piątek, 9 listopada 2018

Zapomniana mitologia.


Za pracą szedłem przez świat aż na jakimś płocie zobaczyłem ogłoszenie: „Augiasz i synowie – spółka z tradycjami szuka pana do sprzątania. Tuż za płotem”. Poszedłem - w końcu sprzątanie nie należy do zakresów wiedzy tajemnej i uznałem, że znajduje się w zakresie moich skromnych kompetencji. Faktycznie było niedaleko, a Augiasz (choć się tym wcale nie chwalił) miał więcej córek, niż synów. Obejście, jak obejście. Zwyczajne, jak to na wsi. Kury pilnowały kurcząt i plotkowały o rudym, nocnym gwałcicielu, który rozkochał się w niosce do obłędu, aż ją wytarmosił w ekstazie tak, że umarła z rozkoszy. Wciąż jej jęzor wisi na wierzchu, bo amanta spłoszyły burki cierpiące na zapalenie pęcherza. One i pięć razy w nocy wstają, kiedy prostata im spać nie pozwala. Koty, od niechcenia wysiadywały w tym czasie jaja skrupulatnie unikając ludzkich oczu i pomówień. Chytre bestie – zamiast malutkiego jajeczka liczyły na tłustą gąskę i z poświęceniem, wylegując się grzały brzuszyskami małą ławicę podebranych cichcem jaj. Chyba liczyły, że się im upiecze i padnie na amanta, że gardło ćwiczył, żeby wysokie C wydobyć z siebie bez konieczności raptownego ściskania jąder.

Augiasz był trochę schorowany. Korzonki, żylaki, skleroza, czarnowidztwo, drżąca rączka i zwapnienie żył, ale cynikiem był wielkim, bo przypadłość rozwija się z wiekiem bez wstrętu i ograniczeń. Pozwolił, żeby ta najbrzydsza z córek dzbanek mleka postawiła na stole, ale resztę zagonił do roboty, gdzieś za siedmioma górami, żebym nawet myślami nie zdołał drogi odnaleźć. Trzech synów posadził obok, żeby zapewnić sobie przewagę liczebną, chociaż taktyczną miał zagwarantowaną – w końcu ja za chlebem przyszedłem, a chleb na stole stał i kusił. Trochę bałem się rękę wyciągnąć, ale w końcu pomyślałem, że nie ubiją parobka, zanim robotę zacznie, a głodny roboty nie zrobi. To sięgnąłem po skibkę z brzegu, piętkę pachnącą i ciepłą, że chyba córy piekły, bo zapach kobiety przebijał ponad drożdże. Ośliniłem się, ale Augiasz nie zauważył, bo jemu też sztuczna szczęka się nie domykała i wzorem buldoga nosił sople zamiast brody.

Któryś z synów chciał już zagaić widząc, że ojciec popadł w melancholię, albo w pamięci poemat w pięciu aktach wierszem cyzeluje, ale Augiasz go powstrzymał dłonią podobnym gestem, jakim Kopernik słońce wstrzymywał. Senior ma mieć posłuch i pierwszeństwo przy wyjadaniu skwarek z miski. Szczeniaki na wsi mores znają i zmilczał syn ojcowską reprymendę. Ja mogłem milczeć jeszcze ze dwa miliony lat, dopóki mleko i chleb na stole. Tylko żołądek mi burczał, że za wolno przeżuwam, jakbym był statecznym wołem, a nie rozpaczliwie głodnym obdartusem. I jak takiemu wytłumaczyć, że w gościach, to półgębkiem, ukradkiem, że delektować się trzeba i udawać, że je się z roztargnienia i ciekawości, a głód został ukrzyżowany dwadzieścia lat temu i skóra z niego ozdabia fotel na werandzie, albo się pręży na wojennym bębnie.

Sielanka niestety trwała krótko – jakieś cztery zwrotki trzynastozgłoskowca i zaledwie dwie marne skibki - ech, rozmarzyłem się i oczy powlekła mi wizja, w której ręka tej, co chleb kroiła pot mi z czoła odgarnia i na czole nie poprzestaje, lecz wygrywa na skórze pełen koncert pośród miękkości intymnego siana. Chleb pachniał obietnicą raju i piekła naraz, aż przytulał się do mnie i szeptał bezeceństwa w jej imieniu. Augiasz podrapał oba ośrodki odpowiedzialne za podejmowanie decyzji, czyli łysinę i rozporek (kolejność przypadkowa), po czym przystąpiliśmy do negocjacji warunków umownych. Chytrość z niego biła, jakby miał szkockie pochodzenie, albo przynajmniej na Małopolsce każde wakacje spędzał. Parobek się zapodział, co stajnie im sprzątał od wieków – jakieś smoki obecnie oswajał, czy zapasy z wężami uprawiał – nieważne. Ważne, że mu sukcesy do głowy uderzyły i nad mierzwą pochylać się nie chce, żeby mu manicure się nie pokruszył i aureola nie przesiąkła aromatem odległym od boskich perfum.

Twardo na zadzie siedział Augiasz, a ja na początek standardowo pół królestwa chciałem i tę córuchnę od chleba, bo te stajnie, to ponoć końca nie widać i było ryzyko, że jak wrócę, to już żadna na mnie starego nie spojrzy. Zgarbiony, śmierdzący drań, co się ze stajni wynurzył po wiekach wieków amen… Gryzłem chleb niespiesznie i tych jego synów liczyłem. Wiedziałem, że kutwa i nie da królestwa, ale córę? I opierunek, bo ktoś mi śniadanie do pracy zrobić musi chyba. Własnej córze chyba spać w stajni też nie pozwoli, więc niech myśli, póki jeszcze ma czym. Głowa zdezelowana, zużyta niemal do cna i nie ma co regenerować, ona już dogorywa. Nie ma czego żałować. Naradzić się chcieli z synami i wysłali mnie gdzie pod jabłonkę, a ta brzydka mi wody chłodnej przyniosła i ukradkiem w rękę wsunęła liścik pachnący znajomo. Ech! Na wiele ustępstw już byłem gotów, byle tę dłoń ucałować i nie poprzestać, nim smaku całego ciała nie wyssam do szpiku. Dłoń w kilku zaledwie słowach spisała baśnie Szeherezady w wersji dla dorosłych, bez jednego znaku zapytania, czy wielokropka. I tak uroczo wyrażała się podkreślając słowo MY…

Negocjacje zakończyły się w czasie niewiele krótszym niż wojna trojańska i obyło się bez perfidnych podstępów. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo ten sęp Augiasz siedział taki zadowolony, jakby surową wątrobę wyżerał każdego ranka jakiemuś nieszczęśnikowi. O pieniądzach dżentelmeni mówić nie będą, a poufność umowy pod karą sądu ostatecznego nie pozwoli Augiaszowi przechwalać się po knajpach, jak to parobka naraił za grosze, ale ja swoje wiem. On nie wierzył, że wrócę, to był dość spolegliwy. Nim pod bronią stanąłem u wierzei stajennych skubnąłem z talerza jeszcze dwie skibki i mlekiem wprost z dzbanka popiłem. Splunęliśmy w dłonie i przypieczętowaliśmy umowę. Zostawiłem oślinionego buldoga z narybkiem przy letnim stole, a sam poszedłem w bój.

W środku nawet jakieś konie stały, a smród niósł się już chyba pod sam Panteon. Konie chyba wytrzymać nie mogły i aż rwały się do pomocy, żeby uwolnić je od aromatu, który nadawał się do krojenia i wysyłania na eksport w plasterkach, serwetkach wycinanych na kurpiowską, czy łowicką modłę i rozścielania na polach zamiast nawozów mineralnych. Oparłem się na łopacie, bo to najlepsza rzecz, jaką łopata potrafi zaoferować kolaborantowi. Zamiast głupio na robotę się rzucić i skonać, poddałem rzecz analizie. Przyjemnie się analizuje, kiedy w kieszeni dwie skibki świeżutkie, a pod nogami dzban zimnego, pysznego mleka, które chytrze zabrałem ze sobą. Wzorem Augiasza miałem już zamiar ośrodki decyzyjne pobudzić do działania, kiedy się okazało, że jeden z ośrodków jest właśnie pobudzany spontanicznie i siłą bliżej nieznaną. Muszę przyznać, że zostałem poddany indoktrynacji tak fachowej, że przymierzałem się do dziękczynnej arii, kiedy siła spontaniczna zamknęła mi usta, żebym Augiasza snów nie ubarwił. Dłoń pachniała chlebem, piekłem i rajem. A kiedy już niewyśpiewana aria dobiegła końca usłyszałem w uszach obietnicę czegoś więcej, niż to „drobne, improwizowane preludium”, kiedy już z pracy do domu wrócę.

- O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.

- Co?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego.

- Piekło mi stygnie i niebo się schładza, czekając aż mierzwę wygarnę gdzieś, gdzie nie skaleczy boskich nozdrzy. A Augiasz w sen zimowy zapadł, choć słońce wysoko na firmamencie i gotów skrystalizować na tym taborecie, zanim go hemoroidy na brzuszek obrócą.

- Acha… – mruknęła nieokreślona boskość z góry – Daj nam momencik, bo sprawka poważna i żadnych półśrodków, tylko na chwałę niebios problem trzeba rozwiązać. Niech trąci doskonałością, bo partactwem na Panteonie zajmować się nikt nie zamierza. A przy okazji – Pegaz gdzieś się nam zapodział, gdybyś był łaskaw zerknąć po boksach, czy gdzie tam za klaczką płochą nie poleciał drapichrust, to byłoby miło…

Przysługa za przysługę pomyślałem. Uczciwy układ. Gumofilce może siedmiomilowe nie były, ale na spacer po stajni w sam raz się wydawały. Ale tylko wydawały, bo kiedy pierwszy krok w mierzwę wykonałem, to ona połknęła stylowe obuwie wraz z łyżką, którą w bucie trzymałem na wypadek spotkania z zupą, czego nie wykluczałem nawet w chorobie i we śnie. Nawet się mierzwie nie odbiło. Bogom zupełnie nie w smak było, że boski posłaniec w gównie był gotów utonąć szukając ichniej zguby i rwetes się wielki uczynił. Chmury zgęstniały i srogość nad światem zakwitła w granacie tak ciemnym, że prawie czerń zawstydził intensywnością. Spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością zawiązała się ad hoc, w świat poszły wici, że torf małoletni za drobną opłatą odmłodzi owoce na drzewie, które mogą nawet starym członkom odmłodzić wspomnienia i wieczorom przywrócić temperaturę. Za jedyne trzy dolce od taczki – załadunek, transport, cła i ubezpieczenia podróżne po stronie zamawiającego.

Kolejka stanęła nim niebo wyblakło, a całodobowa obsługa wymagała pozyskania personelu. Na pierwszy ogień zaangażowałem augiaszowe nieroby. Pierwszy raz w życiu gumofilce przymierzali z zachwytem i niedowierzaniem. Następnie przyszły córy. Po cichu i na paluszkach, żeby się tata nie obudził, lecz tata popierdywał radośnie i beztrosko pod sosenką jakąś i żywice pachniały mu niczym kamfora, bo czymś trzeba zagłuszać efekty przemiany materii. Nim nadciągnęli na zakupy łajna trzej królowie z mieszkiem złota, już trzeba było otworzyć pierwszą linię kolejową, żeby transportować urobek w dalekie landy. I Pegaz się odnalazł, ale z jęzorem na brodzie uczył kolejną samotną klacz latania, a ta oczami przewracała zachwycona samczyka talentami. Mruknął tylko, że przyjdzie, jak tylko pragnienie reszty dziewcząt ugasi i za kieliszeczkiem ambrozji zatęskni, więc niech mu tam na Panteonie już w koryto zaczną nalewkę dozować, bo koniec stajenki już niczym światełko w tunelu łypie żółtym oczkiem parowozu.

Córy w administracji sprawdzały się nad podziw, kasując równo wielmożów i chudopachołków, a kasy pancerne podstawiano, gdy tylko poprzednie zaczynały trzeszczeć przesytem niczym przykuse biustonosze podczas przeglądu oręża. Chłopaki na przodku nabrali wigoru i oczy im błyszczały, choć kufajki przeszły koniną. Apollo przyglądał się w milczeniu, ale przy pierwszej konfrontacji toples odpadł w przedbiegach, popadł w kompleksy i płacze teraz pod drzwiami stajni czekając na wakat. Dzikie baby były tak zachwycone krzepką jędrnością młodzieży, że podwoiły pojemność biustów, żeby się chłopaki w obfitości mogły zanurzyć po fajrancie i po wszystkich krzakach śpiew syreniego szczęścia niósł się zbiorowo aż nad ocean, gdzie wściekłość porzuconych połowic kobiecych musiała przed namiętnością wydrzą i kocią ukrywać w milczeniu rybie zakończenie. Córeczki wybrednie selekcjonowały promenujących z niedbałą nonszalancją gachów i amantów, jednak oczy wznosiły do góry, jakby czekały na gwiazdkę… Znaczy gwiazdora raczej… No… Jeśli nie Boga całego, to przynajmniej półboga, Herosa, Erosa, ochłap, ale z pańskiego stołu, z Panteonu, bo na ambrozję zakusy im rosły szybciej niż gachom zawartość rozporków.

Wreszcie Augiasz się wyspał, bo w tym czasie wyspać mógłby się nawet kamień i dno oceanu. Oczy przetarł niedowierzając, że jego synowie w gumiaczkach paradują, a za nimi jak winogrona całe kiście stęsknionych białogłów błagających o konsumpcję. Już miał nóżką chromą tupać na córeczki swoje, kiedy zobaczył mizdrzących się adoratorów nieśmiało meandrujących po trawnikach niczym winniczki po deszczu. Zerknął na mnie podejrzliwie, ale ta brzydka własną piersią mnie przed ojcowskim wzrokiem broniła, więc odpuścił, podciągnął gacie i do stajni uderzył, jak rozpędzony peleton zmierzający do górskiej premii. Konserwatywny był bardzo, więc pociąg do przewozu mierzwy zignorował i nie pozwolił własnym członkom na prawie borowinową rozpustę i poszedł pieszo. W te czeluści niezmierzone, w drogę, która końca chyba nie ma. Jedyna nadzieja, że go Pegaz zabierze, kiedy już pobryka do woli. Może go w pysku jak szczeniaka przytarga… Dobrze by było, bo ta… Ta brzydka…

Kiedy już tatuś zaginął w otmętach barokowej stajni (uciekł bez zapłaty świntuch jeden), to mnie po policzku pogłaskała… Jej dłonie…

- O Bogowie! – wrzasnąłem mentalnie przepojony miłością i pożądaniem.

- Co znowu?! – odwrzasnęli równie mentalnie i gromadnie Bogowie, wytrąceni z drzemki poobiedniej i lenistwa odwiecznego…

Ulotność.


Stało się. Nieodwołalnie nadeszła jesień. Jeśli nawet jałmużna złotem spadających liści nie dała pewności, to dzisiejszy poranek już tak. Świat wkroczył na jesienną ścieżkę bezpowrotnie i będzie nią szedł pod wiatr i z deszczem we włosach. Bo dziś rano nad miasto napłynęła mgła. Zupełnie, jakby ktoś rozcieńczał noc taką ilością śmietany, że ciemność zatchnęło z tej bezczelności, a wiatr podkulił ogon pod siebie i zwiał najdalej, jak tylko potrafił.

Nad miastem kłębiła się, leniła, osiadała, zaglądała pod spódnice i wdzierała się pod kołnierzyki koszul i pod wycieraczki… Mgła doskonała, swobodna bardziej, niż tabun dzikich mustangów i bardziej nieposkromiona. Słońce zakryło dłonią usta, żeby nie krzyknąć, bo nie godzi się krzyczeć komuś, kto widział spektakl wielokrotnie, a drzewa o zmarzniętych nocą ramionach rozczesywały niespiesznie mgłę, jakby to zaledwie włosy były istoty, która dopiero ma nadejść. Bo ona gdzieś tam zapewne jest.

Taka mgła… Z niej mogą się wykluć domniemania i aluzje. Niepewności mogą napuchnąć do przekonań, a świat fantazji i marzeń gotów skrystalizować równie doskonale, jak uczynił to krzem w górskim krysztale. Nie mówię, że z mgły ma się od razu wynurzyć bazyliszek, bo ciekawość ludzka gotowa byłaby doprowadzić do zagłady populacji. Jak takiemu w oczy nie spojrzeć, kiedy wynurzy się z tej kipiącej szaroburej nieoczywistości i zaśmieje się lubieżnie w twarz nakrapianą mikroskopijnymi piegami rosy? I nieszczęście gotowe, więc lepiej nie. Nie bazyliszek.

Zerkam nieśmiało i odrobinę nadziei w złożonych dłoniach niosę, żeby każdemu ta mgła stała się spełnioną „Modlitwą” Okudżawy. Patrzę przez oczy wilgotne, zarażone mgłą i wiem, że ta mgła otula mnie równie doskonale, jak noc, że nikt mi z oczu nie wykradnie obrazów, choćbym zapomniał się tak, jak młoda pani, którą pośrodku chodnika nogi nieść przestały, a jej oczy zwiedzały inny świat i wymusiły kamienną twarz i zastygłą pozę, choć tłum sarkał, że tak się nie godzi. Godzi się, bo gdy przyjdzie po kogoś świat idealny, to nie ma miejsca na krygowanie się i konwenanse. Wtedy ten świat trzeba chłonąć natychmiast.

I w takiej mgle mieszkać on może. W każdym może mieszkać, a mgła będzie dyskretna i nikomu nie opowie o wstydzie, o arogancji, pysze, czy podniecie odważniejszej od śmiałych. Rozwłóczy po świecie i niedyskrecje przekuje w obrazy, które zerkać będą na świat szukając chętnych – odbiorcy, który wyciągnie po nie ręce i wyjmie z tej mgły własne marzenia do spełnienia. Albo wejdzie w ten świat bez wahania i utonie w nim po czubek głowy bezpowrotnie. Wyjdzie z drugiej strony świata innym, lepszym istnieniem i zanurzy się w innym, lepszym świecie. Może nawet nikt tego nie zauważy?

Nie potrafiłem dłużej się bać i nogę wstawiłem w tę mgłę tłustą od niepojęcia szukając podłoża. Stabilnego, mocnego i dającego oparcie. Mgła niewzruszona pozwoliła się ujarzmić i przyjęła mnie z wdziękiem, zachęcając, abym i drugą nogę wstawił. Wstawiłem. A potem, to już płynąłem nią, a mgła lizała mnie po twarzy i pozwalała sobie na niedyskrecje, ale bardzo miłe… Szeptała mi bezeceństwa, albo kokietowała całując mnie po oczach, żebym pozwolił sobie na trochę więcej szaleństwa. Pozwoliłem. Jej. Sobie. Wiedziała doskonale, że sobie pozwolę i perfidnie, choć z sympatią zerkała, na co mnie stać. A ja policzki miałem rumiane, oczy rozgrzane emocjami, które mogły mnie ponieść, gdy bać się już przestały tego, co mogą zobaczyć. I tak wpływu chyba nie miałem.

Byłem. Po prostu. Zatopiony w mgle, niczym powidła różane w pączku, rodzynka w serniku, albo termit w termitierze. Mgła wiekuista, niezmierzona, moja, wiodła mnie tam, dokąd nie wiódł mnie nikt od bardzo dawna. Bo ja… Chciałem wyśnić sen. I nie umiałem w ogóle, więc wszedłem w tę mgłę i szukałem swojego snu, który chyba zabłądził w niej i nie dotarł do mnie, chociaż czekałem na niego tak wiele nocy nadaremnie. Nie musiał jechać na białym koniu, nie musiał na bogato. Niechby wychudzona lichota przyszła. Poszarzała, brudna i zmęczona długą drogą. Niechby nawet buta zgubiła i potrzebowała okraść mnie z ciepła nocy. Niech się wierci i chrapie, niech rozpycha i nogę wciska mi między uda, żeby się ogrzać, ale niech przyjdzie. Trudno znaleźć taką sierotkę niewielką, kiedy mgła tak rozbuchana. Rozległa poza moje pojęcie, więc pewnie nieskończona.

Wołałem, ale nie znałem nawet imienia sierotki mojej zagubionej. Usiadłem gdzieś na krawędzi niczego i smutno mi było bardzo. A mgła coś do mnie mruczała, szturchała łokciem, namawiała na psoty, lecz ja humor straciłem trwale. W końcu poszła sobie. Zostałem ja, wilgotny, po drugiej stronie mgły. Drzewa patrzyły na mnie z politowaniem, gawron szydził, a ludzie mijali w milczeniu. Zacięci i źli. Widać im też się dzisiaj nie poszczęściło…

czwartek, 8 listopada 2018

Wdzięczność.


Kupiłem jej zamek. Jak dla prawdziwej księżniczki. Stary, obrośnięty legendami i położony pośród krajobrazu tak, żeby trudno się go było pozbyć. Górował nad otoczeniem, jak ona górowała nade mną. Wystarczyło, że się skrzywiła, a już pełen niepokoju stawałem do rachunku sumienia, wytykając sobie nawet nieistniejące przewiny. A kiedy potrafiła się na pięcie zakręcić i prychnąć na mnie z wściekłością, dzień zaczynał podejrzewać mnie o sympatię z diabłem i inkwizycyjny stos szykowało mi zachodzące w samotności słońce.

Kupiłem jej zamek. Warowny i zbrojny grubym, kamiennym murem, otoczony fosą, w której wciąż rozpuszczała się krew napastników, choć wiele stuleci minęło od chwili, gdy ostatni beznadziejnie usiłował tu wtargnąć wbrew woli właściciela. Z wielkim donżonem, z miedzą wzdłuż krenelażu, z piwnicą pełną niedopowiedzeń pachnących dębowymi beczkami, arrasami pajęczyn, stęchłymi od uścisku historii meblami i tajnym, podziemnym szlakiem wilgotnej, kamienistej ucieczki wprost na płynącą przez las rzekę.

Kupiłem jej zamek. Z dziedzińcem wysadzanym kocimi łbami, ze studnią, która szepcze niespełnione modlitwy łypiąc zimnym okiem w niebiosa, z krużgankami i arkadami, jakby to pałac wystawny miał być, a nie forteca. Może tłusty, rozzuchwalony powodzeniem władca rozkoszować się chciał, widząc daremność obcych inwazji i tuczył własny hedonizm wypełniając barbarzyńską skorupę smakiem. Zupełnie, jak małże wypełniające skorodowane, obrośnięte wodorostami muszle perłami.

Kupiłem jej zamek. Bo cóż to za mężczyzna, który swojej wybrance nie potrafi zapewnić oprawy i schronienia? Najbardziej wyrozumiała, raczej wcześniej niż później, odwróci się od takiego, którego nie stać aby mogła rozkwitać pośród piękna i dostatku, pośród wszystkiego, co chciałoby choć zbliżyć się do jej urody. Facet nie musi być piękny. Nawet mądrość nie zawsze będzie zaletą. Ale bieda odziera go z zalet skrupulatnie i do nagości. Do śmieszności wręcz. Do pożegnalnego trzasku suchej dłoni na nieogolonym policzku, jeśli nie fizycznie, to przynajmniej mentalnie. Piecze taki policzek w nieskończoność, do łez, które kapią wewnątrz, których nie widać, bo nikt się nimi nie chwali, a pierwsza ze skarg spotka się ze zbiorową odrazą otoczenia, które odsunie się od nieudacznika przynajmniej o jeden horyzont, żeby się nie zarazić.

Kupiłem jej zamek. Z ogrodnikiem, który pielęgnował róże pamiętające dłonie płochych królewien i cynicznych heroin z przeszłości, ogrodem, gdzie ścieżki pieszczot i namiętności zakazanych wciąż wiją się z niecierpliwości pośród milczących drzew, z fontanną zdobną w stada marmurowych aniołów zbyt biednych, żeby je było stać na ubrania, choć może rzeźbiarzowi materiału zabrakło i poświęcił suknie, żeby na skrzydła im wystarczyło? Z kucharzem, który przyprawiał z francuska, choć dumny bywał z angielska, a fantazję, to miał całkiem polską i tańczył po włosku z pokojową, której pełne piersi potrafiły wnieść ciepło do najzimniejszej sypialni i ogrzać wodę nawet w górskim strumieniu. Z lojalnym konsjerżem odpornym na kurz, który potrafił obronić mieszkańców przed atakiem nuklearnym i osłodzić drogę do salonu mile widzianym gościom. Z szoferem tak dyskretnym, jakby języka go ktoś pozbawił i wzroku.

Kupiłem jej zamek. Chmara architektonicznych mrówek uwijała się jak w ukropie przez rok chyba cały, zanim wypielęgnowali, dopieścili, odrestaurowali i uzupełnili ubytki. Nie wszędzie, bo kazałem dla niej zostawić dziewiczą garść tajemnic. Lochy, piwnice, kamienne schody na szczyt krytego łupkiem oktagonu, strychy na które wejść mogła wyłącznie ona. Zbudowałem gniazdo, w którym splotła się historia przeszła z tą, co się rodzić dopiero zamierza. Yin yang. Wczoraj i dziś. Dwie siły na jednej huśtawce siedzące. Platany omszałe ze starości i wdzięczne, dygające jacarandy o kolczykach zebranych w fioletowe grona omdlewająco tańczące na wietrze. Butelki wina, których nie zdążył wypić jakiś przedwcześnie martwy cesarz i te, które zaledwie pięć lat temu mołdawskie winnice zwiedzały. Witraże wypolerowane słońcem grały w kolorowego berka na posadzkach układanych w mozaiki, a plafony pod girlandami kryształowych żyrandoli wtórowały im echem spod bezpiecznego nieba. Tylko nietykalne przestrzenie mruczały skrzypiąc deskami podłóg i murszejącą zaprawą plotki, że przyszło nowe mające dla starości szacunek.

Kupiłem jej zamek. A kiedy już poszli wszyscy i zostaliśmy sami. Kiedy lokaj uświetnił wieczór licznymi dygresjami kucharskiej fantazji, kiedy pokojowa wygładziła nieskazitelność pościeli i obok lampki nocnej zostawiła bukiecik kwiatów, zebranych za fosą ledwie chwilę wcześniej, żeby pełnią zapachu ozdobiły mrok nocy… Nie… Nie opowiada się takich historii, bo stają się kiczem. Wulgarną, bezmyślną przechwałką. Noc… Noc jest milczeniem i dyskrecją otoczona, jak muślinową moskitierą. Noc – wystarczy, że była. Pierwsza i nieostatnia… Oby…

Kupiłem jej zamek. A kiedy wstawać miałem, bo słońce drapało zasłony i dopominało się o „dzień dobry” – przyszła do mnie. Przyszła i mruczała, łasiła się z wdzięczności. Otoczyła mnie swoim ciepłem i wtuliła się we mnie, jakbym był tym jedynym. I byłem. Wtedy poczułem to mocniej niż kiedykolwiek. Byłem. A ona… Nie czekając na służbę przyniosła mi do łóżka śniadanie. Ciepłe jeszcze, wyrafinowane… Tłustą, szarą mysz.

środa, 7 listopada 2018

Bezimienny.


Wrona, z własnej woli siadająca dwa piętra poniżej możliwości drzewa? To chyba jakieś wynaturzenie. Może w powietrzu wisi coś toksycznego? Wiatr strąca z brzozy suche liście, które w locie wyglądają troszkę jak przyrumienione talarki ziemniaków. A przez rynek sunął obiekt, ubrany w brudną, żółto-różową kołdrę bez poszwy. Niósł ją jak przeciwdeszczową pelerynę z kapturem i trudno było rozpoznać choćby i płeć. Straż miejska taktycznie rozpoczęła negocjacje, żeby zidentyfikować potencjalne zagrożenie i okazało się, że chłop. Siwowłosy, zarośnięty i raczej z siebie zadowolony. A kiedy podrapałem się po głowie, to doszperałem się w pamięci obrazu z zeszłego tygodnia, kiedy to niedaleko jednego z rynkowych śmietników piętrzyło się coś, co wyglądało jak strajk ostrzegawczy śmieciarzy i zawierało wierzch do złudzenia przypominający ową pelerynę. Spać w rynku, wydaje mi się osiągnięciem wytłumaczalnym, jednak wiarygodnie przebrać się za strajk śmieciarzy? Podziwem wypełniłem się jak te bańki mydlane rozchichotane wokół maleństwa z umorusaną buźką. Pan w cuglach wygrał z kuglarzami i ludźmi-pomnikami uprawiającymi bezruch do pierwszej monety. Talent dramatyczny marnuje się na bruku. A tuż obok ekstrawagancje pod egidą Grotowskiego można oglądać… Ech! Nikt samorodka nie zauważył – co robi z człowieka brak nazwiska – nawet straż miejska nie miała go jak spisać, bo z czego?

Wywiad z potworem.


Zakładam na uchwytach starą, magnetofonową taśmę, która rzęzi już i jej dni są policzone. Powinienem ją zdigitalizować, żeby zachować dla potomnych, ale nie mam w sobie aż tyle sił, żeby udostępnić ją światu. Słuchałem jej wielokrotnie i nigdy w całości. Umysł buntował się za każdym razem, a ciało stawiało opór. Usiłowało upić się choćby i powietrzem, żeby tylko stracić przytomność, rozsądek, empatię… Ludzkość utracić. Pośród nieskończonych regałów archiwalnych materiałów redakcyjnych musiałem trafić akurat na tę taśmę i posłuchać o dwa słowa zbyt długo, żeby móc odejść i zapomnieć?

A teraz ciągnęła mnie do siebie, kusiła i wracałem do niej jak w narkotycznym transie. Ukryta w archiwach taśma, którą odtworzyć można na ostatnim działającym magnetofonie szpulowym wzywała mnie, jak magnes wzywa metalowe opiłki. Magnetofon charczał, trzeszczał, rozpaczał odtwarzając dźwięki, które zaczynały powoli rozmywać się już w szumach niedopowiedzeń. Oczyszczenie, cyfryzacja mogły być dla tej taśmy ostatnią szansą na popularyzację, ale ja nie chciałem popularyzować tych treści. Bałem się, że spowoduje to ciąg dalszy, że historia zamiast zgasnąć, albo mieszkać na peryferiach świadomości nabrzmi i rozdmuchana bezdusznością reporterską, redaktorską chęcią zdobycia jednodniowej sławy, pokaże ohydną ścieżkę wszystkim, którzy modlą się szukając podłych rozwiązań w zaciszu sypialni.

Przekręcam mechaniczną gałkę zasilania i taśma zaczyna przesuwać się pomiędzy głowicami odczytu, wijąc się jak wąż skomplikowaną ścieżką wiodącą do drugiej, chwilowo pustej szpuli. Z głośników dobiega biały szum. Na razie tylko szum i zakłócenia, ale już za chwilę zacznie się nagranie sporządzone przez nieznanego reportera. Pudełko nie ma ani nazwiska autora, ani współrzędnych geograficznych. Nawet daty nie ma, ale musi byś wiekowe, skoro na takiej taśmie się znalazło. Interesujące, że w ogóle udało się to nagranie zrealizować. Przeszedł mnie dreszcz, jak za każdym razem, kiedy audycja się rozpoczynała. Jeśli to początek, bo tego również nie wiem. Może było tych taśm więcej?

Głośniki wypluwają głos chłopca, na moje ucho dziesięcio-dwunastoletniego, który spokojnym głosem, rzeczowo i logicznie opowiada własną nieprawdopodobną rzeczywistość i to wszystko, czego doświadczał. Redaktor jest tylko cieniem, nawet pytań nie słychać, jakby pozwolił dziecku (?) na monolog i nie ingerował w treść. Czy można być dzieckiem mając podobne wspomnienia? Westchnąłem tylko, bo mnie i starość chciała opuścić w trakcie odsłuchu. A on to musiał widzieć…

- Trzysta siódma… - zaczął i niemal widziałem, jak palcem pokazuje – ona była trzysta siódmym dzieckiem, które z tego mostu skoczyło. Sama skoczyła. Widziałeś? Nikt jej nie popychał, nie przymuszał. Od kiedy tu przychodzę – liczę i ona jest trzysta siódma. Zacząłem liczyć dwa lata temu, ale gdybyś zszedł na dół, to może znalazłbyś dzieci sprzed stu lat, a może i więcej, chociaż nikomu dotąd się to nie udało. Sam widzisz, że most jest bardzo stary. Nawet kamień się kruszy na balustradach, a rzeźby tracą powoli rysy. Oni najczęściej skaczą koło tej rzeźby ze starszą panią. Może myślą, że to babcia, która im drogę pokazuje, bo widzisz? Ona ma rękę wyciągniętą, jakby pokazywała, że tam, za balustradą czeka na nich pyszny podwieczorek, nowa zabawka, czy prawdziwa mamusia.

- Wszystkie, które tu przyjdą, skaczą. Ja nie – w głosie słychać było dumę – mam jakiś defekt, albo coś, ale mnie nie ciągnie. Nawet stanąłem raz koło tej rzeźby. Pierwszy raz, to się trochę bałem, ale dostałem takie lanie w domu, że stanąłem, bo pomyślałem, że może i mnie babcia pociągnie. Nie stało się nic. Stałem i nie zawołała mnie na podwieczorek, ani na kolana do mamy. Za to przyszedł taki pan w kapeluszu i za rękę prowadził chłopczyka. Stanęli obok, pan wychylił się, żeby obejrzeć widok, a chłopczyk wdrapał się na balustradę i zrobił krok do przodu. Pan potem płakał, i wściekał się bardzo, to uciekłem, żeby mnie nie zbił. Przecież to nie ja kazałem chłopczykowi skoczyć. Mniejszy był ode mnie. Ale dał radę wejść na kamienne balustrady, pomachał ręką babci i poszedł. A pan został. Potem szukał go na dole, ale nie mógł znaleźć. Nikt nie znajduje…

- Potem, była taka dziewczynka z bratem. Sami przyszli, bez rodziców. Stanęli koło babci, a potem dziewczynka przybiegła i dała mi swoją lalkę i samochodzik brata, bo im niepotrzebne. Skoczyli razem, trzymając się za ręce, żeby się nie zgubić gdzieś tam. Bawiłem się samochodzikiem, kiedy ich mama mnie znalazła. Złapała mnie za ramiona i chciała ze mnie duszę wytrząsnąć, bo poznała zabawki i dopytywała się tak strasznie, że miałem siniaki na całym ciele przez miesiąc jeszcze. A potem skoczyła za nimi. Dziwne, bo dorośli tu nie skaczą… Najczęściej przyprowadzają tu niechciane dzieci. Przychodzą je tu wyrzucić, a babcia pokazuje dzieciom, że już czas odejść z tego świata, których ich nie kocha i pójść tam, gdzie pokazuje ręką – do raju dla dzieci. Ta pani co skoczyła, to krzyczała aż nie wpadła na kamienie tam, na dole. Pan zobaczy. Kości jeszcze leżą. To jej, bo dziecięcych kości pan nie znajdzie. No idź zobacz, nie bój się, jesteś za duży i babcia nie zaprosi cię na podwieczorek.

Piekielna logika i stoicki spokój chłopca odbierały rozum. Miałem mokre od potu ręce, a z twarzy odpłynęła mi cała krew do nóg, i rąk, które stały się zbyt ciężkie, żeby odejść od magnetofonu, albo go wyłączyć. Taśma z szelestem, z trzaskami, z przekazem z innego świata przesuwała się monotonnie zawiłą ścieżką, a ja wargi miałem spierzchnięte i obłęd w oczach. Chłopiec kontynuował, jakby opowiadał o przygodach na przerwie pomiędzy lekcjami:

- I tak było prawie co dzień. Nie zawsze mogłem przyjść, ale któregoś razu pani przyprowadziła chłopca w takiej ładnej, ciepłej kurtce. A ja marzłem. Poszedłem do nich i poprosiłem, żeby mi ją dali, bo jemu nie będzie potrzebna tam, gdzie idzie. Mama trochę się krzywiła, ale chłopiec dał mi ją bez słowa i zapytał, czy nie chcę jego butów, bo są dobre. Z mocnej skóry i nieprzemakalne. Wiesz? Chciałem ich bardzo, bo moje były byle jakie i już się rozpadać zaczęły, a po każdym deszczu miałem nogi mokre dopóki ostatnie kałuże nie powysychały. Bardzo ich chciałem, ale mama chłopca nie pozwoliła. I skoczył w tych butach… Szkoda…

- Dzieci, kiedy są same, to łatwiej się dogadać – rezolutny, choć pozbawiony uczuć chłopczyk chyba nie zdawał sobie sprawy z emocji jakie wzbudzał w słuchającym. Ale ja słyszałem w tle męski szloch, choć może to tylko moja wyobraźnia szlochała, albo moje łzy odbiły się na magnetycznej matrycy – Niektóre zostawiają mi pieniążki, albo słodką bułkę. Mówią, że tam, dokąd idą nie będą im potrzebne. Kiedy zacząłem mamusi przynosić pieniążki, to pozwoliła mi już nie chodzić do szkoły, tylko przychodzić tu. I bardzo się ucieszyła, że buty w końcu jednak dostałem i nie musiała mi ich kupować. Bardzo drogie są buty dla dzieci wie pan? A ja dostałem już trzy pary!

- Kiedyś przyszedł tutaj taki pan, który jest detektywem. Pytał mnie właśnie o te buty. Skąd mam, czy widziałem, gdzie poszedł chłopiec, to mu pokazałem. Szukał na dole i chyba mi nie wierzył, bo mówił do mnie brzydkie słowa i straszył policjantem. Nawet mnie zaciągnął za ucho na posterunek, ale mnie w końcu puścili, jak przyszła mamusia. I wróciłem tutaj. A później przyszła jeszcze taka pani z Czerwonego Krzyża i mi tłumaczyła, że szukają dzieci i mógłbym im pomóc. Żebym się przyglądał, żebym pytał, jak ma na imię każdy chłopczyk i dziewczynka, którzy tu skaczą. A ona będzie przyjeżdżała raz na miesiąc i dostanę torebkę cukierków i fajną książkę, sweter, albo latawiec. Teraz ma mi latawiec dopiero przywieźć, bo nie potrzebuję bucików, ani spodni, a słodycze dostaję od tych, co skaczą. Latawiec byłby dobry, bo czasami długo trzeba czekać, aż jakieś dziecko przyjdzie i trochę nudno. Ale w piątek przyszło ich czworo - wiesz?. I jeszcze zagraliśmy w ciuciubabkę, zanim skoczyli. Namawiali, żebym z nimi skakał, bo jestem fajny. Ale mama chciała, żebym na obiad wrócił, to zostałem.

- Nie! – usłyszałem głos chłopca. Podniesiony, lecz bez złości – niech pan jej nie zatrzymuje, to bez sensu. Nawet jak ją pan wygoni dzisiaj z mostu, to przyjdzie jutro i pojutrze. I będzie przychodzić, aż się uda. Niech jej pan pozwoli iść. Chyba, że chciał pan tego misia od dziewczynki, żeby swojemu dziecku dać prezent. Chce pan? Zapytam. Dziewczynka wygląda na miłą, to pewnie da… Trzysta ósma… Ma pan dzieci? Przyszedł pan zobaczyć, gdzie swoje przyprowadzić? Jak będzie pan tu szedł z dzieckiem, to przydałyby mi się rękawiczki. Zima idzie i zimno mi w ręce. Może pan zabrać ze sobą? Przecież nie będą już…

Taśma wyplotła się spomiędzy rolek i równym rytmem obracała na szpuli merdając ogonem z radością chińskiego smoka, że w końcu uwolniła się od naciągu…

wtorek, 6 listopada 2018

Czas odchudzania.


- Pomińmy biblijne żaby i szarańcze leżące pokotem na pustynnych wydmach niczym perski dywan… - zaczął efektownie i od razu złapał mnie na goły haczyk.

Moja ciekawość kwiliła w zaroślach mózgu, a on nie spieszył się. Ładował fajkę czymś, co pachniało czekoladą, wanilią, egzotycznymi owocami macerowanymi dodatkiem zachodniego trunku, któremu bliżej do mistrzostwa marketingowego, niż smakowego. Głodny szczeniak nie potrafi tak wzrokiem żebrać o łakocie, jak ja żebrałem o ciąg dalszy. A przede mną tkwił monument spokoju. Oaza niewzruszonej, nieskończonej cierpliwości celebrowała procedurę nabijania fajeczki z korzenia gruszy. Żałowałem, że to nie machorka, bo tę wetknąłby bez namysłu, ubił kciukiem i zanim spostrzegłbym, że coś się dzieje, już tkwiłby pośród kwaśnego deszczu, który dopiero miał spłynąć z firmamentu i nawiedzić ziemię, gdy chmura otaczająca jego głowę przekroczy punkt krytyczny, nad którym pracował wytrwale, lecz bez pospiechu.

Ja własny punkt krytyczny osiągnąłem i przekroczyłem, niczym Cezar Rubikon, tylko znacznie szybciej. Wzorzec niecierpliwości mógłby się przy mnie zawstydzić własnym, konserwatywnym spokojem. Czekałem chociaż na rozwinięcie, żeby już nie popaść w skrajność i brawurowo nie wytknąć mu, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Tymczasem on nie zamierzał nawet rozwijać, a co dopiero kończyć. Plunął brunatnie na ziemię, a plwocina skwierczała i kipiała, bo piasek żarł toksyny tak chętnie, że prowokował aż, do skosztowania. Powstrzymałem kolana od ugięcia i zacumowałem wzrok gdzieś poniżej krzaczastych brwi, bo jego oczy zajęte były wypełnianiem dziury cybucha i oddawały się z lubością temu zajęciu. Każda tortura ma jednak kres i błękitny dym popłynął pod niebiosa niosąc wieści indiańskim sposobem. Jego przydatność dla mnie była znikoma, jako, że prędzej Tatara w rodzinnej genealogii potrafiłbym odkopać, niż Apacza więc zaprotestowałem czymś równie trudnym do zrozumienia – jęknąłem po prostu, a on wreszcie przypomniał sobie o mnie i łaskawie zezwolił monologowi popłynąć w nieznane, czyli w moje nie za czyste uszy.

- Starożytne, więc niepewne przekazy mogły nasiąknąć plotką tak, że trudno im dać wiarę, choć historia plag egipskich przypomina dobrze skonstruowaną powieść i nawet morał z niej da się wydłubać, bez szkody dla logiki baśni. Ale na nie machnąć ręką trzeba, żeby nie wprowadzać wątków o małej odporności na krytykę. Jednak współczesność podlega weryfikacji niemal natychmiastowej, łatwo sprawdzalnej, więc poziom zaufania do bieżącej informacji nie powinien stanowić dylematu związanego z zaszeregowaniem wiadomości. Ot – pierwsza z brzegu informacja – fale Eufratu obsiały brzegi nieopodal Bagdadu klątwą karpi. Martwych jednoznacznie i hurtowo.

Tu mnie miał, bo nie słyszałem jeszcze, ale radio wyłączyłem, a prasówką głowy sobie nie zawracałem sądząc, że bezkarnie uda się nią nacieszyć w trakcie poobiedniej sjesty. Moja mina mówiła chyba dosadnie, że pojęcia nie miałem o kataklizmie i niewyartykułowanym jeszcze pytaniu o ciąg dalszy.

- Mogłoby się wydawać, że przypadek, że śledztwo wskaże winnego. Jakieś zakłady zatruwające wodę w górze rzeki, jakiś błąd ludzki powodujący zabójcze skażenie. Ale… - zamyślił się i znowu zaczął odpływać w wewnętrzne światy.

- Ale? – postanowiłem wytrącić go z zadumy

- Ale niestety nie! – podjął wątek, jakby nie dostrzegł przerwy. Nad głową rozpływał się sino-niebieski baranek o zapachu spalonych roślin podsycanych chemicznymi perfumami – Bo niby czemu tylko karpie? I tylko tam? Proszę wspomnieć, że całkiem niedawno w Arkansas spadł deszcz martwych szpaków, Rosjanie nie zdołali ukryć, że u nich z kolei z nieba spadały kaczki i gęsi, a to przecież nie koniec. Bo pszczele populacje ginęły tak masowo, że oficjalnie mówiło się o poziomie 30% zasobów, a przestępczy półświatek przestawiać się zaczął z handlu nieruchomościami, na obrót owadami, co można było poznać po niekończących się doniesieniach o kradzieżach, czy podpaleniach.

Faktycznie. Gdzieś na krawędzi świadomości zabłąkała mi się myśl o masowych samobójstwach popełnianych przez wieloryby, które towarzysko wypływały na plaże i tam kończyły żywot opalając się w niekończącym się szeregu, a piasek do dziś nie potrafi zapomnieć aromatu gnijącego tranu. Jakie jeszcze kataklizmy są ukrywane przez organy państwowe? Lepiej nie wnikać, bo kłopotów można sobie narobić śmiertelnie dużo i to w niektórych krajach dosłownie. Patrzyłem na gawędziarza i zastanawiałem się dokąd zmierza, bo przecież chyba z założenia powinna zostać wysnuta nić wiodąca do tezy, nawet, gdyby nie miała zostać udowodniona, czy choćby uprawdopodobniona. Samo wykrycie zjawiska wydawało się niedopowiedzeniem. Nie poganiałem już człowieka, bo coś mi się tłukło po łbie na temat zagłady raków szlachetnych i zamachu na biedronki europejskiie, jednak może to pomówienie?

- Ta selektywność wydaje się dość intrygująca – kontynuował bez dalszych nacisków – niechybnie dzieje się coś, co wymyka się pojęciu ogółu. Patrz pan, że dorsze stają się towarem deficytowym, gdy jeszcze niedawno były niemalże chwastem i trzeba było dobrze się postarać, żeby ktokolwiek miał na takiego apetyt. Tuńczyk trafia na licytację jako solista i jest oglądany przez koneserów skrupulatniej niż półnagie chudziny z renomowanych wybiegów mody. Krowę najłatwiej zobaczyć w ogrodzie zoologicznym, jak zresztą pozostałe zwierzęta jeszcze niedawno „gospodarskie”. Tylko szczurom powodzi się nieustannie. Te radzą sobie znakomicie, a karaluchy usiłują dotrzymać im tempa inwazji na cywilizację.

Trudno było zaprzeczyć, bo przecież nawet dzisiaj nieomal nadepnąłem szczura z przegryzionym kręgosłupem leżącego wprost na chodniku.

- Zjedliśmy już niemal wszystko, co nadawało się do zjedzenia – ciągnął niestrudzenie, maskując słowa kłębami dymu rozpierzchającymi się niczym rozbrykane jagnięta po nieboskłonie – A to, czegośmy jeszcze nie zjedli, masowo wymiera. I co pan powie?

Wywalił na mnie oczy, jakby oczekiwał, że to ja puentę dorzucę, ale ja byłem na wpół skamieniały od tych jego rewelacji, bo nikt dotąd tak klarownie i bezdusznie mi tego nie uświadamiał. Milczałem i nie było mnie stać na konstruktywną analizę. Lenistwo i przyzwyczajenie do treści zawierających rozwiązanie problemów nie radziłem sobie z samodzielną konkluzją. Chyba to dostrzegł, bo z dezaprobatą pokręcił głową, wstał i zbierał się do odejścia.

- Ech! Chłopie! – nim odszedł sapnął spoza ostatniego obłoku i wytrzepał resztki z fajeczki o krawędź ławki – No pomyśl chwilę. Nie widzisz, że wkrótce przyjdzie na nas czas? To takie trudne do zauważenia? Ludzi coraz więcej, a mięsa coraz mniej. I na dodatek zdycha tajemniczo i masowo. Więc i my zaczniemy tajemniczo i masowo zdychać. Ciekawe kiedy. Wielkiej wojny dawno już nie było, a taka wojna mogłaby odsunąć widmo przeludnienia i niekończącego się głodu…

poniedziałek, 5 listopada 2018

Druga szansa.


- O! Jakiś spam na tobie usiadł – usłyszałaś, ale zanim zdążyłaś krzyknąć pani zdjęła mnie z twojego żakietu i rozdeptała pomiędzy paznokciami, jak kleszcza.

Nawet zapłakać nie zdążyłem, ani się wystraszyć. W jednej chwili przeniosłem się w niebyt zostawiając po sobie płaskiego kleksa, śmierdzącego zaczynającym już gnić ciałem, a pani z obrzydzeniem rozglądała się za chusteczką, żeby mnie zetrzeć i wyrzucić do śmietnika jak jakiś smark. Patrzyłem na ciebie, a ty miałaś oczy mokre i miotające się pomiędzy niedowierzaniem, a wściekłością. Ból i żal dopiero się lęgły w oczach, ale gdyby ta pani nie poszła do łazienki, żeby mnie spuścić kanalizacją, to pewnie wydłubałabyś jej oczy, albo krtań wygryzła. Trudno ją winić – myślała, że pomaga…

Westchnąłem, jeśli dusze potrafią wzdychać. Żal cholera, bo inkubator twojej piersi stymulował nie tylko pożądanie, ale rokował. Kusił czymś więcej niż tylko spełnieniem fizycznym. Mogłem dojrzeć do przyszłości wspólnej, żeby nie być incydentem, lecz powtarzalną cyklicznie przyszłością, może nawet ciągłą. Łbem walnąłem o sufit, więc ta moja bezcielesność jeszcze się nie ukonstytuowała do cna. A skoro tak…

Sfrunąłem (chyba sfrunąłem, bo nie wiem, jak inaczej miałbym nazwać moje nie-bardzo-fizyczne obniżenie pułapu) i usiłowałem pomachać łapkami, przed twoim wzrokiem, który wciąż się gotował, a rozszerzalność cieplna twoich oczu mogła zawstydzić nawet ryż przetrzymywany w ukropie. Nie widziałaś mnie wcale, bo wodziłaś wzrokiem za tyłkiem tej pani w kraciastą spódnicę ubraną, który meandrował, osią uprawdopodobniając spekulację, że łazienka jest jego celem. Chciałaś nadać jej przyspieszenia? Zderzenie sprężyste zainicjowane bucikiem naładowanym nadmiarową energią? Machałem ci przed oczyma łapkami, jak czynią to wycieraczki podczas oberwania chmury i podobny efekt uzyskałem – żaden.

Jeszcze raz zmniejszyłem własną wysokość nad poziom morza i ugryzłem cię w pierś – przez bluzeczkę. Syknęłaś i już myślałem, że się udało, ale nie – syknęłaś klnąc oddalające się kraciaste pośladki. Też się uparłaś, zamiast mnie dostrzec… Wzniosłem się znów i zająłem się uchem, skoro oczy miałaś zajęte kampanią wojenną. Usiadłem w małżowinie wygodnie i szeptałem. Nawet takie słowa, których wcześniej nie miałem odwagi wyszeptać. Nie wiem, czy przypadek, ręka boska, czy czucie powiodło twoją dłoń do ucha i wyskrobałaś mnie na paznokciu.

Trochę się bałem, że mi powtórkę zafundujesz i kolejny raz popatrzę na własne wnętrzności sprowadzone do dwóch wymiarów, ale nie. Wysypałaś mnie na dłoń i patrzyłaś wzrokiem krótkowidza. Okularów oczywiście nie miałaś, bo po co? Dobrze, że lupę miałaś w szufladzie – nikomu się nie przyznawałaś, że te drobniuteńkie druki pod gwiazdkami w umowach czytasz przez lupę i dlatego leży pod ręką.

Kiedy już zawisło nade mną oko wielkie jak cały widnokrąg i podglądałaś mnie zupełnie bezwstydnie, chciałem ci psikusa zrobić i zatańczyłem jakąś polkę-galopkę, żebyś się uśmiechnęła do mnie. Uśmiech nie pojawił się, ale zdumienie wypełniło niebo nade mną do tego stopnia, że mógłbym przeprowadzić badanie migdałków gdybym miał laryngologiczne zapędy. Z rozpaczy zacząłem się rozbierać, bo do mojej nagości byłaś przyzwyczajona i może mnie rozpoznasz wreszcie po jakimś pieprzyku, bliźnie, czy skazie na skórze. Po malince, którą wygryzłaś mi trzy dni temu niechby.

Mówiłem do ciebie, ale mnie nie słyszałaś – widać względna odległość była za wielka, a lupa nie skróciła dystansu dla słów. Próbowałem krzyknąć, ale to beznadziejne zadanie nie miało prawa zakończyć się powodzeniem. Widziałem, jak gorączkowo się rozglądasz za czymś i chyba spinacze z pudełka chciałaś wyrzucić i mnie w tę trumnę złożyć. Zaprzeczałem palcem i głową, że nie chcę, że nie o to chodzi, że spokojnie, porozmawiajmy…

Sam siebie przestawałem słyszeć, bo chyba w końcu moja cielesność zrozumiała, że płynie z prądem na pola retencyjne położone na wschód od miasta, żeby wiatr nie sprowadzał do miasta wątpliwego aromatu wyprodukowanego przez tubylców. Moje ciało zaczynało mówić „auć!” i egoistycznie zaczęło zajmować się własnymi, niewątpliwie poważnymi problemami. Gorzej, że angażować chciało umysł, co mnie rozkojarzyło i nie wiedziałem już kogo mam słuchać.

Ciało oddalało się porwane prądem wydarzeń i łączność z nim uwolniona z cum miejscowej współzależności naciągała się po kres wytrzymałości, aż pękła. Jakby mnie ktoś w łeb od tyłu trzepnął. Padając na kolana dłońmi powstrzymywałem dłoń mojej pani przed wymierzeniem mi policzka, czy prztyczka w nos. Udało się. Ocaliłem mentalną gębę i klęcząc zerknąłem na widnokrąg czający się ponad soczewką lupy.

- Opowiesz mi w domu! – najwyraźniej zrezygnowała z umieszczenia mnie w trumnie po pinezkach, czy zapałkach, lecz wrzuciła w biustonosz, zakładając, że wewnątrz facet musi sobie poradzić, a jeśli nie, to zdychając będzie miał przynajmniej złudzenia, że w kolejne wcielenie startuje z raju.

Ciepło… Pierś wierciła się niespokojnie i ocierała o materiał, jakby kot czochrał się o krawędź drzwi. „W domu” – powiedziała… Czyli zamierza mnie stąd zabrać. Nawet z tym defektem związanym z ubytkiem cielesności. Tu byłem w miarę bezpieczny. Na pewno bardziej niż na żakiecie, gdzie być może faktycznie przypominałem broszkę, czy jakiegoś insekta. A teraz golusieńki siedzę sobie przy pulsującym ciepłem piecyku i smaruję sobie dziąsła obietnicą mojej pani – „W domu”… Chciałem nadal mieć dom. I to taki, w którym ta pierś mieszka ze mną na tyle blisko, żeby nie była potrzebna żadna kołdra, czy kaloryfer.

Miałem się już beztrosko rozwalić w przytułku, zaciszu intymnym, do którego tylko przeciąg zaglądał od czasu do czasu, kiedy zaniepokoiła mnie myśl: „a co ona tu jeszcze trzyma”? Koło stówki to jeszcze mieściłem się, choć futerał dość ciasno dopasowany, może koło zapalniczki również jakoś by się udało, ale taki telefon? Ten to potrafi przydusić, a niechby przy tym zaczął obleśnie wibrować… Aż sam zawibrowałem ze strachu. Oczy trzeba mieć szeroko otwarte i reagować. Najlepiej z wyprzedzeniem. Bo z telefonem przegram niechybnie.

Chyba ten „wypadek” rozkojarzył moją panią, bo zapomniała z pracy wyjść, choć zmierzch już przestał się czaić za węgłem i zaczynał przechadzać się nawet po szerokich deptakach. A ja… Nocą puchnę. Do pełnowymiarowej jednostki… Gdybym teraz zaczął, to guziki bluzeczki strzelałyby lepiej niż pestki z czereśni wprawną ręką wystrzelone.

Wspinałem się, żeby uwolnić się z ciepłej kieszeni, a jednocześnie gorączkowo rozmyślałem, czym własną nagość mógłbym uczynić mniej prowokującą. Publicznie nie jest pochwalana jeszcze, choć są już jednostki usiłujące przywrócić ciału należne mu miejsce w społecznościach ludzkich. Wspinaczka szła mi słabo. Pierś gładsza była od szklanej góry, od zamarzniętej tafli jeziora, od wypolerowanych elewacji z trawertynu.

Radio zaprzestało emitować reklamy, ale wcale oddechu nie wstrzymywało z mojego powodu, tylko zamierzało ogłosić wieczór z dokładnością do jednej sekundy, roztrącając promocje niczym samochodowe koła kałużę stojącą na drodze. Alpinizm nie był moim hobby nigdy. Miałem się poddać i czekać na nieuchronne, kiedy przypomniałem sobie, że potrafię pertraktować z grawitacją bez użycia kończyn. To i wyfrunąłem, jako ten pierwszy dzisiejszego wieczoru nietoperz. Wąwozem, spomiędzy ciepłych wzgórz wypłynąłem i oczy nienawykłe otwierałem.

Tym razem sufit już nie przeszkadzał, a mój entuzjazm we wznoszeniu osiągnął porozumienie z szaleństwem i tylko rzednąca atmosfera i jej chłodna, skostniała obojętność przywróciła resztkę rozumu. W sam raz na granicy, skąd zawracały ostatnie zbłąkane cząstki materii, bo ponad nimi roztaczała się już próżnia niemal doskonała. Te gwiazdy, to jakaś mitologia, mrzonka i utopia – tak rzadko są rozmieszczone, że gdyby nie oświetlenie i brak przeszkód na trasie, to nie byłoby ich w ogóle widać.

Wisiałem tak na granicy pomiędzy cząsteczkami uciekającymi w bardziej towarzyskie okolice, a nicością zupełnie nie zainteresowaną dalsza ekspansją. Była tam z otwartą mordą i czekała, aż coś samo wpadnie. Zawsze zdarzy się jakiś nieroztropny, pochopny, czy po prostu głupi i wyrwie się z przestrzeni pełnej i w pustkę wskoczy. Przestawałem odczuwać cokolwiek i zimno straciło dostęp do mnie, co wydawało się raczej logicznym następstwem dla istnienia pozbawionego cielesności. Wisiałem jak nieważka mgła składająca się tego wszystkiego, co zostanie po zabraniu wilgoci i koloru mgle rzeczywistej. Takie nic ukształtowane w coś.

- O! Złudzenie! – ktoś mnie złapał w dwa palce i oglądał jakbym był glistą, czy innym patyczakiem – a co ty tu robisz? Kosmos zawiera już wystarczająco dużo złudzeń i tu się nie pchaj, bo jeszcze powołasz do życia kolejną nierealną mgławicę, albo coś jeszcze gorszego. Wracaj na ziemię. Tam na ciebie już czekają. Zachciało ci się wędrówek? Masz dokąd iść – wracaj, bo znowu ktoś noc samotnie spędzi i jakieś głupoty mogą wpaść do niego z wizytą. Jak na złudzenie, to z ciebie chudzina, chyba trzeba cię troszkę odpompować.

Poczułem się jak balonik i brzuszek mi wzdęło, a wraz z trzecim wymiarem nabawiłem się również masy. Palec wynurzył się z nicości i sprawdził mnie, jakby sprawdzał piłkę plażową, albo oponę rowerową i chyba usatysfakcjonowałem niewidzialną istotę, bo mruknął z wyczuwalnym zadowoleniem:

- No! Zmiataj! – pstryknął mnie w gęste od materii rejony – I zachowuj się. A na wycieczki, to jeszcze przyjdzie pora. Najpierw podtucz się na jakiej ciepłej piersi, żebyś nie był taki zabiedzony. Trafisz, czy trzeba cię jeszcze raz szturchnąć?

Pod słońce.


Bladym świtem, a w zasadzie, to umierającą nocą wrony wracają do Miasta ze swoich podmiejskich sypialni. Zupełnie jak ludzie mieszkający w okolicznych wioskach i pracujący w centrum. Oni też chmarą całą zmierzają w stronę środka ciężkości, żeby rozpłynąć się po biurach, galeriach i budowach. Wrony prowadzą mniej nerwowy żywot, bo zanim się rozpłyną w substancji urbanistycznie zagospodarowanej, spotykają się na pogaduchy. Cała chmara z szacunkiem dla hierarchii rozsiada się pośród drzew i plotkują sobie, albo ustalają strategię na rozpoczynający się dzień. W trakcie gawędy od niechcenia strącają jakieś liście, albo gałązki, uwalniają organizmy od zbędnych produktów przemiany materii i zanoszą się histerycznym śmiechem, gdy któraś dowcip opowie. Potem dzielą się na mniejsze zgrupowania, którym łatwiej pokonać inercję ludzką w zakresie dystrybucji dóbr konsumpcyjnych, żegnają się czule i rozpływają po nieskończonych rewirach pełnych suto zastawionych śmietników.
Jesień chyba się za bardzo rozpanoszyła, bo służby już zaczynają ją uprzątać, żeby zrobić miejsce dla zimy, więc pakują jesień do worków plastikowych i będą ją masowo wywozić gdzieś, gdzie będzie mogła znów poszaleć.
Nie bardzo rozumiem ekstrawagancję odzieżową. Pani w grubym płaszczu i szalu sugerującym, że zima zapowiedziała się z wizytą nogi „okrywa” dżinsami, w których więcej jest dziur, niż materiału. Czyżby gospodarka temperaturowa w organizmie została podzielona na partycje i wymagała innego wysterowania? Druga – również górą uzbrojona miała gołe kostki, a pod nimi wygrawerowany łańcuszek z felernym frędzlem, który nie potrafił na wietrze podrygiwać. Kolejnej, wolałem się już nie przyglądać, bo jakiś pan spijał jej z dzióbka dym i mogła się zachłysnąć moją nietaktowną ciekawością.

piątek, 2 listopada 2018

Reinkarnacja.


Dzień pierwszy.

Głupek! Wejść na oddział zamknięty nie potrafił… Paparazzi od siedmiu boleści… To ja dałam radę smartfon przemycić, chociaż do naga musiałam się rozebrać, a ten wejść nie potrafił… Takie ujęcia… FB oszalałby od lajków… Nago pod prysznicem i te towarzyszące sępy o marmurowych twarzach, w białych kitlach… Niewiele brakowało, a miałabym orgazm. A ten kretyn nie wszedł! Żałował paru groszy, żeby portiera przekupić, czy te marmurowe sępy…
Nie chciałam z nim gadać. Pchnęłam mu jednoznaczny sms, że koniec współpracy, podparłam ignorem i numerek na stos - do spamu - skoro na TAKICH ujęciach mu nie zależy…? Mogłam wskoczyć na poziom ośmiocyfrowej popularności… Kompletnie nieodpowiedzialny burak. Nawet nie chcę myśleć, że mogłam się otrzeć o dziewięć cyfr jak wschodząca gwiazda pop estrady. Aż mi duszno się zrobiło…

Dzień drugi.

WIFI nadal nie działa. Albo działa jak ten mój paparazzi – wtedy, kiedy mu wygodnie. Zdążyłam tylko zobaczyć, że FB brzęczy od plotek. Że nie żyję i więcej zdjęć nie będzie. Ciśnienie mi skoczyło tak, że mnie marmurowi ludzie podłączali pod maszyny w tempie przyspieszonym. Dziwny ten wibrator, ale w głowie mi huczy. Coś jakby koka plus vibra. Odlot. Język mi się plącze, oczami przewracam, ale błagam ich, żeby nie wyłączali baterii, bo stać mnie na więcej. Kiedy nie patrzyli trzasnęłam selfie. Nienajlepsze, bo mi się ręka trzęsła… No i za odważne odrobinę chyba… Aż w monitor naplułam, bo odrosty widać. Miałam iść na laser, ale liczyłam, że Darek mi zafunduje w zamian za prywatną sesję plus aktywnego linka na portalu. On dopiero zbiera na szósty poziom, ale to facet i jemu trudniej.

Dzień trzeci.

Co to za zakład? Kolejny dzień leżę w tej samej tunice. Biała szmata, której żaden projektant okiem nie dotknął, a krojona była chyba siekierą. Krajobraz za okratowanym oknem również ten sam. To jakiś kosmos. Nawet pielęgniarza mi nie wymienili, a przecież już trzy foty machnęłam z gościem, choć się początkowo krygował. Nie zgodzili się nawet, żeby ktoś mi przywiózł bikini. Ledwie o siedem kompletów prosiłam, bo podobno będę tu leżeć ze dwa tygodnie na diecie witaminowej i solach. Dieta wporzo, szkoda, że w płynie, bo ciecz przeźroczysta i słabo na fotach kontrastuje ze stoliczkiem, bo biały, jak mundurki obsługi. Dobrze, że lampas na ścianie olejnicą malowany na fioletowo, to trochę odcina tę monotonię. Karta pamięci się zapełniła i skamle piszcząc po cichu, a ja nie mam gdzie zrzucić fot. Nikt nie chce pomóc. Płakałam dwie godziny, aż skasowałam część ujęć, żeby nowe weszły. WIFI dalej szwankuje. Ten nieugięty pielęgniarz obiecał, że mi zrzuci na „pędraka” foty, ale dyżur ma dopiero jutro, a miejsca już nie mam. Przepadnie obiad i kolacja, a może i wieczorne fantazje?

Dzień czwarty.

Ten pielęgniarz, to trochę ograniczony. No przecież mu nie dam hasła do administracji na FB. Przysięga, że foty wysłał mi na prywatną pocztę, ale mu trochę nie wierzę. Oddał mi własnego „pędraka” z fotosami - on jakiś starożytny chyba – zaledwie 8GB. Kto teraz takich używa? Dinozaur chyba. Moja babcia dostała na urodziny 128 GB. Telefon też ładował mi chyba cztery godziny. Myślę, że onanizował się i ściągał niepublikowane, robocze newsy – sklęłam go jak psa i uprzedziłam, że znam swoje prawa autorskie i na głupią gęś nie trafił, więc niech uważa. Mam w portfolio taki sztab prawników, że go zjedzą razem z mamusią i trawnikiem teścia jeśli się zacznie wygłupiać. Żachnął się, ale telefon mam naładowany. Kosmetyczka odpisała, że nie przyjdzie tutaj… A w sklepie anulowali mi rezerwację sukienki. Przepadła, a miałam Marylin Monroe zmałpować. Faceci, to tumany – nawet nie zauważyliby, a jej się udało selfie takie, że dzisiaj miałaby branie na półtora miliarda odsłon w pierwszą dobę. Żaden film tyle nie zdobędzie jeszcze długo.

Dzień piąty.

Marmurowi zwolnili tego kretyna pielęgniarza. Nie wiem za co, ale za oral zgodził się przynieść mi laptop na godzinkę… Dobrze, że nikt nie widział jak drania pompowałam na kolanach, a on dał się zwolnić, zanim mi przyniósł sprzęt. Na drugi raz będę ostrożniejsza. WIFI wciąż brak. To chyba jakaś pustynia cyfrowa. I ja mam tu dwa tygodnie spędzić? W życiu! Szukałam wyjścia, ale wszędzie kraty i cerberzy. Stare babsztyle, które mają w sobie tyle ciepła, co góra lodowa zanim się wyrwie na wolność z arktycznych okowów. Przyszłość rysuje się dramatycznie źle. Na smartfonie zostały dwie kreski. Chyba faktycznie umieram.

Dzień szósty.

Dramat! Koniec świata! Pojawiło się WIFI. Na mgnienie oka zaledwie. Siedziałam właśnie na kiblu, kiedy FB ożył… Na chwilę wystarczająco długą, żebym zdążyła przeskanować wzrokiem pięć dni bez jednej foty, bez komentarza u znajomych. Szlag trafił nie tylko ośmiocyfrową popularność, ale i do pięciocyfrowej zaczyna brakować. Darek drze ze mnie łacha na forum… A przecież trzy dni temu na priv’ie żebrał, żeby mieć ze mną jakąś, choćby drobną niedyskrecję. Niechby tylko niedopowiedzenie. Napisałam mu szybko, żeby przyszedł, a zrobimy wielkie show, wejście smoka… Niedwuznacznie obiecałam mu, że się mu oświadczę na YT, a poza kadrem… Też będzie miał swoją chwilę. Ze mną nadal na kolanach. Dołożyłam wyłączność na przyszłosezonowe bikini ze mną w środku, lub nawet na zewnątrz, ale odepchnął mi fucka… Marmurowi ludzie mało nie nauczyli drzwi pokoju fruwać, kiedy rzucili się na mnie hurmem i otoczyli maszynami. Prawdopodobnie nie żyję.

Dzień…

Dzień dziewiętnasty.

Na FB… Trzynastu gości… Przez tydzień. Dziewięciu, to początkujący dziennikarze czekający na nekrolog lub ekscesy, które pozwolą im wypłynąć, a czterech, to niedzielni internauci. Erotomani, którym nawet na onanizm czasu brakuje i zaglądają raz na tydzień, więc chyba jeszcze nie wiedzą.
Nie istnieję… Nie ma mnie wcale, bo tych trzynastu się nie liczy. Telefon oddali mi dwie godziny temu, kompletnie rozładowany. Dopiero teraz mogę sprawdzić historię. Darek fotoszopem popracował i wkleił zdjęcie wskakując z mety na dziewiątą cyfrę: Leżę martwa, dwóch marmurkowych flankuje mnie niczym gromnice na katafalku, a zamiast kwiatów w złożonych dłoniach mam na pępku but Darka za minimum osiem koła – poznałam; angielski, na zamówienie. Kolejka pół roku najmarniej. Myślę, że czekał takiej okazji od dawna, żeby nie zmarnować foty, bo na takie buty go nie stać. Bezczelnie pod zdjęciem wkleił moją deklarację oświadczyn… Nie odbuduję image… Nie mam aż tyle sił.

Dzień dwudziesty.

Zmieniam nick. Otwieram nowe życie. Będę jak Monte Christo. Zniszczę Darka. I innych też - paparazziego, który nie dotarł, kosmetyczkę, marmurowych ludzi i cerberzyce. Ale ciii… Nawet Chrystus nie chwalił się zmartwychwstaniem zbyt głośno. Zadzwoniłam do pielęgniarza… Wciąż ma moje zdjęcia… Wciąż wspomina tę chwilę, kiedy przed nim uklękłam. Chce więcej… I jest gotów na więcej… Ma czas, bo jest teraz bezrobotny… I aparat kupił z obiektywem, którym można łechtaczkę z księżyca wyizolować, gdyby była taka potrzeba. Naciskam enter i czuję, jak rodzi się we mnie życie…

- Cze…

- Siemanko…

- Co tam, co tam?


Jedenaście polubień dziewicy sieciowej w kwadrans… A ja… Wkleiłam zdjęcie sprzed trzech tygodni. Ostatnie zdjęcie w bikini rocznik 2018, na tle lasu i strumienia nieopodal płynącego gdzieś pod Biłgorajem. Trzy godziny szukałam kadru, żeby z niego zrobić Wenezuelę… Biegnę niemal do domu, jak nowonarodzona. Bo przecież właśnie tak jest. Każdy ciuch, każdy kosmetyk i każde głupstwo… Będzie nowalijką… Teraz rozumiem, dlaczego dał się ukrzyżować… Ja też umarłam, żebym się odrodzić w nowym, lepszym i wolnym od historii wcieleniu. Depilacja… Kosmetyczka, Zakupy… Nie spieprz tego dziewczyno! Nawet Bóg tylko raz zmartwychwstał… Depiluj się kobieto, nie kalkuluj! Inwestuj w siebie.

- Darek? Cze…

czwartek, 1 listopada 2018

Kryształowa kula.


Długo pracowałem, aby zbudować pryzmat. Całe świadome życie zabrało mi osiągnięcie celu. Już jako nastolatek zafascynowany podróżami w czasie i karmiony lekturami bardziej „fiction” niż „science”, złapałem bakcyla. A kiedy do szkoły przyszedł na zastępstwo młody fizyk, żeby doprowadzić mój rocznik do końca roku szkolnego zamiast brzemiennej pani, w której zakochani byli wszyscy chłopcy w szkole i połowa dziewcząt też, usłyszałem o teorii względności. Klasa spała, albo odpisywała zadanie z geografii, muchy nie miały sił bzyczeć i siedziały apatycznie na zakurzonych liściach kwiatów doniczkowych, a słońce zliczało mi piegi na nosie. Uderzony w głowę teorią względności wyrównywałem ciśnienie wewnątrzczaszkowe szeroko otwierając usta. Membrany słuchowe zwiotczały i musiałem skłonić je do pracy, żeby nie przegapić tego, co w nie wpadało.

Względność stawała się nadzieją, choć była teorią i to bardzo skomplikowaną, pozostającą poza zasięgiem ludzkiego geniuszu. Ale ja miałem naście lat i granic nie znałem żadnych. Dla mnie osiągnięcie celu było kwestią wytrwałości i chęci. Jak dzieci, którym nikt jeszcze nie powiedział, że metalowej łyżeczki wzrokiem się zgiąć nie da, więc gięły je bez problemu, dopóki nauka nie przedstawiła im dowodów, że to niemożliwe. Słuchałem, a pan od fizyki nie zająknął się ani słowem na temat braku możliwości wykorzystania teorii w praktyce, czym zbudował moją pewność, że rzecz się powiedzie. Właśnie mnie!

Już wtedy, zamiast śnić mokre sny o piersiach Kasi z 7c, tej samej, która ponoć pokazała je Bartkowi w zamian za jego autoerotyczny występ, nocami budziła mnie gorączka odkrywcy. Najpierw odkrywałem ciało z oblepiającej mnie kołdry, a później, stygnąc, zanurzony w nocnej ciszy zatapiałem się w marzenia i fantazje związane z wykorzystaniem względności do podglądania czasów różnych od teraźniejszych. Marzyła mi się luneta, przez którą zobaczę dinozaury, albo światy Lema, Verne’a i innych wielkich proroków światów przyszłych. Że podejrzę to, co oni podejrzewali tylko, zamiast domysłem, posłużę się wzrokiem. Fizyka, chemia i matematyka została przenajświętszą trójcą, o czym nie wspomniałem nikomu. Trójca mogła wszystko – zabrać mi czas i zdrowie, opętać i zniewolić. Pożerałem i chłonąłem wszystko, co mogło dać podwaliny, ramę, w której zmieszczę kanwę obrazu. Tego wymarzonego bezsennymi nocami.

Zrezygnowałem z futbolu i dyskotek, eksperymentów z alkoholem i innymi używkami. Wysłałem swój popęd na wygnanie i fizyczne uniesienia przenosiłem w świat projektu. Podporządkowałem życie idei, zaniedbując wszystko inne. Ledwie zauważyłem, kiedy umarł ojciec, a gdyby matka nie wpychała we mnie pożywienia wykorzystując moje roztargnienie, to pewnie umarłbym z głodu. Posiwiałem bardzo wcześnie, a marnotrawstwem czasu wydawało mi się nawet golenie, więc wyglądałem jak pustelnik. Chudy, żylasty i zarośnięty. Często śmierdzący, bo na kąpiel również patrzyłem jak na pasożyta odrywającego mnie od pracy.

Obliczenia prowadziłem wszędzie, zapiski na ścianach mieszkania i na wszystkich oknach. Sprawdzałem hipotezy i szukałem nieodkrytych zakamarków. Szczelin, w które mógłbym się wedrzeć, by wykorzystać punktową słabość teorii i zajrzeć pod spódnicę wieczności. A ona wstydziła się obnażyć i chłostała mnie po twarzy niepowodzeniami. Kląłem częściej, niż mrugałem powiekami. Ale zawzięty byłem. Upór ponoć mam po matce – trudno mi to potwierdzić, bo kobietę ledwie pamiętam. Umarła, nim zbudowałem pierwszy model. Niedoskonały, pełen wad. Ale już prototyp pokazał mi coś, o czym marzą fałszywe wróżki na całym świecie. Na jedną krótką chwilę pokazał mi obraz. Pierwszy, zniekształcony i pływający obraz. Zobaczyłem siebie. Własną noc, kiedy zamiast o Kasi…

Euforia, to zbyt małe słowo. To był psychiczny, niekończący się orgazm! Upiłem się wtedy nie tylko szczęściem. Pierwszy raz w życiu upiłem się życiem. Bezbronny i dziewiczy stanąłem sam na sam z wódką i dziewczęciem na tyle cynicznym, że nie przeszkadzał jej mój wygląd, gdy pokazałem jej banknot i niewprawnym językiem wytłumaczyłem, czego ma mnie nauczyć. Wódka nie podziałała, albo tego nie zauważyłem, pani uwolniła mnie od ignorancji, jednak ta radość była zbyt mikra wobec stojącego w sąsiednim pokoju prototypu. Wyprosiłem jedno i drugie z domu. Pani wzruszyła ramionami, przytuliła osieroconą butelkę i wciskając banknoty w biustonosz wyszła kręcąc tyłkiem na pożegnanie. A ja nawet się nie ubrałem, tylko wróciłem pogłaskać prototyp i oddałem się myśleniu twórczemu.

Wady. Wyeliminować wady, wzmocnić obraz… Przenajświętsza trójca była ze mną, pilnując, żebym opamiętał się choć na chwilę i dał ciału zastrzyk energii, abym nie padł z wycieńczenia krok przed metą. Trochę otrzeźwiałem, kiedy zaczęło mi brakować sił, kiedy zapiski na ścianie doprowadziły do wzoru, który wyryłem w tynku nożem i obwiodłem ramką. Dowód! Ścieżka dostępu! Teraz byłem już pewien, że mi się nie wymknie. Był mój. Brama do nieskończoności stała otworem i jarzmo czasu pękało w szwach. Mogłem przyszpilić chwilę do podłogi, nadepnąć i pod butem trzymać, albo wracać i wracać do znudzenia.

Budowałem i ulepszałem. Pryzmat okazał się najskuteczniejszy, dzięki dwukierunkowej interakcji. Miałem wrota do obu krańców czasu. Niedoskonałe jeszcze, ale już teraz potrafiłem objąć ramionami czasu cały wiek. A pryzmat ze mną stał w jego środku jako oś. Punkt równowagi. Prawie nie znałem ludzi, więc trudno było mi odnieść się do czegoś, co mógłbym rozpoznać. Przyszła  mi do głowy dziwka, która rozprawiła się z moim dziewictwem i dość niefrasobliwie, może nawet z chorą ciekawością zacząłem szpiegować w czasie przeszłym jej życiorys.

A kiedy okazało się, że jest nieślubną córką Kasi z 7c… I Bartka, który zapił się na śmierć, gdy się dowiedział, że zostanie ojcem jeszcze przed maturą… Szpiegowałem ją i samego siebie. Podglądałem własne erotyczne uniesienie. Dziwne, że kiedy wyszedłem do łazienki dziwka telefonem omiotła ściany… Kręciła film w moim pokoju? Nie bardzo rozumiałem. Pomyślałem tylko, że trzeba ją odnaleźć i zapytać, po co to robiła. Zostawiła w przedpokoju numer kontaktowy, gdybym miał pieniądze i ochotę na powtórkę. Ale to poczeka. Teraz są ważniejsze sprawy.

Zerknąłem w przyszłość dla odmiany. Trafiłem na szpital i oddział noworodków. Mój pryzmat stał w pomieszczeniu sąsiadującym z salą porodową i ilekroć na świat wychylał się mały człowieczek trafiał na stół za pryzmatem, gdy tylko został obmyty z wód płodowych. Zanim trafił na matczyną pierś trafiał przed oko pryzmatu, a siwowłosa kobieta przewijała ciąg obrazów w przyspieszonym tempie. Byłem dumny. Moje dzieło zostało udoskonalone i potrafi teraz znacznie więcej. Patrzyłem zachłannie, jak weryfikowana jest przyszłość, lecz nie widziałem celu. Większość dzieci wracała w spocone objęcia kobiet zmęczonych porodem. Ale niektóre… Były mordowane bez cienia litości. Szlachtowane, ćwiartowane i wyrzucane na stos odpadów biologicznych. Niekiedy, przed śmiercią selekcjonowano pojedyncze organy, krew, czy osocze, ale niemowlęce ciała lądowały w kubłach opróżnianych każdego dnia i wędrujących do spalarni. Okropny widok sprawił, że chciałem rozbić pryzmat i skruszyć tynk, żeby wzór konstrukcyjny zniszczyć…

Ciekawość zwyciężyła, gdy logika podszepnęła że jeszcze zdążę zniszczyć, że przecież sam we własnym domu siedzę i nikt poza mną nawet się nie domyśla, że urządzenie jest już sprawnym, działającym źródłem wiedzy rozciągniętej w nieskończonym czasie. Nieśmiała, paskudna myśl drążyła moją podświadomość, że dziwka widziała, że mogła… Co mogła? Tępa baba rozkładająca nogi za grosz? Wiedziałem, że skończyła zaledwie podstawówkę, a resztę czasu spędzała zarabiając ciałem. I to jak? Nie podejrzewałem nawet, że takie rzeczy są możliwe. Kaśka nie przeszkadzała, bo ona również kroczyła tą samą ścieżką, czasem nawet na wspólnych z córeczką występach bywała, gdy trafił się perwersyjny klient.

Zerkałem w pryzmat, gdyż trudno się oderwać i udawać, że ciekawość nie istnieje. Nigdzie nie widziałem siebie. Przypomniałem sobie ruchy pielęgniarki i postanowiłem spróbować. Kanciasto i niepewnie przewijałem przyszłość cofając się, aż zobaczyłem siebie. Wreszcie. Gdzieś w tej przyszłości musiałem być. Chciałem zobaczyć, jak mi się świat odwdzięczy za złamanie granic ustanowionych przez Boga. Za odpowiedź na każde pytanie. Za złamanie tabu, tajemnic i spętanie wieczności. Za rozwianie wątpliwości historycznych… Ręka mi drgnęła i obraz ze mną cofnął się jeszcze bardziej…

Może za bardzo, ale przy stoliku siedziała „moja” dziwka i rozmawiała z dwoma osiłkami i jednym dostojnikiem. Coś pokazywała na swoim telefonie. Oficjel patrzył na ekran, a jeden z byczków klepał ją pieszczotliwie po policzkach, aż jej głowa podskakiwała. Gość w garniturze podał jej kopertę, z której wystawała harmonia banknotów, a telefon jej zabrał. Kiwnął głową dziwce i byczkom, a potem wyszedł. Zostałem z nią, a ona nie zwracając uwagi na byczków dotykała banknotów z lubością. Niedługo to trwało, gdy jeden z nich schwytał ją za gardło i podniósł do góry. Sikała po nogach umierając, a banknoty z szelestem spływały na mokrą podłogę.

Żal mi było dziwki, ale pryzmat nie pozwalał zmienić zdarzeń. Mogłem tylko je zobaczyć. Szarpnąłem nerwowo i przewinąłem do przodu szukając mojej przyszłości, jednak zbyt lekko przesunąłem horyzont czasu. Oglądałem teraźniejszość niemal synchroniczną. Może minuty dzieliły moje widzenie i moje życie. Patrzyłem w pryzmat, jak podchodzę do własnych drzwi, bo dzwonek zadzwonił…

I zadzwonił. Szedłem do nich oglądając się za siebie i patrząc w pryzmat. W nim drzwi już były otwarte, a za nimi stało dwóch bardzo umięśnionych mężczyzn, za którymi stał pan w garniturze. Pan patrzył się uporczywie w czubki swoich butów, jednak podniósł wzrok na mnie i uśmiechnął się przepraszająco:

- Nie powiem „dzień dobry”, bo ze śmierci nie robię kpin. Powiem żegnaj, ale wiedz, że jestem ci wdzięczny i będę aż po kres życia.

Jeden z byczków schwytał mnie za gardło i uniósł do góry… To już nie był obraz z pryzmatu… Charczałem… Krótko charczałem, a po nogach cienkim strumieniem płynął ukrop.

- Zupełnie jak dziwce – pomyślałem nim zmysły zgasły.