poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Dziewczęco, choć wilgotno.


Dziewczęta posiadły chyba wiedzę tajemną i po prostu wiedzą. A kiedy wiedzą, wtedy nie zakładają skarpet, bo szkoda w mokrych chodzić, więc wychodzą z domów bez. Ja dopiero się uczę rozpoznawać objawy i taka konstatacja przyszła mi do łba po raz pierwszy. Ale sprawdziło się. Stado dziewcząt bosonogich pokłusowało do swoich codzienności, a zaraz za nimi tupał deszcz narastający i nieprzewidywalny – dla mnie. Na środku chodnika wyrosła rozłożysta pani i prawdopodobnie dysponowała prywatną grawitacją. Tak sądzę, bo gęste ciała niebieskie posiadają, gdy tylko przekroczą masę, a pani najwyraźniej przekroczyła. Otoczyła się parasolem wielkości komfortowego namiotu dwuosobowego i musiałem orbitować, żeby nie przyziemić na obcym lądzie. Do wyboru została mi jezdnia marszcząca się pod kołami, oraz rachityczny trawniczek nasiąkający wodą. Życie wciąż mnie cieszy, więc wybrałem trawnik. Malutka murzynka niosła na głowie las baobabów. Mama zaplotła jej na głowie pięć przepięknie sterczących warkoczy, wyglądających jak miniaturowy, japoński las ikadabuki. Za to drzewa w naturalnych rozmiarach brązowieją i żaden deszcz tego już nie powstrzyma. Jesień idzie – nie ma na to rady.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Wizjoner.


Pani być może była z tych, co czują się nagie, gdy nie mają na sobie kapelusza, ale była niemalże naga pomimo posiadania rekwizytu na czubku głowy. Oczu co prawda dostrzec nie szło, za to krzywizny ciała całowane światłem fleszy podziwiać można było bez żadnych ograniczeń. Otworzyłem usta, nawet nie dlatego, żeby coś powiedzieć, tylko, żeby w milczeniu wyrazić zachwyt, gdy powstrzymała mnie męska dłoń:

- Ciii… Nie przeszkadzaj. Uczy się chodzić po czerwonym dywanie...

Ćwieka mi zabił, bo jak to tak? Nago? Co prawda strój często w chodzeniu przeszkadza, jednak nie na tyle, żeby ludzie zrezygnowali z ubrań na korzyść wygody i zwiększonych możliwości logistycznych. Nie wnikając w kaprysy klimatyczne pozostawał problem wstydu zarówno tego, który nosił goliznę, jak i oglądających ją.

- No właśnie! – skontrował moje myśli ów powstrzymujący mnie pan – Wstyd. Nie tak łatwo go ukryć, kiedy dywan czerwony, a materiału wystarcza w najlepszym razie na cienką chusteczkę do nosa. Chodzić też trzeba umieć, więc wypada poćwiczyć, zanim zacznie się występować publicznie. Naturalne rumieńce? Fe… Kto je zamaskuje zachowując standardy estetyczne?

Starałem się dość do porozumienia z moją ignorancją i niepamięcią, więc sięgałem coraz głębiej. Faktycznie. Panie pomiędzy samochodem, a obowiązkowymi schodkami demonstrowały trudną sztukę przemieszczania się po czerwonym dywanie w obłędnie wysokich szpilkach i kapeluszach, a cała reszta zdawała się być strzępem moskitiery naszpikowanej ewentualnie biżuterią. Nieskończona armia fotografów kładła się niemal w poprzek ich ścieżki i usiłowała odkryć co odkryte. Panie slalomem bioder mijały co bardziej zuchwałych i nachalnych, by zniknąć za drzwiami z tyłkiem ostrzelanym taką dawką światła, że dziw aż, że nie każda jest chociaż mulatką.

- Rozumiesz pan – człowiek puścił w końcu moją rękę, jednak emocje na jego twarzy sugerowały, że nie zakończył ze mną tego dziwacznego dialogu, w którym ja z otwartymi ustami mówiłem wyłącznie w myślach, a on mnie temperował i oświecał – W TV to wygląda na proste zajęcie, a przecież nie jest. Spróbuj stanąć piętą na siedmiocalowym gwoździu i zrób krok, kiedy ktoś fleszem próbuje ci rozchylić pośladki. A są i gorsi. Niektórych interesuje zawartość przewodu pokarmowego!

Oznajmił to niejako z dumą, co mnie już totalnie rozkojarzyło. Przypomniałem sobie te charty, wyżły i jamniki stąpające z wystudiowanym wdziękiem i uśmiechem wymalowanym krwiście na twarzy. A cóż one w tych przewodach mieć mogły? Dwa liście sałaty zjedzone na raty? Kosteczkę selera naciowego, jeśli pora obiadowa akurat minęła? Na takiej diecie nawet królik upodobniłby się do zaskrońca.

- Widzisz – wskazał ręką na panią, która odrobinkę speszona mijała jakichś masturbujących się młodzieńców o czerwonych twarzach i rękach rozgorączkowanych – zanim wystąpi przed opinią publiczną musi się nauczyć nie tylko chodzić, ale i znosić. I to wszystko. Skórę musi mieć grubszą niż pociąg pancerny, żeby takie trzydzieści kroków przetrwać bez katastrofy. Chwila zawahania i klapa na całej linii, a flesze nie zapomną. Nie odmówią sobie uwiecznienia niedoskonałości.

Podrapałem się po głowie. Trochę racji miał niewątpliwie. Nie sądziłem, że kolor dywanu ma zakamuflować ewentualne wypadki. Czyżby krew miała wsiąkać niepostrzeżenie? Ta menstruacyjna też? Bardziej zdeterminowane spacerowiczki demonstrują przecież nienaganną opaleniznę bez żadnych ograniczeń cielesnych, albo wręcz zapraszają fotografa, żeby uwiecznił ich bezkompromisową chęć okazania światu każdego detalu osobowości.

- Wie pan już? – zagaił ponownie. Najwyraźniej byłem jedynym słuchaczem, na jakim mógł wywrzeć wrażenie elokwencją – Trzeba ćwiczyć, bo Internet nie zapomina i nie wybacza. A zasięgi diabli biorą i kontrakty stygną, albo zmieniają nosiciela bez skrupułów. Nikt się nie cacka. Tylko patrzeć, jak i na facetów przyjdzie pora. To jak? Chciałby pan spróbować? Rozmiar czterdzieści? Coś dobierzemy, ale warto byłoby schudnąć odrobinkę. I wydepilować to i owo. Przede wszystkim owo. Pan podejdzie tam za parawan. Podeślę panu wizażystkę, fryzjera, modystkę i całą tę resztę menażerii, żeby fotki wyszły jak należy. Startuj chłopie, dywan płowieje na słońcu dość szybko, a chyba nie chcesz startować w drugiej lidze? To takie mało amerykańskie…

Domniemanie.


Moje fatamorgany w innych światach zaplotły korzenie i ciągną mnie gdzieś, gdzie nie bywam świadomie. Pozwolić im się uwieść? Nawet, gdyby miało to oznaczać, że nie wrócę? Że owo nieznane TAM jest tak daleko, że życia starczy na podróż ledwie w jedną stronę? Śnię sny kolorowe, niespełnione i budzę się przytłoczony żalem. Stratą, której nazwać nie potrafię, bo świt odziera mnie z resztek pamięci i tylko na końcach nerwów zostawia cień uczuć tajemnych, okrytych nieprzeniknioną peleryną nocnych mar. Chciałem śnić w dzień – jak borsuk. Czarno-białe sny, które zedrzeć można tylko razem ze skórą. By pamiętać niezawodnie gdzie bywałem. Nie umiem.

sobota, 17 sierpnia 2019

Prometeusz II.


We wnętrzu dłoni szukałem przeszłości, bo przyszłość przepowiedziała mi cyganka, zapominając przy tym uprzedzić mnie, że w najbliższą przyszłość wkroczę uboższy nie tylko o koszt wróżby, ale również o zawartość kieszeni, nadgarstków… ech – szczęściem płeć zostawiła w spokoju i mogłem wrócić fizycznie kompletny, co nie znaczy, że piękny młody i bogaty, chyba, że znajdzie się koneser niszowych rozwiązań we wskazanych dyscyplinach.

W obliczu nieszczęść niektórzy usiłują smutki zakonserwować płynami, które nawet zepsuć się nie potrafią, jednak ja byłem finansowo upośledzony po wizycie i takie rozwiązanie wykraczało poza możliwości, o chęci nie pytając wcale nieprzypadkowo. Sen jest niezwykłym lekarstwem na wiele dolegliwości, ale, kiedy krew kipi, to i on podkula ogon i chowa się po kątach. Kto wie, czy i jego zapobiegliwa cyganicha nie ukryła pośród kolorowych spódnic korzystając z mojego roztargnienia.

Przeszłość wydawała mi się najtańszą rozrywką, bo kto miałby pobierać opłaty za wstęp i biletować jednostki usiłujące maszerować pod prąd? Szukałem we wnętrzu dłoni jakiejś wskazówki, jednak wnętrze dłoni specjalnie nie było rozmowne i raczej zaciskało się w pięść na wspomnienie jak zakończyła się ciekawość przyszłości, więc raczej groziła mi paluszkiem obawiając się, że przeszłość będzie równie materialistycznie nastawiona do mojej naiwności.

Z nagrobnych kamieni wyczytać się zbyt wiele nie dało, a rodzinne kroniki, to posiadają może szlachetnie urodzeni, a nie plebs, żyjący z dnia na dzień. Wyglądało, że przyjdzie pożegnać się z rozrywkami związanymi z czasem nieteraźniejszym, jednak pokusa nie dawała zbyć się tak łatwo i skamlała o więcej samozaparcia. O zgrozo! Jeśli zaparcie miało otworzyć drzwi do przeszłości, to wolę nie pytać, co pozwoli mi wrócić! Na wszelki wypadek przygotowałem apteczkę, tudzież zapas papirusów jakby wrócić miały czasy, w których makulaturę można było wymienić na naszyjnik z szaroburych rolek wyrobu papieropodobnego i wracać do domu w chwale i zawistnych spojrzeniach sąsiadek o skromniejszej biżuterii.

Żeby odwlec nieuchronne popadłem w letarg. Znaczy… Nie wiem w co popadłem, bo współcześnie powiedziałbym, że medytuję, czy coś w tym stylu, a jeszcze niedawno całkiem podobne postępowanie nazywało się myśleniem o niebieskich migdałach – nie mylić z migdaleniem się. Sprawdziłem, więc wiem, że z botaniką mam niewiele wspólnego i nie wyglądałem ani jak czarny lotos, ani niebieski migdał, ani nawet jak ktoś, kto taki migdał spotkał na swojej drodze. Wyglądałem jak bezmyślny chłop z tępym wyrazem twarzy siedzący na podłodze ze wzrokiem wlepionym w całkiem nieatrakcyjny mebel. Po kiego czorta mi taki mebel?

Chciałem zdębieć, jednak roślinne aspiracje moich myśli napełniły mnie obrzydzeniem, bo to dość długowieczne i mało ruchliwe okazy patrzące w odległą przyszłość, a ja zamierzałem odwrócić się do nich… wystarczy powiedzieć, że tyłem, żeby nie być nadmiernie dosłownym (czy na siedząco da się tyłem…?). Dopiero co święte nenufary, a teraz dąb napastować mnie zaczyna i strach pomyśleć, jak szybko roślinność zaczęła pacyfikować połacie mojego jestestwa.

Ha! Otóż proszę! Udało się w skali mikro przeprowadzić transfer teraźniejszości w przeszłość! Ową, która była, a obecnie już nie jest. Tą samą w której migdalić się nie miałem wcale i udało się znakomicie. Nie migdalę się nadal, lecz mój zachwyt nad utylizacją teraźniejszości i bezstratną zamianę w przeszłość pozostawił mnie siedzącego na podłodze z miną tak zachwyconą, że spontanicznie wybaczyłem cygance jej ekspresyjne pożądanie i bardzo swobodne podejście do prawa własności.

Sięgnąłem wstecz. Bez niczyjej pomocy. Jak szaman. Otworzyłem się na wszechświat i pozwoliłem historii przepływać we mnie we wszystkich możliwych kierunkach. Siedziałem z błogostanem na gębie, a przeszłość waliła we mnie bez znieczulenia. Przyszłość chyba też, jednak w swoim uniesieniu czułem się niezależny od czasu i przestrzeni. Gdyby tylko tyłek nie bolał od siedzenia… Nie pomyślałem, że duch - owszem – pokona wszelkie granice, lecz miękkie tkanki pozostawione na podłodze cierpią za miliony, bo nie nawykły do długotrwałego kontaktu z ciałem nieugiętym i piszczą jak głodny szczeniak, nie zważając na zwycięstwo ducha.

Zacisnąłem zęby i wysłałem swój ból w przeszłość (w przyszłość, to trochę się bałem, bo po cóż mam go przeżywać ponownie, skoro mogę wygnać w zaranie dziejów, a może i wzbogacić nim chwile pierwszą wszechświata?). Gnałem więc mój ból w przeszłość i zbierałem przy okazji inne bóle, które już znałem, albo te niespodziewane i pchałem, toczyłem jak śnieżną kulę w przeszłość ku stworzeniu świata. Mijałem starodawnych szamanów, którzy pukali się w głowę i nawoływali do ostrożności, ale ja czułem w sobie MISJĘ! Musiałem donieść ból tam, skąd już do mnie nie wróci. Po kres wszechrzeczy. Ku stworzeniu.

Kulę napełniałem bólami, nawet tymi, jakie mnie dopaść nie mogły. Pomyślałem o bólach istnienia, o cierpieniach codziennych i pchałem garściami aż napęczniała ta kula, lecz toczyła się żwawiej, niż chciałem nawet, bo trudno myśli zebrać, gdy toto tak pędzi i gna. Przede mną majaczył w nicości kłębełek wszechświata w zalążku, a kula rączo zmierzała ku niemu. Nie miałem już sił, by jej gonić, choć mięśniowe bóle kula połknęła bez czknięcia nawet, więc przystanąłem na chwilę.

Kiedy zobaczyłem, że w dobrą stronę gna, uznałem, że dobrze byłoby znaleźć się parę milionów lat od Big Bangu, więc pobiegłem w przeciwną stronę czasu, a kulę niech szlag trafi, albo Wielki Wybuch. Wiałem jak szarak pospolity, ale wiedziałem co za ogonem zostawiam, więc nie zwlekałem. Ocknąłem się na podłodze zdyszany gorzej od zajeżdżonego podczas westernu konia i kręciło mi się w głowie.

Udało się! Wszechświat powstał! Ciekawe, co stało się z bólem. Usiłowałem dosięgnąć zaplecza, żeby namacalnie się przekonać o sukcesie nie tylko medycznym, ale i społecznym, gdy zmaterializował się przede mną jakiś wytwór ponadczasowy, bo był w każdym czasie – nawet nierealnym. Popatrzył na mnie spod brwi krzaczastych, splunął mi pod nogi i zapytał:

- No i cóżeś najlepszego uczynił? Zaraziłeś mi bólem wszystkie światy… Ech ty! I kto teraz ten bajzel posprząta?

piątek, 16 sierpnia 2019

Dylemat.


Odwiesiłem imię na wieszak. Wszyscy, którzy tu wchodzili oddawali swoje i nawet szatniarz nie był potrzebny, bo kto chciałby kraść imię, które właściciel zdejmuje dobrowolnie i ciska nim na wieszak, jak swetrem w upalny dzień. Patrzyłem na tych wisielców schnących w zapomnieniu. Nie byłem chciwy i nie szukałem nic na wymianę. Patrzyłem bezmyślnie, jak przytulają się do siebie nieudacznicy, tworząc chwilowe związki. Ich właściciele pewnie nie mieliby odwagi poczynać sobie tak bezobcesowo. Znaczy – z imionami nie mieliby śmiałości, bo kiedy już się z nich rozebrali, to jakoś szło i popołudnie powoli gasło odchodząc do lamusa.

Wieczór dojrzewał, bezimienni pocili się, gdy pochłaniali alkohol nie dla przyjemności, lecz by zapomnieć. Zapewne połowa z nich zamierzała wychodząc zabrać przypadkowe imię, bo sądzili, że gorzej trafić nie mogą. Znamienne, że przychodzili pojedynczo, a uwolnieni od bagażu potrafili rozmawiać i znajdować ekshibicjonistyczną radość w spontanicznej szczerości wobec kompletnie obcych ludzi.

Zamówiłem wprost przy barze coś zbyt trudnego do wymówienia i liczyłem, że barmanowi produkcja zajmie z grubsza dożywocie, jednak popchnął w moją stronę coś żółtego, co grzechotało kostkami lodu i było nakryte więdnącym plasterkiem pomarańczy. Pod sufitem krążyły mrzonki i nadzieje – trochę jak harpie szukające żeru, a trochę jak ostatnia deska ratunku pchnięta usłużną ręką anioła stróża. Niezdecydowane były wielce i najwyraźniej świeżo wykluły się w inkubatorach oszołomionych głów. Pod nogami snuły się zdeptane złudzenia i wygłodniałe iluzje. Obraz wystarczająco upiorny, żeby Topor mógł się pod nim podpisać bez wstydu.

Długonogie kelnerki przepłaszały stada tej menażerii, żeby nie przeszkadzały gościom w konsumpcji. Chyba nie widziały tych insektów, zjaw i wirusów czyhających na chwilę słabości. Dosiadła się do mnie istota równie beznadziejna, jak ja i przeliczając butelki za plecami barmana usiłowała wypić trzy kolory drinka niezależnie, poczynając od dołu. Życzyłem jej sukcesu zupełnie szczerze i całkiem bezinteresownie, a ona popatrzyła mi w oczy, jakby w nich chciała odnaleźć receptę na sukces. Widać zapomniała, że tu nie przychodzą wygrani.

Siedziałem na wysokim hokerze i zaciągałem się aromatem jej ciała. Pachniało trochę młodością, trochę potem i nieśmiałością. Kiedy wydawało się jej, że nie widzę machała nogami, jak dziewczynka na huśtawce, jednak wystarczyło, że ktokolwiek rzucił okiem w jej stronę, by zaplotła stopy w ciasny węzeł wsparty na podnóżku. Barman gotów był wysłuchać jej i mnie. Symultanicznie, lub zgoła jednocześnie. Widać, że doświadczony i potrafi pokiwać ze zrozumieniem głową na wszelakie wyznania, nawet najbardziej ekscentryczne, czy zgoła zmyślone ad hoc. Nie chciałem gadać. Drink nie rozwiązał mi języka, a jedynie rozdygotał myśli i pozwolił im na frywolność. Pani obok chyba również, bo wpatrywała się we mnie jakby tworzyła właśnie trzeci tom ze mną w roli głównej.

Wzruszyłem ramionami, ale nie chciałem strząsnąć jej wzroku. Sam nie wiem po co wzruszyłem. Może sprawdzałem, czy wciąż żyję? Brak imion sprawiał, że znaliśmy się jak łyse konie i pani zaproponowała mi współudział w sześciu kieliszkach wypełnionych tequilą, żebyśmy mogli się spotkać w środku po drodze pożerając beczkę soli. Skoro spotkaliśmy się przy barze, to w sumie czemu nie? Zgodziłem się skinąwszy głową, a resztą zajął się już barman ustawiając wysokoprocentowy most między nami. Spotkaliśmy się – a jakże. Pani machała już nóżkami nie zwracając uwagi na otoczenie i błędnym wzrokiem chciała przytrzymać się moich ramion, jakby blat baru był niewystarczająco stabilny.

Kiedy zaproponowała grę w „wytęż wzrok i znajdź 24 szczegóły”… z jawną sugestią, że po imiona wrócimy nazajutrz, żeby nie zmarnować tak udanej znajomości, barman tylko się uśmiechnął ścierając z blatu perły rosy spływającej ze szklanek. Oczywiście zaprosił na ciąg dalszy jutro i obiecał pochopnie, że popilnuje nam imion. Ciekawe po co? Pani do swojego coś szeptała przed wyjściem, jakby je przepraszała, albo tłumaczyła, dlaczego musi zostać w szatni. Ja, jak gbur ostatni wcisnąłem ręce w kieszeń i przeszedłem obok szatni nie zaszczycając mojego uwagą. Czekałem na zewnątrz, pamiętając, że kobiety potrzebują większej ilości słów. Kiedy wyszła, starannie zamknęła drzwi za sobą, kopnęła dwa namolne złudzenia i poszliśmy – dwoje bezimiennych pośrodku świata, który nie mógł nas rozpoznać, więc zignorował nas doskonale. Może w ogóle nie wracać, tylko pójść z nią i zapomnieć adresu?

Sezon budowlany.


Chmury wyglądały jak w pół krzyku zatrzymana śnieżna lawina. Słońce przedzierało się przez skołtunione, białe bałwany i kładło się licznymi cieniami na południowych zboczach chmur. Wiatr wstrzymał oddech i czekał, choć to do niego całkiem niepodobne. Z panującego w powietrzu napięcia korzystały jaskółki wyżerając oszołomiony, podniebny plankton na wyścigi. Żadna nawet nie zaśpiewała podziękowania, tylko jadły wszystkie, jakby trafiły na przelatującą w popłochu szarańczę i miały jedną jedyną chwilę, by wypełnić brzuszki po kres wytrzymałości. Wrona przysiadła na antenie i podziwiała z otwartym dziobem zastygłe widowisko, ktoś rzucił okiem ponad głowę, jednak zbyt wiele nie dostrzegł. Elewacja monotonnie wspinała się do nieba, a podglądacz stał zbyt blisko ściany, żeby dostrzec jak brak światła zmienia biel chmury w stalowo-siną, wymiętą szmatę. Malarz, z sobie tylko znanych powodów, zamiast oglądać to, co ponad nim dojrzewało szukał natchnienia między własnymi nogami. Wzrok mam zbyt słaby, ale zawziąłem się i szukałem tego, co mogło go tak zafascynować, że nie podnosił w ogóle głowy. Świeżo ułożone, granitowe kocie łby, które zapewne nie trafiły na swoje stare miejsca i muszą pielęgnować świeże odleżyny? Piasek rozrzucony łopatą, wyczesany miotłą i wiatrem? Zbyt trudne dla mnie zadanie. Pies również zlekceważył widzenie, więc pewnie martwa natura. I to bezwonna. Najwyraźniej czworonóg znudzony jest już okolicznymi budowami, bo gnał, jakby chciał wreszcie znaleźć jakikolwiek fragment pogodzony z okolicą dłużej od psiej pamięci.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Domek z ogródkiem.


Gdyby nie chyląca się ze starości szafa poddasze byłoby kompletnie puste. Podłoga ze skrzypiących, porozsychanych desek stała się schronieniem dla drobnego życia, które w zamieszkiwanych pomieszczeniach tępione jest bez litości. Okno sięgające podłogi, złożone z wielu małych szybek wpiętych w drewnianą kratownicę okiennicy stawało się witrażem, na którym czas wymalował wyschnięte strumienie deszczu przedzierającego się przez osadzający się latami kurz. Na ścianach liniały tynki odpadając płatami, jak łupież. Powietrze pachniało przesuszoną stęchlizną, szorstkim, nawianym pod dachówki bezpańskim kurzem i pajęczynami podartymi nie wiadomo przez kogo. Pająki uwijały się, żeby naprawić zniszczenia wyglądające, jakby ktoś przedzierał się jak przez dżunglę, by dotrzeć do okna.

W jednej z drobnych szyb dostrzegłem wytarte niecierpliwą dłonią nierówne kółko. Podszedłem szlakiem wydartym w pajęczych sieciach i zerknąłem przez oczyszczony owal. Okno wychodziło na brzeg małego jeziora okolonego z odległej strony lasem porośniętym nadbrzeżną gęstwiną zniechęcającą do wychodzenia tam na brzeg. Na bliższym, łaskawszym brzegu stała ławka ze złuszczoną do cna farbą. Stare drewno nadgryzione zębem czasu trzymało się jeszcze, lecz na pierwszy rzut oka widać było, że ławka jest równie leciwa jak opuszczony dom w którym stałem. Na ławce siedziała dziewczyna w lekkiej, letniej sukience zdobionej w nieznane mi kwiaty. Bosymi stopami machała beztrosko, bo nie sięgała nimi ziemi i tylko źdźbła traw mogły ją połaskotać w pięty. Dłonie wsunęła pod siebie, żeby nie zajmować się nimi. Może miała nawyk gryzienia paznokci i schowała ręce, żeby nieświadomie nie ulec pokusie i patrzyła w drobniuteńkie zmarszczki na wodzie figlujące w nabrzmiałym, czerwonym słońcu wstydliwie chowającym się za lasem.

Między mną w oknie, a dziewczyną na ławce wił się nieśmiało jakiś kostropaty parkan z chylących się sztachet, a na jednej z nich wisiał zapomniany dzbanek z urwanym uchem. Zdziczała jabłonka obsypana drobnym, robaczywiejącym owocem uginała się pod ciężarem płodów, których od dawna nie miała z kim podzielić, więc płakała nimi, a one czerwieniały i czerniały pod drzewem roznosząc aromat pokusy, aż sczezły. W trawach wybujały chwasty zerkające zazdrośnie na spory zagon pokrzyw dumnie kiwających się w rytm narzucony dziewczęcymi stopami, jakby wiatr dostosował się do tej melodii. Stałem cicho, żeby nie spłoszyć chwili, gdy gasnące promienie słońca przeczesywały dziewczęce włosy nadając im połysku i barwy dojrzałych kasztanów. Nie była ruda, włosy miała niemal czarne, jednak w tym świetle zdawały się nabierać barwy głębokiej miedzi. Na jeziorze łuska drobnej fali złociła się i mamiła pozornym bogactwem aż słońce zaszło zupełnie.

Dziewczyna wstała i bez pośpiechu podeszła do brzegu łagodnie zanurzającego się w wodach jeziora i pozwoliła wodzie polizać stopy. Zadrżałem, jakbym to ja zanurzył się w chłodnej wodzie, albo został zrewidowany nocnym wiatrem. Dziewczyna śpiewała, a raczej nuciła pieśń, której słowa ślizgały się po wodzie jak stado nartników i odbijały się od bardzo już niewyraźnej ściany lasu, by powrócić wzmocnione echem i zmęczone podróżą szukały chętnego ucha, żeby w nim zamieszkać, albo choć osiąść na chwilę. Głos miała tak piękny, że zasłuchałem się bez pamięci i nie mogłem zrobić jednego kroku. Przytulony nosem do szyby chłonąłem ciemność szukając w jego gęstwinie dziewczyny o bosych nogach i włosach rozgrzanych słońcem, lecz jej obraz był już wyłącznie imaginacją.

Poczułem żal, jakbym został okradziony z czegoś, czego szczerze pragnąłem. Został mi wyłącznie słuch, który nie miał wątpliwości, że dziewczyna wciąż tam jest i śpiewa głosem krystalicznie czystym. Myślałem, że to jakiś omam słuchu, ale byłem przekonany, że głos przesuwa się i dochodzi z innego miejsca. Zupełnie, jakby wsiadła na łódź i płynęła nią wskroś jeziora. A przecież nie skrzypiały dulki wioseł, nie pluskała toń darta piórem wiosła. Tylko głos szedł po wodzie, jakby posiadł umiejętność wodnych pajączków dotykających toni tak lekko, że nawet się nie ugnie. Las niczym pasterski owczarek naganiał do mnie dźwięki i sprawiał, że mój żal rósł i z każdą chwilą wypełniał mnie pragnieniem trudnym do opanowania. Chciałem pójść na zewnątrz. Na tę ławkę, na której siedziała wcześniej i posłuchać z bliska jej śpiewu. Byłem skażony logiką, myślą, że musi stać na brzegu i śpiewać, bo przecież nie da się przejść jeziorem na drugą stronę, czyli to mój słuch płata mi figle – dziewczyna musi być tuż obok i tylko fragment nocy dzieli mnie od niej.

Odepchnąłem się od ściany i wyprostowałem zdecydowany pójść i ją odnaleźć, gdy na ramieniu poczułem ciężar sękatej dłoni. Z ciemności łypały na mnie oczy, a reszta sylwetki była domysłem, albo nadzieją rozsądku, że to człowiek, którego zbliżanie się przegapiłem zafascynowany śpiewem dobiegającym od wody. Udawałem, że to gospodarz, od którego zamierzałem odkupić ten dom wraz z rachitycznym płotkiem i zagonem pokrzyw. Ze zdziczałą jabłonką, która znów mogłaby rodzić prawdziwe jabłka i ławką, którą można oczyścić z wieków obojętności i przywrócić życiu. Ale to nie mógł być właściciel, bo ten, który tu mieszkał, nie żył już ze czterdzieści lat, a jedyny spadkobierca mieszkał za oceanem i chciał się pozbyć tego spadku za bezcen, byle nie musieć tu więcej zaglądać.

- Chodź ze mną, jeśli już koniecznie musisz – wychrypiał głosem odwykłym od mówienia, a potem pociągnął mnie mocno trzymając za łokieć, jakby się bał, że wyrwę się i pobiegnę.

Deski skowytały pod moimi krokami, a on szedł bezszelestnie. Byłem pewien, że o poranku zobaczę na poddaszu własne, osamotnione ślady, gdy po nocnym gościu zostanie wyłącznie wspomnienie. O ile w ogóle poranek dla mnie nadejdzie. Schody jęczały i cały dom zdawał się protestować przeciwko tym śródnocnym spacerom. Mój przewodnik cicho uspokajał skarżące się drewno i mamrotał coś niezrozumiale. Szliśmy, a trawy śliniły się wilgocią oblepiając nogawki spodni i buty, aż zadrżałem ogarnięty chłodem. Szczęściem, droga była krótka, przewodnik znał ją tak dobrze, że nie potrzebował nawet iskierki światła. Usiedliśmy na ławce. Wyjął fajkę i nabijał ją z pietyzmem, a kiedy zapalił w topniejącej chmurze dymu zobaczyłem znów wzrok wbity we mnie i przedzierający się do mojego sumienia i przetrząsający mu kieszenie. Korzystając z czerwonego ognika dostrzec zdołałem brodę białą jak śnieg i włosy ściągnięte gumką w ubożuchny koński ogon. Światło tonęło w jego pobrużdżonej twarzy i nie mogło wydostać się z wąwozów zmarszczek. Tylko oczy wciąż były młode, a ostre spojrzenie mogło pokroić noc na plasterki.

Zawołał coś, czego nie zrozumiałem. Może z kaszubska? Nie wiem, jednak słowa brzmiały obco. Sponad dachu chałupy tchórzliwie wyjrzał strzęp księżyca i chyba fiknął koziołka poślizgnąwszy się na omszałych dachówkach. Wpadł do jeziora, gdzie rozlał się poświatą po całej toni bladym, wystraszonym światłem. Od lasu szła do nas dziewczyna w letniej sukience z jakąś witką w dłoni. Jakby pasła gęsi, czy owieczki. Szła wodą śpiewając piosenkę żywszą niż wcześniejsza, lecz równie niezrozumiałą. Ze zdumienia straciłem mowę i patrzyłem na nią zapominając zupełnie o obecności staruszka, kiedy doszła do brzegu i podeszła do nas. Dygnęła w moją stronę, a potem usiadła na kolanach starszego pana i ucałowała go w oba policzki obejmując rękami szyję. Odważyłem się przełknąć ślinę i gapiłem się, jakbym w życiu nie widział dziewczyny w sukience tulącej się do własnego dziadka.

- Więc chcesz kupić dom – raczej stwierdził, niż zapytał chrypiąc jak poprzednio – Ale nie wiesz, że jeśli go kupisz, to z tą sierotą. Nie można kupić domu i wygnać jej stąd. To jej dom, jej ławka i jezioro. Przychodzi tu każdej nocy i powiezie cię na zgubę, jeśli kupisz dom wbrew jej woli. Przypomnij sobie śpiew. Pójdziesz za nim tam, gdzie jezioro zamknie się nad tobą i już nie wrócisz. Mi już brakuje sił, przydałby się tu ktoś młodszy i silniejszy. Dobrze się zastanów. Zostawię was, żebyście porozmawiali, nim podejmiesz decyzję. Jeśli się dogadacie odejdę, jeśli nie - odejdziesz ty. Do rana zostało mnóstwo czasu. I nie powiem do widzenia, bo widzimy się ostatni raz.

Wstał, pociągnął z fajeczki, a dziewczyna rzuciła mu się na szyję i prosiła go o coś w ich prywatnym języku. Pogłaskał ją po włosach i lekko lecz zdecydowanie posadził na ławce. Rozplątał jej dłonie i jedną z nich wsunął w moje ręce.

- Dajmy sobie szansę – wyszeptał wyraźnie zmęczony – Może w końcu się uda. Zostańcie. Chociaż do rana.

Początkujący czarnoksiężnik.


Łatwiej przypalić czajnik, niż wodę, więc naukę gotowania zacząłem od podstaw. Dysponowałem źródłem ciepła napędzanym miejskim gazem, a z rozpalaniem ogniska nie miałem większych problemów. Ten proces był mi nieobcy i udawał się nawet w skrajnie niekorzystnych warunkach terenowych pośród śniegów, zawiei i deszczu, więc w ekskluzywnych kuchennych warunkach było nie do pomyślenia, żeby nie powiodło mi się. Niebawem trzaskały iskry na palniku – wybrałem największy, żeby mieć czas oswoić się z gotowaniem, a do godności czajnika mianowałem garnek świecący chromem i zniekształcającym mój uśmiech jakby darł ze mnie łacha. Miał szczęście, że mój zapał kulinarny nie wygasł tymczasem, bo byśmy się pogniewali.

Nalałem wody i zaczęły się igrzyska. Płomień poczuł się ważny i z żółtego przeobraził się w pomarańczowy, a miejscami migotał na zielono, albo niebiesko. Może przypiekał jakieś bakterie na tyle głupie, żeby trwać pod dnem garnka? Woda w obliczu ignoranta warzyła się raczej niechętnie i wzdychała cichutko. Parowało, czyli zapewne zmarzła. Ja w każdym razie gdy marznę, to paruję ustami i nosem, a kto wie, czy nie czynię tego podobnie do wody całą powierzchnią. Płomień stękał z wysiłku, garnek wciąż przedrzeźniał mnie zniekształcając sylwetkę, a woda zaczęła rodzić perły powietrza. Nie sądziłem, że wyprodukuję bezbarwnego szampana i chwilkę zastanawiałem się, czy nie zabutelkować bąbelków na jakąś okazję, choć kalendarz na ten temat milczał złowieszczo.

Wreszcie woda czknęła i zaczęła podskakiwać, a potem usiłowała wydostać się z gara niczym stado ślimaków z wiadra. Płomienie syczały jakieś przekleństwa, więc je skarciłem i zdławiłem ostatecznie bunt niespodziany. Udało się. Ogień wycofał się na z góry upatrzone pozycje i zaległ w okopach czekając na strategiczną szansę w przyszłości. Zaczęła się wojna pozycyjna. Pozycja gara była bardzo stabilna, więc nie przejmowałem się jego losem. Woda transformowała do postaci lotnej, by mi umknąć, nim podejmę kolejne tortury, więc zamknąłem bestię pokrywką w kolorze nieba. Miałem przeźroczyste, jednak wstyd mi było zerkać na umordowaną ciecz, jak walczy o życie. Wolałem odciąć się od tej męki i zastanowić nad ciągiem dalszym.

Mając war dobrze byłoby go wykorzystać w szlachetnym celu. I tu zaczęły się kłopoty, bo nie podejrzewałem, że tak szybko nauczę się gotować, więc nie miałem gotowego pomysłu na ciąg dalszy. Osobiste spożycie wydawało się niezbyt szlachetnym i bardzo egoistycznym podejściem, a poza tym – jak spożyć pięć litrów wrzątku? Tą ilością mógłbym samego siebie ze skóry obrać, ale wątek masochistyczny nie zainteresował mnie specjalnie. Usiadłem ze wzrokiem wbitym w garnek i szukałem alternatyw. Najprościej byłoby kogoś zaprosić, ale sąsiedzi porozjeżdżali się, pobliska szkoła ogłosiła wakacje, a ekspedientki nie opuszczą sklepów, żeby skosztować mojej wody, nawet, jeśli to pierwsza w życiu samodzielnie ugotowana rzecz. Może mało ekskluzywna, ale nie od razu te Krakowy, Dzikie Zachody i kosmosy zdobywano.

Herbatka? Nawet we dwoje zajęłaby nam tydzień chyba. Odpada. Wyszło mi, że może zupa, bo zupa lubi zawierać gorącą wodę, której szczęśliwym posiadaczem stałem się przed chwileczką. Chciałem zadzwonić po wsparcie, jednak wystraszyłem się odrobinkę tych niekończących się pytań, jaka zupa, co masz w lodówce i tym podobnych poleceń typu zejdź i kup. No… nie każdy lubi się przyznawać, że lodówkę zamieszkuje lód i jakiś kosmaty Yeti patrzący smętnie na coś z dawna zapomnianego. Ale skoro on tego zjeść nie dał rady, to ja nawet nie próbuję. Czekam, aż się skusi. Ileż można na samym lodzie przetrwać?

Odświeżyłem pamięć i przypomniało mi się, że Cygan zupę zaczynał robić podobnie, a następnie utopił gwóźdź. Może mu żelaza brakowało? Gwoździ nie miałem, ale trzy blachowkręty nieużywane od nowości znalazłem i poświęciłem. Poszły do gara w milczeniu i zatonęły cicho jak rosyjskie „niewidzialne okręty”. Lód wrzucać od wrzątku, to jakby zaprzeczyć celowi, któremu miało służyć gotowanie, a gotować gatunki wymierające (czytaj Yeti) nie wypada. Wzruszyłem ramionami i wyszedłem na zakupy. Bezdomny pies poinstruował mnie, gdzie znajdę sklep z kośćmi, a nawet podzielił się informacją, gdzie składują te, których nie udało się sprzedać. Postanowiłem unieść się honorem i kupić, a nie myszkować w pieskiej restauracji.

Ekspedientka widząc moją determinację zademonstrowała własny biust i wieprzowe kości. Wybrałem kości, co może nie było zbyt grzeczne, ale służyło celowi i domówiłem parówkę dla bezdomnego. Poszedłem następnie do warzywnego za ciosem, skoro szło mi tak świetnie, a po drodze poczęstowałem psinę. Wziął w zęby ostrożnie, wyniósł w róg podwórza i zakopał – albo był nażarty, albo parówka musiała dojrzeć do konsumpcji. A ja sądziłem, że jest dojrzała… W sklepie warzywnym wszystkie kolory świata. Wybierałem ostrożnie, bo mnóstwo zielonych. Czemu niedojrzałe sprzedają? Pewnie dłużej się da przechować. Ja wziąłem żółte, pomarańczowe i czerwone. Zielone niech żre ktoś inny. Nie chciałem na swoją zupę czekać tydzień, aż mi warzywa dojrzeją.

Kość przerosła rozmiar garnka, jednak większego nie miałem, to wraziłem ją grubszym końcem do wody, a drugi sterczał jak drzewce lancy wbitej w wątrobę wroga. Pastwić się nad martwą kością nie zamierzałem. Niech sterczy – będzie na drugą zupę jak znalazł. Pod kość wrzuciłem trochę tych żółtych warzyw, żeby zupka nie była pusta i spuściłem biesy z uwięzi. Płomień skoczył garnkowi do gardła i oblizywał go bezwstydnie, jakby chciał wszystko pożreć na surowo. Trochę mu wędzidło przykręciłem, żeby nie rozszalał się nadmiernie. Założyłem sobie, że jak mięso od kości odejdzie, to pewnie będzie już ok, jednak nie miałem pojęcia ile to potrwa, więc koczowałem wokół garnka zaglądając mu w toń głęboką. Zawartość zaczęła pachnieć tak, jak woda nie potrafi, co sugerowało bliski koniec. Skosztowałem. Oficjalnie i jawnie, nie jakimś ukradkiem. Kosztowanie jest obowiązkiem kucharza i nie ma się czego wstydzić, choćby i pępek wypchnęło na skraj horyzontu.

Czułem się trochę jak oblatywacz – taki Ikar, który samotnie w dziewiczy rejs wyruszył. Garnek się nie przypalił – przynajmniej od zewnątrz, co potraktowałem jak wskazówkę, że za długo jeszcze się nie gotuje to moje cudo warzywno-kościane na wodzie z trzema wkrętami. Cygan wiedział co dobre. Tylko przyprawić czymś więcej jak żelazo i będzie w sam raz. Z lodówki wychylił się Yeti zwabiony aromatem i coś tam mruczał po chińsku, czy kto-go-tam-wie po jakiemu. Niech ma pluszak. Nabrałem chochelką do miseczki i wstawiłem mu do lodówki. A co! Niech zna gest. Może gorące mu szkodzi i musi poczekać aż trochę ostygnie? Z garnka sterczała kość czekając na kolejne natchnienie.

Sanatorium "Za klepsydrą".


Bóg zbiera starych, zużytych ludzi, których nikt nie chce i nie potrzebuje. Nie grymasi, nie wybrzydza i nie szydzi z tych, którym życie dopiekło, ukradło ręce lub nerki, zabrało zdrowie, głos i urodę. Zabiera wszystkich bez wyjątku. Nawet tych, którzy nie wierzą w nic i w nikogo. Przecież nie można leżeć w hospicjum bez końca, bo piekło również powinno mieć kres. Czasem zabierze kogoś młodszego, bo przecież sam nie da rady obsłużyć takiej armii staruszków wymagających wsparcia. Dobrze, że mu się niebo nie przepełnia, bo na ziemi zaczyna już brakować personelu, karmy, wody i miejsca dla aktualnych użytkowników – żwawych… jeszcze.

Promyk.



Pragnąłem spotkać panią na czarno-białej fotografii. Przekonany byłem, że ukryta pośród dwóch barw będzie najpiękniejszą kobietą świata, a marzeniem potrafię uzupełnić niedopowiedziane kolory, otulając kontur własnymi westchnieniami, by nabrał głębi.

Kiedy wypowiedziałem życzenie głośno, pani się zarumieniła i odparła, że nie jest gotowa na podobną intymność. Na takiej fotografii, nawet będąc kompletnie ubraną, czułaby się tak naga, jak wolno ją oglądać tylko jednemu na świecie.

Więc nie. Absolutnie, a może tylko jeszcze nie? – Złagodziła stanowczość mgiełką nadziei i wręczyła kolorową fotografię z drobną dedykacją. Doskonale wiedziała, że nie oszukam siebie ściągając z niej kolory. Czułbym się kłamcą potrafiącym okłamać siebie.