piątek, 8 lutego 2019

Nieświadomy demiurg.


Jak mawiał pewien wykładowca fizyki: Naturalnym stanem wszechświata jest chaos. Porządek wymaga pracy. Dodawał przy tym, że praktykujący fizyk spotykając kolegę po fachu powinien witać się ostrzeżeniem: Entropia rośnie! Nie dodawał co prawda, że ona rośnie proporcjonalnie do stanu posiadania, ale rzadko jestem małostkowy. Okazało się (ku mojemu szczeremu zdumieniu), że jestem posiadaczem kubatury zupełnie nieodpornej na wzrost entropii i żadnej zapory antywłamaniowej przed chaosem nie posiadającej. Może trzeba było popaść w bezdomność? Zamieszkać w największej możliwej kubaturze, czyli zewnętrznym świecie i pozwolić innym pielęgnować przestrzeń i zmieniać na kształt i podobieństwo… czyjeś?

Za późno na żale. Obudziłem się pośród chaosu i byłem gotów przysięgać na kolanach, że nie ja spłodziłem ów harmider estetyczny. „Samo się zrobiło” – alibi godne siedmiolatka potrafiłem w duchu wykrztusić, choć z uzasadnieniem miałem już niejakie kłopoty. Kto to widział bladym świtem rozwiązywać problemy egzystencjalne? Mózg budził się z letargu z pewnym obrzydzeniem, gdy oczami demonstrowałem mu stan zastany. Pole bitwy godne starcia pod Kircholmem, może nawet aspirujące do potyczek angażujących większą różnorodność europejskiego barbarzyństwa dowolnej epoki, skazanego na zatracenie pośród wściekłości pijanej tłuszczy niewiernych, bez wnikania w wyznania głoszone, bądź ukryte mitologie, czy strategie.

Najprościej byłoby wypatroszyć. Wywinąć na lewą stronę, jak kieszenie zanim się podziurawią i niech się wykruszy na zewnątrz, a tam już są tacy, którzy odpłatnie usuwają, konsumując nie zawsze jawny, przymusowy podatek od istnienia. Krótkim okiem, małostkowo wystarczyłoby mi, żeby usunąć toksyczne obrazy poza zasięg wzroku, albo za drzwi. No… Ciut dalej, żeby goście powtórnie nie wnieśli mi już dziś tego galimatiasu na butach. Mózg usiłował obudzić tolerancję i pobłażliwość, ale obie cholery spały jak zabite. Pijane, czy co? Obojętność beztrosko gryzła pazury, a oczy potęgowały wizje Armagedonu. Porządek najwyraźniej spakował w nocy manatki i oddalił się w bliżej nie znanym kierunku. Zgłosiłbym na policję, jednak 72h powinno minąć, bo inaczej wezmą mnie za pieniacza, albo zazdrośnika. Albo co gorsza podadzą ustnik zakończony prezerwatywą i licznikiem toksyczności ciał wciąż żywych bezpodstawnie.

Mózg bronił ciała przed nieuchronnym wysiłkiem z determinacją. Zaproponował alternatywne rozwiązania - przykładowo poszukać kogoś, kogo można obarczyć odpowiedzialnością za ów nieład kosmiczny i skazać go (wskazującym palcem z nieba) na sprzątanie – w cyklu generowania tej myśli wszyscy, nawet nieprawdopodobni, hipotetyczni Herkulesi uciekli uznając, że u Augiasza znajdą większe szanse na sukces. Więc może zamówić usługę? Kusił opcją sprzątaczki ubranej wyłącznie w gumowe rękawiczki i mopa… Usiłował przy okazji czmychnąć w odmienne stany świadomości i jawnie prowokował instynkty zwalając winę na wzwód poranny, ale ten wyparł się dumnie podnosząc łeb i rozglądał się szukając raczej obiektu, na którym mógłby furię rozproszyć przedłużając nić ewolucji ponad chaosem i wdzięcznym krokiem linoskoczka zameldować się na drugim brzegu niepokoi porannych, niż wypiąć pierś z okrzykiem mea culpa! Skłaniał się raczej ku innym okrzykom o charakterze bardziej emocjonalnym, niż grzeszących delikatnością poezji.

Ręce i nogi więdły, omdlewały artystycznie i niewiele brakowało, a zaczęłyby się uczyć subtelności przedwojennego Ł, które już tylko ruchem języka sugerowało arystokratyczne pochodzenie, z jednoczesnym zapotrzebowaniem na dania wymagające całej procesji sztućców, zanim darem niebios obciążą wyrafinowany język pokarmem o francusko brzmiącej nazwie, niekoniecznie mającej związek przyczynowo-skutkowy z obiektem. To też się zdarza, że nazwa i jej nosiciel mogą zamieszkiwać bardzo odległe planety. Ludzkość pod względem nazewnictwa posiłkuje się wyobraźnią i sili na oryginalność, żeby ukryć pod dyplomatyczną notą nagie fakty. Co gorsza potrafi się oburzyć, kiedy ktoś obłudny dywan podniesie i paluchem brudnym od używania (znów entropia) wskaże gołą prawdę kulącą się ze strachu. To wystarczający powód do otwartej wojny, albo chociaż embarga i ewakuacji kilkunastu ambasad odwoływanych pospiesznie choćby w trakcie konsumpcji… hmmm… jakby to powiedzieć… nazwijmy to nawiązywaniem stosunków bezpośrednich z ludnością tubylczą…

Dygresje, żeby uniknąć teraźniejszości – ironią zaraziło się nawet światło i patrzyło na mnie bez cienia litości, czy współczucia. W słońcu unosił się kurz historii współczesnej, być może wciąż żywej. Nieosiodłane, dzikie karaluchy kłusowały tabunem po niedojedzonej wieczerzy, w talerzach muchy opite do amoku przewracały się, albo wcześniej tonęły w kieliszkach z braku kapoków i personelu ratunkowego. Długonogie pająki kołysząc biodrami dostojnie zwiedzały zakamarki uznając, że pierwszy plan, to ciut za wysokie progi i snuły się, i snuły nić… poniekąd również historycznej wartości. Kurz, zmęczony szwendaniem się bezrozumnym w przestworzach zdychał, gdy tylko znalazł płaszczyznę stawiającą skuteczny opór grawitacji. Te bardziej rozemocjonowane fragmenty kleiły się elektrostatycznie nawet do płaszczyzn skrajnie nieprzyjaznych i skłonnych strącać w piekielne czeluści alpinistów, dla których zmierzenie się z ekspozycją było nieuzasadnioną umiejętnościami ekstrawagancją.

Postawiłem stopy na podłogę, żeby pogrążyć rozmiar nieszczęścia zmysłem słuchu. Pod nimi zachrzęściło wszystko, co zdechło tej nocy, a słuch nawet nie usiłował udawać, że to zapętlony odtwarzacz muzyki elektronicznej z nową płytą Kitaro. Aż dziw, że przeżyłem. Bo równie dobrze to ja mógłbym wyściełać podłogę i zachrzęścić pod ciężkim… pod piętą (nie chcę się dalej posuwać, bo być może pisana mi jeszcze jedna noc, a koszmary w odcinkach, to specjalność spłoszonego umysłu). Mnie od kurzu niewielka dzieli różnica podglądając mikrokosmos z poziomu subatomowego.

Gotów byłem od nowa napisać historię świata, albo przegrać zakład w jedzeniu na czas jajek na twardo, niechby z pieprzem i bez soli, nawet tej morskiej, żeby tylko nie stawać w szranki z entropią… Boże! Jaki ja byłem malutki… A kosmos niezmierzony przede mną… Za mną, na mnie, pode mną, we mnie… I wciąż rośnie… Mózg szukał zwycięskiej strategii i chyba się poddał, bo zaproponował dużą dawkę alkoholu. W zasadzie śmiertelną. A potem powtórzyć i gdyby to nie wystarczyło, to kontynuować. Żołądek konwulsyjnie zaprotestował przeciwko monotonii pokarmowej i zdeponował na podłodze wszystko, czego doświadczył poprzedniego wieczora… Entropia… No cóż – to było do przewidzenia – wzrosła i objęła w posiadanie skalę aromatyczną. Podskórnie czułem, że skalę dźwięku też opanuje lada moment.

Skisłem. Zbutwiałem. Skamieniałem. Czułem się tak, jak powinno czuć się drzewo po zakończonej sukcesem mineralizacji na dnie ciepłolubnego oceanu. Rzęsy zatrzepotały, żeby uwolnić się od różnorodności biologicznej i pozwolić oczom przeprowadzić zmysły z teraźniejszości w przyszłość. Zmysły w tym czasie pazurami trzymały się klatki żeber i błagały o rozsądek. O spokój i wyzbycie się pochopności. Jedynie zarost czuł się, jakby go ktoś zaprosił na eksperymentalną plantację i dokarmiał ponad miarę z sukcesami. Chrzęścił pod dłonią ów zarost bardziej niż historia pod stopami i błogosławił życie pazernie usiłując czubkami wzrostu dotknąć słońca. Ucho tymczasem (lekko lekceważone, może nawet zapomniane) wyłapało kosmiczne dźwięki, równie proste do interpretacji jak te, które wyłapało „Wielkie Ucho” z Ohio.

Dźwięk trwał zdecydowanie krócej, choć w moim stanie ducha mógł trwać dowolnym interwałem czasu. Efekt i tak był subiektywnie większy, a zakończył się okrzykiem, w którym emocje niemal dorównały tamtej transmisji i usankcjonowanej dziś nazwie – „sygnał Wow!” W ramach bieżącego dźwięku, istniało domniemanie przemieszczania się materii ożywionej (być może nawet myślącej?) w poziomie ograniczonym dość drastycznie płaszczyzną podłogi z klepek modrzewiowych (kat. III, rocznik 77 – czyżby znak z nieba?). Dźwięk zbliżał się metafizycznie i praktycznie, policzkując klepki, aż zadomowił się przed moimi oczami i z zachwytem niedowierzania pozwolił sobie działać unosząc się na falach emocji zaszczepionych poprzedniego wieczora:

- Wow! Aleśmy wyhodowali ekosystem! Super! To żyje?

czwartek, 7 lutego 2019

Kilka pytań na kupie.


A gdyby tak przyszedł ktoś, z bardzo daleka, usiadł, zdjął buty, żeby pozwolić pęcherzom stężeć, a mięśniom zwiotczeć i powiedział:

- Słońce umarło milion lat temu. Pojutrze nastanie wieczna noc. Bawcie się, bo ostatnie promienie pogania nicość i pędzi je na złamanie karku, aż piszczą. Tam? Wszystko furczy i zamarza. Chyba, bo nic nie widać. Nawet czarne dziury czmychają na boki, bo przecież w mroku żyć im się nie uda. Przez kosmos prują ostatnie iskierki ciepła ze słońca, które zdechło nagle. Ale nie wczoraj…

Posłaniec niebios musiałby być szybki, więc pewnie przypaliłby sobie podeszwy i musiałby się studzić drinkiem z ciekłego azotu, żeby ochłonąć. Niedobrze tak zimnym popijać, bo chrypka murowana, choć i na chrypce można zrobić karierę wokalną. A gość moczyłby nogi w morzu martwym, słonym, arktycznym, bo chyba nie w południowo-chińskim?

- A gdyby się okazało, że DNA, to tylko nitki nowego, eksperymentalnego polimeru, które są testowane na zmiennym gruncie, żeby zobaczyć, czy okres połowicznego rozpadu da się modyfikować poprzez jego krzyżowanie? Czy można je barwić w ten sposób, albo wyjaławiać? Kłąb szmat splecionych, zdyszanych, zagrożonych zgnilizną i degeneracją, co się wałkonią i przetaczają odrażającym kłębem jak wyschnięty skrob po interiorze?

Mimo zmęczonej obecności przybysza, aż kusi własne pachy powąchać, żeby wiedzieć, czy ustawiać się w jednym szeregu z posłańcem i karcić, grzmieć i paluszkiem grozić, czy raczej kajać się i wstydzić niedoskonałości nabywanej od niechcenia? Jakby dało się od własnego potu uwolnić… Ach – kiedyś się uda, to prezent pośmiertny. Wieczny być może.

- A kiedy słońce już zgaśnie, to ziemia się stanie wielgaśną lodówką, w której mrożonki będą leżały i czekały na podróżnika, który będzie miał apetyt na pieczyste. Napali lasem deszczowym, który deszczowym być przestanie, albo sawanną, która będzie się kruszyć w dłoniach, na patyczek naniza dowolne znalezisko, jeśli tylko da radę wypatroszyć, albo będzie tak niewybredny, że zeżre w całości. Ileż takich lodówek ukrywa się w niezmierzonej przestrzeni.

Łeb się zadziera mimowolnie i sprawdza, zlicza te Kasjopeje, Oriony, Marsy, rodzynki poukrywane w zupie Mlecznej Drogi. Daremny trud. Szczęśliwie wzrok obarczony jest niedoskonałością, więc tylko błękit nieba z zawiesiną gwiazd dostrzega, lecz najcichszym burczeniem brzuszka, czy warg oblizaniem nie potrafi się pochwalić, że znalazł pełną spiżarnię.

- A gdyby zamiast to słońce gasnąć było uprzejme eskalować? Geometrycznie wzmóc natężenie, podwoić działalność operacyjną, albo pięciokrotnym wzrostem podnieść słupki notowań? To nie giełda, tu można powielać gdybania. Dwadzieścia? Pięćset?

Gadanie z takim wysusza. Płuca zaczynają domagać się wilgoci, język więdnie i sam siebie próbuje zlizać z podniebienia, oczy boją się zamknąć, żeby nie porysować powiekami powierzchni. Stawy skrzypią żałośnie, a skóra przypomina powierzchnię Marsa. Albo nosorożca.

- Ciekawe, co jeszcze zwiewa w tę stronę, korzystając z resztek oświetlenia. Przy takich prędkościach mózg się zorientuje dopiero w żołądku agresora, że coś jest nie tak. Że jednak wiara w zmysły może być zawodna. I ciężkostrawna. No! To lecę dalej, a wy się tu bawcie. Jak mawiają wasze dzieci: Nara!

środa, 6 lutego 2019

Hodowca.


- Jestem zachwycony jego przeponą – zagaiłem grzecznie – Czy to po mamusi?

Mamusia dość rozpaczliwie usiłowała zlokalizować przeponę zarówno u narybku, jak i u siebie, ale najwyraźniej starała się posiłkować wskazówkami, jakie usiłowała odnaleźć w moim wzroku, co przy tak entuzjastycznie ogłoszonym zachwycie wydawać się mogło podpowiedzią za wszystkie pieniądze świata. Ja tymczasem dość bezwstydnie patrzyłem się pani w biust, który również godzien był zachwytu. Narybek obecnie biustem nie dysponował i prawdopodobieństwo, że będzie nim dysponował kiedykolwiek było mniej niż skromne. W miejscu hipotetycznego biustu wyhodował za to kleks spożywczy. A raczej demonstrację pierwszej fazy przemiany materii. Posiłek był znakomicie rozdrobniony i niezbyt rozpoznawalny, choć gama kolorystyczna zanosiła się nieśmiałą sugestią mięska.

Dziecię miało rozsynchronizowane zmysły. Trudno drzeć się i żreć jednocześnie, a przy tym spoglądać, na szczerzące się zza chłodniczej lady rarytasy typu kaszanka, parówka, czy salceson wyglądający, jakby został wypolerowany na lastryko. Golonka wyłysiała kompletnie, a kiełbasy schły napędzane wysokimi tonami modulowanymi z niezwykłym talentem i szybkostrzelnością. Jakiś pająk wyprowadzał się właśnie, a muchy popełniały zbiorowe samobójstwo na lampie UV. Kolejka struchlała, a terrorysta niezrażony szeroką widownią kontynuował arię. Wysiłek musiał być spory, gdyż coraz trudniej mu było utrzymać wilgoć w maleńkiej kubaturze. Pierwsze puściły oczy, chwilę później nos. Kiedy dołączyły dolne partie i nie wytrzymały uszczelki męskości, która ma zdominować świat nadchodzącego pokolenia, to na podstawie rozmiaru powodzi chciałem pogratulować również tego genetycznego daru. Powstrzymałem się wyłącznie dlatego, że mamusia raczej nie posiadała adekwatnego elementu wyposażenia, a chwalić nieobecnego tatusia za oręż bojowy zdawało się być nadmierną eskalacją.

Młodość rozlała się amoniakalnie, bezwstydnie i bezkreśnie. Kolejka stężała, lecz trwała niewzruszenie. Raz zdobytych pozycji armia nie oddaje tak łatwo. Broń biologiczna, czy chemiczna zakazana jest przez konwencje, lecz młodzik zapewne nie studiował paragrafów, gdyż złamał ich przynajmniej kilka. Szczęściem, jako „Mały Alchemik” nie był specjalnie utalentowany i Nobla pośród przodków nie miał, więc trwaliśmy, otoczeni chwilowo sopranim uwielbieniem aspirującego tenora. Psy pilnujące przez witrynę swoich właścicieli przegryzały smycze, żeby schronić się w ciemnej, wilgotnej bramie przechodniej i przeczekać w schronie ostrzeżenie alarmowe. Ptaki przyspieszyły doroczną migrację i wyniosły się poza zasięg. Teren oznaczyły jako skażony i pozostawiły czytelne, bielejące ślady zrozumiałe dla istot ich gatunku.

Dobrze zbudowana ekspedientka z wyraźną wprawą karciła kłąb mięsiwa rzeźnickim toporem przekształcając go w zgrabne steki. Nie zagłębiałem się w umysł tej pani, jednak wzrok miała zacięty, pośladki i wargi ściśnięte, aż krew szukała innych portów, w których mogłaby przeczekać burzę. Staruszka ze zdegenerowanym słuchem usiłowała wesprzeć wirtuoza cukierkiem i chyba poprosiła o powtórzenie arii. Nie wiem, czego nie dosłyszała, jednak cukierek zaczął się rozpuszczać w stygnącym zalewie, a koncert zakwitł drugim aktem. Jakiś pan, któremu zaczęły podzwaniać butelki zaniepokoił się nieco, czy się nie potłucze zawartość, gdyż po dołączeniu do zalewy mogłaby nastąpić katastrofalna reakcja – przynajmniej u wspólników, czy sponsorów wyszynku czekającego na konsumpcję, gdy tylko pęto kiełbasy zostanie ze smakiem dobrane do wcześniej zakupionego bukietu.

W kolejce był też dyrygent płci nieokreślonej. Nóżką odzianą aseksualnie w adidasy taktował śpiew i wskazywał akcenty. Może to niegrzeczne, bo wirtuoz z akcentami radził sobie lepiej od dyrygenta. Można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że jego muzyczna wypowiedź składała się wyłącznie z akcentów, a pauzy je dzielące były ledwie zauważalne. Tynk poszarzał, pękł i zastanawiał się właśnie, czy nóg nie połamie skacząc z sufitu na podłogę, żeby umknąć choćby w objęcia węgla i butwiejących kartofli, jednak desperacji ostatecznej jeszcze nie osiągnął i pertraktował z grawitacją warunki kapitulacji. Talent w pełnej odsłonie dźgał pośladki prężące się na długich nogach, wkradał się pod białe bluzeczki szukając serca wystarczająco otwartego, żeby mogło pomieścić rozmiar szczęścia, które choć niewielkie, to jednak wysokiej gęstości.

Przy ladzie ktoś kompletował świnkę sporej wielkości i chyba niewielka część puzzla została niezidentyfikowana, więc postanowił własną niedoskonałość anatomiczną uzupełnić mielonym mięsem i słoniną (również mieloną). Starszy pan wzdychał do polędwicy sopockiej, która od jego wzroku dostała rumieńców. Nie podsłuchiwałem co jej obiecywał, ale języczek miał najwyraźniej sprawny i te obietnice podpierał perwersyjną demonstracją. Autopromocja. Któż jest wolny od chęci zaimponowania cielęcince… Połowa kolejki weryfikowała właśnie swoje rozpasanie i gotowa była drastycznie ograniczyć apetyty ku rozpaczy pań obsługujących w tandemie ową jednostkę od puzzli. Niemal do fizycznej osobowości urosły myśli dwóch panów przeszukujących zasoby pamięci, by zlokalizować inną świątynię, gdzie można z ołtarza za drobną opłatą pobrać krwawe ochłapy.

- Sto siedemdziesiąt dwa pięćdziesiąt! I drobne proszę!

Pani z toporem w ręce nie odmawia się daniny, choć trzeba przyznać, że ręce zadrżały nawet tym, którzy trzymali je bezwstydnie w kieszeniach miętoląc własną mizerię, żeby nie marnować czasu. Dobrze wymasowany obiekt potrafi się odwdzięczyć różowymi myślami, a czasem i ekstazą. Pomoże nawet zaplanować przyjemny wieczór? Przecież trudno czytać w trakcie koncertu, a widok topora i zwisającej z pniaka szyi gęsiej potrafi zaboleć niemal każdy męski rozporek i skłoni do pieszczoty niosącej pocieszenie. Na szczęście topór wgryzł się w drewno pniaka i drżał z niepokoju po walce czekając na drugą rundę. Pani otarła dłonie o … no dobrze – o fartuch, ale gdyby go wygotowała, to tylko warzyw trzeba byłoby dodać, żeby mieć tłusty rosół. Szczególnie część szynkowa fartucha uposażona była tak dostatnio, jak to, co się pod fartuchem przemieszczało. Pani zdecydowanym ruchem otworzyła sezam lodówki i wyjęła z niego parówkę (ponoć drobiową) sztuk raz. Ruchem, jakby odwijała lizaka odarła mięsnego palucha z folii i wręczyła wirtuozowi zamiast kwiatów – romantyzm współczesny ma dziwaczne oblicza.

Śpiewak zamarł, jakby go talent opuścił znienacka. Pani na wysokich obcasach przestała prężyć pośladki i zwiotczała, staruszek przykleił się językiem do szyby za którą baleron się … baleronił? W każdym razie robił to co robił z wdziękiem i ku zachwytowi staruszka nie usiłował chować się za pasztetową, tylko chwalił się stanem posiadania niczym panny na wystawach w oknach dzielnic czerwonych latarni. Cisza zabrzmiała tak mocnym akordem, że aż przysiadłem. Nie byłem gotów na taki finał. Kolejno oglądali się wszyscy, niedowierzając własnym zmysłom, albo wręcz podejrzewając je, że uległy zanikowi. Wirtuoz ssał. Mlaskał i powiększał rozmiar kleksa. Czyżby jednak chciał wyhodować tam piersi? Materiał w sumie dobrany dość inteligentnie…

wtorek, 5 lutego 2019

Głód.


Noc przeciskała się między drzewami starając się za nimi schować. Jakby wstydziła się tego, co niesie w niewidzialnych kieszeniach. Kryła się w spękaniach kory i rozwidleniach gałęzi czesanych niepokornym wiatrem. Czaiła się, żeby potem, jednym desperackim skokiem dopaść drugiego i kolejnego. Chociaż nikt nie patrzył, noc drżała jak naprężone struny koncertowego fortepianu. Wyostrzone po kres, zakotwiczone, ostre dźwięki bez wirtuoza, który uwolni je i spuści ze smyczy wprost w twarze schowane w półmrok widowni. Noc dyszała, jakby nadchodziła z bardzo daleka, ale pewniej niosła w sobie ciężar, którego nie miała wczoraj. Drzewa, gdyby tylko mogły odsunęłyby się, a chociaż wiatr był niewyczuwalny, to jednak korony coś rozsuwało bezszelestnie. Jest aż tak gruba? Przeciskała się dyskretnie i tylko suche igły jodeł strącane przypadkiem cichuteńko pikowały, żeby ukradkiem utonąć w zaspach stężałego śniegu. A kiedy potrącona nieuwagą szyszka wybuchła tumultem w kopnym śniegu noc aż zadrżała. Powietrze westchnęło i poniosło niesłyszalny skowyt na otwartą przestrzeń.

Namiot wkopany w śnieg tajgi zdawał się być iluzją. Kto chciałby spać pośród tego pustkowia? I po co? A przecież stał i noc zerkała na niego głodnym wzrokiem. Nie świeciła żadna lampka. Gwiazdy znalazły sobie inny obiekt adoracji, a księżyc wypiął się na tę niegościnną, milczącą okolicę. Noc musiała się poczuć samotna, bo oparła się o maszty i wzdychała na nich ciężko. Może nawet przewróciłaby się, gdyby nie znalazła tej niespodziewanej podpory. Namiot stracił kolory, oddał je nocy bez żalu i udawał, że wcale go nie ma. Może nawet faktycznie go nie było, skoro zabrakło obserwatora. Gdyby był, to może dostrzegłby, jak pod zgodnym oddechem ośmiorga śpiących płachta namiotu lekko unosi się w górę i opada. Jak błona bębenkowa, kiedy infradźwięki usiłują ją zmusić do marszu w rytm werbli. Noc wisząca na wantach namiotu bezwstydnie karmiła się utajonym dźwiękiem z pogranicza słyszalności. Jakieś dwa serduszka pulsowały rosnącym rytmem w spazmach zgryzionych oddechów, a ekstaza zakwitła dysonansem wśród ciszy. Noc cierpliwie czekała, aż oddechy się wyprostują i dołączą do innych. Miała czas… Całą noc…

Wiatr pojawił się znikąd i absurdalnie tarmosił przeźroczystą reklamówkę zaczepioną na kolcach jałowca. Przeźroczystą być może, bo teraz zabarwiona mrokiem zdawała się być czarną iskrą, łupieżem na ramieniu nocy. Noc otrząsnęła się, a namiot jej zawtórował łopotem. Jak mógł przeżyć fragment plastiku tę nieskończoną ciszę, bezkres nocy, pustkę i niedostępność? Zapytać można było tylko wiatru, który pod surowym wzrokiem nocy spokorniał i usiłował uciec między drzewa. Szybko zapomniał o wstydzie, kiedy znalazł wygrzebaną w śniegu norę. I pchany ciekawością wśliznął się, żeby nasycić zmysły. Wilcza wataha, z uszami na sztorc, z jęzorami ociekającymi niepewnością, z oczami pełnymi strachu. Skulone, pokonane stado siedzące na własnych ogonach i cofające się gdy tylko wiatr gwizdnął z zachwytu, że znalazł życie. One… Nie chciały być znalezione, a strach nie pozwolił im spać. Wtulały się w pień drzewa, a sierść na grzbietach warczała nienawiść. Oczy… Strach zawsze mieszka w oczach, a te były krwią nabiegłe i rozbiegane na boki. Bały się nawet sąsiada z którym przecież na niejedno łupiestwo szły bez lęku.

One, choć węch mają doskonały, nie debatują, jak z namiotu wydobyć mięso łatwiejsze do zdobycia niż każde inne wokół. Na ołtarzu strachu żebrzą o oddech do bezimiennego Boga. Nawet cyniczny wiatr uznał, że nie powinien podglądać żebrzącej watahy i wrócił tarmosić plastik bezduszny. To widok przerażający, kiedy można poskromić dzikość bezwładnością śnieżnej rękawicy, kiedy zsunie się z jodłowej dłoni, żeby trzepnąć między uszy krótkim, bezwzględnym rozkazem: SIAD!. Siedzą wszystkie zerkając na przewodnika z nadzieją gasnącą, bo on też ogonem grzeje własne jądra ze strachu. Nie potrafią nawet spać… Głodnym nigdy nie przychodzi to łatwo…

Noc wyjęła z kieszeni prochowca mgły i rozsypuje je wokół namiotu… Nie ma sił dłużej ich nosić. Nadziewane gronami niepewności drapieżne dziury, tratują śnieg, który jęczy pod niespodziewaną brutalnością i ugina się spazmatycznie. Strach rozlewa się niczym mleko na lakierowanym stole równin pożartych przez noc. Szybko, bezkreśnie, bez zahamowań. Szmata namiotu pije strach, który zna już wataha. Nasiąka nim mimo chłodu. Nie jest w stanie obronić się przed wilgocią. Przed podejrzeniem. W końcu nikt jej nie impregnował od uczuć. Szmata chłonie szybciej, niż od wewnątrz chłonie spokój kilku snów nieroztropnych. Rozpychających się i egoistycznych. Erotycznych, władczych, pełnych nadziei i spełnień. Od zewnątrz, przez szmatę sączy się jad. Najgorszy. Śmiertelny strach płynie każdym szwem, niedoskonałością impregnatu, tchnieniem nocy, której zbyt ciążył, żeby zaniosła go w wilcze doły. Wilków już nikt nie musi poskramiać. Zabijają się własnym oddechem. Pasą się wzajemnie strachami tak bardzo, że słów brakuje, a nawet nie ma księżyca, żeby mu zawyć wszystko, czego myśl nie potrafi ująć w słowa.

Pocą się sny. Więdną erekcje. Gasną nadzieje, a fantasmagorie ubierają się w posępność. Zaczynają drapać sumienia. Wnętrze namiotu dyszy niepokojem. Śpiwory wrzeszczą od kopniaków, materace syczą przekleństwa tak gorące, że same od nich spłoną i skrzepną na śnieżnym dywanie. Nawet namiot zapadł się w sobie i jak te wilki chce się skryć pod śniegiem i nawet szczytem masztu nie wystawać. Wreszcie ktoś krzyknął rozpaczliwie w śnie niedokończonym, w dramacie podświadomym… Namiot krwawi posoka zmęczenia. Drży, choć rozciągnął się pod wiatrem. Swoim strachem dzieli się ze śpiącymi… Oni nasiąkają bezwiednie. Wreszcie krzyk budzi autora, a echo odbite od falujących ścian chwyta za gardła pozostałych. Sny zmykają nim buty na nogi założą, a w ich miejsce wlewa się nieskończona cisza. W głowach kwitną demony, a każdy buńczuczny i nieposkromiony. Stają w szranki i każdy chce własnym okrzykiem zapędzić inne do zagrody. Każdy w nocy widzi brankę. A noc… Milczy… Milczy, bo to potrafi najlepiej. Maluje czarne cienie na czarnych myślach w czarnych pejzażach. Wszystkie kolory czerni malują grozę na mlecznej mgle i tafli śniegu zdającej się nie mieć końca.

Jakiś nadwyrężony pęcherz nie wytrzymuje ciśnienia i pogrąża wnętrze namiotu w ciepłej chmurze amoniaku. Dołącza druga, a skowyt narasta. Panika. Dosięga tchawic, płuc i żołądków. Krzyk chce rozciąć noc i dać się pogłaskać światłu. Nie ma. Latarki uciekły poza zasięg dłoni, ogień od dawna w niewoli śniegu skazany został na śmierć i nawet ścieżki do nieba ostatnim tchnieniem pokazać już nie może. Noc tłamsi okolicę. Spadła niespodzianie i w swoich szponach trzyma to, co potrafi zmieścić pod skrzydłami. W mroku błyska nóż…

Namiot rozciętym brzuchem dyszy ostatnimi kroplami ciepła, a bose stopy wybijają rytm napędzany zgrozą. Nie da się szybciej biec, bo płuca nie nadążają. Nie da się wyżej nóg unieść, a śnieg… wyżej bioder. Las! Las nieodległy, ten sam, który w dzień dał patyków na ogień, który pozwolił pod namiotem wyścielić podłogę pachnącymi żywicą gałęźmi… Nogi nie mają czasu się skarżyć na wilgoć, na mróz i niedostatek. Gnają w stronę lasu, bo namiot właśnie umiera. Z rozdartym brzuchem rzyga posoka cudzego ciepła i pozwala się okraść z kolorów. Noc siada na nim jak jastrząb nad zającem i patroszy go do cna. Ostatni krzyk i noc w triumfie zaciska szpony. Nikt już nie rzęzi. Bose stopy toną w zaspach, aż się potkną na czerni dziury. Ciało wpada głową wprost pomiędzy wilcze strachy. Krzyczą. Wszyscy krzyczą… Prócz nocy… Ona właśnie pożera tych, którym się nie udało umknąć.

poniedziałek, 4 lutego 2019

O kostkę za wcześnie.


Banknot zieleńszy niż trawa….

Kiedy ostatni raz widziałem trawę? W telewizji? Jakiś program BBC, w którym sawanna była brązowo-żółta i czekała na kretyna, który rzuci niedopałkiem cygara, żeby przegnać wszystkie zwierzęta z Kenii do Namibii. Te, które się nie upieką, z powodu własnych ograniczeń i niedoskonałości. Nawet Bóg nie przewidział kretynów, którzy rzucą cygaro w wyschniętą sawannę. Kto wie, czy przewidział cygaro?

Banknot zieleńszy niż trawa rzuciłem właśnie barmanowi na blat baru usiłującego każdemu wmówić, że jest potomkiem mahoniu. Dumnego drzewa skazanego za zagładę za walory estetyczne. Blat, po którym ślizga się szkło udając kryształ i napoje udające, że potrafią ugasić pragnienie.

Gówno prawda! One potrafiła tylko wzmóc pragnienie i odrzeć siedzącego z konwenansów i wstydu. Wystarczy rzucić na blat banknot zieleńszy od trawy, żeby w zamian otrzymać trzy lodowe kości grzechoczące w burym płynie, cuchnącym spaloną, dębową beczką, słodem jęczmienia sfermentowanego do niepojęcia i karmelem – uprażonym cukrem, który dzieci nazywają lizakiem.

Blat ciemniejszy od myśli rozświetla filuterny błysk – światła odbijające się od trzech kostek lodu malują zajęczy taniec na politurowanym blacie. Kostki drżą, topią się i usiłują przetrwać pośród żrącego płynu. Mieszam palcem nie zwracając uwagi na otoczenie. Barman widział już niejedno i nawet powieka mu nie zadrżała, a pani obok jest tak pochłonięta analizą własnego, nieudanego życia, że nawet nie zauważa sąsiedztwa. Tylko czekać aż zaklnie i walnie pięścią w stół, żeby po dwóch szybkich kieliszkach czystej wódki wyjść z trzaskiem drzwi i nadzieją, że doniesie wściekłość tam, gdzie zechce zakończyć dotychczasowe życie, póki odwaga napompowana gorzałką pozwoli wydobyć z ust słowo – Precz!

W tym barze tylko barman był ciemniejszy od tego niby-mahoniowego blatu. Nie ogolił się dziś i świeci srebrem zarostu. Ale drinki podsyła szybciej, niż zdążę kiwnąć głową. Nie protestuję. On mnie zna lepiej, niż ja sam. I tę kobietę obok również. Barman zwykle musi być kaznodzieją i psychoanalitykiem. Wódka, to tylko wahadełko, mające wprawić myśli w ruch wirowy, który uwolni słowa. Trudne, szczere i nie znające kompromisów. Barman ma tylko podtrzymać wolę. Strumień słów i banknotów płyną wspólnym nurtem. Słowa, które trudno wypowiedzieć pośród znajomych, czy przyjaciół, niedostępne rodzinie… Barman zna je wszystkie. Nawet dziwka i taksówkarz nocny nie wiedzą tyle, co barman, a ksiądz mógłby tu przyjść na szkolenie.

Kolejny zielony banknot frunie i zna drogę doskonale. Nie muszę się wysilać, a zmęczony lecz czujny wzrok zlicza krople potu na moim czole. Cztery kostki! W szklance zagrzechotały aż cztery! Nie trzy. Trzy dostają ci, którzy dopiero chcą gadać, ale jeszcze o tym nie wiedzą. Cztery dostają ci, którzy już nie pytają, tylko mówią. Pięć? Nie ma takich, co dostają pięć. Cztery, to koniec skali. Potem zamawia się „lornetę”, albo butelkę. Bez lodu. Bez sensu i bez towarzystwa. Ci, którzy chcą się zabić piją ciepłą wódkę wprost z butelki. Niepewni biorą zimną i idą w noc.

Na blacie kwitną wilgotne kleksy i małe jeziora. Jak korniki – usiłują dobrać się do drewna, a barman, jak gosposia dzieci przegania je ścierką dobrotliwie tłukąc po łbach. Cztery kostki… Powinienem już wyjść. Ale nie mam sił. Nogi nie chcą już nigdzie iść, za to język czuje się skrępowany w ustach. Za ciasno mu tam. Chciałby pogadać z kimś inteligentnym… Albo nawet ze ścianą nad pisuarem. Barman ściera spocony blat, który błyszczy bardziej niż jego czoło. Ale blat się nie uśmiecha zawodowo. Tego nikt go nie nauczył, albo stolarz był z niższej ligi.

Pani ogrzewała ten blat piersiami i trzymając brodę na dłoniach wpatrywała się w lustra stojące za butelkami. Chyba chciała poprawić makijaż czymś mocno zielonym, albo i niebieskim, bo pokazywała palcem, jak robią to dzieci, kiedy nie radzą sobie z emocjami i nazwami zbyt obcymi. Coś zabełkotałem. Ot tak. Towarzysko, bo mi się miłość do świata otworzyła pod wpływem. Ona też potrafiła grzechotać, więc gruchaliśmy sobie aseksualnie zupełnie. Barman dyskretnie otarł pot z czoła – samoobsługa intelektualna gości najwyraźniej mu służy. A może ma gorszy dzień?

Potem pani zamówiła coś bez lodu. I nie były to frytki, czy orzeszki pistacjowe. Ścierka pogniewała się na blat i tarła go wściekle, jakby chciała słoje policzyć. Lorneta! Dwie setki stężonej niepamięci ocierające się o siebie. Łowiliśmy swój wzrok nawzajem, jakbyśmy łapali płoche motyle. A kiedy się wreszcie udało wyszeptała:

- Barbara…

Potem to były już mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów i grawerowanie pamięci. Barbara? I ja mam to zapamiętać? Ewa, to może jeszcze by się udała, bo ma mniej liter, ale Barbara? Bruderszaft miał kolejne odsłony i z Barbary powstawały wciąż nowe, dziewicze i nieużywane w ogóle imiona coraz bardziej odległe od pierwowzoru. W końcu zgodziła się, że Hej Ty!, to znakomite imię dla niewiasty, a i do mnie pasuje, kiedy za mocno nie gapię się w jej cycki. A ja tylko… nie miałem siły unieść wzorku aż tam, gdzie ona miała oczy… Dobrze, że blat schwytał mnie za nos i pozwolił mu na chwilę wytchnienia. Dobrze, że policja nie przyszła i nie szukała pod nim białego proszku.

Za to Barbara szukała domu. Chwilowo była otwarta na propozycje i mógłby to być mój dom, ale równie dobrze dom jej męża, albo dom barmana. Byle był. Byle ktoś zaproponował prozaicznie poziomą przestrzeń wypełnioną pościelą i niedostępną dla ogółu. No, chyba, że gospodarzem byłby ogół, ale to dość wyszukane imię i na takie liczyć nie zamierzała. Blat nie zamierzał stać się pluszowym i najwyraźniej nie zamierzał też okryć się jedwabiem prześcieradła, a rozpacz barmana leżała na blacie i czekała, żeby ją pokroić na porcje i rozdać nieuzasadnienie szczęśliwym, żeby nie rozpraszali nocy i nie przeszkadzali demonom snuć zwątpienie po zakamarkach.

Barman nawet adres znał. Do Barbary i do taksówki, którą pan Kaziu wieczorami powoził, żeby sierotki po domach rozwieźć. Kiedy wsiedliśmy Barbara zaczęła rozpinać guziki, zamki, paski, szlufki, zapinki, haftki i co tam jeszcze miała na podorędziu, a pan Kaziu śmiał się serdecznie, bo (jak mówił pomiędzy erupcjami radości) mąż Barbary był czuły na miękkość i każdorazowo udzielał rozgrzeszenia na widok obnażonej piersi. Reszta mogła spłynąć rynsztokiem do piekła. Barbara resztką instynktu usiłowała zapewnić błogostan rodzinny, nie bacząc na niezliczoną ilość przeszkód i ku przewidywalnemu zachwytowi męża szamotała się ze sznureczkami, plastikami i metalami, jakby sortowała odpadki.

Pozazdrościłem Barbarze. Kaziu mojego adresu nie znał i nikt nie oczekiwał mojej miękkości… Twardości zresztą też. I nie jestem pewien, czy ktokolwiek mnie oczekiwał pod dowolnym adresem…

Błogosławiona niedoskonałość.


Ktoś w śniegu wydeptał miłość. Niepewną, kruchą i zagubioną. Taką, która krąży w miejscu i gryzie paznokcie, która zagląda w to jedno jedyne okno i wymyśla nieistniejące wieczory, które mogłyby się zdarzyć gdyby... Kroki, które potykały się o wątpliwości, popychane złośliwością losu i brakiem odwagi. Kroki pijane własnym rozpasaniem, niegrzeczne, bezwstydne i karygodne. Takie, które może wybaczyć tylko wzajemność. Zapewne skrzypiały i skamlały, kiedy ktoś nimi daremnie piętnował otoczenie. Okno wygasło niczym wulkan i nie odpowie śmiechem zrozumienia. Za to inne odpowie przekleństwem tak siarczystym, jakby w śniegu chciało wypalić dziurę. Może pusta butelka po wódce wypłoszyła te kroki, kiedy skakała z okna na trzecim piętrze? Może je wróciła życiu? Co z tego, że chwilowo pustego?

Miłość przecięta była innymi krokami. Marynarz wracał samopas do domu i całkiem drogi nie znał, bo kluczył. Krążył, zwiedzał i szukał bezpiecznej przystani. Choćby nie w swoim macierzystym porcie. A co! Wśród marynarzy zdarzają się piraci, a szanty nie darmo chwalą zuchwałych i piersi barmanek z odległych stron. Wracał niespiesznie, żeby nie przegapić. Pierwsza szklanka była już dawno za nim – i ta wyśpiewana dzwonkami i ta przechylona w nostalgii. Bo stąd do morza daleko. Dla kogoś, kto lepiej pływa niż chodzi będzie i miesiąc spaceru. A z gorzałką na sercu może i rok zabraknie.

Pies się gdzieś przypałętał, ale na pewno nie miał okazji obszczekać marynarza. Kulał na jedną z łap, więc pewnie rzezimieszek. Może stanął w szranki o przelewające się dobra ze śmietnika i musiał poskromić konkurencję lub zdechnąć. Kulawy wilk. Taki, co nie zna lasu, dla którego drzewo jest niespodzianką tak wielką, że każde drzewo obsika, choćby nie miał już nic więcej, jak łzy. Bo w betonowej dżungli pojedyncze drzewo może być dla miejskiego wilka fantasmagorią. Tajgą pełną tajemnic, borem tętniącym krwią ofiar. Snem do którego ślinią się ślinianki, a jęzor lepi się do kojca, w którym koc utkany sierścią na wylot udaje wilczą gawrę, tylko trzeba oczy zamknąć, żeby móc uwierzyć.

Potem, to już była rozpacz. Walcząca z wściekłością i bezsilnością. Taka, co zamiast rwać włosy z głowy, to talerze tłucze. Ta nie miała talerzy, więc tłukła kałuże schowane pod lustrem mrozu. Gdyby za jedno miało być siedem lat nieszczęścia, tych potłuczonych wystarczyłoby na kilka pokoleń. Więc nie. Nie będzie ich. Po co powoływać do życia nieszczęście, które stać będzie tylko na to, żeby rozbić kolejne lustra i kolejne pokolenia obarczyć biedą i wiatrem w oczy. To choroba przewlekła, genetycznie przekazywana w nieskończonej sztafecie, a żaden z następców nie ma odwagi odepchnąć jej i powiedzieć „nie chcę!” Nie powie, bo nie zna innych opcji. Innego życia. Drzewa też milczą, kiedy jemioła się na nie rzuci i puścić już nie potrafi, bo jest buldogiem i raz schwytane pozostaje w uścisku do śmierci.

Samochody usiłowały zbudować autostradę oponami. Dwa pasy ruchu kolebały się na wykrotach trochę uładzonych śniegiem – zasadzką na nieświadomych. Dwie bruzdy, w których posiana została woń palonej ropy, czy gazu. Ścieżka, przed którą ogony podkulały bezpańskie psy i szczury. Jeszcze nie czas na wykopki, jeszcze nie dojrzały szparagi skrycie penetrujące grunt na wskroś, a już ścieżynka dzieliła przestrzeń nadając jej kierunki. Po jednej stronie garaże – dom dla istnień kryjących intymność w mroku niezauważenia, po drugiej stołówka, gdzie z gigantycznych silosów ulatnia się aromat łatwej zdobyczy. Wrony już tam są, bo im ścieżka nie kaleczy powonienia. One już grymaszą szukając porzuconych, lepszych kąsków, a ogony dopiero muszą pokonać lęk i w kilku skokach przebrnąć autostradę.

Potem drobiły kroczki maluteńkie nóżki. Rozszczebiotane, pełne szczęścia tak bardzo, że gotowe je podzielić z każdym, kto ośmieli się zbliżyć. Szły te kroczki w ramie innych, które zużyły już cały blask i wszystkie możliwe szczęścia, którym życie ciąży na grzbiecie i pożera kości już za życia. Dwie skrajności pasące się jednym szczęściem, jedną ideą dającą siłę. Szczęście z ufnością wkładało dłonie w spróchniałe ręce doświadczenia i czerpali z siebie wzajemnie. Wzajemność, co pośród zmarszczek potrafiła namalować śmiech, który tylko niedojrzałość znała. W zamian mogła dać łzy piołunem nasączone. Kto by je chciał? Więc zamglone oczy, zakurzone życiem stawały się matowym lustrem, na którym muchy znaczyły drobiny wspomnień. Tych, które warto przypomnieć z wysokości bujanego fotela i tych, które zaciskają wargi, żeby nie uwolnić demonów przeszłości.

Czytałem ręce schwytane w siebie konwulsyjnie, żeby się nie zgubiły, kiedy nastoletnie pożądanie chciało więcej niż wszystkiego, kiedy było zaborcze tak bardzo, że tupało nogą na każdą chwilę, kiedy on i ona, nie stanowili jedności, bo świat wymagał od nich samodzielności, rozsądku, karności i posłuchu. A dłonie splecione krzyczały: „Wagary, wakacje, my! Nic więcej!” Kroki tańczące wokół siebie nawzajem, skaczące przez nieistniejące przeszkody dla samej radości współistnienia, żeby gwiazdę podepchnąć ciut wyżej, żeby księżyca sierp przechylić, by wylał srebrną łzę, z której można utoczyć brelok na dwa serduszka złaknione w alchemii, magii, świecie dla dwojga. W cudzie codzienności.

A potem… Przyszedł deszcz. Noc pękła, a dzień rozkołysał chmury, żeby spłukać całą noc. Żeby ślady zatrzeć. Bębnił po śnieżnej pokrywie, a wiatr łkał, bo też czekał na ciąg dalszy. Świat rozrzewnił się, ziemia bombardowana nieustannie zmiękła. Przytuliła wszelkie tajemnice i teraz łypie mętnymi oczyma na przechodniów, lecz zdradzić nikomu nie zamierza, czym się upasła. W burym błocie skryła wszystkie wątki ledwie po powierzchni nakreślone. Pomyślałem dość głupio, żeby nie powiedzieć, że bezmyślnie - chciałbym… A przecież to nieprawda – wolę nie wiedzieć, co ziemia nosi. Jakie wyznania musi udźwignąć. Z tymi, które już znam nie zawsze sobie radzę. A mój wzrok nie sięgnął wielu śladów – zaledwie kilka… Które za chwilę zapomnę.

niedziela, 3 lutego 2019

Porządkowanie złudzeń.


Krupier łopatką zgarnął ostatnie żetony. To już koniec. Nie zaplątał się w kieszeni ani jeden, a karta kredytowa warczała głośniej niż zwykle, że debet nie będzie możliwy już wcale i że jeśli jeszcze raz spróbuję wyłudzić choć drobne, to więcej do mnie nie wróci, wybierając zacisze wnętrzności bankomatu, zamiast mojej natarczywej niecierpliwości. Przegrałem wszystko, co mógłbym wnieść na zielone sukno, żeby ustawić na nim drapacz chmur zbudowany z nadziei. Teraz, pokruszony, upadły krupier ściąga pod swoje skrzydła. Nie tylko moje złudzenia posprzątał.

Przy stole trwała cisza tak gęsta, że było w niej słychać jak ślizga się kropla potu po zarośniętym policzku grubasa naprzeciw mnie siedzącego. On sam zdawał się rozlewać, mięknąć, ciążyć ku ziemi, jakby przegrał z grawitacją. Cuchnął strachem. Porażką. Krupier rzucił na niego czujnym okiem, ale tylko raz i ukradkiem, wtedy już wiedział, że z kieszeni grubasa nie utoczy ani kropli. On był już martwy, jakby to była rosyjska ruletka, w której trafił pełną pulę.

Obok siedziała pani starannie ukrywająca po makijażem mijającą bezpowrotnie młodość. Ona… Chciała zapewne kupić tu czas. Może podnieść pośladki, może piersi wyrzeźbić, żeby imitowały nastoletnią sprężystość. Może garść komplementów hojnie serwowanych w hotelowej sypialni przez pięknego, najętego Adonisa, spełniającego każdy kaprys i fantazję najśmielszą. Droższe stroje i alkohole, wciąż bardziej egzotyczne otoczenie, w którym bikini jest szczytem pruderii nim słońce skryje się poza widnokręgiem.

Starszy pan, co pięć minut przeliczający żetony chyba miał zamiar zafundować wnukom coś ekstra, ale i jemu nie pomogło zliczanie plastikowych krążków, ubożejących w dłoniach i kieszeniach z każdą chwilą. Miał w oczach wilgoć, jakiej nie miał, gdy odeszła schorowana żona. Wtedy był silny, dumny i zawzięty. Teraz był po prostu starym durniem, który dostał po pysku, żeby zmądrzeć. Może zmądrzał, bo ręce mu się trzęsły i wciąż przetrząsał garnitur szukając czego nie zgubił. A może to on chorował i ostatniej deski ratunku upatrywał w ekskluzywnej wycieczce do szwajcarskiej kliniki w cenie życia?

Przegrali wszyscy. Krupier obracał w palcach żeton i wzrokiem chciał nas skłonić, żebyśmy sobie poszli. Nie blokowali stołu, bo on tu pracuje i nie zamierza patrzeć na stado golasów bez grosza, kiedy drzwi aż jęczą od naporu tych, którym nie odebrał złudzeń. Jeszcze. Wstałem. Z pobladłą twarzą, z zębami zaciśniętymi mocniej niż kiedykolwiek. Zapomniałem już dawno, co chciałem wygrać, ale teraz, to nieistotne, bo przegrałem wszystko, łącznie z pamięcią. Może lepiej nie wiedzieć? Żal będzie mniej dotkliwy.

Pani podniosła swoje czterdziestoletnie piersi, które nie będą już młodsze, ale oswoić się z tą myślą wciąż nie mogła. Starszy pan nauczony po raz następny pokory pójdzie klęczeć do kamieniarza, żeby zszedł z ceny. Może mniej liter, może płycej rzeźbione? Apetyt daje się kształtować. A kiedy bieda się przysiada, kiedy karty rozdaje, wiadomo kto wygra. Trudno podnieść nos do góry siedząc nad kromką wyschniętego chleba. I lepiej tego nie robić, bo bieda gotowa zwędzić i tę wyschniętą skibkę.

Grubas ciągnął swoje nadmiarowe kilogramy do windy, ale ta szydziła z niego swoim przepychem i lustrami, polerowanym mosiądzem śmiała mu się w twarz ukazując to, co tylko niezwykle głęboki portfel do spółki z płytkim sumieniem potrafią ukryć. Nie będzie atletą. Nie dziś, a pewnie i nigdy w życiu. Nie znajdzie wyrachowania i pobłażliwości tak wielkiej. Cofnął się pod naporem pogardy, a kamerdyner przy windzie lekceważąco pokazał mu schody kryte krwią dywanu– niech zacznie ćwiczyć już teraz. Niech wypoci nieszczęścia.

Krzesła nie zdążyły wystygnąć i ogrzewają już cudze nadzieje. Wbijam ręce głęboko w kieszenie, aż szwy trzeszczą. Metalowa kulka podskakuje na wybojach brzegu talerza. Wznoszą się pod niebo drapacze chmur, nowobogackie korporacje pysznią się plastikową barwą. Na dnie kieszeni znajduję pestkę z dyni. Jedną, zasuszoną, pewnie pustą łupinę. Nie chcę sprawdzać. Dość dziś zebrałem po uszach. Pstrykam palcami i pestka frunie w powietrze. Na stół. Rozpycha się pomiędzy wieżami złudzeń i siada na zielone.

Zero… Jak ja… Pusta łupina trzyma się kurczowo tej beznadziei. Krupier karci mnie wzrokiem, ale gry zatrzymać już nie może. Wciska guzik dyskretnego alarmu i wskazuje mnie wzrokiem. Ochrona pojawia się szybciej niż byłby to zrobił sprinter podrasowany dopingiem. Dwa buldogi w smokingach. Uśmiechnięte jak głodne mamby. Przytulają się do moich boków i już wiem, że windy nie zaszczycę. Że mnie na zbity pysk wyrzucą i nie wpuszczą nigdy więcej. I tak nie mam już ani grosza. Kulka przestaje grzechotać. Zerkam na krupiera i widzę jak szczerzy się do mnie ze złośliwą satysfakcją ogłaszając wynik zabawy:

- Zero!

Jego grabki sięgają już Manhattanu stojącego na czerwono-czarnej wyspie. Burzą wieżowce sprawniej niż trzęsienie ziemi. Kolejni milionerzy muszą się zmierzyć z mimiką twarzy i brakiem, lub nadmiarem krwi. Moja pestka… Westchnięcie przegranych pchnęło ją w stronę krupiera, który złamał ją między palcami i rzucił do popielniczki… Była pusta… Ona też przegrała. Pożegnalny kopniak nie mógł mnie bardziej upokorzyć. Nie mam drugiego dna. I drugiej pestki również nie.

sobota, 2 lutego 2019

Narodziny miraży (cd Słodko-kwaśnego)


Miasto nie było specjalnie wielkie. Ot, takie, że w zasadzie lepiej je charakteryzowało słowo miasteczko. Zadbane, może nawet schludne, choć używane od bardzo dawna, co można było poznać po wyglądzie budynków. Wszędzie, gdzie tylko było wystarczająco dużo miejsca przed witrynami stały stoliki, przy których ktoś grał w szachy, czytał książki, albo flirtował, nie przejmując się obcym wzrokiem. Nami też nikt się nie interesował, chyba, że podeszliśmy do kogoś z prośbą lub pytaniem.

Patrzyli wtedy wzrokiem szukającym zrozumienia, a kiedy dotarło, że mają do czynienia z nowicjuszami spokojnie i rzeczowo wyjaśniali, albo wręcz podprowadzali nas tam, gdzie chcieliśmy obejrzeć coś, z czego lokalna społeczność bywała dumna. Rynek, jakieś muzea, Kościół Pięciu Wyznań… Nawet basen z podgrzewaną, tętniącą od bąbli wodą, czy plażę zasłuchaną w szum niewidocznego morza. Nieistniejące słońce rozpraszało niepokoje i nawet dachy budynków pokryte były kolorowymi dachówkami, żeby zadzieraniu głowy nadać uzasadnienie. Zwiedzaliśmy długo, a dzień nie zamierzał się kończyć. To nam kończyła się kondycja. Uczynny tubylec podrzucił nas pod sklep z warzywami, a kobieta nie pytając nas o nic pakowała w papierową tutkę grubą kiść winogron. Potem popatrzyła na Kobietę i dołożyła drugą. Jeszcze większą.

Weszliśmy przez drzwi, a klucze pozostawione beztrosko w zamku zaklekotały cicho. Niesamowite, a jednak pomyślałem o tym miejscu, jak o domu. Nie znałem jeszcze rozkładu pomieszczeń, ale poczułem się u siebie. Może, to mój wcześniejszy tryb życia sprawiał, że potrafiłem się zaadaptować błyskawicznie do każdych warunków. Byłem złodziejem. Dobrym, bo potrafiącym wejść nawet pod nieistniejące ponoć adresy. Jeszcze teraz w kieszeni płaszcza noszę kilka numizmatów, których nawet nie zdążyłem obejrzeć. Kobieta pstryknęła zapalniczką i postawiła na gaz czajnik. W sypialni stało tylko jedno łóżko. Nie musiałem zaglądać, żeby się o tym przekonać. Wiedziałem, że tak jest zanim tam zajrzałem. Na szczęście było wielkie i miało te staroświeckie, rzeźbione filary, prywatny sufit i ściany z grubego pluszu.

Moje podejrzenia znajdowały kolejne drobiazgi uzasadnające teorię – tu nie było nocy! Dnia zresztą też nie było. Była jakaś niezwykła jasność, której pochodzenia nie znałem, ale owej jasności nie można było ograniczyć. Dlatego do snu niezbędne były pluszowe ściany, dlatego w oknach były rolety wyglądające absurdalnie antywłamaniowo. Ale tu włamywaczem było światło. Spanie w takich warunkach wydaje się być wyzwaniem i zapewne rodzi spore komplikacje, gdy sytuacja powtarza się w nieskończoność. Nie miałem siły gadać, ale zostałem sam z Kobietą, którą zobaczyłem pojedyncze godziny wcześniej. Która mnie zdradziła. A teraz mamy wspólną kuchnię i łóżko bardziej pluszowe niż w dziecięcych marzeniach można wymyślić.

Z łazienki dobiegał szum prysznica, a na kuchennym stole stał kubek z herbatą. Najwyraźniej czekał na mnie obok talerzyka z kolorową kanapką. Ugryzłem, patrząc jak na talerzyk spadają plasterki jakichś warzyw. Złodziej-niezgrabiasz. Aż parsknąłem śmiechem pomimo zmęczenia. Wyzbierałem talarki i szybko zjadłem popijając herbatą. Wiem, że siorbałem i robiłem to z premedytacją, żeby pokazać Kobiecie, że znalazłem, że smakuje i że dziękuję… Zdrajcy dziękuję za kubek herbaty… Mogłem już nie żyć, a teraz żyjemy razem, choć wciąż nie wiem, jak się nazywa i robimy sobie drobne małżeńskie przysługi.

Stałem w oknie, gdy usłyszałem drobne bose stopy przemykające do sypialni. Łazienka zaparowana była tak, że lustra były aż mleczne od gorąca. A na środkowym zanikał napis malowany palcem:

PRZEPRASZAM

Kiedy wyszedłem z łazienki i podążyłem tropem śladów tych małych stóp w domu było kompletne cicho. Zajrzałem w plusz. Spała zwinięta w kłębuszek i oddychała niemożliwie cicho. Gdybym jej nie widział, to pomyślałbym, że wyszła. A spała jak malutki piesek w kącie wielkiego łóżka, zagubiona, wystraszona i niepewna jutra. Nawet się nie przykryła. Zimno nie było co prawda, jednak wiedziała, że przyjdę i nie odwrócę wzroku. Widok jej ciała sprawiał mi przyjemność, jakiej nie oczekiwałem. Wszedłem ostrożnie do środka – jak na złodzieja przystało i zamknąłem pluszową ścianę. Głowa dotknęła pościeli i tak musi chyba wyglądać tutejsza noc. Zasnąłem natychmiast.

Obudziło mnie światło. Mam w sobie zmysł, który sprawia, że można mnie zbudzić światłem. Nie wiem, czy długo spałem, czy pospałbym jeszcze raz tyle. Kobieta siedziała na łóżku i przyglądała się mi bez skrępowania. Popatrzyłem w jej oczy, które ślizgały się po mnie wzrokiem. Wyciągnęła rękę i dotykała starych, zasklepionych blizn. Zawód złodzieja niesie w sobie ryzyka, nawet, gdy ściany nie stanowią przeszkody.

- Ty patrzyłeś wieczorem – powiedziała jakby się chciała usprawiedliwić – Teraz moja kolej.

A potem, to już ogarnęło nas szaleństwo. Wzięła mnie zanim okrzepły mi zmysły. Śpiewaliśmy na dwa głosy pieśń, którą trudno z czymkolwiek pomylić. Sąsiedzi pewnie mają chwilę złośliwej satysfakcji i będą porozumiewawczo mrugać, kiedy się to skończy. Ale seks był nam potrzebny. Mieliśmy być razem… Można zacząć od seksu, to chyba lepsze niż seans w kinie, czy rozpaczliwa kłótnia, albo planowanie wakacji, kiedy nie wiadomo, czy jakieś wakacje będą.

Ale były. W zasadzie były wieczne. Mogliśmy się obijać do woli i chować się w pluszu gniazda, żeby pośród śmiechu uczyć się swoich ciał bez pospiechu i obaw, że spóźnimy się dokądkolwiek. Pani od winogron z pobłażliwym uśmiechem pakowała dla nas owoce w największe rulony gazet, żebyśmy się nasycili, kawa na skwerku, jak nazywaliśmy te dwa stoliczki w okolicy skrzyżowania i leniwe oczekiwanie, aż przyjadą pachnące świeżością bułki. Zaokrągliłem się i jako złodziej prawdopodobnie nie sprawdziłbym się już, a Kobieta chyba miała kłopot z kondycją i policyjny pościg już też nie dla niej. Ona chyba też…

Zanim zapytałem zdążyła odpowiedzieć. Koniec szaleństw. Czas pomyśleć o lekarzu i przyszłości. Pluszowa klatka miała się stać zbyt ciasną. Zaskoczenie było pełne, przynajmniej dla mnie, bo rumiana pani od owoców ani się zająknęła, tylko z uśmiechem pakowała kolejne owoce. Spacery stały się krótsze, ostrożniejsze, i bardziej powolne. Uwielbiałem patrzeć, jak idzie tym specyficznym krokiem, którego nie można podrobić, ani nawet udanie naśladować. Krok, który musi unieść brzuch rozdęty do niemożliwości. Krok miękki, pełen czułości i kipiący gejzerem tak wielu uczuć, że trudno z nich wydłubać pojedyncze.

Mierzyliśmy czas ilością mandarynek, papierowych tutek, z kolejną dawka witamin. Lekarz? Okazało się, że znalazł nas, nim zaczęliśmy go szukać. Dopiero, kiedy zapytał, czy wyjąłem w końcu tego gwoździa z buta rozpoznałem w nim naszego przewodnika. Staję się nieuważny. Przecież trudno zapomnieć taki płaszcz, w którym mieścił się market budowlany i 1001 drobiazgów. Szczęściem on nie był tak roztargniony, a kiedy skończył badania okazało się, że Kobieta nosi parkę, co nie potrwa długo.

Potem, to już tylko nerwy i pogryzione palce, trochę histerii, trochę czułości. Wściekłość, ból, krzyk, który rozgałęził się w trzy gasnące wrzaski. Wyciągnąłem ręce, żeby chwycić maleńkie ciałko leżące obok Kobiety… Lekarz krzyknąć coś ostrzegawczo, ale nie zrozumiałem. Swoje zrobił, teraz chciałem poczuć w dłoniach tę drobniutką radość. Palce przeszły mi przez to ciałko nie wyczuwając oporu. Jakby było mgłą, powietrzem, zjawą…

- Mówiłem, żeby uważać – lekarz kiwał głową z dezaprobatą – kiedy nie chce, żeby go dotykać, nikt go nie dotknie. Będzie tylko konturem. Mirażem, którego nie da się zranić, skaleczyć, czy zatrzymać. Przejdzie przed twoje ciało tak, jak ty przechodzisz przez ściany. Po was to ma. I jego siostra też… Życzę mnóstwa cierpliwości, bo nie będzie je łatwo wychować…

Słodko-kwaśny (cd Dwóch światów).

Świat, który się objawił wydawał się być kopią tego, który dopiero co opuściłem. Ludzie spieszyli się dokądś, mijali, odkłaniali się sobie, albo sprzątali gówna po swoich psach, które ogonami trzepotały swoją przychylność dla ludzi. Samochody bez pośpiechu przepychały się wioząc ciepłe paryskie bułki i mrożone ryby, w kawiarnianym ogródku kwitły niedojrzałe miłości i bardzo dojrzałe wspomnienia. Ktoś z okna krzyczał na chłopca umorusanego tak, jakby taplał się w błocie z dziką świnią i przegrał ten pojedynek. Tylko piegi błyszczały mu na czubku nosa, a cała reszta zdawała się żyć, kwitnąć, dorastać w tym lokalnym, szczątkowym ekosystemie.

Nikt nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi. Nie odbiegaliśmy jakoś od otoczenia wzrostem, strojem, czy karnacją. Może tylko tym, że zdumienie otworzyło nam usta tak szeroko, że wzbudzilibyśmy zachwyt nawet bardzo rozkapryszonego stomatologa. Przewodnik popatrzył na nas z politowaniem, ale bez złośliwości. Weszliśmy między ludzi, a kiedy zaproponował kawę z jakimś lokalnym ciastem, zgodziłem się natychmiast. Kobieta też. Nie wiedziałem wciąż jak ma na imię i nie byłem pewien, czy chcę to wiedzieć, więc nazywałem ją Kobietą z dużą literą na początku słowa. Ciekawe, czy ona o mnie myśli Facet, albo chociaż facet… Trochę się zarumieniłem, bo kiedy rzuciłem ukradkowe spojrzenie na jej twarz dostrzegłem, że patrzy na mnie…

Kawa nie różniła się niczym od tej, jaką piliśmy zaledwie godzinę temu, za to ciastko było znacznie świeższe. Widać, że Mojżesz nie przeszkadzał tu kucharce swoją gasnącą namiętnością. Przewodnik uporał się z ciastkiem znacznie sprawniej i teraz grzebał po kieszeniach i wyjmował różne drobiazgi. Jego płaszcz… wydawał się być męską ripostą na czeluści damskiej torby - nie powiem torebki, bo zawartość już wywleczona sugerowała, że płaszcz miał kieszenie wielkości worów na węgiel, czy kartofle. Stolik zdawał się kurczyć i nasze filiżanki utonęły pod tym śmietnikiem. Muchy usiłowały paść się i szperały w tej zawartości, a uliczny malarz rozstawiał sztalugi, żeby skorzystać z okazji na niezwykłą, martwą naturę.

Wreszcie uśmiechnął się do nas tak szeroko, jakbyśmy mu byli świeżo odnalezioną rodziną. Nie ponaglał wprost, ale chyba miał względem nas jakieś tajemnicze plany więc przełknąłem ostatni słodki kęs i machnąłem ręką na zapodzianą resztkę kawy. Przewodnik dość rozpaczliwie rozglądał się po stoliku i nie mógł znaleźć miejsca na klucze, które parzyły go chyba w rękę, lecz w końcu westchnął i spakował swoje nieprawdopodobieństwa do kieszeni. Kiedy już odnalazły się filiżanki położył pomiędzy nie klucze.

- To wasze… Dla was. Jeden komplet, bo spodziewaliśmy się tylko jednego gościa, więc przez jakiś czas będziecie musieli cieszyć się własnym towarzystwem. Ale może to i lepiej na początek. Zresztą - tu i tak nikt niczego nie zamyka. Sami to zauważycie lada chwila. Ale zanim się oswoicie z tą myślą i przywykniecie do nowej sytuacji przyda wam się ktoś, kto zrozumie rozterki. Teraz mieszkacie tam.

Pokazał palcem na starą kamienicę z szeroką gardzielą przechodniej bramy. A potem zaprowadził nas w oficynę, i wskazał drzwi na parterze. W środku nie było hotelowego wystroju śmierdzącego nowością, tylko proste, wyraźnie używane przedmioty i meble. Jakiś kwiat w oknie, firanka, kanapa, która od samego patrzenia zaczęła mruczeć opowieści z lat młodości. Lodówka, wypełniona tym, co ludzie zwykli w nich trzymać i pół bochenka chleba na bukowej desce. Ściany żółte, niegdyś ciepłe, a teraz lekko zakurzone miękkim domowym kurzem, który potrafi podrapać politurę dopiero po wielu latach używania.

- Pójdę już – powiedział i chyba był troszeczkę speszony – Na stole znajdziecie zeszyt z adresami. Przyjdźcie tam, kiedy już się urządzicie, albo coś was wystraszy. Jeśli będziecie mieli kłopoty z aklimatyzacją, albo po prostu ciekawość was zacznie podgryzać. A na razie korzystajcie w pełni z gościny. Możecie tu mieszkać do końca życia. Bo powrót… może nie tyle jest niemożliwy, co trudny. I mało kto chce wracać, kiedy już pozna otoczenie. A ten gwóźdź w bucie, to mogę wyjąć, jeśli chcesz. Zajrzyj do mnie kiedyś.

Wyszedł potem trochę zbyt szybko i pewnie dlatego żadne z nas nie zadało nawet jednego pytania. W zasadzie uciekł. Pewnie bał się, że nasze pytania zagospodarują mu życiorys aż do emerytury. Staliśmy kompletnie bezradni. Trafiliśmy do obcego świata i nikt nic nie powiedział, nie kazał, nie chciał. Dostaliśmy klucze, jakbyśmy dostali nowe życiorysy, albo rolę do odegrania w serialu Wielkiego Brata. Nawet rozglądałem się dyskretnie, czy gdzieś nie widać kamer i mikrofonów, a Kobieta praktycznym okiem sprawdzała zawartość lodówki, niektórych rzeczy wręcz próbując od razu.

- Nie mamy pieniędzy – szepnęła – Jak mamy mieszkać bez pieniędzy? Mamy znaleźć pracę? Nawet nie wiadomo, gdzie szukać i kogo pytać…

Patrzyła na mnie wzrokiem pełnym troski, choć widziałem, że przegryza się jeszcze przez jakieś zielone łodygi. Rabarbar? W zimie? Czy tu w ogóle są zimy? Jesteśmy chyba pod ziemią i to coś nad naszymi głowami, to nie niebo, a sufit, który stanowi dla ludzkości grunt… Chyba… Bo nic nie było oczywiste. Zeszyt zawierał jakieś adresy, który oczywiście nic nam nie powiedziały. Zamyśliła się tak mocno, że nawet nie zauważyła, kiedy przeszła przez ścianę i bezmyślnie gapiła się w górę. W inne okna, za którymi trwało życie. Dźwięki radioodbiorników, czy telewizorów, śmiech mieszkańców, dzwonki garnków przesuwanych na kuchence… normalne, oswojone odgłosy, do jakich przywykłem.

Wziąłem Kobietę za rękę i poszliśmy na spacer. Chciałem powiedzieć popołudniowy, ale nie miałem pojęcia, czy popołudnie jest możliwe w tej przestrzeni. Nie zawracałem sobie głowy zamykaniem czegokolwiek, skoro i tak można było przejść przez ścianę. Pewnie wszyscy tutaj to umieli, więc klucze były tylko breloczkiem, przyzwyczajeniem i przesądem z przeszłości. Na straganie wdzięczyły się jakieś owoce, których nie znałem. Oglądaliśmy je, jakby to była galeria sztuki. Ładne. Trochę żółte, z pomarańczową smugą. Sprawiały wrażenie smacznych i dojrzałych. Szukaliśmy metki z ceną, ale nigdzie nie było ich widać. Kobieta z uśmiechem pokazała na owoc i zapytała nieśmiało starszą panią o rumianych policzkach.

- Nic wam nie powiedział co? – uśmiechnęła się do nas – Ech, on to taki roztrzepany, ciągle gdzieś gna. Jeśli macie ochotę na cokolwiek, to proszę – możecie wziąć sami, albo wam zapakuję w torebkę. Tu się nie płaci. Za nic. Każdy stara się być w dowolny sposób użyteczny dla pozostałych, ale jeśli nie chcecie, to nie musicie nic robić. Tylko to trochę nudne. Lepiej „sprzedawać owoce”, albo parzyć kawę i piec ciastka. Zeszyt wam zostawił chociaż? Bo tam jest kilka adresów wartych wizyty, kiedy już się zagospodarujecie. Dzisiaj, to lepiej pozwiedzać. Idźcie. A jak będziecie wracać, to zajrzyjcie. Będą świeże winogrona. Chyba lubicie winogrona?

piątek, 1 lutego 2019

Wodą malowane.


Pozwoliłaś mi wejść do łazienki dopiero wtedy, kiedy piana wykipiała z wanny i ponad nią wystawał czubek twojego zadartego bezwstydnie nosa i fryzura pospiesznie zebrana w wiecheć słomy, żeby nie zmoczyły się bez twojej zgody. Związane chyba pończochą… Nie pierwszy raz przypominasz sobie za późno i improwizujesz śmiejąc się tak, że aż łzy ciekną w tę pianę zbyt szybko przygotowaną, żebyś zdążyła dogadać się ze swoim roztargnieniem.

Pamiętam, jak kiedyś weszłaś w spodniach, a potem… Błagałaś, żebym je z ciebie zdjął. Dżins w połączeniu z wodą zachowuje się niemal jak cement. Oburącz trzymałaś się chromowanej baterii, kiedy usiłowałem ściągnąć pierwszą nogawkę. Śmiałaś się przy tym tak, że okno zaparowało już kompletnie i nie chciało wpuszczać nawet słońca. Woda kotłowała się od śmiechu, a ja szarpałem się daremnie aż wpadłem do wanny. Dopiero, kiedy wstaliśmy, wspólnym wysiłkiem zdjęliśmy je i spadły na podłogę umierając z odgłosem jaki wydałby glonojad siłą oderwany od posiłku rozmazanego na szybie.

W wannie zawsze masz ekstrawaganckie pomysły. Ostatnio uczyłaś mnie smażyć naleśniki, bo miałaś kaprys zjeść takiego z malinami i bitą śmietaną. To przez tę pianę? Uczyłem się, a przepis na ciasto zapisywali wszyscy sąsiedzi w promieniu siedmiu bram. A na podwórku przedszkolaki łykały ślinę, słysząc, że trzeba jeszcze rozpuścić czekoladę, i polać nią… Och! Pierwszy raz w życiu smażyłem naleśniki, a zazdrościło mi tego pół świata. A ty dyrygowałaś spod tej piany i zastanawiałaś się, czy mięta, albo bazylia nie zepsuje smaku owoców. I nie wiedziałaś, więc chciałaś od razu trzy, żeby porównać, a ja umierałem w piekle pożądania patrząc jak się delektujesz rarytasem.

Wiem, że w fartuszku mnie uwielbiasz. Że stanowię przyprawę pełną pikanterii. I patrzę z zachwytem, kiedy się złościsz, że pod fartuszkiem ukrywam coś więcej niż siebie. Gdybyś mogła… Pewnie miałbym zakaz używania tekstyliów w domu. Pozwalam ci pozbawić mnie wszystkiego, co ci przeszkadza. Skoro lubisz mnie w wersji organicznej, zwierzęcej, z lekkim niedopowiedzeniem skrytym pod skrawkiem materiału mniejszym od pojedynczej chusteczki…

Przypomniało się tobie, że w lodówce, za wiechciem pietruszki i kopru schowałaś oliwki. Faszerowane wszystkim, co ludziom do łba przyszło przez wieki i wtedy poczułaś głód. Więc zawołałaś mnie, ledwie widoczna ponad pianą i teraz wyjadasz je zimne, gorącymi palcami i droczysz się ze mną odwracając uwagę od miseczki z oliwkami i naznaczasz mnie dużym paluchem lewej nogi, odmoczonym tak bardzo, że aż pokrył się zmarszczkami gęściej niż mózg. Podobno, skóra robi to celowo, żeby mieć lepszy chwyt pod wodą. Ty schwytałaś moją pierś nad wodą i namalowałaś mi znak. Twój. Trudny do przeczytania, kiedy ktoś w kształcie szuka zrozumienia. Woda wsiąkała w koszulę tak szybko, że odcyfrować można było wyłącznie czuciem. Napisałaś mi, że jestem twój… Całkiem.

Wiedziałem co piszesz. Wiedziałem i nie znalazłem w sobie sprzeciwu. Ba! Chciałem ci pomóc, żeby nikt cię nie wyprzedził i nie zabrał mnie od ciebie. Oblizywałaś palce. Nie do opowiedzenia lubieżnie. Miękłem i topniałem. Sztywniałem i dyszałem .Dysonanse we mnie splatały się niczym walczące węże, a ty jadłaś oliwki malując mi na piersi tatuaż. Akt własności… A ja czułem się narodem wybranym i czekałem, co będzie dalej. I za miliony cierpiałem, bo cierpliwość nie jest moją przywarą.

Zza drzwi smużyła się muzyka. Przysiadała się po kątach nieśmiało, po zakamarkach i stamtąd chciała opowiadać zamierzchłe historie z dalekich stron. Światło darło mordę tak mocno, że kazałaś mi je poskromić. Jedną ręką zdusiłem je śmiertelnie na ścianie, a potem przyniosłem dwie, zabiedzone świeczki, które drżały i chyba się ciebie bały widząc, jaką masz władzę nad światłem. Ale przecież nie były w stanie uciec od własnych ciekawości. Od pożądania. Lizały twoje kolana, gdy tylko się wynurzyły na powierzchnię, rozstrzeliwały bąble piany kryjące ramiona, żeby poszukać, czy ślad po biustonoszu wreszcie zniknął.

Woda, zamiast cię pieścić, kradła już twoje ciepło, gdy powtórnie odkręciłaś ukrop. Piana złapała drugi oddech i zamiast kleić się do rozleniwionych bezruchem brodawek znów zawładnęła powierzchnią, usiłując zdobyć przyczółek na dywaniku obok wanny. Szukam w szafce ręcznika, który byłby godzien… Odwracam się, bo wiem, że mój głodny wzrok peszy cię wciąż. Szukam ręcznika, któremu mógłbym powierzyć twoje ciało miękkie, gorące i spragnione, żeby nic nie było mniej doskonałe, niż pieszczota wody. Nie ma takich ręczników. Nie ma dotyku, który mógłby się mierzyć. Ale szukam, w szafce pełnej zapobiegliwie zgromadzonych, ciepłych barw.

Pamiętasz? Wracaliśmy nocą w deszczu sierpniowym, a ubrania tak bardzo się do nas przytulały, że nim je odkleiliśmy od skóry, zaraziły nas kolorami. Ty byłaś wiśniowym obeliskiem, panią o błękitnych nogach, a ja siną piersią na popielatym postumencie, stanowiącym dyskretne tło dla twojej urody. Pragnąłem smaku wiśniowych pestek, które napęczniały pożądaniem. Pragnąłem usłyszeć, jak rzęzisz dla mnie. I tylko dla mnie. Nikt nie zna cię z tej strony. Nikt nie wie, że masz taki talent, który potrafi skruszyć moją wolę…

A kiedy wstałaś Afrodytą, a twoja koncha stanęła w szranki z małżem wanny... Woda wzburzyła się, a piana z wściekłości pękła na drobne. Fale chwytały cię za kolana i żebrały, żebyś wróciła, kiedy resztki twojego smaku ściekały w otchłań wzgardzonej kąpieli. Gdybym umiał malować… Gdybym pisać potrafił… Gdybym był w stanie oddać urodę tej chwili… Powietrze pachniało niespełnieniem, obietnicą niewypowiedzianą, a ty przyglądałaś się wodzie z dezaprobatą… Ręcznik wygnałaś precz. Kazałaś mu warować na podłodze. Nie był widocznie godzien dotykać. Ja dotykałem… Wzrokiem dotykałem i widziałem, jak tężeje ci ciało, jak się sobie podobasz w lustrze mojego pożądania. Stwarzałem cię moim wzrokiem, a ty łaskawie pozwalałaś mi cieszyć się objawieniem.

Wir ssał wodę pachnącą tobą, a ja kopnąłem wannę w złości. Zabrała mi twój smak, aromat. Zostawiła mi cię dziewicą. Niezapisaną tablicą. Patrzyłaś na mnie rozkosznie zdumiona, jak zdejmuję dłońmi ostatnie krople, jak ścieram szron resztek piany z niewyrosłych skrzydeł, jak drżącą ręka sprawdzam, czy woda nie ukradła mi ciebie zbyt wiele… Zaśmiałaś się. Ale już nie tak, jak w trakcie kąpieli. Twój śmiech był pełen był chrypki. Pełen niewysłowionego. Paluchem lewej stopy zgasiłaś świece. Zaskwierczały nim je zmiażdżyłaś. W powietrzu wilgoć duszna siłuje spacyfikować przestrzeń. Wanna pożera ostatnie krople, ręcznik zdycha na podłodze, a ja zdycham od gorączki.

Wyciągam ręce, bo milczeć dłużej nie potrafię…