środa, 7 sierpnia 2019

Przekroczyć granice.


Mgła wlała się w doliny, niecki i zakamarki, szczelnie wypełniając każde, nawet dokładnie ukryte zagłębienie terenu. Tylko dumne sosny łapały światło gwiazd wystając ponad mokrą otulinę usiłującą stłamsić najdrobniejszy pomruk ziemi. Ze szczytu skały, z którą czas obszedł się łaskawiej niż z innymi ją otaczającymi za czasów młodości tych gór, patrzyłem na pejzaż nocny i mrugające całkiem niedaleko jakieś miasto niecierpliwie dyszące gorączką wielobarwnych świateł. Jakaś wstęga szosy niczym suwak zamka błyskawicznego snuła się pomiędzy wzgórzami i przeskakiwała lekko nad potokiem. Gdy nadjeżdżał osamotniony samochód i reflektorami rozpinał zamek błyskawiczny po obu stronach wstążki snuły się pijane mrokiem lasy buczynowe przeplatane świerkami i sosnami. Od czasu do czasu światło wlewało się na kamieniste pole rodzące więcej potu niż plonów, albo tonęło w rwącej, zimnej jak katafalk rzece.

Stałem na skale, a księżyc strzygł niebo i obcinał gwiazdom łodyżki, żeby mogły swobodnie fruwać po niebie granatowo-czarnym, nieskończonym i milczącym jak skamieniali pielgrzymi rozsiani po pobliskich lasach. Wiatr wykłócał się o coś w buczynowym gąszczu, ale drzewa posiniałe z zawziętości tylko groziły mu stalowymi, rosochatymi paluchami, więc uciekał pod skały i wspinał się lepiej od wytrawnych alpinistów. Skarżył się potem i mnie, usiłując zaplątać się we włosach gdy mokrymi oczami penetrowałem ciemność szukając czegoś, czego mógłbym uczepić się wzrokiem. Mgła gęsta jak dobrze ubita śmietana kołysała się na brzegach dolin niby wzruszona woda w miednicy, która nie ma dokąd uciec, więc tylko kipi i kotłuje się mieszając bez końca. Ostre zęby horyzontu wypełnione cieniem gór olbrzymich w porównaniu z pagórkami, pośród których stałem odbierały nadzieję, że światło zawita tamtędy. Od samego patrzenia można było dostać gęsiej skórki i tylko kompletnie niepoważna istota mogłaby przedzierać się na świat tamtędy. Takie góry mogą podzielić świat na części obce sobie doskonale.

W podobną noc, choćby i świętojańską być miała, poczułem chłód na ramionach, lecz sam nie wiem, czy zimnem powodowany, czy fascynacją mroczną, obrosłem w gęsią skórę, skrzepłem i tylko powiekami miałem siłę poruszać, a oddech mi się spłaszczył i spowolnił bardzo. Usiadłem naiwnie licząc na ciepło kamienia, który bez litości wypijał ze mnie kalorie, choć nie było nadziei, żebym ogrzał skałę wyższą od dziesięciopiętrowego budynku. Skała wygryzała ze mnie ciepło, jak pies ogrodnika wygryza dziury w łydkach śmiałków, którym zachciało się zielonych jabłek. Beznadziejnie i bez większego sensu. Siedziałem pośród wieczności, owinięty w noc, otulony kosmosem, nad kipiącą, tętniącą niedopowiedzianym mglistą narzutą. Drzewa milczały wraz ze mną i nawet leśne duszki potonęły we mgle. Jeśli bawiły się w berka, czy w chowanego, to musiały starannie ukrywać radość z psoty, gdyż świat milczał jakby był pustym, bezwietrznym miejscem. Nawet pociąg snujący się serpentynami i wspinający się gdzieś wyżej sapał w takiej odległości, że mgła zdusiła dźwięk i tylko prostokąty zażółconych światłem okien podskakiwały na wybojach sunąc do nieznanego.

W taką noc można zostać poetą, albo malarzem. Kochankiem najdoskonalszym, któremu wszystko wolno i który potrafi oddać się cały, bez reszty i bez wahania. W taką noc każdemu wolno wypłakać z pietyzmem toczone łzy, albo uśmiechać się tak wąsko, żeby uśmiech stawał się wyłącznie subtelnym domysłem. W noc głęboko zanurzoną w kosmosie każdy oddech smakował jak dobre wspomnienie, jak świąteczny obiad u dziadków przygotowany pieczołowicie i z nieskończoną miłością. Wiatr, niczym zaskroniec owijał się wokół moich nóg i usiłował porozpinać mi guziki. Szeptał wprost do ucha nieznośne obietnice, od których dostałem rumieńców, choć nie sądziłem, że jestem wstydliwy. Zbierał najbliższe szczytu gwiazdy i sypał mi nimi w oczy, aż zaczęły iskrzyć. Oby tylko nie podpalić lasu, gdy żywica wciąż tętni południowym żarem, a bukowe szyszki kwitną pośród schnącej trawy, bo oddały już owoc dzikom, wiewiórkom i wszystkim spragnionym orzechów, zapakowanych w błyszczące, trójkątne mieszki.

Stałem na szczycie skały i to miasto zwodniczo bliskie mrugało do mnie i zdawało się kusić, lecz nie uległem. Współczułem mu, że musi się dusić w ciasnych przestrzeniach i żyć pośród śródnocnych wulgaryzmów i spalin. Tu, na czubku świata patrzyłem, jak dookoła rozpościera się mleczny ocean. Tak pewnie czuć się musiał Noe, gdy osiadła arka schwytana pazurem Araratu. Wiatr nie ustawał w obietnicach, a ja, jak naiwna dziewczyna, która wianek oddała za słowa pełne żaru poddałem się namowom. Zdjąłem buty i skarpety, a wiatr zaśmiał się ze szczęścia. Blade stopy świeciły niewiele gorzej od gwiazd, gdy wystawiałem je poza platformę skał. Zanurzyłem w mleku. Zimne było. Wilgotne. Miasto skrzyło się wielobarwnym różańcem wijąc się pomiędzy gęsto siedzącymi kamienicami. Mgła zlizywała z moich stóp zmęczenie, lecz szczęściem nie mieszkała w niej żadna topielica, by mnie pociągnąć w toń niezgłębioną. Siedziałem z wiatrem pod rękę i słuchaliśmy pieśni gwiazd. Nikt piękniej nie śpiewa ciszy. Nikt, prócz śniegu bez granic oprószonego wigilijną nocą. W taką noc nawet czas chodzi bezładnie i usiłuje dopytać przypadkowych przechodniów którędy do przodu. Nie chciało mi się gadać. Pokazałem mu palcem na miasto i poszedł sobie zostawiając mnie sam na sam z nieskończonością.

Rozmaitości.


Dzień pełen bardzo szczupłych i wysokich kobiet. Na rowerach i pieszo mijają mnie w krótkich, dżinsowych spodenkach i mkną do własnych codzienności z twarzami zatopionymi w marzeniach, albo monitorach. Pięknie opalone dziewczę zabłąkało się w sklepowych czeluściach, więc na posterunek przy sklepie, w którym już nie sprzedają zbyt drogich rowerów spóźniło się haniebnie i minąłem puste od niej miejsce. Kamienne nabrzeże porasta nawłociami i wrotyczami, a żółć pięknie odcina się na tle poszarzałej z wysiłku wody. Czarny kundelek mijał na przejściu dla pieszych owczarka z gęstym podpalanym futrem i szczęka mu opadła, aż zgubił piłkę. Płakał za nią, a właściciel wpatrzony w sygnalizację świetlną ciągnął go mimo oporu, aż przewodnik wilczura zlitował się i odrzucił psu jego zabawkę. W autobusie pani z wytatuowanym na karku warkoczem kryjącym się skromnie pod bluzką usiadła przede mną, żebym mógł nacieszyć wzrok misternym splotem. Ciekawe, co zrobi, jak minie moda na warkocze.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Z szacunkiem.


Dzika róża wyciągała swoje ostre pazurki ponad chodnik, czając się na przechodniów. Ukłoniłem się przechodząc i chyba wystarczająco nisko, żeby jej ego nie cierpiało, bo pozwoliła mi przejść. Parę kroków dalej zobaczyłem starą dobrą nieznajomą, jak w różowej sukience zmierza w stronę pazernej rośliny i oczami wyobraźni zobaczyłem zawiść różanego krzewu, że nie on płonie taką urodą. Ponad mętną wodę wyskakiwały ryby, jakby chciały polować niczym jaskółki tuż przed deszczem. Nurt burzył się w zmarszczkach, lecz był pobłażliwy dla ryb i przed żadną nie zamknął drogi powrotnej. Polizane wczorajszym deszczem chodniki odżyły. Powietrze przestało smakować kurzem, a zieleń odzyskała humor i tylko martwe mirabelki z potłuczonymi brzuszkami krzyczą cicho własną krzywdę.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Spłukanym wzrokiem


Pani miała obrączki na obu palcach serdecznych, a ciepła miękkość otulała ją zewsząd, więc może i miała dwóch mężów. Za to stopy ozdobiła sztucznymi paznokciami. Tak mi się wydaje. Najwyraźniej kompensowała brak możliwości noszenia ich na palcach rąk, gdyż te pazurki gryzła raczej nałogowo. Ktoś uśmiechnął się do stalowo-granatowej chmury aż pękła, gdy tylko zniknęły dachy w najbliższym otoczeniu. Pani niewąska i dobrze wyrośnięta przyjmowała ów deszcz na klatkę piersiową, jakby wciąż wierzyła, że w deszczu nie tylko grzybki rosną. Zalążek piersi rysował się już nieśmiało pod bawełną - czyżby żarliwa wiara była wystarczająca do ruchów górotwórczych? Mahometowi się nie udało i góra przyjść nie zechciała, chyba, że historię ktoś poprzekręcał. Doberman był tak szczęśliwy, że udało mu się ogon ocalić, że merdał nim rozchlapując krople w locie. Pod mostem turystyczna barka przeczekiwała kaprys pogody, bo szmaciany dach nie dawał rady powstrzymać deszczu, a panie w białych bluzeczkach patrzyły ze zgrozą jak materiał zaczyna przyklejać się do ich wyperfumowanych ciał. Jakiś zabłąkany szczur szukał schronienia i biegał nerwowo usiłując dostać się do fryzjera (fryzjer damski, więc może to była szczurzyca?), potem do baru mlecznego, gdzie właśnie myto podłogę przed zamknięciem, aż podreptał do bramy mieszkalnej, gdzie jakaś litościwa duszyczka otworzyła domofonem wrota. Hałaśliwe towarzystwo głośno naśmiewało się z nieboraka, a ten wiał chłostany złośliwościami gdzie pieprz rośnie.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Zguba.


Patrzę. Raczej bezrozumnie, bo widzę i często wiem, co widzę, chociaż nie rozumiem. Udaję, że mnie nie dziwi, ale to tylko pozory ubrane w obojętność. Wygodnie ominąć problem nie dostrzegając go. Dzieci tak żywiołowo się dziwią i zachwycają niezrozumiałym, gdy ja udaję mądrego. Jak ostatni cymbał. Przepycham się pomiędzy przedwcześnie dojrzałymi, którzy robią mądre miny i chodzą z nosami wyżej uszu puchnąc z dumy, że tacy błyskotliwi, pojętni, wszechwiedzący. Przemycam nieśmiałe pytania, żeby zrozumieć. Siebie pytam, nie chcąc wyjść na durnia wobec obcych. I toczę polemiki z własnym pojęciem, które zaginęło gdzieś we mnie. Czyżby zbladło? Ono blade z natury.

sobota, 3 sierpnia 2019

Ekologiczna hodowla.


Farma mieściła się cztery i pół tysiąca metrów pod ziemią. Dopiero taka głębokość gwarantowała pełną izolację i ochronę od zewnętrznych warunków. System grodzi dzielił komunikację na odcinki, a podróż poprzecinana aklimatyzacją i dezynfekcją zajmowała minimum trzy dni. Tylko w naprawdę uzasadnionych warunkach ekspresowa kapsuła awaryjna mogła błyskawicznie dostarczyć pod śluzę, lub wynieść na powierzchnię pojedyncze jednostki, wystarczająco ważne, żeby uruchomić system i zaburzyć hermetyzację farmy. Ryzyko niwelowano równie pospiesznie, jednak, gdy było to konieczne mieszkańcy godzili się na koszty zmniejszające poziom bezpieczeństwa poniżej progu uznanego za rozsądny.

Tym razem wyjątek uczyniono dla kogoś niezwykłego. Istotę trudno nazwać ludzką, chociaż różnica była wyłącznie kwestią skali. Trudno sobie przypomnieć kto pierwszy nazwał go Gulliverem, jednak imię przyjęło się instynktownie i bez wiedzy obarczonego nim nosiciela. Może miał własne? Zapewne, jednak chwilowo porozumienie było trudne do osiągnięcia, więc tymczasowe imię wydawało się znakomitym pomysłem. W kapsule oprócz Gullivera przebywał jeden członek ochrony, któremu nie będzie dane poznać wnętrza farmy. Jego misja kończyła się wraz z przekazaniem gospodarzom przesyłki i kapsuła wracała na powierzchnię równie ekspresową ścieżką.

Przybysz nie wydawał się speszonym, czy zaniepokojonym podróżą w głąb ziemi, a po przybyciu przeciągał się i rozglądał wokół z nieskrywaną ciekawością. Sztuczne światło zaledwie rozpraszało komplety mrok panujący tu z wyjątkiem rzadkich chwil parkowania kapsuły, względnie prac remontowych po szczególnie silnych trzęsieniach ziemi, czy tąpnięciach. Zdawało się, że bawi go grawitacja i z lubością stawiał stopy na ciepłym podłożu stanowiącym podłogę śluzy awaryjnej. Miało się wrażenie, że jeśli się zostawi tu Gullivera na chwilę jeszcze, to położy się na plecach i będzie się toczył, albo czołgał, żeby poczuć fakturę gruntu.

Śluzy rozpoczęły procedurę przejęcia gościa otwierając kolejne grodzie, w których gość pozbawiany zostawał wszystkiego, co przyniósł z zewnątrz z drobnoustrojami i wirusami. Gulliver, jak każdy nieświadomy przybysz usiłował się bronić przed utratą ubrań, jednak nie miał większych szans z wyspecjalizowanym systemem, który wsysał gościa do wnętrza farmy realizując kolejne etapy sterylizacji. Kiedy wreszcie wypluł go do środka gość był nieskazitelny z wnętrzem dziurek w nosie włącznie i przewodem pokarmowym wolnym od aktywności biologicznej. Musiał być wściekle głodny – każdy był. Głód pokonywał nawet zawstydzenie związane z kompletną nagością. Tu nie wnosiło się nic. Najchętniej nie wnosiło się również nikogo.

Ale Gulliver był wyjątkiem. Był nadzieją. Rozwiązaniem i przyszłością. Wstyd się przyznać, ale był też preparatem i przyszłym przedmiotem badań dla mieszkańców farmy. Kiedy już wszyscy otrząsnęli się ze zdumienia, a jeden z największych żyjących cyników rzucił beztrosko tekst, że małego łatwiej karmić, bo za wiele nie zeżre, konsylium umilkło. Dlatego ściągnięto go w ekspresowym tempie na farmę, gdzie po przekroczeniu wrót stawał się dożywotnim zakładnikiem bez prawa powrotu na ziemię.

Ziemia wiedziała o farmie tylko tyle, że jest zasadniczo samowystarczalna, choć korzysta z resztek ziemskich dobrodziejstw w zamian za pulę miejsc dla decydentów w przypadku, gdyby warunki życia na powierzchni radykalnie pogorszyły się i zaczęły stwarzać bezpośrednie ryzyko masowego wymierania gatunku. Wiedza niezbyt powszechna i starannie ukrywana przed opinią publiczną, która rozszarpałaby każdy rząd słysząc, że droga ewakuacyjna dostępna będzie dla wybranych, którzy już kilkadziesiąt lat temu zabezpieczyli sobie ewakuację, aby odciąć się od świata zewnętrznego i miękko wylądować w głębokim gnieździe, gdzie nieustannie oczekiwały w pełni wyposażone, ekskluzywne, dożywotnie kwatery.

Szef działu badawczego, który kąśliwą uwagą sprowadził na farmę Gullivera prowadził monolog w przestrzeń i rozsnuwał ciąg dalszy wizji, z którą obecni oswoili się nim przybysz dotarł do nich. Mały człowiek mniej je, zużywa mniej tlenu, mniej miejsca. Łatwiej go transportować, utrzymać przy życiu, a nawet wynieść w przestrzeń kosmiczną. Gdyby udało się zminiaturyzować mieszkańców choćby o 30% pojemność farmy wzrosłaby znacząco, bez uszczerbku dla status quo. W kuluarach słyszał już nawet szepty, że taki miniaturowy człowiek mógłby być dla kobiet wymarzonym dzieckiem, bo znaczna część żeńskiego personelu utyskiwała na restrykcyjne przestrzeganie kontroli populacji. Jeśli się nie przesłyszał, a słuchem dysponował znakomitym, to bez trudu znajdzie chętne do zapłodnienia nasieniem przybysza, nawet, gdyby miało to nastąpić w naturalny dla przyrody sposób. Uśmiechnął się pod nosem, że zamiast Gulliver przybysz powinien dostać na imię Casanova.

Nowoprzybyły przyglądał się bezwstydnie otaczającym go ludziom, chociaż sięgał im zaledwie do kolan. Coś gadał, ale chwilowo nikt nie rozumiał go wcale i zupełne się tym nie przejmowali. Wiadomo przecież, że mieszkańcy nie nauczą się języka obcego, tylko on będzie musiał posiąść umiejętność i to raczej szybko. Ktoś ustawił improwizowany podest i wskazał Gulliverowi drogę na stół. A kiedy wszedł i stanął na środku naukowcy zajęli swoje miejsca przy stole nie odrywając wzroku od eksponatu, który patrzył dookoła czujnym wzrokiem przewiercając spojrzeniem nawet nie do końca skrystalizowane myśli.

Zanim rozpoczęli debatę Gulliver chrząknął i tupnął bosą stopą wymuszając posłuch. A potem wdarł się w umysły siedzących i przejął je na własność. Zniewolił cały sztab, jakby to były laboratoryjne myszy. Przejął władzę na farmie. Bezkrwawo i w takim tempie, że mieszkańcy jeszcze nie mieli świadomości, że na ich podwórku narodził się nowy władca. Zaśmiał się paskudnym śmiechem i wydał pierwsze parapsychiczne dyspozycje.

- Jeść! Będę jadł mięso. Na początek może być twoje – wskazał palcem na zastępcę szefa, który poza jego plecami kolaborował z powierzchnią licząc na rychły awans. Zanim zastępca zrozumiał co mówi mały człowiek trzech krzepkich asystentów ciągnęło go w czeluści laboratorium, żeby go poćwiartować na pierwszy posiłek dla nowego władcy. Na powierzchni zapadał właśnie zmierzch, a na farmie tuczniki kończyły właśnie ostatni tego dnia posiłek. Drapieżnik poprawiał się na prowizorycznym tronie oczekując na inauguracyjny posiłek. Pora złagodzić restrykcje. Niech stado się mnoży, bo apetyt ma nieproporcjonalny do wzrostu.

Roztargnienie.


Przeszedł przeze mnie. Tak po prostu, bezczelnie przeze mnie przeszedł, a ja poczułem, jak depcze mój obiad świeżo zjedzony, choć bez smaku. Bo jak jeść, kiedy wokół półprzeźroczyści niby-ludzie nie robią sobie nic z materii i przenikają na wskroś wszystko, jakby byli zbudowani z promieni gamma, których nikomu nie udało się zatrzymać. Ci, których spotykałem wcześniej na ogół mieli odrobinę taktu i chociaż udawali zawstydzenie, kiedy przenikali moje tkanki i naruszali moją intymność tak bezkompromisowo. Przed takim ciężko ukryć dziurawe skarpety, czy intymny tatuaż. Ba! Nie da się ukryć nawet maluteńkiego korniszonka zjedzonego ukradkiem dwie godziny wcześniej.

Któż tak karze ludzkość, że pozwala tym indywiduom szwendać się między ludźmi i rozbrajać najbardziej skrywane tajemnice. Wokół widzę mnóstwo młodych kobiet, którym zażenowanie nie schodzi z twarzy. Policzki zabarwione wstydem, uśmiech spłoszony i rozbiegany wzrok, a taki półprzeźroczysty wnika w nią bez słowa głębiej, niż pozwolić można nawet wybrańcowi. I idzie taki dalej napastując kolejną i następną, a każda wściekła jak osa. Stado os! Rój zabójczy. Widziałem, jak jedna z odważniejszych chciała takiemu strzelić w pysk, ale jej dłoń przeleciała przez tę gębę pozbawioną uczuć i kobieta o mały włos przewróciłaby się wprost na jezdnię.

Inne próbowały zakrzyczeć takiego. Osaczyć w kręgu wściekłości i obrzucić obelgami, od których powinien choć przywiędnąć, ale psubrat nawet nie rozsuwał ich, tylko przeszedł przez obfitą i doświadczoną cielesność jednej z prowodyrek i poszedł sobie nie wiadomo dokąd i po co. Na odchodne miał dostać łopatą w czerep, ale łopata zatoczyła płynny łuk i wyrżnęła dźwięcznie w chodnik nie zostawiając najmniejszego śladu na półprzeźroczystym. Istne diabły. Wychynęły znienacka i stają się coraz bezczelniejsze. Rewidują wszystko, co skryte. Wszystko, co poza zasięgiem. Szczęściem niczego dotknąć nie mogą, bo przelatuje przez nich na wskroś. Nawet krople deszczu nie zwalniają ani na moment, gdy z przybysza czynią sito, by rozprysnąć się na ziemi.

Chciałem się z jednym dogadać, ale zlekceważył mnie. Gadać, to chyba potrafią, bo ruszają brodami do siebie, więc pewnie mówią, choć dźwięku nie słychać wcale. Zaczepiłem kolejnego, ale odsunął się z obrzydzeniem. Trzeci chciał mi nadepnąć na nogę, ale szarpnąłem się, bo zapomniałem, że to nic mu nie da i zdzieliłem go łokciem w nerkę, żeby drań odpokutował. Gdzie tam. Wszystko na nic. Łokieć poleciał, aż się zachwiałem, a on lazł dalej.

Postanowiłem ich śledzić. Jawnie, bo szkoda fatygi na ukrywanie czegokolwiek, skoro i tak potrafią wleźć wszędzie, gdzie zechcą. A pod kapturem byłoby mi gorąco. Więc wybrałem sobie egzemplarz mniej spłowiały i lepiej widoczny i deptałem mu po piętach. Świntuch chyba się zdenerwował, gdy nie opuszczałem go przez dłuższy czas i zaczął się oglądać. Coś burczał i gestykulował, ale wzruszyłem ramionami i czekałem co dalej. A ten gałgan… wlazł pod ziemię. Nie w przejście podziemne, właz, czy dziurę, tylko żywcem wlazł w ubitą ziemię trawnika upstrzonego twórczością wielu psich jelit. I nawet marynarki nie uświnił, gdy ja miałem obawy nogę na tej trawie postawić. Pod ziemię za nim nie pójdę. Nawet nie to, że się boję, tylko nie potrafię. Co to ja dżdżownica jestem, czy jakiś kret? Człowiek stworzony jest do łażenia po ziemi, a nie w niej.

Rozglądałem się lekko oszołomiony, że tak mnie do wiatru wystawił półprzeźroczysty, ale się wynurzył. Mam cię! Pomyślałem, że on chyba musi oddychać, więc się wynurzył, ale chłystek, gdy mnie dostrzegł znów się zapadł pod ziemię. Trwałem kamieniem. Wściekłość we mnie wzbierała i wytrwały byłem wielce. A on siedział pod ziemią, jak nasionko sosny kalifornijskiej i czekał swojej chwili. Plunąłem z niesmakiem i czekałem. Nawet Budda nie osiągnął takiej zatwardziałej i niewzruszonej pewności, że doczeka. Półprzeźroczysty wytrwał do wieczora, kiedy łeb wychylił znienacka i odszukał moją zapieczoną wściekłość. Wreszcie się poddał i podszedł do mnie.

Trochę się wystraszyłem, że mi wetknie rękę pomiędzy żebra i zadusi moje serducho napompowane adrenaliną, kiedy przypomniałem sobie, że dotykać, to on nie potrafi. Coś gadał, ale nic nie słyszałem, ani nie rozumiałem. Popukał się w głowę – to jedno dotarło do mnie, więc mu pokazałem wała. Wyglądał, jakby się śmiał, bo zaczął naśladować mnie i szczerzył kły w uśmiechu. Ożesz ty! Szczęściem emocje ze mnie opadły i zaczęliśmy do siebie migać jakieś gesty i zawarliśmy pakt o nieagresji, który przypieczętowaliśmy brakiem uścisku dłoni. Głupawo potrzasnąłem ręką, której w palcach nie poczułem i zaprosiłem półprzeźroczystego na kielicha. Znaczy ja wypiłem, a on patrzył i tylko nos wraził mi w kieliszek, ale może kataru nie miał, a nawet jeśli, to wódka zdezynfekuje. Mam nadzieję. Przepiłem, żeby sobie nie myślał i poszedłem za nim.

Coś pokazywał paluchami, żeby ostrożnie, ale nie za bardzo zrozumiałem, więc szedłem jego śladem. Zrozumiał i prowadził po swojemu. Trochę głupio, bo musiałem omijać drzewa i ludzi, a on szedł przez wszystko, na durch, jak duch, a kazał mi omijać puste przestrzenie, albo przeskakiwać nic na chodniku. W końcu usiadł jakoś tak nad ulicą i coś rękami robił, jakby odkręcał zakrętkę butelki i polewał do kieliszków. Krosny pękłby z zazdrości widząc z jakim talentem półprzeźroczysty markuje picie gorzałki. Coś mi pokazywał paluchem i wyglądało, jakbym z nim miał wypić, ale co? Powietrze? Nawet pomacałem z grzeczności, bo może ćmi mi w oczach po pierwszej pięćdziesiątce, ale nie – nie było tam nic. Chłop machnął ręką zrezygnowany, ja również.

Dumaliśmy, co dalej począć, bo zdaje się, że jego świat był zupełnie przeźroczysty dla mnie. Kto wie, czy nie z wzajemnością. Może on nie widzi mojego? Dziw, że mnie widzi. I ja widzę. Podobna myśl lęgła się i w jego głowie, bo naraz zaczęliśmy gestykulować i gadać jak dwie przekrzykujące się przekupki i chyba o tym samym. Szukaliśmy części wspólnej, bo skoro się widzimy, to może da się wejść w świat półprzeźroczystego, gdyby tak drzwi znaleźć. Nie wiedziałem, czy chcę, ale skoro on miał odwagę odwiedzić mnie, to czemu miałbym się nie zrewanżować? Mawiają, że dla towarzystwa, to i powiesić się warto. Raz kozie śmierć! Poszliśmy.

Znaczy szliśmy, bo przecież nikt z nas nie wiedział dokąd. Ale szliśmy i wtedy okazało się, że chodzimy po różnych przestrzeniach i na różnych wysokościach. U niego teren się podnosił i opadał, u mnie było gładko, bo przez przypadek budowlańcom udało się poziomą drogą położyć. Teraz, to już szukaliśmy wspólnej płaszczyzny na dobry początek. Gdzieś na styku wymiarów powinno się udać. Trochę zmęczony byłem, a noc rozpasana szalała po świecie przytulając się do kształtów i kolorów i tylko zapachy z dźwiękami potrafiły umknąć jej łapczywości. Szliśmy długo w noc – przynajmniej moją noc, aż trafiliśmy w okolice, których całkiem już nie znałem. Przed nami siedział jakiś wielkolud i gapił się pod własne nogi. Niezależnie burknęliśmy coś do niego, aż ocknął się z zadumy. Patrzył to na mnie, to na półprzeźroczystego z niedowierzaniem i zdziwiony był wielce. W końcu westchnął, zagaił do nas obu i stał się cud, bośmy usłyszeli wielkoluda obaj.

- No tak… Zagapiłem się ledwie na mgnienie oka i światy mi poprzenikały się nawzajem. Zaraz to naprawię, nie martwcie się.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Paradoks?


Samotność wpraszała się na kolana. Chciałem odepchnąć, bo obca. Posmutniała, jeśli smutek potrafi posmutnieć. Zrobiło mi się głupio, więc przytuliłem. Ostrożnie, jakbym trzymał w dłoniach bombkę, która od zawsze pierwsza jest wieszana na choinkę w domu pełnym śmiechu dzieci i ciepła wzruszeń starszych. Zmarznięta była okropnie i pociągała nosem, ale dosiadła się nie dając się prosić dwa razy. Objęła mnie ramionami i mokrą buzię oparła na mojej piersi. Westchnęła cichutko i aż zadrżała ze strachu, że ją pogonię, tym razem skutecznie. Gryzła wargi i patrzyła na mnie wielkimi oczami pełnymi lęku. Uśmiechnąłem się nieśmiało. Odpowiedziała. Samotność we dwoje? To możliwe?

Rozsypane słowa.


Szukałem kształtu, w którym mógłbym się zapomnieć bez reszty. Kartka była zbyt uboga w wymiary więc zmiąłem ją w bryłę o kanciastych liniach załamania i niezbyt starannie schowanych krawędziach gotowych przeciąć skórę dłoni, gdyby nieostrożnie chciała dobrać się do jądra. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że bryła ma własną grawitację i życie, które spija ciepło i wilgoć z moich rąk. Może nawet spija rytm krwi jakim chwila we mnie tętni. W środku uwięziłem słowa - na wszelki wypadek, żeby się nie zgubiły, czyli ważne. Może otulone kształtem przeistoczą się w wiersz, jakiego nikt nie napisał? Niecierpliwość aż dyszy pokusą wiedziona.

Smutny kraj.


Młoda pani zasłuchana w muzyce dozowanej dousznie szła w pogryzionych przez psa dżinsach do niezbadanej przyszłości. Zerkałem z niepokojem, ale kostki miała gładkie i ani śladu wilczych kłów nie było na nich widać. Niewąska parka szła jej śladem całą szerokością chodnika i tak była zaabsorbowana konsumpcją suchych bułeczek, że minąłem ją niepostrzeżenie. Na przystanku dwie murzynki chyba były zmarznięte, bo jedna miała wełnianą czapkę na głowie, a druga przytulała samą siebie. Ciekawe, że wcale nie zbladły od tego chłodu. Na niebiańskiej planszy płynnie przesuwają się skrzydlate figury i realizują boską strategię na ten dzień. Tylko komin elektrociepłowni usiłuje dymem podzielić niebo na części w zupełnie nieznanym celu. Liście wierzby mrą masowo i wyglądają jak małe rybki wyrzucone na brzeg gniewem oceanu. Usiłuję się nie spieszyć, być, tak po prostu. Płynąć z wiatrem, albo przucupnąć gdzieś zupełnie tak, jak robi to kundelek z ogonem weselszym od większości ludzkich twarzy mijanych przeze mnie. Najwyraźniej niewesoło światu wokół.