Kiedy
ktoś ma niewiele skóry, musi starannie pakować do wnętrza, żeby
nie zrobić sobie krzywdy, a wszystko zmieścić. Specjaliści
potrafią utkać całkiem sporo, po regularnych wizytach na siłowni.
Ale, kiedy skóry mamy pod dostatkiem… Oooo! Wtedy można poszaleć.
Wrzucać do wielkiego wora, to każdy głupi potrafi! I każdy sobie
poradzi. Najwyżej tu i tam wybrzuszy się jednoznacznie, albo
dwuznacznie – kto by liczył! Pani w różach pomieszanych z
czernią natchnęła mnie do takich myśli, prezentując wiele owych
mono-, czy trio-znaczności. rozsianych po cielesności dalekiej od
skromności (ości tyle, że starczyłoby na wieloryba, albo puszkę sardynek - ba! TIRa sardynek!).
Gdy
wreszcie zerknąłem poza obrys autobusu, wzrok zatrzymał się na
jegomościu, o którym można było powiedzieć wszystko, tylko nie
to, że jest małolitrażowy. Na granitowym blacie muru oporowego,
niczym na szwedzkim stole postawił trzy butelki piwa i delektował
się chłodnym trunkiem mimo bardzo młodego poranka.
Patrząc
na moknącą Rzekę wpadam na pomysł, że Chrystus chodził po
wodzie, bo nie umiał pływać, a żaden życzliwy nie napomknął
biedakowi, że po wodzie się nie chodzi.
Dzień
indywiduów trwał w najlepsze – gość zrobiony na Gesslerową
(miliard loczków plus kubatura) mknął na rowerze międzytorzem,
ignorując jadący za nim tramwaj. Gdzieś obok na biało zakwitł
żywopłot udając zmutowany krwawnik.
Nieopodal
dworca trafiam odprasowanego, młodego byczka w białej koszuli,
który wabił stadko kobiet zamaszystymi ruchami rąk. Wyglądał,
jakby uczył się pływać wertykalnie i to pod górę! – cóż to
musiałaby być za ulewa, żeby się udało! Styl miał równie
ekstrawagancki i nieznany pływakom – gdybym musiał w jakiś
sposób go zdefiniować, najbliższy jego wyczynom byłby delfin
grzbietem. W sumie, to drugorzędna informacja. Ważniejsze, że
żadna z samiczek nie poczuła się zauroczona i nie dołączyła do
suchej zaprawy pływackiej, ani nawet do młodego byczka w celach
innych niż pływanie pod górę.