poniedziałek, 13 stycznia 2025

Niespełniony guru.

 

    Jako, że umysł mam niespokojny, jak ręce dziecka z ADHD, obserwuję trendy i szukam niszy, w której mógłbym wymościć sobie gniazdko, żeby ewoluować i odrodzić się w postaci dojrzałej, w pełni ukształtowanej i budzącej zachwyt. Niebanalny umysł, to przekleństwo, które należy trzymać twardą ręką, bo gotów rozbrykać się ponad miarę. Niby o tym wiedziałem, a przecież pozwoliłem sobie na chwilę beztroski, gdy umysł wgryzał się w tabloidową tematykę naked dressów, sleep dressów i temu podobnych wynalazków sprawdzając, jak dalece projektanci pozwolili sobie na swawole i frywolność. Jak się okazało – pozwalali sobie, że ojejku!


    Postanowiłem pójść krok dalej. Zaskoczyć świat bezpruderią zaawansowaną, a mówiąc nieskromnie – wręcz idealną. Nazwa konceptu niemal od niechcenia wypadła na stół. Textil free! Na początek Home Series… Wiadomo – oswoić zszokowaną publikę, zanim powiodę ich na szerokie wody oceanu bezwstydu. W bezpiecznej przestrzeni dwunastometrowych mikroapartamentów, w luksusach M-3 z Wielkiej Płyty, w salonach, będących na co dzień sypialniami/jadalniami/garderobami i co kto jeszcze wymyśli – właśnie tam chciałem osadzić pierwsze podejście do tematu i transferu technologii New Generation Age. Modeli poszukiwałem wśród zatwardziałych kanapowców, którym szwy spodni dresowych, albo sznurki stringów dokuczały tak, że tylko hemoroidy potrafią zrobić ciału większą krzywdę, pośród jurnych młodzieńców, którym wzwód nie pozwalał myśleć, kiedy brutalnie przedzierał się przez slipki Kalwina Kleina, wśród niewiast umordowanych niekończącą się komunikacją pomiędzy pralką, a suszarką.


    Pozorna nagość, okraszona subtelną i dystyngowaną kreacją zaprojektowaną z materiału Textil Free pozostawiała pełną swobodę ruchów, bez względu na figurę, wagę, czy kształt sylwetki, choćby drastycznie odbiegające od boskich proporcji z dekalogu topowego modelingu. Uczestnicy przedpremierowej sesji byli nią wręcz zachwyceni i skłonni do wyasygnowania niebagatelnych kwot, żeby przejąć na własność kreacje, w jakich występowali podczas pokazu. TF (Textil Free) osiągnął tym samym pierwszy, komercyjny sukces jeszcze przed kampanią reklamową i zatrudnieniem gwiazd z celebryckiego piedestału.


    Mój umysł… cóż… Oszołomiony początkowym sukcesem oczywiście pognał do przodu. Pierwotna Home series, urosła w XXX-party, poprzez Street-View, Work-Look, aż po National-Colors. Każdy etap MUSIAŁ nosić obcą nazwę z prostej przyczyny – inaczej nie miałby szans przedrzeć się przez gąszcz konkurencji. Nawet Raszyny, chcąc ulokować swoje produkty, zmieniają cyryliczne nazwy firm i towarów na takie, które Angolowie są w stanie zrozumieć i przyswoić. A ci, jak każdy wie, giętkością języka nie grzeszą, za to bezczelnością wielką, głosząc, że to świat ma się nauczyć języka, żeby był godzien z nimi gadać, choćby osiadł na własnej ziemi.


    PS. I już miałem skolonizować świat mody i ruszyć na podbój zachodniej cywilizacji, gdy przypomniałem sobie o ostatnim wątku, absolutnie niezbędnym do osiągnięcia globalnego sukcesu – mile widziane było, abym reprezentował orientację seksualną spoza ewolucyjnego first class, co mnie kompletnie przerosło, podcinając skrzydła mocniej, niż Ikarowi.

sobota, 11 stycznia 2025

Barczysty barman rabarbar żarł.

 

    Rzadki śnieg najwyraźniej zabłądził i zdezorientowany wiruje w powietrzu. Wiatr zresztą też nie wie, co z nim zrobić i spycha go pod krawężniki, albo jak niechciane kociaki topi w kałużach wylegujących się na asfalcie i nie niepokojonych przez samochody. Na tym tle pług śnieżny jest ironiczną skazą, żartem niemal wulgarnym. Na wezwłosych wiązach szamocą się we trójkę balony – dwa czarne i jeden złoty. Wyglądają jak osmyczone szczeniaki na widok matki. Szarpią się i ciągną, aż gną się skostniałe gałązki.

piątek, 10 stycznia 2025

Ekstrakt o dylemacie badawczym.

 

Muszę wyZNAĆ, że chcę się ZNAĆ!


Nie wystarczy się przyZNAĆ.


Żeby się poZNAĆ, należy doZNAĆ.

Demonstracja – przemarsz demonów.

 

    No tak. Zapewne moje szaleństwo zatacza wciąż szersze kręgi, ale…


    Podczas jazdy tą-samą-co-dzień drogą policzyłem krawężniki w pasie drogi. Są miejsca, w których jest ich piętnaście, a ciężko znaleźć miejsce, w którym będzie ich mniej jak dziesięć. Droga (nowa) wybudowana za jakieś kosmiczne pieniądze miała uporać się z korkami, bo peryferia, dzięki tańszym gruntom znalazły uznanie w oczach deweloperów, którzy przemodelowali pola kukurydzy na niekończące się osiedla. Dojazd do centrum, a raczej (wy)dostanie się z zaścianka zajmowało i prawie dwie godziny. Moje usta rodzą same obelżywe słowa – stara droga, po jednym pasie w każdą stronę została zastąpiona równoważną, tylko nowszą. Z tą różnicą, że ze starej były zjazdy na poszczególne osiedla, a z nowej ich brakuje. Więc co? Do nowej drogi dorabiany jest niezależny pas ruchu dla autobusów i taksówek. I co? I byłoby fajnie podróżować tym pasem, gdyby nie wybory i wdzięczność polityczna, bo teraz, prócz autobusu ma tam się pojawić tramwaj. Ale. Roboty będą się mogły zacząć, jak budowa buspasa się skończy. A jak się skończy, to świeżo położone nawierzchnie trzeba będzie zdjąć, by ułożyć szyny… I autobusy natenczas wrócą na stare ścieżki. Dla mnie – chyba już dożywotnio.


    A z tymi krawężnikami? Promocja jakaś była, albo co? Bo po co komu pasek zieleni o szerokości mierzonej w centymetrach?

Musztra – prolog dla musztardy?

 

    Śnieg rzucał się na czarne rajstopy i błyskawicznie topniał (z zachwytu?), zlizywał z twarzy bladość snów i kąsał nosy, zostawiając rumieńce na policzkach. Autobus przyjechał tak umorusany, jakby fragment codziennej trasy pokonał dnem mulistej fosy. Przeźroczystość szyb była naprawdę umowna. Szczupła dziewczyna o włosach w rozbudowanej palecie rudości znów bezgłośnie śpiewała, wspierając ów bezgłos energicznymi ruchami głowy, a językiem penetrowała przestrzeń przed sobą, jak mała, zbłąkana żmijka. Pani od ciepłych ploteczek wyglądała jakby nocą eksploatowała własny erotyzm, ku zadowoleniu objawiającemu się satysfakcją, z jaką patrzyła na młodsze od siebie niewiasty, zrezygnowane i najwyraźniej pozbawione grzesznych przyjemności.


    Na jednym z przystanków od dłuższego czasu podziwiam raczej brzydkiego tatusia, nieodmiennie z piękną córeczką na rękach i bezbarwną mamusią wypatrującą, czy właściwy tramwaj wreszcie nadjedzie. Podoba mi się ta rodzinka bezpodstawnie i bezzasadnie. Dziś zerkam pod nogi ludziom, bo twarze mają zajęte obojętnością i ciężko wypatrzyć oznaki życia. Patrzę na obuwie i dochodzę do wniosku, że kobiety idące przez Miasto wybierają czystsze piksele przestrzeni niż faceci. Mało któremu udaje się zbliżyć jakością do czystości damskich butów. Pani w adidasach i płaszczu do kostek , umożliwiającym skokową regulację długości kroku (trzy zatrzaski po obu bokach) stała, choć wolnych miejsc było sporo. Czaiła się, by nie przegapić przyszłości, która miała ją pochłonąć bez reszty. Zimne światła reflektorów wspinały się na kościelne mury, obnażając zrudziałe, wiekowe cegły.


    Potem, było już tylko gorzej. Może dlatego, że zahaczyłem o centrum. Na początku nastolatka w spodniach do tej bez, potem jakiś facet zainfekował rozmowę telefoniczną, dwóch gówniarzy chwilę później i znów kobiety w niezobowiązującej pogawędce. Królował w tych rozmowach ni mniej, ni więcej – chuj! Nie przepadam za wulgaryzmami, więc byłem zniesmaczony, a w tym przypadku poczułem nawet dualny niesmak. W moim rozumieniu wulgaryzm, żeby nabrał odpowiedniej mocy, ekspresji, powinien stanowić słowo dosadne i brutalnie terroryzujące otoczenie. Literka C nie pasuje mi w tym słowie od zawsze. Może dlatego unikam go, jak życiowych obrzydliwości.

Wydumana duma.

 

    Pani w spodniach od piżamy prowadza kundelka wzdłuż klombu, czekając, aż ten ureguluje gospodarkę wodną w organizmie. Pies opróżnia się niechętnie, za to wdycha namiętnie. Powietrze przesycone wilgocią i wiatrem pachnie niemal wiosennie.


    Podziwiam reklamę baru – green cafe nero i sam już nie wiem, czy ona kawa jest bardziej czarna, czy też zielona. Na przydworcowych brukach wciąż leżą powodziowe wory z piaskiem tworząc zaspę w barwach narodowych.


    Na słupie trakcyjnym ktoś napisał PUPA – zachwycająca delikatność jak na uliczną twórczość. Rzeka moknie od deszczu, a okna uniwersyteckich budynków usiłują zastąpić jej słońce. Wraz z brzaskiem deszcz ustaje, za to mnogość czarnych minispódniczek zdaje się zwiastować wiosnę.

czwartek, 9 stycznia 2025

Nierdzewna miłość.

 

    - A pamiętasz – zaczęła Ewa i już wtedy wymyśliłem, że wieczór zakończymy w łóżku. Jak kiedyś, tylko wtedy miałem czterdzieści lat mniej i o wiele więcej do zaoferowania kobiecie. Przynajmniej tak sądziłem. Tymczasem Ewa kontynuowała wątek i spytała patrząc mi w oczy. Skrzyły się również jak wtedy. – Pamiętasz Carycę?


    - A mógłbym zapomnieć? - mruknąłem nieco speszony. Carycą Katarzyną ochrzciliśmy nauczycielkę rosyjskiego. Straszna była z niej kosa i bezbłędnie wykrywała, kto nie przygotował się do jej lekcji. Rafał, klasowy fircyk, na zimowej wycieczce do Karpacza, kiedy już wszyscy mieli dobrze w czubie tak właśnie ją nazwał i przylgnęło błyskawicznie, jak guma do podeszwy. To był czas Kaczmarskiego i Sen Katarzyny każdy znał na pamięć. I każdy musiał przyznać, że „nasza” Katarzyna była niezwykle piękną kobietą.


    Ewa pokazała na mnie palcem z tym swoim szelmowskim uśmiechem i nieco przerysowując sposób mówienia Carycy wygłosiła przemowę:


    - Wstań Ewo i przypomnij nam wszystkim, co miałaś przygotować na dzisiejszą lekcję! - A ja… jeszcze nie ostygłam i straciłam język w gębie. Chwilę wcześniej, tylko zaciskając uda osiągnęłam orgazm i w głowie huczało mi od emocji. Pewnie jakiś dźwięk się ze mnie wydostał, a ona wychwyciła go bez pudła i natychmiast mnie wyrwała do odpowiedzi. Wstawałam na miękkich nogach i myślałam, że się spalę ze wstydu, bo ona WIEDZIAŁA! I kpiła ze mnie w żywe oczy. A ten jej tekst? - Czy jest w klasie choć jedna osoba, która podczas lekcji rosyjskiego nie myśli o seksie? Zrobiła się cisza jak w teatrze i tylko ty podniosłeś rękę. Tylko jeden? – szydziła Caryca, a ty wstając zapytałeś, czy to coś złego marzyć o miłości, którą nawet księża na katechezie pochwalają, uznając ją za piękną i potrzebną człowiekowi do godnego życia…


    - Migiem wywaliła nas z lekcji i jeszcze po pałce wpisała w dziennik.


    - A dalej też pamiętasz? - droczyła się Ewa, nawijając kosmyk włosów na palec


    - Sądzisz, że kiedykolwiek zdołałbym zapomnieć?


    - To opowiedz, bo może ja coś pokręciłam…


    - Wyszliśmy z klasy, a ty chwyciłaś mnie za rękę i zdradziłaś mi, czym byłaś zajęta. Nie mogłem uwierzyć, więc zaciągnęłaś mnie do damskiej toalety, wsunęłaś rękę w spodnie i wyjęłaś ją lepką od soków, delikatnie ocierając opuszki o moje usta. To był obłęd. Oszalałem, a ty razem ze mną. Zlizałem z palców najdrobniejsze nawet okruszki, a potem oparłem cię o ścianę i szarpnąłem spodnie w dół. Mój pierwszy raz trwał chwilę zaledwie, ale nigdy go nie zapomnę. Ubrudziłem nasieniem twoje pośladki, więc byłaś mokra i z przodu i z tyłu, ale wciągnęłaś majtki jakby nic się nie stało i poszliśmy na następne lekcje. Kosmos tego wspomnienia do dziś szarpie mi tętno.


    - Wtedy nie spytałem, ale do dziś jestem ciekawy. O kim myślałaś w klasie?


    - Przecież wiesz… - wzruszyła ramionami – o Leszku.


    - Jakim Leszku – zainteresowałem się – zaraz, zaraz, czy o tym nowym nauczycielu od technologii i materiałoznawstwa? Wiesz, jakie chodziły po szkole plotki?


    - To nie były plotki - kiwnęła głową


    - Więc dlatego miałaś najlepsze stopnie właśnie u niego?


    - Taaaa… Zawsze dyskretnie wsuwał mi karteczkę z pytaniami i odpowiedziami, nim wyszłam od niego. I wiedziałam, kiedy będzie mnie pytał.


    Trawiłem chwilę tę informację, która dziś mocno straciła na znaczeniu. Nie zapytałem na gorąco, a później było mi już niezręcznie. Chyba zaplątałem się w tych rozważaniach, bo Ewa trąciła mnie lekko po przydługiej ciszy:


    - Też byłeś niezły aparat – powiedziała z uśmiechem – łąki pamiętasz?


    Tylko się uśmiechnąłem i kiwnąłem głową. Ewa umówiła się ze mną na niskich łąkach, mieliśmy nimi pójść daleko, aż za miasto. Chcieliśmy minąć wyspę i zobaczyć, jak rzeka wygląda nim wpłynie do miasta. Wyszedłem z domu sporo przed czasem, żeby się nie spóźnić i szedłem kopiąc kamyki i kapsle od piwa. Przede mną szła jakaś dziewczyna rozkołysana w biodrach i najwyraźniej w tempie podobnym do mojego. Przyglądałem się, a mój wzrok przyklejał się do jej sylwetki. Dla fasonu wcisnąłem ręce w kieszenie dżinsów. Wtedy, był to jeszcze twardy materiał z płótna żaglowego, bez śladu lycry. Nim dłonie osiągnęły dno kieszeni, poczułem wzwód. Lekko dotknąłem członka poprzez kieszeń, a kroki, choć niespieszne przesuwały moje palce w górę i w dół. Dziewczyna skręciła do jednego z nielicznych domków zbudowanych tuż za wałem przeciwpowodziowym, a ja poczułem, że nie utrzymam już w sobie nasienia. Rozlało się po mnie wrzątkiem. Gdy Ewa dotarła na miejsce, śmiała się ze mnie, bo oczywiście przyznałem się co się stało chwilę wcześniej. Byłem jej to winien, po tym, co zrobiła w szkole. Wsunęła mi dłoń pod pasek i głębiej, a kiedy ją wyjęła - oblizała. Popchnęła mnie na jedną z wielu wierzb, rozpięła spodnie i ustami wygarnęła wszystko, co nie zdążyło wsiąknąć w bieliznę. A potem… Dość powiedzieć, że dalej nie poszliśmy już nigdzie. Ani za miasto, ani nawet na wysokość wyspy. Zostaliśmy w cieniu wierzby ciesząc się bliskością naszych ciał.


    Kto w tamtych czasach miał wolną chatę, albo mógł zaprosić koleżankę na noc do siebie? Jak raz, dwa razy do roku udawała się taka sztuka, to było wielkie szczęście. Trzeba było korzystać z łaskawości natury. Na łąki chodzili wszyscy. I wszyscy wiedzieli, że każdy szuka tego samego – intymności. Nikt nie przeszkadzał i byłoby towarzyskim samobójstwem skomentowanie czyjejś obecności tam, a co dopiero serwowanie w szczegółów.


    Zaraz po maturze Ewa wyjechała z rodzicami do Kanady. Nawet odprowadzałem ją na samolot i było mi strasznie przykro, że leci beze mnie, ale na wizę nie mogłem liczyć. Jej rodzina przygotowywała się przez lata, znali język, jej rodzice spełnili ostre kryteria i załapali się na rządową emigrację. Ja? Mogłem tylko zepsuć im ranking. Poza tym, nie byłem pewien, czy chcę wyjeżdżać. Tu było moje wszystko, tam, za wszystko musiałaby mi wystarczyć Ewa… Stchórzyłem, a ona pojechała, wiedząc, że przez następne dziesięć lat nie będzie mogła opuścić kraju, bez utraty przywilejów. Dziesięć lat, dla nastolatka to wieczność. A może i dwie wieczności. Czas, w którym uczyłem się żyć bez niej.


    Zawiesiłem się całkiem w powodzi wspomnień, a kiedy ocknąłem się i zerknąłem na Ewę, oczy miała szkliste, niewidzące. Patrzyła na mnie, a może przeze mnie, a wargi miała drżące i zaciśnięte. Kiedy jęknęła – zrozumiałem.


    - Znowu to zrobiłaś! - nie mogłem napatrzyć się na jej twarz, zmieniającą się w szaleństwach ekstazy.


    - Taaaa… - westchnęła – już zapomniałam, jak bardzo mi się podobasz, ale nic się nie zmieniło od technikum.


    - Nic? - zdziwiłem się – podobno wyszłaś za mąż.


    - Było, minęło. Chyba nie chcemy gadać o moim byłym. A ty?


    - Ja nie.


    - Nie wyszedłeś za mąż? To miłe. - uśmiechnęła się – A kobiet zabrakło w mieście?


    - Wiesz… Po tobie wszystkie zdawały się mdłe i bezbarwne. Nie umiałem przestać porównywać ich do ciebie. Przegrywały jedna po drugiej i więcej jak dwie-trzy randki nie przetrwała żadna. Seks z tobą sprawił, że stałem się wymagający. Może, gdybym zainteresował się nieco starszymi kobietami, zapomniałbym. Ale rówieśniczki były okropnie pruderyjne i przestraszone.


    - Chciałam ci przypomnieć o obietnicy – wilgotną dłonią przeciągnęła mi po policzku. Przed odlotem obiecaliśmy sobie, że każde z nas będzie mogło raz w życiu poprosić to drugie o jedną noc. Bez względu na wszystko. I że tę noc dostanie. Uprzedziłam narzeczonego, gdy mi się oświadczał, że możesz się zjawić, abym spełniła obietnicę, choć szansa była nikła. Powiedziałam mu póki jeszcze mógł odejść. Ta obietnica była dla mnie ważna. Takich obietnic nie wolno łamać. A dziś, chciałam, żebyś mi nie odmówił tej nocy.


    - Nie marnuj starej waluty. Może jeszcze będziesz chciała z niej skorzystać. Dziś i tak byłbym twój. Nie pozwolę ci odejść po raz drugi.


    - A niby jak chcesz to zrobić, łobuzie?


    - Cóż… Ja również pamiętam o obietnicy…

Ekstrakt o pomysłach na życie.

 

    Gdy jeden chce zdąŻYĆ poŻYĆ, drugi woli się wyŻYĆ, by przeŻYĆ i nie zmitręŻYĆ. Trzeci woli się spręŻYĆ, by ŻYCia zaŻYĆ, czwarty chce je wydrąŻYĆ, a nawet okrąŻYĆ. Piąty woli go uŻYĆ, szósty chce doŻYĆ, a siódmemu potrzeba odŻYĆ, lecz ŻYCia nie zuŻYĆ do naduŻYĆ.

Skrzy się skrzynia pełna skrzypu.

 

      „Jesteśmy ekspertami w vendingu” – chwali się lewa elewacja samochodu dostawczego, a mnie ogarnia śmiech, ilekroć widzę takie „szamotuły” językowe. Bóbr cleaning – istne cudo dla osób o dwóch obywatelstwach.


    Niczym generał, dumny, że może wysłać na śmierć całe stado młokosów, śmiało promenuję przed karnym szeregiem manekinów stojących na baczność i umundurowanych w suknie ślubne startujące w konkursie – która uzyska głębsze wycięcia i nie rozpadnie się podczas zakładania. Mijam, lekce sobie ważąc szacunek szeregu i zerkam łakomie na pulchne dziewczęta mieszające ciasto z zapałem, od którego może się zrobić gorąco od robaczywych myśli.


    Obserwuję rosnące zainteresowanie płci piękniejszej futerkami – nie dość, że kurtki, buty, czapki, to teraz kapcie i słuchawki owłosione niczym yeti nie znający fryzjera. Czekam, aż pojawi się bielizna futerkowa. Potem już tylko park pełen chorych, podciętych, albo zgoła upadłych drzew rodzi pytanie, kto dłużej przetrwa – ja, czy drzewa? I niestety, odpowiedź nie jest oczywista.


    Pani obficie wyposażona w cielesne walory schyla się po coś i z mety staje się przeciwieństwem zaćmienia słońca. Czerwień jej krągłych pośladków zaćmiewa otoczenie.

środa, 8 stycznia 2025

Przy przystawkach przystanął przystojny stoik.

 

    Subtelna różnica – estragon, czy estrogen pozwala mi zignorować mrok przedświtu i bawić się słowami w drodze do. Bo czemu nie? To równie dobre, jak dłubanie w nosie, czy sprawdzanie położenia jąder względem kieszeni spodni. W autobusie podziwiam młodą kobietę o długich, rudych włosach. Pani ma zaimplementowaną muzykę wprost w ucho wewnętrzne i najwyraźniej jest tym zachwycona. Może ćwiczy przed występami w Voice of Poland, albo podobnym talentszole (talentszale?)? Grunt, że siedząc obok Śpiącej Królewny, śpiewa bezgłośnie, z szacunku dla snu Królewny, a jej głowa kręci się energiczniej, niż łepek pieska klejonego do deski rozdzielczej samochodu milion lat temu.


    Nieco później dzień przejmują ludzie charakteryzujący się tężyzną fizyczną – tzn ludzie fizycznie tędzy. O umyśle nie byłem w stanie uczciwie domniemywać, jednak troska o fizyczną tężyznę widzialna była bezapelacyjnie – ktoś posilał się, inny popijał z puszki, ktoś pożerał ciepłe danie z plastikowej miski. Nie sądziłem, że Miasto osiągnęło wielkość, uprawniającą do nabrania apetytu w środkach masowego przekazu. Ale. Wiele spraw mi się nie śniło, bo ze snami mi nie po drodze. A komunikacja miejska wbrew szykanom przemieszcza się w tempie zdecydowanie lepszym, niż onegdaj. Zastrzegę sobie tutaj uwagę, że w naszym kraju lepszy, jako stopień wyższy od dobry powinien być lepszy, a nie jest nawet dobry, a co dopiero lepszy. Taki paradoks uwielbiany przeze mnie nieodmiennie i bez wzajemności zapewne. Np powiedzonko/ostrzeżenie – lepiej nie wiedzieć. A wiedzieć dobrze?