niedziela, 14 lipca 2019

Sezamie - gotuj się!


Nieopatrznie przyswoiłem informację, że mężczyzna kuchenny, to skarb, więc aspirowałem. Incognito, żeby wstydu nie było przetrząsnąłem kulinarną modę – chwilowo pobieżnie i bez fanatyzmu. Kuchnia zmierza w przyszłość eksperymentalnymi ścieżkami. Do wyboru: ciekły azot, czyli mrożonki, ekstrawaganckie białko, czyli owady, albo łąka luzem. Zacząłem od łąki, bo sezon sprzyja. Na pierwszy ogień poszła rukola – takie liście ostu obrane z kolców – ciężka robota i kłuje w paluchy, ale surówka gotowa. Teraz humus. Szpadlem nakopałem na cały tydzień. Do picia zielone „smuty” – w hoboku mieszadłem do farb zmiksowałem pokrzywę z łętami selera. I gluty wybrałem, żeby bezglutenowo było… Tylko kto to teraz zeżre?

Biznesmen.


Samodoskonalenie, rozwój i inicjatywa. Aż mi się wstyd zrobiło, że tak światły nurt płynie pomimo mnie. Postanowiłem dołączyć, zakładając działalność, którą trudno nazwać gospodarczą.
Zecer wspomnień – zawód chwilowo nieistniejący zamierzam powołać do życia. Chwytać fastrygą wystrzępione, niedokończone wspomnienia i łatać je. Pocerować, wypełnić i odprasować, żeby były piękne i pachnące odpowiednio do rangi nosiciela. Oprawić w wiśniową skórę ze złoconymi tłoczeniami…
Chyba oczywistym jest, że nie wszystkie zamierzchłe wspomnienia pasują do bieżącego anturażu, a wybrane chciałoby się podnieść o klasę czy dwie. Postanowiłem sprowokować przeszłość do tego, by przymknęła oko na chwilę i pozwoliła ozłocić nawet to, co pachnie niesalonowo.

Poszarzałe wspomnienie.


Chociaż śmiałem się głośno, kiedy powtarzał swoje nieprawdopodobieństwo, to jednak po jakimś czasie ze zdumieniem odkryłem, że miał rację. W ogóle podejrzanie często miewał rację, chociaż usta otwierał rzadziej, niż gorliwy katolik po eucharystię. Wydawało się, że żartuje, że droczy się ze mną i usiłuje wykazać mi ignorancję, a przecież on tylko inspirował i wskazywał ścieżkę. Niemożliwą, pełną wykrotów i pułapek, ale przecież ścieżkę, którą mogłem podążać, a jeżeli dopisze szczęście, talent i wytrwałość, może doprowadzi mnie do czegoś, czego wstydzić się przed światem nie będę musiał. A on wzruszał ramionami i bez cienia złośliwości mawiał wciąż, że dobry malarz z czerni i bieli wyczaruje najbarwniejszą tęczę i nie potrzeba żadnej ultramaryny, żeby pokazać jak niebo przegląda się w oceanie, ani jak czysty potrafi być śnieg, nim dotknie go wzrok wieczoru.

Gruntowałem płótno za płótnem i godzinami malowałem rosnącą za oknem lipę motając się w szarościach i popielach. Z moich lip mogłem już zbudować spory park, albo aleję wiodącą do bardzo odległego dworu, a one wciąż wyglądały, jakby Bóg spalił inne kolory i zostawił mi w oczach pogorzelisko. Ojciec zaglądał tu rzadko, lecz za każdym razem gdy przychodził wyjmował z paczki niemiłosiernie wygniecioną paczkę papierosów bez filtra i palił, jakby mu się dokądś spieszyło, a ja miałem wrażenie, że rozsnuwa mgły pomiędzy moimi lipami, żeby dorobić wszystko, czego nie udało mi się namalować. Czasem kiwał głową, a ja patrzyłem na moje martwe lipy ze łzami w oczach i niemal czułem, jak je spowija dym śmierdzącego papierosa. Nigdy nie namaluję życia, choćbym kupił najdroższe farby…

A potem ojciec wychodził zabierając jeden z nieudanych obrazów, a ja zaciskałem zęby i kląłem głośniej niż wolno. Sąsiedzi wybaczali mi, bo to jedna z niewielu fanaberii na jakie sobie pozwalałem, a i to niezbyt często. Wychyliłem się przez otwarte okno, a wyglądać musiałem jak blady duch ubrany w resztki siwego dymu. Z dołu przyglądała mi się dziewczynka. Miała może sześć, może siedem lat, ubrana była w niebieską sukienkę w wielkie białe grochy, a buzią jasną z oczami pełnymi ciekawości zarażała świat uśmiechem. Trochę mi było wstyd, że była świadkiem mojej ekspresji , więc zapytałem, czy napije się ze mną herbaty. Na ławce pod lipą, którą malowałem od dawna.

Kiwnęła głową zaintrygowana, więc zaparzyłem w dzbanku jakąś pachnącą kwiatami i egzotycznymi owocami, na tacę postawiłem dwie filiżanki, słoik z cukrem, bo oczywiście nie używałem srebrnej cukiernicy, gdyż ta brudziła się od samego powietrza zbyt szybko. Porwałem resztkę herbatników, które robić miały za ciasto do herbaty i zszedłem na dół. Dziewczynka dygnęła grzecznie aż zmiękłem cały. Ostrożnie postawiłem tacę na ławeczce pod lipą i zaprosiłem ją na poczęstunek. Siedziała machając nóżkami zbyt krótkimi, żeby sięgnąć ziemi, a może to ławka była zbyt wysoka?

Okazało się, że mieszka całkiem niedaleko, w sąsiedniej kamienicy i właśnie czeka na koleżanki, które wciąż jeszcze jedzą obiad i dlatego stała sama pod lipą, bo samemu bawić się jest trudniej. Rezolutnie zapytała mnie czym się zajmuję i czy potrafię się bawić, a potem uznała, że malowanie, to dobra zabawa, byle nie przesadzać. Że czasami trzeba pobyć z ludźmi i zatańczyć, albo poskakać na skakance. Nawet miała skakankę i koniecznie chciała mi pokazać, jak się to robi. Patrzyłem, jak podrygują jej kucyki, gdy skakanka obijała się o ziemię, a ona przeskakiwała lekko i z niemożliwą do opisania radością. Kiedy podała mi skakankę oczy miałem tak pełne zachwytu, że niemal mokre od szczęścia. Zapomniałem już radość młodości, ale poddałem się jej woli i skakałem niezgrabnie, jak tłusty pies przez ten przykrótki sznurek, a ona klaskała w ręce i dopingowała mnie do większej gracji.

Oddałem jej skakankę, gdy tylko posłyszałem młode głosy wołające do niej wesoło. Podziękowała za herbatę i zapytała, czy jutro też przyjdę, więc kiwnąłem głową, bo głos mi się łamał i wolałem nie mówić nic. Pobiegła zupełnie zapominając o mnie, a ja zostałem pod lipą, żeby ochłonąć. Przysiadła się sąsiadka wracająca z zakupów. Wesoła, okrąglutka pani, która jak się okazało miała więcej dobrego humoru, niż zmarszczek. Przysiadła się i dogadywała serdecznie poklepując mnie po kolanie. Moje herbatniki nie pytając o zdanie pokruszyła i rozsypała wróblom na żer i wyjęła z siatki jakieś ciasteczka nakrapiane różanym dżemem. Kupne, ale miękkie i świeże. Napełniła filiżanki i siedzieliśmy razem oddając się rozkoszy nieróbstwa. Nawet nie zapytała, ale sam z siebie opowiedziałem jej o lipie i o tym, jak maluję ją, a ona wciąż nie chce ożyć i ciągle smutna i spalona.

Pani westchnęła i wtuliła się w moje ramię zamykając oczy. Wąchała mnie chyba, albo dłońmi szukała czegoś, czego w sobie nie podejrzewałem, ale trwała tak nie ruszając się, jakby zbierała się na odwagę. Potem zaczęła mi opowiadać cichym, niepewnym głosem własną historię i całe życie, które tu, w cieniu malowanej przeze mnie lipy spędziła. Aromat lipowy otulił nas, a cień, niczym miękki kot położył się na naszych kolanach, żebyśmy nie zmarzli. Pani twarz rozciągała się w uśmiechach wspomnień, albo marszczyła w chwilach grozy. Samą mimiką mogła opowiadać historię, bo jej twarz była otwartą księgą. Nigdy nie musiała chyba ukrywać uczuć, bo malowały się na jej buzi czytelniej niż literki w elementarzu. Czas cofnął się, a jej twarz wygładziła się. Nie mogłem się powstrzymać i chciałem pogłaskać ją po policzku, kiedy otworzyła oczy.

- Pokażesz mi twoją lipę? – zapytała cicho – Ja o swojej ci opowiedziałam i bardzo chcę zobaczyć twoją. Przyjdź jutro tu na herbatę i przynieś ją, dobrze?

Odprowadziłem ją do drzwi niosąc siatki, a potem wróciłem po tacę. Wróble szczebiotały wydziobując z niej okruchy po ciastkach, ale na mój widok rozpierzchły się i z wysokości lipy krzyczały, żebym zostawił to, czego i tak nie zjem. Wysypałem okruszki na ławkę i poszedłem do domu. Wyjrzałem przez okno i zamknąłem oczy… Patrzyłem na lipę z zamkniętymi powiekami, a ona wyciągała do mnie ramiona… Malowałem zawzięcie, aż nadeszła noc. Zapaliłem dwie ostatnie świeczki, jakie znalazłem w kredensie, bo elektryczne światło wydało mi się zbyt brutalne i malowałem dalej. Księżyc zerknął przez otwarte okno, ale poszedł do swoich spraw, a ja w zapamiętaniu malowałem, jakby moje życie miało od tego zależeć. Mieszałem czerń z bielą na miliardy odcieni szarości i modliłem się, żeby ożyły do złota kwiatów, do wiosennej, pełnej życia zieleni. Do błękitu sukienki uśmiechniętej dziewczynki i uśmiechu starszej pani, od którego zmarszczki topiły się i skóra nabierała jędrności. Nawet brązowe wróble szarą smugą pociągnięte zaczynały wiercić kuperkami niecierpliwie i napastliwie, dopóki czubkiem pędzla nie rozsypałem pod lipą okruszków…

Słońce zaglądało do pokoju z niemym pytaniem, po co świece palę w dzień, a ja usiadłem na fotelu zmęczony, ubrudzony farbami i poszarzały z wysiłku. Koniec. Wiedziałem, że w prostokącie płótna nie zmieści się ani jedna kreska, ani najdrobniejsza nawet plamka. Obraz sechł lizany słońcem, a ja siedziałem wyzuty z uczuć. Kiedy usłyszałem dziecinną radość za oknem podbiegłem do okna i szukałem niebieskiej sukienki, ale nie było jej dzisiaj. Chciałem się pochwalić, pokazać jej swój obraz, na którym ona skacze na skakance i uśmiech ma tak piękny, jak tylko można. Zrezygnowany chciałem się już cofnąć, kiedy zobaczyłem staruszkę. Popatrzyła na mnie pytająco, więc kiwnąłem głową, że owszem – już schodzę na dół.

Wziąłem obraz i sztalugi, a drzwi zatrzasnąłem nogą. Schody pojękiwały ze starości, ale nie zwracałem na nie uwagi. Wyszliśmy razem. Pani niosła wiklinowy koszyk dzwoniący cichutko porcelaną. Na ławce już czekały puchate kulki wiecznie głodnych wróbli i przekomarzały się z nami o miejsce na niej. Pani z uśmiechem przekupiła je sypiąc garstkę kaszy pod lipę, żeby pozwoliły nam usiąść i już wyjmowała naczynia. Ustawiłem sztalugi tak, żeby mogła patrzeć nie wstając z ławki i oparłem o nią obraz. Wciąż pachniał bielą i czernią. Poprawiałem obraz, kiedy usłyszałem, jak zadzwoniła łyżeczka spadając na bruk pod ławką. Zanim się zdążyłem obrócić zobaczyłem, że ulicą nadchodzi ojciec. Ledwie otworzyłem usta był już przy mnie i chciał coś powiedzieć, ale pokazałem mu ręką ławkę, więc usiadł obok starszej pani, której z oczu ciekły perłowe łzy. Ojciec machinalnie sięgnął po filiżankę i podniósł ją do ust, gdy zerknął na obraz i znieruchomiał.

- Skąd wiedziałeś? – zapytała pani łamanym głosem, a mój ojciec bez słowa przytulił ją do siebie – Miałam taką niebieską sukienkę w białe grochy…

- Ja też ją pamiętam – chrząknął niepewnie ojciec – I dziewczynkę z kucykami, która podała mi skakankę, żebym spróbował…

sobota, 13 lipca 2019

Yeti.


Elektronika zbyt mocno przytulona grawitacją do czegokolwiek zachowuje się skandalicznie. Rozsypuje się w drobny mak kalecząc wszystko dookoła masą o ziarnie tak drobnym, że żaden Kopciuszek nie poradzi już nic. Należy ją uznać za straconą z chwilą, gdy utrata stabilności przestaje być liczona w mikrosekundach i sięga wartości dostrzegalnych analogowymi zmysłami. Ciało co prawda znosi nieco lepiej nagłą utratę wysokości nie tylko nad poziom morza, ale nawet nad poziom ziemi, jednak również nie pozostaje bez szwanku.

Samolot przyziemiał dokładnie tak samo, jak przyziemiałby metalowy kontener na śmieci, który potknął się i utracił równowagę na wysokości dziesięciu tysięcy metrów lecąc z prędkością ponad czterystu kilometrów na godzinę. Mayday, jak mantra krążyło w trybach elektroniki, która jeszcze nie zorientowała się w sytuacji, podczas, gdy analogowe struktury pospiesznie i bezwstydnie opróżniały się nie tylko z płynów chcąc zminimalizować masę podczas nieuchronnego zderzenia niesprężystego absolutnie. Kabinę wypełnił zbiorowy aromat przetworów organicznych usiłujących wydostać się z objęć materiałów naciągniętych na korpusy. Kwaśny smród strachu zagarnął wszystkich i opróżnił żołądki z treści. Gruntowne czyszczenie przewodów pokarmowych nie zajęło wiele czasu i zostało go wystarczająco, żeby ulec zbiorowej panice.

Za oknami tłoczyły się jakieś niegościnne góry, poszarpane, ostre i granitowo-oziębłe. Po takich górach można było się spodziewać wszystkiego najgorszego, a już na pewno nie pikniku, gdzie jakiś najęty Szerpa będzie osłaniał czółko przed udarem słonecznym, niosąc przy tym na własnych plecach i głowie apartament królewski z kuchnią i SPA. Żadnych czerwonych dywanów, ani nawet baru mlecznego. Miliony kilometrów kwadratowych wstrząśniętego gołoborza pełnego grizzli, pterodaktyli i tygrysów szablozębnych, a do kompletu detal w miliardowych populacjach, jak gzy, tse-tse, komary, skorpiony, toksyczne ważki i roślinność podejrzana o wszystko poza skłonnością do zaspokajania potrzeb wysublimowanych podniebień miejskiej arystokracji. Nawet hieny i skunksy zdychają, gdy się podobnej biologii zaczną przyglądać z bliska, a w najlepszym wypadku zacznie im garściami wypadać szczecina i skóra pokryje się liszajem.

W takich to skumulowanych antywarunkach geografia postanowiła sprawdzić reakcję materii na wzajemną bliskość. Słońce zagarnęło wszystkie pobliskie chmury, żeby nie patrzeć na rozmiar nieszczęścia, elektronika darła mordę w nieskończonej frazie wołając Mayday, ale nawet gdyby dosięgła innej elektroniki zachowującej się z większą stabilnością, to przecież materia nie potrafi falować wystarczająco szybko, żeby w sinusoidalnych podskokach zwiać z naszej klatki Faradaya, albo wykorzystując tunelowanie cząstek skwantować własną tuszę i podążyć ścieżką wielobitowej magistrali, żeby bezbłędnie zmaterializować się tuż za sieciowym dekoderem. Krótko mówiąc – elektronika usiłowała zadbać o to, żeby miał nas kto pośmiertnie opłakać, albo przynajmniej posprzątać bałagan, jakiego narobimy w wyniku tego eksperymentu.

Wartość oczekiwana była oczywista – z grubsza tona tatara w puszce, chwilowo hermetycznie zamkniętej, jednak kwestią chwili było kiedy konserwa otworzy się i rozpocznie się nieubłagalny proces gnilny. Niektórzy chyba go już rozpoczęli, bo smród zgęstniał niemożliwie. Aż dziw, że nie wznieśliśmy się na takich oparach. Los rzucał już fałszywe kości, żeby uatrakcyjnić doznania jednostek i zindywidualizować je. Los nie lubi nudy i pewnie jakiś wybraniec będzie zdychał odrobinę dłużej. Może nawet kilka dni… A może w poczuciu dobrego humoru Losu ktoś przetrwa kataklizm i będzie mógł zachłystywać się cudownym ocaleniem przez całe lata? Przekupiłbym dziada, ale nie wiedziałem czym, a odliczanie końcowe już się rozpoczęło. Wysokość kurczyła się równolegle z czasem i jak na mój gust czyniła to zbyt zajadle. Mogłaby pofolgować odrobinę. Żadnemu z nas nie śpieszyło się aż tak do powrotu na ziemię.

Nasz kierowca, chociaż pachniał równie nieprofesjonalnie, jak my, to jednak całą swoją sylwetką usiłował nam wmówić, że panuje nad maszyną, albo naszym losem, i zajadle czymś kręcił, ciągnął, pchał i sapał przy tym tak, jakby każdym oddechem chciał zakląć w językach nam niedostępnych z obawy, że po wylądowaniu napiszemy na niego skargę. Pomiędzy kroplami potu snuły się takie słowa jak turbulencje, dziura, awaria i niestabilność, a takich normalnych, że za kwadrans stewardesa poda lunch i menu znajdą państwo w kieszeni fotela, albo choćby drobnej wzmianki o setce wódeczki dla bardziej strachliwych, to ani-ani. A strachu było tyle, że biedna stewardesa musiałaby rozdysponować po litrze najmarniej, gdy ziemia tak bezkompromisowo zbliżała się do naszego niewystarczająco opancerzonego podbrzusza. Ba – dałem się ponieść marzeniom – ziemi nie było widać po sam horyzont, który kurczył się zastraszająco szybko. Oddolnie przyglądała się nam granitowa, wieloostrzowa piła i oblizywała się lubieżnie jak głodomór czytający w ekskluzywnej restauracji menu ze świadomością, że ciężar rachunku obarczy inne sumienie.

Ponieważ zbliżanie się do ziemi kończy się brakiem reakcji ziemi, więc bliskie spotkanie najwyższego możliwego stopnia staje się oczywistością do której splot zdarzeń nieuchronnie dąży nawet w filmach aspirujących do naukowej fikcji, bez względu na rasę, wiek i płeć reżysera. Nasz kierowca być może nie ogląda amerykańskich filmów z dowolnie wybranego powodu, poddał się jednak konwencji dramatycznej i do samego końca (czyli niezbyt długo) trzymał w dłoniach jakiś metalowy element i nieskutecznie usiłował wydestylować z niego sok. W tym czasie gołoborze wystawiło szpony, żeby pochwycić konserwę i otworzyć ją, aby jak najszybciej dobrać się do szpiku nim nadlecą padlinożercy. Natura uwielbia szpik. Wiem to tylko z literatury, jednak coś w tym być musi, bo szpik jest równie popularny w sklepach, jak steki z ptaka dodo.

Samolot wykonał z własnej inicjatywy jakieś skomplikowane manewry i chyba nie podobał mu się pomysł z podbrzuszem, bo usiłował samopas zrezygnować z tego punktu programu, wybierając ścieżki zaskakujące i nieoczywiste nawet dla geografii. Chyba ją tym zaskoczył, bo patrzyła zdumiona z głupawą miną, jak podbrzusze stygnie ślizgając się po zamarzniętym jeziorze i przeskakuje z jednej zaspy w drugą, czochrając się o jakąś egzotyczną kosodrzewinę. Nastrój dramatyczny wymagałby kilkunastu guzów, złamanej ręki, obrażeń wewnętrznych trupa i zbliżającej się zbyt szybko przeszkody wertykalnej typu pionowa ściana w skali dodatniej lub ujemnej, jednak tym razem zbliżał się karłowaty las, a przed nosem samowystarczalnej maszyny toczył się bałwan śniegowy rosnący z każdym metrem swawolnej podróży. W końcu bałwan nabrał wystarczającej mocy, żeby poskromić ruch postępowy maszyny i dał odpór.

Elektronika oczywiście odmówiła współpracy i stała się przeszłością, poziom strachu opadł do wysokości, w której pół litra na dwóch zdawało się być godziwą rekompensatą, a jeden złamany paznokieć nie był wart odnotowania w książce pokładowej statku, który nareszcie przestał być powietrznym. Kierowca, któremu udało się w trakcie lądowania wyhodować brodę dźwięcznie podrapał się po zaroście i ukradkiem sprawdził, czy podobne błogosławieństwo dotknęło czubka głowy. Jako dowódca okrętu musiał podjąć decyzję, czy opuścić statek, czy też stanąć dryf i czekać na zbawienie. Smród eskalował tak bardzo, że postanowił uwolnić chociaż jego od gęstej atmosfery i otworzył drzwi. Gaz szarmancko wziął pod pachę ciepło i ulotnili się niezwłocznie. My zostaliśmy w obliczu nieskończonego chłodu ciągnącego się wiele kilometrów we wszystkich kierunkach trójwymiarowej przestrzeni.

Stewardesa – właścicielka złamanego paznokcia (jak się okazało poniewczasie reklamacja została uwzględniona i paznokieć wymieniono na nowy, dokładając nabłyszczasz powłoki lakierniczej za straty wizerunkowe) dostrzegła, że nadciąga niespodziewany ratunek, względnie nawałnica i wojenna zawierucha. Stanęliśmy gremialnie w drzwiach i oknach wypatrując zbawienia, lekką trwogą zjednoczeni jednak, na wypadek, gdyby to nie był koniec atrakcji. Od strony gór sunął na nas wał śniegu wyglądający jak detaliczna lawina, jednak nie nabierał masy tak szybko, jak powinna to czynić tocząca się kula śniegu. Patrząc na utoczoną samolotem kulę tamten wał zdawał się być dopiero zalążkiem i nie powinien nas pokarać nieodwracalnym dramatem.

Gapiliśmy się gdy owo niepojęte coś zbliżało się do nas, w tempie, które uniemożliwiało podjęcie przegłosowania decyzji – bać się, czy cieszyć. W końcu wał okazał się pięcioma Białymi Pomponami, z których największy miał ze trzy metry wzrostu, a najmniejszy pomachał nam chorągiewką w kolorach flagi narodowej Tunezji… a może Turcji… Patrzyliśmy jak urzeczeni, a przybysze ustawili miniaturowy szpaler i odtrąbili coś w rodzaju hymnu, dość jednoznacznie zachęcając nas do zejścia na ziemię. Znów nadużyłem słów, bo nie chodziło o zejście śmiertelne, ani o ziemię, tylko o to, żeby wyjść i skazić świeże powietrze w promieniu wystarczająco dużym, żeby szafran stał się w okolicy gatunkiem wymarłym na wiele lat. Z braku alternatywnych pomysłów wyszliśmy, wbrew tradycji puszczając kapitana przodem.

A kiedy staliśmy naprzeciw Białych Pomponów jak zmiana warty honorowej przed obliczem majestatu, Dominujący przynajmniej wzrostem Samiec (?) zapytał grzecznie, czy zechcemy przyjąć zaproszenie na krótkie wakacje w górach. Takie last minute i all inclusive całkiem niedaleko, jakieś półtora kilometra stąd, tyle, że w górę. Zaofiarował się, że pomoże nam dźwigać bagaże, względnie wciągną z synem cały nasz samolocik, żeby nam niczego nie zabrakło. Najwyraźniej trafiliśmy na jakąś przedsezonową próżnię w świeżo wykreowanym kurorcie. Gospodarze patrząc w jakim tempie się poruszamy zaproponowali, żebyśmy jednak wsiedli w swój samolocik, to nas doholują, zanim noc wleje się w doliny. Nasz kierowca wsiadając mruknął coś na temat MTV i Discovery Chanel, a Pompony radośnie kiwały głowami z wielkim entuzjazmem, że owszem dysponują oczywiście. Najwyraźniej gustują w rozrywkach, bo ojciec z synem z lekkim tylko wsparciem żeńskiej części rodzinnego klanu z animuszem przystąpili do pospiesznego parkowania naszego bolidu na zapleczu nieodkrytego dotąd przez ludzkość kameralnego hoteliku w górach. Najwyraźniej zbliżał się czas na serial o dzikiej przyrodzie. Pewnie mieli niezły ubaw słuchając głupot na własny temat…

Zamki z piasku.


W wielkiej stalowej misie stojącej na trzech zaledwie nogach płonęły szyszki sosnowe. Ktoś musiał poświęcić dłuższą chwilę, żeby wypełnić ruszt wyglądający jak olbrzymi wok. Noc wisiała wokół i zarażała palenisko blaskiem gwiazd, które naśladowało bezkres kosmosu pobłyskując miękkim światłem iskier czerwonych, pomarańczowych, a czasami nawet zielonych. Szyszki przytulały się do ognia, jakby chciały go wypić i zamykały płatki nie bacząc, że ogień spala im pazurki, a potem puchły od żaru i tylko czasem upuszczały iskry tonące w mroku.

Okrążyłem gorącą misę patrząc to w jej czeluści, to nad głowę. Taras wychodził ponad plażę i nieodległe stąd morze zdawało się łasić do nóg w nieskończonej powtarzalności. Było tak blisko, że czuć było, jak się poci, na słono, aż na wargach osiadały niewidzialne, drobne kropelki dopominając się, żeby je zebrać językiem. Kilka stolików ze szklanym blatem, wiklinowe fotele wypełnione miękkością, żeby można się było w niej zanurzyć, a nawet ciepłe, wełniane koce, czekające żeby okryć delikatne ciała przygnane tu sentymentem, bądź uniesieniem.

Kamienne balustrady dzieliły białą granicą świat na części dokładniej, niż czynił to z nocą sierpowaty, wyglądający na bardzo ostry księżyc. Oparłem się, jednak marmur wypijał ze mnie ciepło, jak wampir. Zadrżałem i podniosłem łokcie z parapetu. Noc nie była równie zimna, jak ten kamień, za którym mdlała pobladła plaża drżąca wyschniętą, ostrą jak brzytwa trawą porastającą muldy wydm. Wiatr pospołu z ludźmi wysprzątał taras z piasku i gdyby nie chłód można byłoby bosą stopą malować wilgotne ścieżki spacerów. Nieliczne, stylizowane na bardzo stare latarnie lampy nie zanieczyszczały już nocy smugami światła. Pewnie wolały gapić się w niebo i dumać nad własną niedolą, zapomniane i opuszczone przez wszystkich.

Morze kipiało od obcojęzycznych plotek i białą pianą osiadało w piasku niewygadane i przejęte do cna. Księżyc pobłażliwie zerkał z wysokości i byłbym przysiągł, że poprawia sobie wąsiki przeglądając się w toni między jedną, a drugą falą. Zaśmiałem się, jak można się śmiać, kiedy człowiek śmieje się z bezinteresownej radości i nie na pokaz. Zaśmiałem się w noc, bo wokół pustka i nieskończoność kosmosu tylko, a ten nie zauważy mnie nawet, bo zbyt drobnym paproszkiem jestem, żeby cokolwiek mojego mogło go zainteresować, czy choćby skłonić do zauważenia.

Gdzieś obok coś stuknęło, a kamień podniósł echo. Niegłośno, ale przecież się wzdrygnąłem. Nie spodziewałem się tutaj nikogo, a teraz dźwięk niespodziewany zgasił mój śmiech i głowę od nieskończoności morza i kosmosu oderwał. Kim był ktoś, kto tak beztrosko poczyna sobie ze mną i potrafi wyrwać mnie ze szponów dwóch nieskończoności? Patrzyłem rozcinając wzrokiem noc, lecz bez księżycowego srebra nie miałbym szansy żadnej. Szczęściem najbliższa kłębiasta poducha była zbyt daleko od tego wędrowca, a może sam był ciekaw, kto mnie wyrwał z objęć nocy?

W jednym z głębokich foteli, niczym w gnieździe, zatopiona w cień spała młoda kobieta. Musiała przyjść na boso i najwyraźniej wypadły jej z ręki sandały, kiedy się śmiałem, bo leżały teraz tuż obok śpiącej na zimnych, marmurowych kaflach. Kobieta była wtulona we wgłębienie fotela jakby w nim czuła się bezpieczna. Makijaż, a raczej to, co z niego zostało smużyło się po twarzy i zastygło znacząc ślady łez. Nawet we śnie wzdychała przejmująco i niewiele brakowało, aby płakała przez sen. Kuliła się w tym fotelu i miałem nadzieję, że to tylko z zimna, że rękami obejmuje samą siebie, jakby nie było na świecie nikogo, kto mógłby ją wyręczyć.

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale przecież… zanim okryłem ją jednym z leżących wszędzie kocy, usiadłem na drugim przed fotelem i delikatnie, żeby jej nie zbudzić starłem piasek ze stóp. Sypał się cichuteńko. Wysechł kradnąc ciepło kobiecego ciała i teraz spadał na podłogę, żeby i jego okradł kamień. Skórę miała delikatną i tak cienką, że niemal przeźroczystą. Bałem się, że ją skaleczę, jeśli zbyt mocno dotknę. Nieświadomie podgięła palce, jakby chciała mnie schwytać nimi, ale złapała pustkę tylko, a ja lekko, opuszkami strącałem ziarenka w niebyt. Stopy miała drobne, jak cała ona. Wsunęła jedną między moje ręce i coś szeptała do oparcia fotela. Kiedy poczuła moje ciepło twarz zaczęła się jej uspokajać.

Rąbek koca wspiął się po policzku, więc wtuliła się w niego jak w matczyne ramiona. Wygarniałem spomiędzy jej drobnych palców ostatnie ziarenka, a jej twarz wygładzała się powoli. Bałem się, że to za mało, żeby obudziła się uśmiechnięta, ale nie umiałem zrobić nic więcej. Kiedy próbowałem zabrać dłonie jej stopa szukała mnie niecierpliwie. Wstyd mi się zrobiło, kiedy jęknęła i oddałem jej obie ręce. Oparłem głowę o brzeg fotela i czekaliśmy poranka. Jej oddech szeptał piękną kołysankę, jakiej nie słyszałem nigdy wcześniej. Coraz spokojniejszą, ciepłą i pogrążoną marzeniach. A potem popchnęła mnie piętą lekko, żebym coś o sobie opowiedział.

Patrzyłem w otchłań kosmosu i opowiadałem jej drobne anegdoty z przeszłości, opisywałem ludzi, których już nie da się spotkać i takich, którym z każdym dniem coraz dalej do mnie. Opowiadałem jak pachnie śnieg, kiedy nikt na niego nie patrzy, albo jakie myśli płyną pod skórą pieszczoną górskim strumieniem, gdy tylko sójki przekrzywiając łebki zastanawiają się, czemu w tak dziwny sposób gaszę pragnienie. W misie szyszki przytulały się do siebie roztaczając aromat gorącej żywicy z rzadka potrzaskując, chyba tylko po to, żeby popchnąć księżyc w dalszą drogę. Opowiadałem wrześniowe poranki i noce sierpniowe, chwile tak drobne, że nawet we mnie gościły przypadkiem i chyba sam nie umiałem powiedzieć dlaczego zostały ze mną. Noc zasłuchała się i przestało się jej spieszyć. Morze kołysało się w rytm jej oddechu i harmonia była tak doskonałą, że taka noc mogła trwać całe życie.

A przecież przyszło słońce i przedarło się przez rąbek koca i ucałowało oczy kobiety nie zważając na mnie wcale. Oczy otwierała niechętnie, ale otwierała. Rozglądała się gdzie noc jej przyszło spędzić, a potem popatrzyła na mnie siedzącego u jej stóp…

- Jesteś – powiedziała niepewnie – Szukałam…

piątek, 12 lipca 2019

Upór.


Kiedy duszy znudzi się siedzenie w niebie i opływanie we wszystkie możliwe dostatki i przychylności wybiera sobie ciało i schodzi na ziemię. Może dostaje takie ciało w prezencie urodzinowym od nieco złośliwych kolegów? Ostatecznie dusza o przyprószonej pamięci dosiada świeżo wyklutego, dziewiczego ciała i obiecuje sobie, że da radę i nie pozwoli spętać się nieszczęściom. Potem mieszka w przyciasnym gabarycie kilka dziesięcioleci modląc się, żeby zakończyć eksperyment i zasiąść przy niebiańskim stole. Nie wspomni kolegom jak było, żeby ich nie zniechęcać, sama też spróbuje zapomnieć, żeby kiedyś ponownie zdobyć się na odwagę. A może głupotę? Ciekawe, kiedy dusze obchodzą urodziny?

środa, 10 lipca 2019

Uśmiech.


Zmarszczka na wodzie wiodła pod prąd, jakby w górę rzeki płynął gigantyczny wąż morski. I chyba płynął, bo trzy zaspane kaczuszki przycupnęły na brzegu usiłując schować się za butelką po piwie. Piękna pani w galowym makijażu szła prezentując tak wypielęgnowane stopy, jakby były nieużywane zupełnie. Większość facetów ma bardziej zniszczone dłonie. Szedłem z uśmiechem, choć pod wiatr i pod słońce i mijałem panie z pieprzykami nad górną wargą. Wszystkie wyglądały jak kropeczki spod znaku zapytania i stawały się niedopowiedzianą kokieterią. Siedząca na przystanku dziewczynka z tornistrem (?) uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo, że ona też nie rozumie dlaczego jej mamusia kończy śniadanie na ulicy, ale wstyd jej było się zapytać, bo nie wypada dorosłym uwagi zwracać.

wtorek, 9 lipca 2019

Misja adopcyjna.

    Młodzież zebrała się kątem i szeptała cicho zerkając niepewnie to na mnie to na Stanisława. W końcu wypchnęli Pryszczatego, bo Pryszczaty zazwyczaj robił za mięso armatnie, kiedy młodzież miała wątpliwości, czy wypada, albo rosło ryzyko starcia z odmiennym niż ich mniemaniem. Pryszczaty wił się tym razem i stawał okoniem, ale i tak go wypchnęli, więc podszedł i pochrząkiwał wstępnie, żeby zanim zagai rozpoznać ewentualne wapory. Jakbym je miewał od przedwojnia.

    - Bo taki Szparag – wykrztusił wreszcie – to jest do Rudej przynależny niejako od urodzenia. Może nawet go wykluła gdzie w mateczniku laboratorium i Szparag jest obowiązkowy. I my to rozumiemy, więc do Rudej w komplecie Szparag, jak ozdobne zielsko do bukietu być musi, albo jak śledzik do setuchny. Ale teraz koło Rudej kręci się taka malutka blondyneczka o cerze, która słońca nie zaznała. Czyżby powiła? Znaczy Ruda… I ja, to znaczy my… no… chcieliśmy zapytać…

    Pryszczaty przemawiał scenicznym szeptem, więc Pani Kasia, jako jednostka wybitnie kulturalna posłyszała cały wątek, a kwestię reakcji na mowę Romea, miała niejako genetycznie wbudowaną. Zatrzepotała rzęsami z ekskluzywnej drogerii, żeby lekko ochłonąć i nie wnikać w kwestie fizycznych skłonności Rudej do poczęć mniej lub bardziej naturalnych, jednak widok drobniuteńkiej istoty orbitującej wokół Rudej nie mógł ujść jej uwadze. Odrobinę znieruchomiała jednak, żeby pozwolić szefowi na chwilę zadumy nad jej doskonałym profilem, którego greckie boginie wręcz powinny jej pozazdrościć i udławić się jabłkami niezgody nie opuszczając przy tym zakurzonych kart dowolnej mitologii.

    Tym bardziej Stanisławowi, który z racji postury patrzył z wysoka i dostrzegał plankton przemieszczający się w przestrzeniach biurowych pchany falami pływów. Widział, lecz nie postało w nim pytanie, kim owa tajemnicza miniaturka być może. Najwyraźniej podobne pytanie na jałowym gruncie zwiędło nie wydając owocu. Selektywność spojrzenia Stanisława nie pomijała jednak jednostek płci delikatniejszej z budowy, więc obcym mu ta istota nie była i łaskawym skinieniem głowy niejednokrotnie kwitował jej zauważenie przemierzając przepastne, półmroczne przestrzenie korytarzy roznoszących echo jak chamsin zarazę.

    Podrapałem się po miejscu, w którym zdążyłem mimochodem wydrapać malutką, zapodzianą pośród zarośli polanę i w głowie lęgły się pytania, jakby mało było tych, którymi Pryszczaty zainicjował reakcję łańcuchową. Wzorem pani Kasi (choć nie tak pięknie i dostojnie) zamarłem uderzony falą czołową tego pytania, a młodzież z kącika patrzyła ze złośliwą satysfakcją, jak wiję się pod wpływem znaku zapytania na którym powiesił mnie Pryszczaty, jakbym był Janosikiem zdradziecko pojmanym w pijanym śnie.

    Stanisław przeżuwał własne myśli w milczeniu, pani Kasia w swoim zastygnięciu była tak piękna, że nie zamierzała wytrącać się z tego stanu czekając na szefa-księcia, który wyzwoli ją z tej wiekuistej zadumy i uratuje jej spragnione miłości łono od podłości świata. Choćby kosztem kruszyny, która słońca nie zaznała. Ja otarłem ukradkiem łezkę, gdyż miałem przed oczyma wyobraźni maltretowane szczeniaczki i kopane bestialsko małe kotki, czy wróbelki trzymane w pętli sznurka, żeby fruwały jak jakiś balonik zarażony ADHD.

    Oczywistym się stało, że udział szefa będzie niezbędny i jego niespieszne, wyważone kroki poprzedzone stalowym wzrokiem były już tyko kwestią czasu. Nastał w końcu miłościwie nam panując na chwałę własną i Centrali. Nastał i temat zgłębił pośród westchnień Katarzyny Pierwszej. Pani Kasia zawładnęła naszym zbiorowym sumieniem snując rzewną opowieść o latorośli spłodzonej zapewne potajemnie tam, dokąd nasze domysły ledwie śmiały się zapuścić i w tych retortach obrzydłych, w ogniu i dymie stworzona, od pierwszych chwil istnienia sierota, której obce matczyne ciepło i ojcowska miłość.

    Szef stanął na wysokości zadania, choć przełykał ślinę ze wzruszenia. Publicznie ofiarował się usynowić córkę i na spacer pierworodny ją powieść ku słońcu. Nauczyć kochać i być kochaną. Wiódł przy tym wzrokiem jamnika stojącego nad pustą miską, gdy pani Kasia dołączyła do deklaracji ofiarując sierotce pierś ciepłą i łono życzliwe. Czymże my mogliśmy wesprzeć niebogę? Stanisław mógł jej co najwyżej puklerz w kuźni na miarę sporządzić, a ja? Ech! Szkoda gadać. Pryszczaty zawstydził się nieco, gdyż jego szef absolutnie nie zamierzał usynawiać, a pani Kasia patrzyła z odrazą, jak na larwę mrówkolwa, a najwyraźniej owa drobniuteńka istota podobała mu się bardziej niż trochę.

    Stanisław poruszał się zbyt sztywno i mógłby niechcący delikatną strukturę psychicznie zmiażdżyć, więc on, jako umyślny z wiadomością w pole wyruszyć nie mógł, pani Kasia z szefem oddalili się pomiędzy szefowskie regały, aby przygotować gniazdko dla tak pięknego gościa. Płynęli wespół uduchowieni wielce i zwiewni jak dym z fajeczki. Ja tymczasem niewypowiedzianym poleceniem miałem zorganizować misję adopcyjną, jako weteran, albo senior, czy jak tam nazywa się jednostkę namaszczoną błogosławieństwem szefa.

    Objąłem wzrokiem stan posiadania i pierś wypiąłem mężnie. Szef patrzył, nawet, kiedy był odwrócony plecami i wiódł panią Kasię pod rękę podwieszoną, rozkołysanym wahadłem bioder taktującą niespełnione wciąż nadzieje. Biurko było moim kapitańskim mostkiem i postanowiłem nie schodzić z niego do końca, jak każą marynistyczne legendy. Stałem szeroko rozrzuciwszy nogi, żeby żaden sztorm, żaden bałwan spieniony nie zepchnął mnie z rubieży i wiodłem wzrokiem po widnokręgu. Z każdą chwilą duma we mnie rosła i wojska mi podległe kuliły się czekając rozkazów. Wreszcie padł pierwszy.

    - Ty! – wzorując się na niedościgłej postaci szefa wskazałem paluchem Pryszczatego – Ty pójdziesz i sprowadzisz. Zaprowadzisz. Przekażesz. Wesprzesz i nie pozwolisz. Nie przestrasz, nie spłosz i nie pozwól. Przyprowadź czystą jak polny mak świeżo po wykluciu, żeby ani jeden płatek nie opadł, żeby warga nie zadrżała. Przekażesz. Niech wie, że wsparcie ma zapewnione i przyszłość świetlaną też.

    - Co zaś do reszty… - powłóczyłem wzrokiem po pozostałych – Czas najwyższy, abyśmy gremialnie i jednogłośnie wsparli trud i wykazali się empatią. Z braku kapelusza będę zbierał „wyrazy” do pudełka po papierze A-4. Proszę nie skąpić sierocie wsparcia. Za chwilę przyjdzie na pierwszy być może w życiu posiłek przyprawiony ojcowską miłością. I to nie byle jaką, bo szefowską.

    Skład osobowy pouczony odgórnym przykładem Stanisława nie wygłupiał się brzęczącą monetą, tylko sypał banknoty, które nieśmiało sfruwały na dno pudełka. Pudełko było dość duże, jednak zbiorowa atencja zdołała ledwie dno przykryć ku naszemu zbiorowemu zawstydzeniu. Zaniosłem szefowi, żeby komisyjnie przeliczył firmową empatię i podjął decyzję w kwestii menu niewątpliwie głodnej nie tylko miłości istoty. Szef wzruszył się do tego stopnia, że pani Kasia musiała otrzeć mu czoło rosnące od rozpalonych myśli, kiedy nakrywał własnym banknotem naszą skromną ofiarę.

    Ten właśnie moment wybrał Pryszczaty, żeby wrócić z misji na tarczy. Znaczy samotnie. Pokonany i rozbity był tak, że przysiadł na zadzie, jak zajechany koń. Pani raczej nie pobladła, choć w jej wypadku byłoby to trudne do odkrycia, jednak korzystając z pośrednictwa Pryszczatego podziękowała pięknie za naszą troskę i zgodziła się wziąć udział w jakiejś drobnej, powitalnej uroczystości, ale dopiero w przyszłym tygodniu. I obiecała upiec placek z wiśniami, żebyśmy nie byli tacy smutni…

Domniemanie.


Chmury wyglądają, jakby się położyły na czymś niewidzialnym i wylegują się niczym puchate baranki po kąpieli w szamponie rumiankowym, czy w czym się kąpie naturalną wełnę czesankową w stanie przedagonalnym. Może właśnie tam sięga dziś brzuszysko grawitacji? Zapodziany śmigłowiec usiłuje rozplątać kudły tych olbrzymich stworzeń, a one przytulają się do siebie, bo w stadzie bezpieczniej. Znakomicie odżywiona kobieta okutana skórzaną kurtkę na nogach miała domowe klapeczki. Wyglądała, jakby wybiegła za synusiem z kanapkami i dopiero na przystanku przypomniała sobie, że synuś do pracy pojechał godzinę wcześniej, więc stała przytulając się do własnej torebki. Nogi splotła w iksy, czyli zapewne jest chłodno. Patrząc na podobny obrazek można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że temperatura siadła. Kobiety czynią to instynktownie chyba, bo nie sądzę, żeby odruch był wyuczony. Nawet dojrzewające dziewczynki w chłodniejsze dni potrafią już stać splatając nogi, żeby zatrzymać ciepło tam, gdzie pomieszkuje go najwięcej.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Model.


A kiedy księżyc był już taki szczuplutki jak bywalczyni wybiegów mody ustawiłem na jego krawędzi ławeczkę. Niewielką, z byle jakich desek zbitą. Ot - taką, żeby przycupnąć zmęczony długim dniem. Usiąść i wypić kubek herbaty, albo szklankę piwa w zależności, jak bardzo słońce swawoliło nim czmychnęło za płot widnokręgu. Zmarudziłem trochę, bo księżyc wyraźnie usiłował odpłynąć. Podskoczyłem i chwyciłem za róg. Potem podciągnąłem się szybko, bo pustka pod nogami deprymowała mnie. Usiadłem na mojej ławce i otarłem pot z czoła.

Księżyc wypłynął znad rzeki i wędrował nad miasto. Ciągnęło go do ludzi, a ja nie miałem nic przeciwko – zresztą – i tak nie pytał mnie o zdanie. Byłem pasażerem na gapę. Może nawet pasożytem, który na pochyłe drzewo wskoczył. Księżyc chudy, to i mnie pępkiem nie zepchnął na ziemię i teraz znosi mnie, ale posiwiał na tej chudej gębie od mojego towarzystwa.

Żeby go udobruchać opowiadałem mu o rzece, o tym, jak rzucałem kamieniem marząc, żeby przeleciał nad wodą i zniknął w szuwarach po drugiej stronie, albo jak puszczałem kaczki na wodzie zliczając kolejne, coraz szybsze klaśnięcia o lustro. Zerkał na rzekę i poprawiał srebrną brodę. Zwolnił, żeby dokończyć toalety. Szczęściem nie uwierałem go zbyt mocno.

Pokazałem mu palcem centrum, a on łaskawie się zgodził. Pokazałem mu ścieżkę, którą biegłem, żeby nie spóźnić się na ślizgawkę, albo drogę, jaką wydeptywałem pomiędzy kwiaciarnią, a pierwszą miłością, która uwielbiała róże bardziej ode mnie. W obu wariantach zrozumienia – musiałem księżycowi wyjaśnić zagadkę, bo chyba oszołomiła go niejednoznaczność układu tak prostego jak on-kwiat-ona. Pokiwał w końcu głową ostrożnie, żebym nie ześliznął się wraz z ławeczką i potem powędrowaliśmy dalej.

No tak. Ledwie usiadłem mu na grzbiecie, niczym wesz na psie i już uzurpuję sobie prawa. Mówię „my”, kiedy to on wędruje, a ja spoczywam na ławeczce i jestem tylko mizernym gawędziarzem, kiedy on – nocny stróż obchodzi swoje gospodarstwo obrane z kolorów i sprawdza, czy szakale nie wygryzają zbyt wielu dziur w rzeczywistości. Póki noc młoda chciał zajrzeć daleko, bo bliżej świtu wzrok zmęczony i już mniej chętnie spogląda ku kresom. Nosem pokazywał mi jakieś odlegle góry, czy morza, wysrebrzał korony drzew i spijał pianę z odległych strumieni.

Chciałem go zatrzymać, żeby został tu, w mieście, bo bałem się, że sam nie dam rady wrócić, kiedy się rozpędzi gdzieś daleko, ale jemu było już spieszno położyć się gdzieś na pustyni i popatrzeć w gwiazdy beztrosko. Kiedy mijał jakiś wieżowiec zeskoczyłem i pomachałem mu ręką. Niech frunie za swoim losem. Ja zostanę. Schodziłem niekończącymi się schodami, bo nocą winda nie chciała działać. Schody kręciły się i kręciły, skurzone, zmęczone i niekochane. Nocny stróż poburczał coś pod nosem, kiedy wychodziłem – szczęściem nie rozpoznał we mnie intruza.

Daleką miałem drogę, bo przesiedziałem na grzbiecie księżyca dobrą chwilę i wyciągnął mnie spory kawałek przez miejskie plenery. Wracałem szemrzącą z cicha nitką asfaltu dyszącego całodzienny trud. Chyba był spragniony, więc zaproponowałem mu spacer nad rzekę, żeby się schłodził. Zgodził się, bo w taką noc każdy się godzi na wszystko.

Ciepła, czarodziejska noc pełna marzeń bezwstydnie fruwających jakby to był bal dla latawców. Stukałem rytm butami, a echo grało tymi odgłosami w squash’a obijając o pomroczniałe ściany i witryny sztucznym śmiechem przystrojone. Ulica wślizgiwała się z wielką wprawą pomiędzy stare kamienice, a wiatr penetrował zakamarki i arkady jak szczeniak szukający zabawy.

Stanęliśmy na moście, żeby odsapnąć. Ulica piła wprost z nurtu, a ja patrzyłem jak migoce miliard łusek drobniuteńkich fal czesanych ciepłym, żółtym światłem. Rzeka nocą stała się piękna i wcale nie odarta z tajemnic, kiedy ludzie ją podświetlili nieznacznie. Usiadłem na kamiennej balustradzie i podkurczyłem nogi obejmując kolana ramionami. Jakbym sam do siebie się przytulił. Siedziałem i patrzyłem w wodę, żałując, że księżyc wolał biec niczym dziki mustang przez prerię, zamiast zostać ze mną.

Chyba się zadumałem i nie zauważyłem, kiedy ulica pognała dalej. Spomiędzy kamienic dobiegał zmęczony rytm samotnych, spóźnionych kroków. Ocknąłem się, gdy zgasł nieopodal. Podniosłem głowę i rozejrzałem się.

- Nie! – malarz gorączkowo rozkładał sztalugi wprost na jezdni – Proszę, nie ruszaj się. Zostań tam jeszcze przez chwilę. Pozwól choć naszkicować tę chwilę. Cóż za noc! Najpierw rozkołysany pan na ławeczce przekomarzał się z księżycem, a teraz ty, jak cień przytulony do nocy…