czwartek, 13 maja 2021

Wiedziony za nos.

             Sprawdzam, czy aromatem mógłbym zwabić samicę. Jestem krytyczny. Samiec saute nie jest obecnie szczytem marzeń. Otwieram okna, pozwalając porankowi zlizać nadmiar testosteronu. Nocą pościel pochłonęła zalążek tego, co dojrzało na skórze, nadając jej cień… powiedzmy, że charakteru.

 

Pozwalam sobie na słabość - kompromis zazwyczaj jest ścieżką ku uległości. Palcami przebiegłem ciało, wzorem głodnych mrówek ognistych, penetrujących tętniący życiem las. Zarosłem. Wybrzuszyłem się. Pachnę wierzchowcem, odbierającym laurowy wieniec w Ascot.

 

Łudzę się, że świat wciąż zamieszkuje amatorka jazdy wierzchem, gotowa sperlić bezwstyd, słodyczą świeżo obranego grapefruita – tylko dla mnie.

 

Nie potrafię kłamać – cuchnę sobą! Węsząc, szukam odpowiedzi. Wierzę, że znajdę! Pachniesz?


Oddech świeżości.

 

Gołębie chuchają i gruchają, więc pewnie im zimno. Słońce ogrzewa inne światy, a świeżo skoszone trawniki wypatrują dżdżu. Niewiasty zbijają wagę, biegając chodnikami – widać, że szykują się do walki w niższej kategorii wagowej. Drzewa przycupnęły na skraju trawników i zastanawiają się, czy wzorem ludzi nie pójść na spacer gładką wstęgą asfaltu.

środa, 12 maja 2021

Zapomniana gra.

 

Kobiety, piękniejsze od tych ze snów nastolatków nękanych nieustającym wzwodem przechadzają się między kwitnącymi drzewami i pachną intensywniej od nich, choć trudno w to uwierzyć. Stopy na zapiętkach oklejone plasterkami, które nie potrafią być równie dyskretne jak uśmiech na widok wrażenia widocznego we wzroku mijanych mężczyzn. I nieważne, czy pan pielęgnował trawnik, czy niósł dyplomatkę, zawierającą zręby wielomilionowego kontraktu. Natura zwycięża. I można mi wmawiać, że jest inaczej, ale ja z oślim uporem będę powtarzał, że fascynacja druga płcią jest motorem wielu, czasem bardzo ortodoksyjnych motywów działania. Truskawki pocą się słodko na straganach, psy wachlują ogonami łydki właścicieli, sroki rechoczą szyderczo, drzewa mozolnie pracują nad pogłębieniem własnych cieni. Zagrałbym w klasy na chodnikowych płytach, ale zapomniałem, jak się w to bawi. I żaden wróbel nie potrafił mi tego przypomnieć, choć wysiłki czynił nie jeden.

Głód.

 

Przyszła znów. I znów przyglądała mi się, oblizując się całkiem bezwstydnie. Nie do końca rozumiałem te uśmieszki, próby dotknięcia moich policzków, czy pośladków, ale nigdy nie omieszkała pozwolić mi przejść bez jej dłoni penetrującej moje niedorosłe ciało. Śmiała się przy tym chrapliwie, a kącikiem ust wypływała jej tłusta ślina.

 

Dzisiaj było gorzej, niż poprzednio, bo chwyciła mnie za włosy i pociągnęła na wersalkę, wciskając twarz w oparcie, drugą dłoń wpychając mi w spodnie. Nie miałem sił oddychać, więc na krzyk też zabrakło energii, a łzy wsiąkały w szorstką tkaninę oparcia. Dłoń pomarszczona, pełna wątrobowych plam i zużyta długim życiorysem wśliznęła się w bieliznę i sunęła między pośladkami, aż sięgnęła jąder. Tak jak wtedy nie śmiała się jeszcze nigdy. A potem zdarła ze mnie odzież i jednym szarpnięciem odwróciła, żeby obejrzeć, jak się ogląda luksusową biżuterię, zbyt drogą, aby popełnić błąd przy zakupie, albo konia z wielowiekowym rodowodem.

 

Nie przestała nawet, kiedy mama weszła do pokoju i załzawionymi oczami patrzyła to na mnie, to na nią. Nie powiedziała ani słowa. Ja również nie, bo w gardle urosła mi kula strachu tak wielka, że walczyłem o oddech, jak wyrzucony na brzeg karp. Jedynym dźwiękiem zakłócającym nasze przerażenie był świszczący oddech staruchy, ukrywającej smród rozkładu perfumami, za cenę których moglibyśmy przetrwać długie miesiące.

 

Jądra ogrzane jej starczą dłonią usiłowały się uwolnić z klatki jej kostropatych paluchów, a starucha popatrzyła na mamę, niemal wbijając ją w ścianę.

 

- Powiedz mu! – zażądała – Powiedz natychmiast, i zaznacz, co się zdarzy, jeśli odmówi. Już!

 

Mamie trzęsły się wargi, a oczy omijały starannie moją twarz. Nigdy nie widziałem jej tak zgarbionej, smutnej i zmęczonej. Zdawała się starzeć w okamgnieniu.

 

- Synku… - wyszeptała w końcu drżącym głosem – Jesteś silny. Ja wiem, że dasz radę, że zrozumiesz…

 

Zaczęła płakać, a wzrok staruchy twardniał. Była wściekła. Najwyraźniej nie nawykła czekać, a łzy doprowadzały ją do furii.

 

- Zdecyduj się w końcu! – Z gardła staruchy wydobył się warkot, z jakim buldog przymierza się do szturmu. Na jądrach poczułem ucisk sprawiający ból. Łzy w oczach pęczniały i tylko czekały okazji, by zakwitnąć rozpaczą. – Wyjaśnij mu, czego od niego oczekuję i wyjdź jak najszybciej. Dostanę go teraz, albo zdychajcie z głodu!

 

Patrzyłem na mamę, która zdawała się rozsypywać z lęku. Najwyraźniej nie tylko mnie przerażała ta kobieta, której dłonie ciągle pilnowały mojego krocza. Mama miała białe wargi i kręgosłup z gumy. Opadła na kolana, jednocześnie strącając łzy z podbródka na biust.

 

- Synku… - głos zanikał jej w krtani, ale słuchałem jej uważnie – Pani nas nakarmi… zapłaci sowicie… Ale chce, żebyś był dla niej miły…

 

- Hehehe… - zarechotała pomarszczona baba z szyderstwem w głosie – Miły! Gówno prawda! Masz być moim chłopczykiem. Masz mnie zerżnąć, żebym kwiczała z uciechy! Dać rozkosz! Oddać niewinność i spełnić każdy kaprys! Każdy! Rozumiesz gówniarzu?! A ty wyjdź, skoro nawet gęby nie potrafisz używać! No?!

wtorek, 11 maja 2021

W cieple utytłany.

 

Dziewczęta porzuciły skarpety i rajstopy, pozwalając obnażonym łydkom chwytać słońce. Niektóre chyba właśnie wróciły z Zanzibaru, bo w ogóle nie potrzebują ciepła, gdyż karmią się męskim zachwytem bezwstydnie. Bzy potrafią oszołomić nawet małe pieski ciągnące starsze, korpulentne panie. Kosiarze trawników zabrzęczeli cały świat i od rana pełno jazgotu, za którym podążają szpaki i kawki. Bo przecież pod ciosami żyłki na pewno padło wiele ciepłego mięska jeszcze drżącego w agonii. Wiatr usiłuje zetrzeć pot z czoła, ale daremny trud – czoła lśnią blaskiem pełnym wilgoci. Na srebrzystym klonie para szczygłów negocjuje warunki kapitulacji samiczki i wydają się być bliskie podpisania owego aktu, na chodniku skorupka malutkiego jajka o ściętym wierzchołku sugeruje nieodległe w czasie poczęcie. Kolarze, wózki, rolki, hulajnogi – wszystko to omiata piechociarzy, albo tych, których skusiła brakiem pośpiechu parkowa ławeczka. Wózek-autobus, pchany ręką niezbyt okazałej kobiety popiskuje sekstetem młodzieńczych nadziei, że w końcu zamiast sześcianu będzie można podejrzeć trawniki, czy drzewa.

Rój.

 

Wystarczyła drobna rana, kropla krwi rosnąca na przecięciu skóry, żeby zleciały się zewsząd. Oszołomione zapachem bardziej, niż rekiny. Nadlatywały stadami, łącząc się w brzęczącą wściekłość. Kąsały, przepychały się, zabijały…

 

Potrafiły obrać ciało z soków szybciej, niż ławica piranii rozprawia się z rannym bykiem bawołu. Powietrze aż trzęsło się od zbiorowej wściekłości, od amoku, ekstazy, żądzy niepowstrzymanej. Potrafiły wgryźć się w ciało i spijać sok wprost z wątroby, upuścić kwasy z żołądka i wyssać resztę, aż z ciała robiło się truchło. Suche, niczym mumia.

 

Potem – odlatywały, dzieląc się na mniejsze hordy i zaszywały się pośród gęstwin nieużytków, albo na poddaszach pustostanów. W poszukiwaniu gniazd były równie znakomite i umiały znaleźć miejsce pośród ludzi, w jakie nawet bardzo podejrzliwym łowcom os nie przyszło do głowy zajrzeć. Tak – łowcy krążyli po mieście bezustannie i tropili gniazda z zaciekłością i wytrwałością godną większej sprawy. Cóż jednak zrobić miał Gospodarz pobierający od mieszkańców haracz za ochronę, możliwość handlu i udział w rozrywkach? Miał obowiązki. MUSIAŁ zapewnić bezpieczeństwo, a tymczasem, drobna rana, czy otarcie, kończyło się nieuchronnym atakiem wściekłej siły, pozostawiającej po skończonej walce wyschnięte na trocinę truchło.

 

Pojawili się domorośli łowcy, gotowi za sowitym wynagrodzeniem polować na owady. Nie było ich zbyt wielu, bo pogłoski szeptane po kątach zawierały niestety ziarno prawdy – ciał łowców ludzie nie potrafili odnaleźć, a nieostrożni znikali nawet nocą, choć zdawało się, że nocne życie os ogranicza się do wnętrz gniazd. Cena za całodobową służbę rosła do kosmicznych rozmiarów, a os wciąż przybywało. Choć nikt nie powiedział tego głośno, miasto z niepokojem czekało napaści nawet na tych, którzy nie skaleczyli swoich ciał. Kobiety, uciekały z miasta w panice, ilekroć księżycowy kalendarz zapowiadał kolejną miesiączkę, operacje chirurgiczne były niemożliwe do realizacji. Bramy miasta wypluwały uciekinierów coraz szerszym strumieniem, lawiną niepowstrzymaną. Nikt już nie wnosił opłat, bo stały się nieuzasadnione.

 

- Coś zrobić – brzmiało jak szyderstwo, ale miasto umierało w takim tempie, że owo „coś” musiało być drastyczne, brutalne i skuteczne, nawet, jeśli miało kosztować fortunę rodem z bajek.

 

Gospodarz chętnie oddałby córkę, gdyby tylko ją miał. Nawet żonę dorzuciłby jako procenty od transakcji, gdyby posiadał, ale nie - zwykle korzystał z płatnej miłości i jej owocami nie zaprzątał sobie głowy. Nieliczni wierzyli wciąż w moc jego potęgi, bierni nie znajdowali iskry, żeby uciec, ale ci rzutcy – dawno już uciekli. Myślący nie czeka. Myślący działa. Uciekli, pod pozorem wakacji, wizyt rodzinnych w dalekich stronach, czy szukaniem rynków zbytu na odległych kontynentach.

 

Mamona, przemielona milionami spoconych opuszków palców cuchnęła od nieużywania, leżąc na gospodarczym zapleczu, skrytym, przed wzrokiem zachłannych. Mieć i nie korzystać, to niemal to samo, co nie mieć. Gospodarz westchnął i podniósł stawkę. Do absurdu. Przestał zliczać zera, sztuki, czy paczki – ogłosił nagrodę w tonach banknotów, kruszcu, czy kamieniach ocierających się o szlachetne pochodzenie.

 

Pośród wielu zachłannych przyszedł chudy człowieczek, cuchnący nieco moczem, sporo potem i długim okresem, kiedy skutecznie uniknął kąpieli. Strzyknął śliną pod stopy majestatu i z angielską swadą powiedział:

 

- OK! Załatwię temat!

 

I poszedł pozostawiając w zdumieniu sztab i towarzyszące mu bachanalia. Wrócił po trzech tygodniach, a cuchnął już tak, jakby zamierzał osiągnąć ideał.

 

- Wiem! – wycharczał z dumą, a smród z jego ust nie ustępował jakością temu, który otaczał aurą gabaryt – wiem i potrafię! Potrzebuję tylko narzędzi.

 

Gospodarz uparł się. Owszem, udzieli wsparcia, narzędzi i wszelkich środków, ale najpierw chce wiedzieć, na wypadek, gdyby łowcy stała się krzywda. Śmiałek zerknął na gospodarza spod kaprawego oka i zgodził się. Gdy gwardia odsunęła się poza zasięg jego aromatu, konspiracyjnym szeptem zdradził.

 

- Osy też polują. Nie na rannych, bo takich zwyczajnie zjadają. Polują na myśliwych! A kiedy już schwytają takiego, to uśmiercają go na raty. Obezwładniają i ciągną do gniazd. A we wciąż żywe ciało składają jaja – im głębiej, tym lepiej. Nieszczęśnikom przychodzi przetrwać na skraju śmierci kilka pokoleń os, bo żal porzucać dawcę, kiedy ofiar nie brakuje. Teraz trzeba zabić spichlerze, jednym drastycznym ciosem. Wiem, gdzie mieszczą się lęgowiska i mogę je spalić, jeśli dostanę narzędzia. Zabić łowców, wraz z ich brzemieniem, żeby nowy miot nie zawitał nad miastem.

Małe dzieje.

 

Horyzont rozszarpany zębami wieżowców. Blokowisko szczerzy się ku niebu i daje pożywkę myślom. Przecież za każdym z okien tli się jakieś wątłe życie. Jakaś obecność nieznana, pełna lęków, nadziei i modlitw. Parkingi upakowane na gęsto, jak szproty w puszce, więc chyba wszyscy zostali w domach? Pod wierzbą konwersują psiaki i ogonami uprzedzają, że nie życzą sobie, aby im przeszkadzać, chociaż smycze naprężone bardziej, niż struny wiolonczeli. Słońce rozpala świeczki na młodych sosnach, mlecze mdleją pośród zieleni. Nie dzieje się nic. Na szczęście.

poniedziałek, 10 maja 2021

Poza zmysłami.

 

Wypełniłaś dom intymnością. Zapachem. Nic nie potrafi pachnieć tak, jak pachniesz, kiedy wreszcie rozbierzesz się z konwenansów i pozorów. Pozbawiona farb twoja twarz zdaje się być bezbronną, niewinną i tak naiwną… Bez modnych szmat, miękkie ciało nareszcie rozkwita, choć usiłujesz otulić je wstydem i cudzą opinią, że jesteś zbyt… Nie potrafisz być zbyt MOJA! Naprawdę! Dotykam cię, ślizgając się dłonią ponad skórą, żeby pominięte złośliwością obcych włoski opowiedziały ci historię, z jakiej dziewczęta wracają kobietami, a kobiety… bezwstydnie krzyczą: „Jeszcze!”

 

Tym głośniej, im dalej mieszka najbliższa sąsiadka. Niech wie, że szczęście cichym być nie musi! Szczęście jest ślepe – jak ja!

Dywagacje nie poparte wiedzą.

 

Kobiety na rowerach mijają chłopców w krótkich spodenkach i dziewczęta w klapkach. A jeśli idą, to już w półbucikach z oklejonymi zapiętkami, bo bywają niewygodne wprost proporcjonalnie do własnego piękna. Dęby w końcu okryły się niedojrzałą zielenią – czas najwyższy, skoro magnolie zdążyły się już porozbierać z duszącego, słodkiego aromatu. Jeżyna okupuje zdziczałą jabłoń, gwałcąc jej swobodę bez litości. Miniaturowe pieski prowadzone w świat przez panie potrafiące wypchnąć atmosferę poza zakręt merdają ogonkami, starając się rozcieńczyć bezgraniczną miłość, duszną niczym kwiat bzu. Wróble przekomarzają się ze srokami i chyba mają instynkty samobójcze, pozwalając sobie na wiele. Bażant zabłąkany pośród nieużytków łka żałośnie własną samotność. A może krzyczy spełnienie, tylko ja-ignorant, nie potrafię zrozumieć przekazu? W przerośniętych tujach szamoce się jakieś utajone życie. Zaskakujące, nieoczywiste i skłaniające do szerszego otwarcia oczu. Asfalt płowieje w oczach – znak, że słońce w końcu przestało imitować i wzięło się do roboty.

PS. Jeśli wróble, na balkonie sąsiadki, w misie po zeszłorocznym grillu, biorą kąpiel tuż po piątej rano, to znak, że narzekać mogą tylko polarne niedźwiedzie, pingwiny cesarskie i im podobne stworzenia „zimnego chowu”. Renifery?

czwartek, 6 maja 2021

Wypatrując cieplejszych dni.

 

Słońce zlizuje ze ścian wilgoć – najwyraźniej wstało spragnione, albo szuka ochłody. Zabawnie jest myśleć, że świat jest ogromnym lodem na patyku. I ludzie jak rodzynki… (niektórzy nasączeni czymś wytrawnym, inni lekko już podeschnięci) Młodziutka pani musiała schować czarne rajstopy pod wiatę przystanku, bo spódniczka była zbyt krótka, aby osłonić dziewczę przed północnym wiatrem. Dobre miejsce, by się ogrzać. Pamiętam, że ktoś zostawił w tej wiacie dwa pomidory na pół miesiąca i cierpliwie czekał aż dojrzeją. Pod magnolią trawnik zaśmiecony, jakby ktoś w nerwach wyszarpał z zeszytu wszystkie kartki i rozrzucił pod drzewkiem. Sroka kołysze się na szczycie tui i rechocze po sroczemu jakąś kpinę, wróble ostrożnie omijają ją z daleka.