz, jak wczoraj migiem połknąłem kanapkę i parząc usta kawą stanąłem przy sztaludze. Staruszek sięgał właśnie po rogi kołdry, by ją unieść, a staruszka patrzyła na mnie z wielką uwagą.


- Lekarz starał się nie powiedzieć, że ratunku nie ma i nie będzie, ale mu się nie udało – zakomunikowała – nie wiem, czy dożyję soboty, więc ma pan góra dwa dni. Zdąży pan?


- Na pewno – odpowiedziałem - Dwa dni, to mnóstwo czasu.


Staruszek tkwił już w objęciach fotela, a kobieta uspokojona słowami leżała z zamkniętymi oczami, płytko oddychając. Patrzyłem na nią nie dotykając pędzla. Musiałem nauczyć się barw i linii jej ciała, żeby później się nie rozpraszać. Chwilę to trwało, a staruszek wypełnił ciszę opowieścią.


- Wie pan? – zaczął łamiącym się głosem – Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po siedem lat. W pierwszej klasie. I poznaliśmy się, to złe słowo. Właściwym byłoby, że to w całości zasługa Ewy. Podeszła do mnie już na rozpoczęcie roku, chwyciła za rękę, a potem śmiało wyznała wszystkim, że wyjdzie za mnie za mąż. I pocałowała mnie w policzek, żeby nikt już nie śmiał uważać, że to tylko słowa.


Przerwał na chwilę, ale raz naruszona tama słów musiała się wylać. Malowałem, a on opowiadał, jak siedzieli w jednej ławce, jak dzieliła się z nim śniadaniem, a koleżankom kazała się odczepić od niego, bo jest jej i tylko jej. Chłopaki mu dokuczali, ale chyba dlatego, że potwornie mu zazdrościli. Jako pierwszy w klasie miał dziewczynę, a Ewa była prześliczną dziewczynką. Parę piegów, niebieskie oczy i włosy spięte gumkami w kucyki. Istna Pippi z niedzielnego serialu dla młodzieży. Płótno wypełniało się treścią, a Ewa ze Staszkiem rośli w opowieści staruszka, kiedy ona przerwała opowieść.


- Zrób nam wszystkim herbaty – gadasz i gadasz, a pan pewnie chętnie by się napił! Ja zresztą też niemal wyschłam w tym łóżku.


Poderwał się i prawie nie szurał papuciami idąc do kuchni. Popatrzyłem na nią i zdawało mi się, że w oczach czają się jej gwiazdki śmiechu.


- Musiałam go wygonić, żeby pana wybawić. Zagada pana na śmierć, jeśli mu nie przerwać. Wreszcie ma komu opowiadać, bo z dziećmi nam nie wyszło. Coś tam we mnie nie działało, więc teraz zostaliśmy sami na świecie. Jeśli przeszkadza panu w pracy, to proszę powiedzieć, a ja jakoś poskromię gadulstwo.


- Nie, to naprawdę piękna opowieść. Chętnie posłucham. A kiedy mówi o pani z taką miłością, pędzel łatwiej znajduje drogę ku właściwym kształtom.


- Dziękuję – uspokoiła się – Bóg nie dał mi dzieci, ale dał mi tego mężczyznę i gdybym mogła wybierać między nim, a dziećmi, wybrałabym Staszka.


Wrócił z tacą pełną szklanek, cukru i jakichś herbatników. Przepraszał za brak ciasta, ale piec nie potrafi - to Ewcia całe życie szykowała mu takie smakołyki, że teraz, ilekroć kupi sklepowe ciasto, to po pierwszym kęsie wypluwa je, bo nijak nie dogania jakością tego, do czego nawykł przez całe życie z Ewą. Sięgnąłem po twardy herbatnik, żeby mieć alibi dla milczenia. On poił herbatą żonę i głaskał jej rzadkie, niemal białe włosy. Jej ciało, od świtu wystawione na męskie spojrzenia zdawało się być o ton żywsze niż rankiem. Mniej blade, mniej porcelanowe i kruche. Z obserwacji wybił mnie dzwonek, natarczywy, jak wczoraj. Lekarz. Już wiedziałem, więc wziąłem szklankę, dwa suche ciastka i poszedłem do kuchni. Staruszek opatulił kołdrą żonę (przecież nie pozwoli lekarzowi gapić się na nagą małżonkę) i poszedł otworzyć drzwi. Znów nie słuchałem, ale dzisiaj lekarz zdawał się wnieść coś optymistycznego. Po jego wyjściu pytająco zerknąłem na tę parkę – trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy, świata poza sobą nie widząc. Stanąłem przy sztaludze. Staruszka przyciągnęła twarz męża do siebie, pocałowała energicznie w usta i wygoniła na fotel


- No już! Rozbieraj mnie, przecież tego chcesz! – zażartowała, a jego twarz nabrała koloru za ich dwoje – Tylko nie zrób panu krzywdy. Pamiętasz? Sam go zapraszałeś, żeby mnie podziwiał!


Parsknąłem śmiechem. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Chwilę trwało, nim zdołałem wziąć pędzel w rękę. Malowałem do wieczora, aż światło zaczęło przekłamywać obraz. Opowieść staruszka leniwie zmierzała ku maturze. Wspólne wycieczki szkolne, dyskoteki, kino, lody, wycieczka na rowerach nad zalew, namioty, obozy. Ewa była niespokojnym duchem, potrafiła wyprosić, wymusić, przekonać Staszka do wszystkiego, co w jej główce zaświtało. Zgadzał się, ulegał, korzystał z jej żywotności i pomysłowości. W ogólniaku nawet nauczyciele traktowali ich jak małżeństwo, a Ewa odważnie pisała dla Staszka zwolnienia, kiedy był chory. Nawet dyrektor honorował te usprawiedliwienia. Staruszek cały dzień miał mokre od wspomnień oczy, kobiecie też się udzielało. Ja? Chowałem się za płótnem, żeby nie widziała, że nie za dokładnie ją widzę. W końcu światło było już tak podłe, że musiałem odłożyć pędzel. Staruszek dalej opowiadał, a ja usiadłem na podłodze, opierając się o bok fotela. Mrok dopiero się rozgrzewał, a Staszek snuł opowieść, jakby był zawodowym gawędziarzem. Już mu głos nie drżał, co chwilę zerkał ku żonie, czy nie przesadził ze szczerością wobec obcego w domu, ale ona tylko się uśmiechała.


- Dorastaliśmy, a ja byłem przekonany, że świat składa się z jednej, jedynej kobiety, która to właśnie mi się trafiła. Świata poza nią nie widziałem i każda z klasowych koleżanek zazdrościła Ewie, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Patrzyły na nią z jawną zazdrością, tak, jak chłopaki patrzyli na mnie. Istni szczęściarze. W trzeciej klasie ogólniaka… - przerwał i popatrzył na żonę uważniej niż dotychczas, a kiedy leciutko kiwnęła głową, kontynuował – w trzeciej klasie Ewci rodzice musieli wyjechać do taty siostry. Na trzy dni zostaliśmy na gospodarstwie sami. Jeśli istnieje raj, to musi właśnie tak wyglądać. Trzy dni, dłuższy weekend, wszechświat skurczył się do czterech ścian domu. Rodzice ledwie dotarli na dworzec, a Ewcia… Byliśmy nastolatkami i cała wiedza o ciele była jedynie iluzją. Przez te trzy dni uczyliśmy się siebie dotykając się, pieszcząc, pytając. Wstyd nie miał do nas dostępu. Świat oszalał, w głowie wciąż kręciło się od emocji, w uniesienia prowadzące za krawędzie świadomości. Do dziś nie mogę uwierzyć, że inni też tak mają, że ludzi spotyka podobne szczęście. Byłem pewien, że to wszystko dotyczy wyłącznie nas. Niepowtarzalna, jedyna i najpiękniejsza na świecie. Nie. Nie przejmowaliśmy się że Ewa może zajść w ciążę. Po co? Byliśmy gotowi, a przynajmniej tak się nam zdawało, choć nie rozmawialiśmy o tym. Nasze ciała rozmawiały ze sobą bez słów. Kiedy w końcu rodzice wrócili Ewa nie była już dzieckiem, lecz kobietą. Tak, jak ja stałem się mężczyzną. Podobno to widać. Sądzę, że chłopakowi trudno ukryć, że poznał smak kobiety. I jej także się nie udało. Wiem, bo miała później „poważną” rozmowę z mamą.


Wieczór osłonił nasze twarze, mogliśmy uniknąć krępujących spojrzeń. Staruszka wygoniła mnie do łazienki. Staruszek stanął bezradnie przy łóżku, a ona szukała jego ręki, żeby przysiadł obok niej. Gdy wróciłem odświeżony, na dobranoc poprosili, żebym na chwilę zaświecił duże światło i pokazał, jak wygląda obraz. Zwykle tego nie robię, ale umierającej kobiecie trudno odmówić. Zdjąłem ze sztalugi i pochwaliłem się niedokończonym płótnem, mrucząc pod nosem.


- Jeszcze dzień. Jeden, ostatni, pozwólcie mi malować.


Byli zachwyceni, choć płótno wciąż nosiło ślady prowizorki, szkicowania, niedoskonałych linii i plam zbyt świeżych, by mogły być podziwiane. Kiedy oni zerkali na płótno, ja patrzyłem na ich twarze. Staszka zatchnęło, a oczy miał większe niż zwykle. Ewie zaświeciła się cała twarz. Teraz, gdy była nakryta kołdrą, zdawała się być tą dziewczyną z opowieści. Skóra na twarzy była gładsza, nabrała bardziej naturalnych kolorów. Pomyślałem, że jutro będę musiał poprawić jej twarz, bo ta z obrazu nijak się ma do tej z łóżka. Być może myślałem „zbyt głośno”, bo jej wzrok natychmiast mnie skarcił. Żadnych poprawek, żadnych ułagodzeń, ma zostać to, co zastałem w łóżku. Kiwnąłem głową, odstawiłem płótno i poszedłem spać. Przysięgam, nim zasnąłem z dużego pokoju dobiegły mnie westchnienia. Miłość trudno pomylić z czymkolwiek, szczególnie, kiedy zaczyna żyć własnym życiem, poza marginesem dobrego wychowania, cywilizacyjnego blichtru i jest tylko i aż wyznaniem pragnącego ciała. Gdy słowa tracą znaczenia, a spazmy pochłoną ciało, pożądanie gna na złamanie karku ku spełnieniu – nie da się kłamać, udawać, tłumaczyć. Można tylko przeżywać. Nic innego nie wchodzi w rachubę. Zasnąłem mając w głowie niezmierzony kosmos.


I znów obudziło mnie stukanie, i znów miałem wrażenie, że dopiero przyłożyłem głowę do poduszki. Staszek wsuwał zza drzwi głowę do pokoju i przysiągłbym, że jego twarz miała kolor ćwikłowego buraka. Acha! Nie zdawało mi się wieczorem! Z jakiegoś powodu byłem mocno usatysfakcjonowany jego fizjonomią. Błyskawicznie opędziliśmy poranne sprawy i stanąłem do pracy. Staruszkowi wyraźnie trzęsły się ręce, kiedy odkrywał staruszkę. Popatrzyłem uważniej – ona także miała rumieńce! Nie do wiary! Dwa dni leżała nago przede mną, a teraz ma rumieńce? Jej oczy błagały, bym spostrzeżenie zachował dla siebie, żebym powstrzymał się od komentarza. Bezzasadnie byłem z siebie dumny, jak kogut w obliczu czmychających kurek. Chwyciłem pędzel ze świadomością, że dziś skończę. Choćby nie wiem co. Zerknąłem, jak Staszek całował ją w usta, nim podreptał na fotel. Ewa dzisiaj wcale nie wyglądała na umierającą. Może na starszą panią, której trochę brakuje sił, ale na pewno nie na umarlaka, któremu lekarz ustawił klepsydrę na odliczanie. Zdumiewało mnie, że ilekroć tego dnia patrzyłem na obraz, tym był brzydszy, a Ewa piękniała w moich oczach. Zaczynałem dostrzegać to, czego doświadczył Staszek. W ogóle nie dziwiłem się, że stracił dla niej głowę. Jak poprzednio, nim na dobre się rozkręciłem, a Staszek pogrążył się we wspomnieniach, przeszkodził nam dzwonek. Samotna kawa w kuchni stawała się przewidywalną przyszłością, a cicha rozmowa została zakłócona okrzykiem staruszka.


- Co?!


Przewróciłem kubek z kawą, biegnąc do pokoju.


- Dzień dobry panu – lekarz najwyraźniej był bardziej opanowany. Odwrócił się do staruszka i trzymając nadgarstek chorej powiedział powoli i bardzo dobitnie – Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale stan pani Ewy wyraźnie się poprawił. Mało tego, jej funkcje życiowe zdają się wracać do normy, do stanu typowego dla wieku. Gratuluję. Gotów jestem zgoła zaryzykować tezę, że choroba jest w odwrocie. Nie potrafię określić żadnego medycznego powodu, ale jeśli cokolwiek państwo zrobili, zalecam bezwzględnie to kontynuować.


Wychodząc zapowiedział się na jutro. A my? Wszyscy mieliśmy łzy w oczach, a Staszek po prostu ryczał jak bóbr, scałowując Ewie z twarzy jej łezki. Moje wsiąkały w stary dywan, ale kto by się przejmował dywanem? Pierwsza opanowała się oczywiście Ewa.


- Mój kochany, może byś wreszcie przestał mnie moczyć, bo na obrazie będę przypominała meduzę. Pozwól panu pracować, bo przecież obiecał nam, że dzisiaj skończy dzieło. Zanim usiądziesz w tym swoim fotelu, rozbierz mnie proszę. Dla pana, żeby wszystko było jasne. Z tobą policzę się innym razem.


Potrafiła rozładować sytuację. Ale i atmosfera zelżała po diagnozie. Staruszek znów opowiadał, a jego opowieść o dorosłości, o wspólnych planach na życie, o cierpieniu, że mogą zapomnieć o potomstwie, słodko-gorzkie losy życia, jakich doświadcza większość ludzi płynęła gładko. Powinien zostać gawędziarzem, albo pisarzem. Słuchając opowieści o ich życiu ledwie zauważyłem, że dzień się skończył. Mało tego. Dopiero wtedy zorientowałem się, że od co najmniej godziny stoję nieruchomo z pędzlem zawieszonym nad płótnem i nie widzę ani kreski do namalowania. Zerknąłem na swoje dzieło. Było potworne. Kobieta z obrazu wyglądała gorzej, niż Ewa, kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Wstyd mi było tak bardzo, że uciekłem do łazienki, nie wiedząc co mam zrobić.


Nie sposób ukrywać się w cudzej łazience długo, więc wyszedłem ze spuszczoną głową. Stali przed obrazem oboje. Ewa, która trzy dni temu nie miała siły podnieść głowy, teraz wyszła z łóżka i podziwiała obraz, wsparta na ramionach Staszka. On, zachwycony, patrzył tylko na nią, Ewa z kamienną twarzą oglądała obraz.


- Tak wyglądałam trzy dni temu? – spytała szeptem i kiedy kiwnąłem głową, chcąc ukryć niepewność głosu poprosiła – Proszę zostawić nas samych.


Poszedłem „do siebie”. Tak zacząłem nazywać ów mały pokoik, w którym spędziłem ledwie trzy noce. Dopiero gdy usiadłem na łóżku poczułem jak bardzo zmęczył mnie proces twórczy. Nogi obolałe, kręgosłup domagający się odpoczynku, ramiona sztywne, a w głowie miałem galimatias, sugerujący bezsenną noc. Za drzwiami staruszkowie cichutko mruczeli do siebie, kiedy przewracałem się na poduszkę, a gdy tylko głowa na nią opadła - zasnąłem.


Tym razem, zamiast głowy Staszka na dzień dobry, obudził mnie dzwonek do drzwi. Lekarz. Zaspałem? I Staszek też? Nie wstawałem, żeby nie przeszkadzać w badaniu. Niech pójdzie, wtedy wyjdę. Przecież i tak mi powiedzą, co się dzieje. Lekarz jakoś dziwnie się dziś guzdrał i kwadrans zamienił się w całą godzinę. Wieczność uwięziona w samotni niewielkiego pokoju. Nareszcie poszedł. Ledwie zamknął drzwi, już pognałem do dużego pokoju. Ewa ze Staszkiem siedzieli na łóżku, oczywiście trzymając się za ręce. Patrzyli na siebie z niedowierzaniem i miłością. Pierwsza zauważyła mnie Ewa.


- Pan siada, bo nowiny są porażające – powiedziała wskazując ręką fotel staruszka – Lekarz poświęcił mi znacznie więcej czasu, żeby odnaleźć chorobę, która mnie zabijała i nie znalazł jej. Jest tego pewien. Wszystko, co złe w moim ciele, cofnęło się bez śladu. Jestem zdrowa! Stara, ale zdrowa!


Ze zdumienia otworzyłem usta, ale nic więcej nie zdołałem zrobić, bo kontynuowała:


- Doszliśmy ze Staszkiem do wniosku, że to pan. Pan to sprawił. Pan i pana obraz. Przeniósł pan ze mnie chorobę na płótno. I teraz musimy pana prosić o kolejną przysługę. Proszę jak najszybciej spalić ten obraz, ale tak, żeby ślad po nim nie został. Oczywiście zapłacimy panu za trudy, jednak obraz musi zniknąć, by nie zagrażał już nikomu. Gdyby każdą chorobę udało się „wymalować” z pacjenta, byłby pan najbardziej niewyspanym malarzem na świecie. Pieniążki Stasiu już przygotował, ale, jeśli wybaczy nam pan śmiałość, chcieliśmy żeby został pan naszym synem. Nie szkodzi, że to spóźnione uczucie, ale pokochamy pana jak własnego, którego dotąd nie mieliśmy. I z pokojem już się pan nieco oswoił… dobrze syneczku?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz