piątek, 19 kwietnia 2024

Zbyt chmurny na widzenia.

 

    Gołębie i kosy uczą się spacerować po osiedlowych alejkach. Kręcą kuperkami, rozkładają ogony w wachlarze i najwyraźniej mają frajdę, kiedy nikt ich nie ponagla i pozwala nacieszyć się spokojem. Kos uznał, że spacerek już opanował, bo podfrunął na kierownicę roweru i zawzięcie ją udeptywał. Uczył się jeździć, chociaż sięgnąć do siodełka i pedałów nie miał żadnych szans. Nie naraz. W dopiero co przekwitłych krzakach chichotało coś drobnego i pokładało się ze śmiechu, aż trzeszczały małe gałązki. Sroki oblatywały teren z wysoka ignorując harce drobiazgu. Osiedle nasiąka wilgocią bez wdzięku, szczęśliwie choć trawniki znoszą to z godnością. W autobusie nudno, aż niemiło. Ciekawe, że brak pogody stanowi wstęp do zbiorowej martyrologii. Żałobnej, oczerniałej, cichej jak kondukt żałobny.

czwartek, 18 kwietnia 2024

Dywagacje.

 

    Musiał być filozoficznym ów poranek, który zrodził podobną wątpliwość. Wiatr wytrwale zdmuchiwał latawce, lecz, jeśli one miały być świeczkami na urodzinowym torcie, to wiatr musiał być stary jak świat i sporo mu jeszcze zostało do zdmuchnięcia, choć starał się z całych sił. Bzy z nazwy czarne kwitną na biało, berberysy obrzuciło żółtymi gronami. Kloszard rusza autobusem na podbój Miasta, a ja nie wiem, czy on taki zaradny, że radzi sobie mieszkając w nieogrzewanej altanie, kąpiąc się w misce przed nią, nie ma żadnych rat do spłacenia, ani nie zapomina o przeglądzie samochodu, czy naprawie cieknącego kranu, nie pracując w mozole, by dzieciom kupić zabawkę od święta, względnie wakacje all inclusive w Turcji, albo Grecji, czy też jest bezradny wobec rzeczywistości, śpiąc samotnie gdzie popadnie i robiąc cokolwiek za parę złociszy. Pijany nie chodzi, nie cuchnie na kilometr, chyba dopadł go ostatnio fryzjer, więc może jednak potrafi żyć bezstresowo, bez FB i wirtualnych gierek sieciowych i blisko natury. Bardzo blisko. Wręcz na niej.

środa, 17 kwietnia 2024

Czas marudzenia.

 

    Robinie obwieszone zeszłorocznym nasieniem, lipy o dwubarwnych liściach grają z wiatrem w piekło-niebo, drobne chwasty zakwitają garściami dukatów błyszczących znad krawężników, rozłożysty dąb pogrążony wciąż w zimie cierpliwie czeka na zimnych ogrodników, zanim puści się w tany z latem – nie tak, jak bardziej pochopne drzewa, wystawiające się na kaprysy wiosny.


    Alternatywnie piękna samiczka w glanach ostrzega sznurowadłami, ze jest nieprzysiadalna absolutnie i bez względu na powód lepiej się nie zbliżać. Ssała plastikową zabawkę, pochłaniając wytryski pary wodnej nasyconej skomplikowaną chemią. Pewnie rozgrzewa od wewnątrz tyłeczek ciekawie wynurzający się spod czegoś baaaardzo mini.


    Podziwiam architekturę na styku stare-nowe. I pewnie podziwiałbym dłużej, gdyby nie jawne szyderstwo „średniego” odnowionego czas jakiś temu – na pięknie odnowionej elewacji pojawiło się okno balkonowe bez balkonu – pierwsze skojarzenie? Balkon samobójców. Zaraz za wyjściem kończy się podłoga, z boków są jakieś metalowe barierko-ozdoby, lecz przodem – pas startowy kończący się wątłym trawniczkiem jakieś osiem metrów niżej. W sam raz do ćwiczebnego lotu. I jeszcze do kompletu napis na ścianie eRESPECT!

wtorek, 16 kwietnia 2024

Dzień świra?

 

    Kiedy ktoś ma niewiele skóry, musi starannie pakować do wnętrza, żeby nie zrobić sobie krzywdy, a wszystko zmieścić. Specjaliści potrafią utkać całkiem sporo, po regularnych wizytach na siłowni. Ale, kiedy skóry mamy pod dostatkiem… Oooo! Wtedy można poszaleć. Wrzucać do wielkiego wora, to każdy głupi potrafi! I każdy sobie poradzi. Najwyżej tu i tam wybrzuszy się jednoznacznie, albo dwuznacznie – kto by liczył! Pani w różach pomieszanych z czernią natchnęła mnie do takich myśli, prezentując wiele owych mono-, czy trio-znaczności. rozsianych po cielesności dalekiej od skromności (ości tyle, że starczyłoby na wieloryba, albo puszkę sardynek - ba! TIRa sardynek!).


    Gdy wreszcie zerknąłem poza obrys autobusu, wzrok zatrzymał się na jegomościu, o którym można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest małolitrażowy. Na granitowym blacie muru oporowego, niczym na szwedzkim stole postawił trzy butelki piwa i delektował się chłodnym trunkiem mimo bardzo młodego poranka.


    Patrząc na moknącą Rzekę wpadam na pomysł, że Chrystus chodził po wodzie, bo nie umiał pływać, a żaden życzliwy nie napomknął biedakowi, że po wodzie się nie chodzi.


    Dzień indywiduów trwał w najlepsze – gość zrobiony na Gesslerową (miliard loczków plus kubatura) mknął na rowerze międzytorzem, ignorując jadący za nim tramwaj. Gdzieś obok na biało zakwitł żywopłot udając zmutowany krwawnik.


    Nieopodal dworca trafiam odprasowanego, młodego byczka w białej koszuli, który wabił stadko kobiet zamaszystymi ruchami rąk. Wyglądał, jakby uczył się pływać wertykalnie i to pod górę! – cóż to musiałaby być za ulewa, żeby się udało! Styl miał równie ekstrawagancki i nieznany pływakom – gdybym musiał w jakiś sposób go zdefiniować, najbliższy jego wyczynom byłby delfin grzbietem. W sumie, to drugorzędna informacja. Ważniejsze, że żadna z samiczek nie poczuła się zauroczona i nie dołączyła do suchej zaprawy pływackiej, ani nawet do młodego byczka w celach innych niż pływanie pod górę.

niedziela, 14 kwietnia 2024

Ekstrakty cd.

 

Kupię.

    Aby uniknąć okaleczeń podczas krzyżowania gatunków z rodzinnej kolekcji poszukuję skutecznej golarki do kaktusów, o szerokim spektrum, tnących zarówno kłujący meszek, jak i ciernie długości palca. W rozliczeniu oddam dorosłe sukulenty trwale krzyżujące się z właścicielem, bądź okolicznymi jeżami.


Sprzedam.

    Odstąpię uzbrojony plac wraz ze schronem przeciwatomowym (stan deweloperski na życzenie z wykończeniem). Idealnie zakamuflowany wypielęgnowanym rodzinnym ogródkiem działkowym, wkopany głęboko pod grządki, z dala od obiektów strategicznych, do dyskretnego wglądu po wpłaceniu zadatku. Warzywa gratis.


Terapia.

    Błyskawiczne szkolenia w zakresie uniknięcia poboru. Zaszczepiamy idee pacyfistyczne, względnie wiarę zakazującą noszenia broni groźniejszej niż drewniany nóż do masła. W skrajnych przypadkach zmieniamy płeć poborowego, albo pozbawiamy wybranej kończyny/nerki/oka* (* - niepotrzebne skreślić).


Ostrzeżenie.

    Tępy rabusiu; wiele lat walczyłem o złotą piłkę, której posążek nie zawiera cennego kruszcu, a ty mi ją ukradłeś. Oddaj proszę dobrowolnie, bo jeśli nie, nakopię ci do „d”, a wierz mi, że to potrafię robić profesjonalnie. Na pewno nie chcesz poznać rozmiaru mojego talentu na własnych członkach.


Dla przezornych.

    Zamiast ryzykownej nauki pływania, proponujemy inwestycję w wypornościowe balony ochronne. Podskórny montaż w wybranych lokalizacjach (na ogół pupa plus piersi) zapewni całodobową gwarancję niezatapialności. Dla istot z trwałą fobią montujemy dodatkowy pęcherz pławny na brzuchu w rozmiarze do 14XL.

sobota, 13 kwietnia 2024

Sto lat!

 

    Kobieta biegnąc trwoniła uciułane kalorie, wrona siedząca na czubku uschłego drzewa beznamiętnie niczym sęp wypatrywała w okolicy interesujących ją wątków. Kasztanowce, nie przejmując się kalendarzem kwitną w najlepsze. Pani wszechstronnie wykształcona wiodła swojego pana nie tylko na pokuszenie, ale i w świat szeroki, a on szedł za nią z maślanym uśmiechem pełnym nadziei.


    Przed wejściem do kościoła ktoś wznosił chyba masowe toasty za zdrowie Boga, bo w drzwiach zostawił puste opakowanie po dużej, smakowej gorzałce. Bulwar zbombardowany butelkami rozprysnął w ostrych cierniach sterczącego szkła. Niedopity kloszard wyszukiwał w ulicznych kubełkach niedopitych opakowań po czeskim, bądź naszym piwie, a każdy wyszperany sukces realizował na poczekaniu, aż do bełkotliwego wzroku.

piątek, 12 kwietnia 2024

Nadinterpretacje i nic innego.

 

    Wygasłe okna osiedlowych sypialni sugerują, że dziś tajemnicze święto pozwala mieszkańcom spać dłużej. Bo przecież nie wszyscy są na urlopach, a o lockdownach wspominają nieśmiało tylko kapłani zagłady, którym czas rozkwitu minął. W autobusie dostrzegam dziewczę wystrojone w marynarkę w pepitkę o głowie zbyt małej do reszty postaci. Wygląda jak golem, ale taki bardziej sympatyczny. Ciepły. Glina bywa ciepła tylko w piecu garncarskim, a od dziewczyny miękkie uczucia rozpływały się po otoczeniu. Dziewczęta usiłują utrzymać ciała pomiędzy kategorycznymi granicami – „zbyt gruba” i „za chuda”. Pastwią się nad sobą, głodzą w imię pozostania w bardzo wąskiej strefie „akuratności”.


    Mamusia idąca z córeczką była tak szczupła, że w jej przypadku poród musiał być ekstremalnym wyczynem, a ciąża zapewne stanowiła trzecią część jej łącznej masy. Ja rozumiem, że poranny chłód przegryza się przez pokłady zgromadzonego ciepełka, ale kożuszek, to jednak lekka przesada. Szczególnie, gdy jakiś „twardziel” tuż obok sunie w letnim stroju sportowym. Spod stóp starych kamienic wyrasta jaskółcze ziele, nic sobie nie robiąc ze zdumienia wiekowych cegieł.


    Pod prąd Rzeki jechał jegomość, do którego określenie zwalisty pasowało jak ulał. Grawitacja na pewno go kochała. Chłop miał oczy przesłonięte pływackimi okularami, więc moje myśli zaczęły szukać prapowodu takiej fanaberii. Niemal natychmiast wykryłem zagrożenie – gdyby wpadł z rowerem do Rzeki i zatonął, to będąc na dnie musiałby go błyskawicznie przerobić na sprzęt wodny, żeby podróżować dalej. A z paproszkami niesionymi nurtem w oczach, byłoby to trudne, więc samo się rozumie, że okulary…


    Różany żywopłot kwitnie na razie nieśmiało, podsiadając ten z przekwitłej już forsycji. Młoda kobieta okablowana niczym łazik marsjański (albo moje o nim wyobrażenie) niosła w dłoni elektroniczną zabawkę multimedialną – jakie czasy, takie kwiaty.

czwartek, 11 kwietnia 2024

Zaplątany pośród zdań.

 

    Słowa jak krople deszczu – każde w pojedynkę można pominąć, jako incydent bez większego znaczenia strategicznego. Za to w masie… nabierają mocy. Potrafią skaleczyć dotkliwie, albo rozkochać. O dziwo – czasami z wzajemnością. Tłukę się po Mieście, czyli niby nic się nie zmienia, a jednak. Ta sama droga wciąż inna, żywa, dojrzewająca, obserwująca, jak zmienia się rytm moich kroków. Zwalniam, niekoniecznie z zachwytu nad mijanym Zwalniam, gdy nogi zaczną dokuczać, ale dzielnie udaję, że jest dobrze. I jest. Bo siła woli nie dopuszcza myśli, że mogłoby być inaczej.


    Osiedlowe Kilimandżaro rośnie na chwałę przyszłości. Pełne urodzajnej ziemi tymczasowe wzgórze budowlane zasłania horyzont i czeka, aż zostanie skolonizowane przez perz i maki. Na przystankach dziewczyny znów splatają nogi w warkocze. Zapewne dlatego, że minispódniczki znów stały się zbyt mikre na bieżące temperatury. Lato, krótkie i kapryśne, skończyło się i znów wiosna wilgocią i chłodnym wiatrem dotyka ciał zdumionych. Gołębie wciąż drepczą godowe tańce na chodnikach, więc nic się nie zmieniło w ich rozumieniu świata.

środa, 10 kwietnia 2024

Słowotok.

 

    Kobiety w dresach i adidasach jadą autobusem. Zapewne będą uprawiać bieganie, ale to dopiero później. Teraz, żują gumy, podsłuchują odmęty internetu, szukając jednodniowych gwiazd. Może snują mrzonki i marzenia, których nie zamierzają realizować.


    Trawy nietknięte kosą nabrały animuszu i zapomniały już o lekcjach geometrii i banalnej symetrii. Dmuchawce cierpliwie czekają na dziecięce buzie, które zdmuchną je w szeroki świat. Nadęte walizki ruszają w podróż, albo właśnie z niej wracają, pozwalając nosicielom na łyk ostatni kawy z termosu. Krótkie spodenki, które po południu będą w sam raz, o poranku wyglądają nieco ekscentrycznie, szczególnie, gdy ledwie wystają spod szczelnie zapiętej kurtki.


    Piękni i brzydcy, w zamyśleniu, rzadziej z mglistym uśmiechem, mijają się bez zauważenia. Dziecko z elektronicznym papierosem żyje w świetle ciekłokrystalicznego monitora, ogłuszone słuchawkami wetkniętymi głęboko, by nie słyszeć zewnętrznego świata. Kształtna blondyna wybija na udach rytm dostarczany uszom przez wielkie słuchawki, co nie przeszkadza jej absolutnie w zmysłowym marszo-tańcu na pustym chodniku.


    Kolejny raz pozwalam wyspom uwieść się, zniewolić niczym pijak kieliszkowi rozkołysanej prymitywną pieśnią wódki. Tętnią kroki bezpłciowych biegaczy na kładkach i w alejkach. Nowe wgryza się w stare, jak na wpół zagłodzony kleszcz. Oswojony z myślą, że nie byłem i nie będę Cortazarem bezwstydnie gram w klasy i nazywam widziane przypisując znaczenie nawet kompletnie nieistotnym fragmentom być może istniejącej tylko we mnie rzeczywistości. Rutyna codzienności niosącej ukryty pod bielizną szczątkowy wstyd. Odmienność. Wydepilowana, wykorzeniona z zasad dających się zetrzeć z pyska, zanim uśmiech ją przyszpili nieszczerze w akcie interakcji z zewnętrzem. Potok słów zatapia trzeźwość myślenia, budując mgliste wątki, niemożliwe scenariusze, a nawet poboczne epizody bez żadnego znaczenia.


    PS. Młoda mama bawiąca się z dzieckiem na placu zabaw okazała się być starym Chińczykiem...

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Pędząc gdzie oczy niosły.

 

    Czas sukienek i zielonych drzew. Łydki pięknie nafaszerowane kaloriami dreptały wdzięcznie w czeluści dworcowych anonsów zapowiadających pociągi do wszędzie, gdzie tylko się da. Panie o pełniejszych kształtach wstają wcześniej od tych o ciałach skrojonych oszczędniej. Dlaczego?


    Po południu deptaki pełne są gołych nóg, ale rankiem, gdy wystają spod raczej długiej kurtki, wyglądają blado, wędrując do znoju codzienności. Z afiszy wyborczych straszą niedoszli prezydenci, oraz ci, którzy jeszcze raz muszą zewrzeć pośladki, by obiecywać bez końca. Szklanka ukradziona z piwiarni podpiera piwniczne okno. Bzy uwodzą aromatem, a tamaryszki różowieją z wysiłków, żeby je dogonić. Pierwszy kasztanowiec chwali się kwieciem, niepomny, że powinien czekać matur.


    Bulwarem pomyka kolarz w maseczce zaciągniętej po same oczy. Usiłuje dogonić Rzekę, jaką znał na starcie do wyścigu. Pośpiech ludzki mija rozszczebiotany plankton ukrywający się w zielonościach. Rudziki, wróble, kopciuszki, szpaki, kosy, mazurki, oraz nie wiadomo co przedziera się z wokalnym talentem przez tumult konkurencji.


    Wyspy zbrukane ludzką obecnością toną w stosach pustych butelek, dławią się dymem ognisk i grilli, a przecież zaciężna armia sprząta podzwaniając worami pełnymi już zebranych butelek, układanych w piramidy, skąd zabierze je samochód.