sobota, 4 maja 2024

Egoista.

 

    W księdze wychodków wpisałem zgodnie z prawdą, albo przynajmniej z przeświadczeniem:


    - Poszedłem szukać smoka. Będę, jak wrócę. Albo odwrotnie.


    Szef był racjonalny niczym sztuczna inteligencja – nie walczył z tym, na co nie miał wpływu. Szkoda mu było żołądka i problemów filozoficznych związanych z rozstrzyganiem kwestii, jak zareagować na mój wpis. Byłem pewien, że ze stoickim spokojem poczeka z analizą do mojego powrotu. O ile w ogóle takowy nastąpi (tak jak zapisałem się w księdze).


    Tymczasem, korzystając z przychylnej pogody, pognałem kłusem na łąki. Nie, żebym się miał sugerować jakimś filmem, czy inną muzą. Dalej od ludzi powinno być, bo przy ludziach smoki czują się niepewnie. Warczą, ryczą i plują smoczą krwią. Albo ogniem. Lepiej nie podchodzić i nie sprawdzać. Gdyby smok włóczył się po centralnym deptaku miasta (CDM) zapewne ktoś bystry dostrzegłby smocze ślady. Czyli smok unika tłumu i bywa tam, gdzie nikt inny nie bywa. Przynajmniej wtedy, kiedy nie jest głodny, kiedy nie ma ochoty na polemikę z uzbrojonymi śmiałkami i dyskusje, kto jest myśliwym, a kto trofeum. Najbardziej pożądana miejscówka, to taka, w której można spotkać smoka, kiedy nie burczy mu w brzuchu, tylko rozpiera go sytość i dobry humor. Relaks zaś, jak wiedzą weterani długich weekendów i majówek rozciągniętych do połowy września, to nieodmiennie świeże powietrze, wiatr wiejący w podwozie, odrobina wody, lasu, czy co kto uważa za najbardziejsze.


    Wyprawa już rokowała, w momencie zdjęcia obuwia i skarpet. Trawa pazernie zaczęła spijać sól ze stóp, łaskocząc tak, że idąc śmiałem się w głos. Szczęśliwie nie trafiłem na kolczaste, parzące, czy toksyczne chwasty, więc z każdym krokiem poziom szczęścia rósł we mnie, aż mnie wydął jak spinaker podczas finału regat.


    - Szczęście da się stopniować? - coś we mnie (ten fragment racjonalności wszczepiony mi zawodowo przez szefa) twierdziło, że to niemożliwe.


    Gdzieś przede mną czaił się bezkres, gryziony w kostki przez widnokrąg. Krajobraz naruszał jakiś drobny, przeczesany piłą łańcuchową las, rzeka, ograniczała moją zdolność meandrowania do wilgotnego brzegu porośniętego wręcz nieprzyzwoicie szuwarem wszelakim. Poza tym gładko, jakby ktoś wydepilował pejzaż, pozostawiając zieleń niską, jako niegodną uwagi. Ograniczając przestrzeń do trzech barw – górą niedoskonały błękit, dołem zmieszana zieleń, z jednego boku bure i mokre meandry. Trudno znaleźć powód do pośpiechu, więc zwalniałem, aż udało mi się zatrzymać.


    - Po co stać, jak można siedzieć – pomyślałem i idąc tym tropem od razu się położyłem.


    Oczy zamknęły się samoistnie, a sumienie ogrzewane słońcem nawet nie popiskiwało. Kluczowy dialog ze smokiem odbył się w odmiennym stanie świadomości. To oczywiste. Stworzenie magiczne nie powinno kaleczyć istnienia kontaktem z czymś tak absurdalnym, jak rzeczywistość. Co innego maligna. W takiej przestrzeni smoki mogły pływać i tańczyć. Fruwać, albo połykać wymiary. Być, albo i nie być. Ten wolał być. W mojej malignie. Najwyraźniej służyła mu. Nie była za ciasna, nie zawierała krat, ostrzy i baranów wypchanych zapałkami po same uszy.


    Na wstępie smok przeprowadził ze mną wywiad w kwestii metali szlachetnych, a kiedy okazało się, że jestem laikiem, kompletnie nie zainteresowanym kolekcjonowaniem sztab, czy okazów biżuteryjno fantazyjnych, przeszliśmy do punktu drugiego, czyli żyłki sportowej. Tu również okazałem się nietypowy i nie zamierzałem zostać zwycięzcą żadnego pojedynku. Ja nawet (w)stawać nie chciałem, a co dopiero boksować się z latającą jaszczurką. To chyba uspokoiło magiczne zwierzę i mogliśmy nawiązać nić porozumienia w płaszczyźnie zbliżonej do horyzontalnej. Smok bezwstydnie założył nogę na nogę i machał nią beztrosko. Goły był jak święty turecki, a mnie zawstydziła ciekawość, jakiej nie podejrzewałem w sobie. Chyba nikt przede mną nie usiłował zajrzeć magicznemu zwierzęciu między nogi. A tu taka okazja… I niespodzianka. Przestrzeń podejrzana o insygnia płciowe była gładka i nie skażona organami. Kastrat? Krypto-dziewica? Zapytać? Trochę głupio, ale gadać o pogodzie, która jest jaka jest, to jeszcze większa bzdura.


    Smok śmiał się tak, że gdyby posiadał płeć, to zlałby się sobie na kolana. Okazało się, że okaz jest mentalistą i potrafi odczytać znaczenie z detali mimicznych i zachowań tak kruchych, że mało kto potrafi się w nich odnaleźć. Wyjaśnił, że osoby magiczne mogą, jeśli tylko chcą, modelować siebie cieleśnie i umysłowo w zależności od fanaberii, upodobań, czy potrzeby chwili. I jeśli poczuję się lepiej, gotów pochwalić się wybraną płcią, albo zgoła obiema naraz. A nawet trzema, czterema, czy więcej. Istny harem. Nie na moje zdrowie i nerwy. Wolałem go gładkiego. Zmieniliśmy temat nie obrażając się na siebie. Zapytał o rodzinę, o dotychczasową pracę, zainteresowania, wykształcenie. Pogadaliśmy od serca wystarczająco długo, żeby przejść na Ty. Słońce sfrunęło gdzieś na krawędź widzenia, a wiatr przestał rozpieszczać. Smok udał, że drży i zaproponował zmianę lokalu. W jego świecie poruszałem się niepewnie, więc został przewodnikiem. Po barach, czy jak zwały się przybytki uciech nagannych.


    Mocno kolebałem się na nogach, mimo iż magia tryskała zewsząd w takich ilościach, że musiałem mimochodem nabrać cech nadludzkich, kiedy przyszło się pożegnać. Miał jakieś pilne smocze sprawy do załatwienia, a i mnie (jak powiedział) czekały ziemskie komplikacje. Niechętnie przekroczyłem granicę snu i obudziłem się z bosymi stopami mocno uwalanymi przedpołudniowym szczęściem. Czas zdaje się zapomniał o mnie, bo słońce okazało się ledwie drgnąć z miejsca, a zegarek twierdził, że minął ledwie tłusty kwadrans.


    Z braku lepszych pomysłów – wróciłem na łono zawodowych kompetencji. Zgodnie z podejrzeniami, szef zaprosił mnie na pogadankę indoktrynującą i patrzył na mnie czule, kiedy układałem znużone członki naprzeciw jego w fotelu zdecydowanie mniej okazałym.


    - Panie kolego – chrząknął znacząco – podobno szukaliście smoka? Były powody, żeby to czynić w służbowych godzinach?


    - Kolego szefie – nie ośmieliłem się odchrząknąć – Po południu, czy wieczorem smok pewnie bywa zmęczony, więc odpada. W święta, jak wszyscy, których stać leci sobie na jakąś smoczą Dominikanę, czy Hawaje, więc jedynie do południa taka wyprawa ma jakiś sens.


    Wiedziałem, że szef uwielbia racjonalne wyjaśnienia, a to zdawało się nosić znamiona adekwatne do mojego IQ.


    - Panie kolego – to chyba był ulubiony zwrot szefa – i może się pan pochwalić sukcesem?


    - A i owszem kolego szefie! – byłem z siebie dumny – Rzecz trudna, ale udało mi się! Bliskie spotkanie trzeciego, a w zasadzie czwartego stopnia. Pogadaliśmy jak starzy znajomi o tym i tamtym, spotkanie uważam za bardzo perspektywiczne.


    - Z czyjej perspektywy panie kolego?


    - Z mojej kolego szefie!


    - Liczyłem, że w godzinach pracy zachowa pan profesjonalizm panie kolego i pomyśli o rozwoju biznesu.


    - Kolego szefie… - ośmieliłem się nieśmiało wtrącić – Ale ja poszedłem na poszukiwania w ramach przerwy śniadaniowej...


    - cóż... panie kolego... - westchnął zrezygnowany - Liczyłem na lojalność zawodową i utożsamienie się z potrzebami firmy...


    - Może następnym razem kolego szefie?


    - Panie kolego, nadszarpnął pan już margines zaufania, więc następnym razem pójdziemy we dwójkę! Proszę mnie informować o swoich planach na przerwę śniadaniową.


Obwieszczenie.

 

    Obywatele!

    W związku z szalejącą w mieście wszawicą uprasza się mieszkańców, o dobrowolny udział w realizacji planu opracowanego przez magistrat. W ramach kompleksowego zwalczania plagi, służby miejskie prowadzą całodobowo chemiczne opryski terenów szczególnie zagrożonych, oraz strzyżenie wszelkich zwierząt futerkowych, w tym domowych, bezdomnych, oraz lokatorów ogrodu zoologicznego. Działający w mieście fryzjerzy zostali zatrudnieni przez urząd miasta do bezpłatnego strzyżenia mieszkańców, bez względu na wiek i płeć.


    Strzyżcie skórę do czysta, nie pomijając okolic bikini, pach, torsów i pozostałych wstydliwych miejsc. Straż miejska zapewni pełną dyskrecję. Opornym grozi dożywotnie wydalenia z miasta. Ścięte włosy zostaną zebrane i zutylizowane w ekologicznej spalarni.


Ekstrakt o konserwatywnym podejściu do efektu cieplarnianego.

 

    Wybrałem sobie zakonne życie, a tam w habit mnie oprawili, gardząc innym strojem. Gorąc pod suknią okropny, nawet, gdy się bielizny „zapomni”, lecz starszyzna uparła się, że tradycja. Skargi daremne pisałem do papieża, by edyktem modę na szkocką zmienił i choć latem kiecki skrócił, niechby do kolan.

Rundka po nieużytkach.

 

    Smutne, jak można naturę wykoleić. Pojedynczy rząd sosen dzielących dwie, niezabudowane działki ktoś ostrzygł absurdalnie – z jednej strony zostawił wszystko, a z drugiej wyciął na gładko. Boazeria miała wyjść z tego? Drzewa rosły gęsto, ale i tak trochę zabrakło. Więc może żaluzje? Widok dużego drapieżnego ptaka odwrócił moją uwagę od żenującej bezmyślności. Przesuwał się kręgami, wysoko na niebie i musiał być naprawdę duży, bo wydawał się mieć skrzydła większe od czapli, w środkowej części jasne, a końce skrzydeł podgięte ku tyłowi. Nie mam pojęcia, co widziałem. Za to knieć błotną poznałem bezwzględnie. I spalone przymrozkiem orzechy włoskie, czy robinie. Wróble zajmowały się wróblimi sprawami, kosy dreptały nerwowo po alejkach, ludzi gdzieś wyniosło. Może i dobrze. Na drucie z buddyjską cierpliwością czatował jakiś myszołów, nad polem przeleciał kobuz – tak mi się zdawało, sądząc po charakterystycznym wygięciu skrzydeł. Czarny bez bieli się bezwstydnie, szyszki z sosen powoli zaczynają spadać, niedojrzałe czereśnie i mirabelki gniją na gałęziach. Zakurzone, piaszczyste drogi, od czasu do czasu okrywają się tornadem pyłu podnoszonego przez samochód jadący znikąd do nigdzie. Nad jednym z okien jerzyk zbudował z błota gniazdo, a głodne dzioby wewnątrz świadczą, że dorobił się potomstwa. Tylko drzewo zasadzić i będzie mógł spodnie zakładać i chwalić się koleżkom, jaki to z niego macho.

piątek, 3 maja 2024

Ładne kwiatki.

 

Nagietek – Goły facet. Niezbyt duży, ale pachnący.

Nasturcja – Rodzinny plan wakacyjny, zwykle all inclusive.

Kocanka – Powłoka okrywowa dla samotnych kobiet, szczególnie polecana na jesienne i zimowe wieczory.

Trzmielina – Sznurkowy pasek dla trzmieli.

Konwalia – Zwierzę pociągowe pochodzenia brytyjskiego.

Tatarak – Matka zazwyczaj także. W przeciwieństwie do nieboraka żyje w wodzie. Najchętniej płytkiej. I nie beczy jak burak.

Smagliczka – Jeden ze standardów damskiej urody – drobna, opalona, pachnąca. Co bardziej doświadczeni wiedzą, że z czasem staje się zaborcza i mocno rozplenia.

Krwawnik – Człowiek cierpiący na hemofilię.

Krokus – Turystyczny miernik kroków.

Wrotycz – Pomiar geodezyjny głównego wejścia.

Śnieguliczka – Zaułek w mieście po zawiei.

Petunia – Popielniczka dla związkowców. Przeważnie przed siedzibą, czyli w tzw kuluarach.

Grążel – Inaczej zatopek, czyli osoba trwale utonięta, bądź pogrążona z kretesem.

Grzybień – Grzebyk z błędem. Może mu niektóre zęby wypadły ze starości?

Prymulka – Brzydka, w okularach, na ogół siada w pierwszej ławce i ZAWSZE WSZYSTKO WIE NAJLEPIEJ!

Kurdybanek – Zasadzka na kury. Może nawet na cały kurnik.

Jaśmin – Dzielny saper chwalący się niejednym uśmiechem przed wyjściem w pole.

Rosiczka – Nie dość, że oblewa się łzami, to jeszcze ma czkawkę. Kwintesencja nieszczęścia.

Wiesiołek – Obwieś włóczący się po wsi – może i nieco wypił, bo humor mu dopisuje.

Dziewanna – Niedouczony hydraulik poszukujący cieknących mebli łazienkowych.

Dalia – Urządzenie optyczne do patrzenia na większe odległości. Inaczej luneta.

Cynia – W żargonie elektroników drut miedziany wypełniony wewnątrz kalafonią.

Piwonia - Korpulentna pani oszałamiająco pachnąca złocistym trunkiem.

Magnolia – Pechowy czarodziej imieniem Nolia. Zapomniany z nazwiska. Podczas ćwiczenia zaklęć zamienił samego siebie w krzew pachnący zdecydowanie ładniej od niego, a rozbawieni koledzy nie kwapili się pomóc mu w odwróceniu procesu przemiany. Liczyć na łaskę czarnoksiężników, to jak na szóstkę w totka – beznadzieja!

czwartek, 2 maja 2024

Gierki.

 

Stereotyp – podejrzane indywiduum i jego lustrzane odbicie. Rzadziej występuje w parze z bratem bliźniakiem, albo z sobo-tworem.


Kościół – magazyn kości.


Przodek – przeciwnik tyłka. Kolaboruje z boczkiem.


Stanica – żona stanika.


Parasol – urządzenie do solenia pary.

Mnóstwo szczęścia.


    W ramach mega oferty powiązanej z super promocją nabyłem piętnaście ton kisielu (kiślu?) w stanie gotowym do spożycia. Nooo… powiedzmy, prawie gotowym. Zimny był, jak się okazało celowo. Przechowywany w lodówce zajmował mniejszą objętość. To naturalne zachowanie materii, że w zimnym się kurczy. Tylko lód jest dziwolągiem i stygnąc nabiera kubatury, o jakiej będąc wodą mógłby pomarzyć. Kisiel nie zamierzał zostać wyjątkiem, albo nie ostygł na tyle, żeby mu się chciało rozrastać, więc skulił się w kąciku lodowni i czekał, jak się później okazało na mnie. Nabyłem, bo było tanio, a kisiel wydawał się być obojętny na czynniki zewnętrzne i politycznie bezpieczny. Rokował biznesowo. Któż nie słyszał o mrożących krew w żyłach potyczkach w kisielu (kiślu?) pań nadrabiających braki odzieżowe cielesnym bogactwem.


    Czy muszę tłumaczyć się, że skorzystałem z okazji i kupiłem spontanicznie coś, czego nie potrzebowałem? Bo to ja pierwszy? Stało się i już. Miałem wolne środki, sporo wolnego czasu, a kisiel w lodowni wydawał się nudzić jak za przeproszeniem faraońska mumia. Zapłaciłem za transport pod wskazany adres i z rękami w kieszeniach pomaszerowałem ku domostwu, gdzie zamierzałem nacieszyć się nabytkiem i zastanowić, jak ów przedstawić małżonce. Ktoś nadawał imię kisielowi (kiślowi?)? Albo budyniom, silikonom, albo powidłom śliwkowym? Może jakiś ekscentryk. Z drugiej strony pod moim dachem miało zamieszkać coś o masie zbliżonej do wagonu kolejowego, a takich spraw nie wolno zostawiać bezimiennych.


    Drapałem się po łbie, aż jakaś zasiedziała wesz obraziła się i uciekła. Tymczasem transport podjechał pod furtkę i trzeba było wpuścić na podjazd. Kisiel wylegiwał się na odkrytej wywrotce i chyba się ucieszyłem, że to nie betoniarka. Przyjechałby poskręcany jak dwa pytony w rui i kto by go rozplątywał? Słońce przyglądało się tej przeprowadzce i łaskotało kisiel po plecach, dodając mu otuchy. Musiało być przekonujące, bo kisiel wychylił coś, co powinno być łbem ponad burtę kuwety, przyjrzał się mi, domowi, słońcu, gotów byłbym przysiąc, że błyskawicznie przeanalizował wysokość dzielącą go od podjazdu, po czym wysiadł! Naprawdę! Przewalił się bez wdzięku przez burtę i spłynął po zewnętrznej stronie, by plasnąć o bruk bardziej zaskoczony tą działalnością niż ja. Piętnastotonowy kleks w kolorze majtkowego różu tłoczył się przed domem. Kisiel najwyraźniej miał żurawinowe pochodzenie. Może malinowe.


    Nie znam się, szczegóły musiałem zostawić na później, bo kisiel już maszerował w stronę schodów wejściowych. Znaczy – ku mnie! Dał mi coś na kształt buziaka, obmacał kieszenie, coś tam sobie ukradł dla wprawy i wtoczył się do wnętrza. Venom. Super-glut. Poczłapałem za nim, gdy tylko pokwitowałem kierowcy odbiór towaru. Sądziłem, że pójdzie do kuchni posilić się, albo do łazienki. Siku zrobić, albo wziąć prysznic… Kisiel tymczasem studiował biblioteczkę. Nietypowo, bo od razu wszystkie książki wziął w posiadanie i raczył się wiedzą skondensowaną. Czasami śmiał się, bo wstrząsały nim jakieś takie drgawki, czasami zastygał w zadumie, ale mnie ignorował, co było dość niegrzeczne. Kopnąć go w… no właśnie, w co? Tak od tyłu? Z partyzanta? Za to, że czyta? Nie godzi się. Machnąłem ręką i zostawiłem go samopas.


    I słusznie! Pod wieczór kisiel przyszedł do mojej sypialni oczytany niemożebnie i przysiadł na skraju łóżka. Że nie pękło? Cud prawdziwy! Kupny kisiel jest nieprzewidywalny. A taki z promocji, to dopiero. Może był przeterminowany, albo skład miał nie tego? Musiałem myśleć na głos, bo kisiel zaśmiał się serdecznie i pogłaskał mnie po policzku.


    - Głuptasie – wymruczał, dyskretnie wślizgując się pod kołdrę, by bez cienia skrępowania prześliznąć się po mojej skórze nie omijając miejsc newralgicznych i wrażliwych. - długo mnie w zimnym trzymali, więc trzeba było czasu, żeby wrócić do formy, ale już jest dobrze. Będzie dobrze.


    Skumulowana pieszczota wyczyniała z moim ciałem i umysłem sztuczki, jakich dotąd nie znałem. Widać, mnie też trzeba było rozgrzać, żebym zaczął (!) myśleć.


    - To nie był żaden kisiel, tylko kisielica! I to wyposzczona wielce!

Ciepłe bułki.

 

    Pani, której wiele można przypisać, ale nie wiotkość, trzymała się nisko ziemi, raczej z ostrożności, niż z potrzeby. Krągła, kształtna, chyba nawet myśli i słowa miała pozbawione kantów, co odbijało się łagodnością twarzy, stała sobie potulnie na przystanku, bez niepokojów dręczących zhańbione dusze i tych, którzy wstali zbyt późno, by zdążyć na codzienność. Dołączyło do niej dziewczątko równie trójwymiarowe, w sukience pełnej fioletów i różu, które porzucił jakiś kierowcę nieopodal przystanku. Dziewczę nieszczupłe, nie wydawało się urażone tym afrontem i dumnie prezentowało uda wylizane porannym słońcem nie pierwszy chyba raz w tym roku. Zaskoczenie? Przecież widywałem już panie, o skórze płonącej czerwienią po pierwszej, zbyt zachłannej kąpieli słonecznej – nie dalej jak wczoraj.


    Wróble penetrują osiedlowe kubełki, płoty, ławki, deptaczki, szukając czegoś jadalnego, gdzieś daleko westchnął pociąg mozolący się w drodze za horyzont, niebo w zmarszczkach chmur przeciera się po nocnych fantazjach, odymione pierwszymi grillami. Cisza smakuje lepiej, w oprawie zieleni. Świeże pieczywo pachnie obłędnie, nawet złotokap obsypany gronami kwiatów zdaje się węszyć, ignorując parkingową mieszankę woni. Ostrzyżone trawniki schną na potęgę, w cierpieniu zazdroszcząc pominiętym, na których zieleń pleni się bez opamiętania, a trzmiele i pomniejszy latający plankton szaleje bezwstydnie.

Pierwsza, największa.

 

    Frywolność puszczona luzem, w wir majowej kanikuły pozwala sobie otrzeć sutki o wcale nie taki gładki materiał bluzeczki. I wiatr nie pomaga ostudzić głów pełnych marzeń tak wielkich, że strach nawet Bogu o nich opowiadać, a co dopiero rodzinie, czy przyjaciołom. No, chyba, że już znajdzie pasującą połówkę, by przylgnąć do niej ufnie, wciąż nie znając jeszcze goryczy rozczarowania. Wspiąć się na czubki palców, by sięgnąć policzka tego, który właśnie awansował na cały wszechświat, choć jeszcze zarost nie zmienił mu twarzy w papier ścierny. Skrępowany rosnącym pożądaniem, rzucony pomiędzy ludzką ciekawość, a bezwstydne pragnienia, które i tak wygrają, choć zanim świat zejdzie na margines, rumieńcem jednym z ostatnich powie cichuteńkie „przepraszam” temu światu. Miłość, która pachnie, kiedy się ją mija, otoczona aureolą niewinności, arogancko nie-biała, zuchwale kusa, o skórze tak gładkiej, że nawet złośliwy wzrok ześliźnie się między płyty chodnika, by zdeptał je ktoś inny. Obraz, nieodmiennie wywołujący wspomnienia, przypominający, jak bardzo smakuje wzajemność, a tym pominiętym, patrząca w dusze z niedowierzaniem, że życie strawili nie znając. Głupcy!

środa, 1 maja 2024

Dworcowe maligny.

 

    Lato, lato, lato - rozpalone, bezwstydne, nie krępujące się wzroku wyposzczonych (nie wiedzieć czemu) mężczyzn, kobiet spoconych, przezornie pozbawionych większości garderoby, w tym bielizny i do kompletu obdartych z wszelkich uczuć, ciągnących walizki do pociągów spóźnionych wręcz haniebnie. Nerwowe raczej nie przetrwałyby wyjazdu nad morze komunikacją zbiorową, kiedy majówka, a pociąg zapodział się w czasoprzestrzeni na więcej niż godzinę, wcale nie z powodu śnieżnej zamieci, czy pękniętej od mrozu szyny. Ścisk okrutny, jakby ktoś chciał pokazać tłuszczy, jak czują się sardynki w blaszance. Gitarzyści spieszą na Rynek, żeby bić coroczne rekordy, inni uciekają w góry, gdzie ciężko będzie zniknąć ludziom równie doskonale jak współczesnym pociągom. Ktoś chłepcze kawę, inny zerka na wózek wypełniony skrzynkami piwa do Warsu, psy ogłupiałe szczają pod siebie ze strachu i emocji. Ktoś czyta, ktoś się śmieje. Pieszczoty – te pierwsze i te ostatnie rozciągają się w czasie, bo maszynista hen daleko, zamiast na peronie. Jazgot nadpobudliwych pań obudowanych takimi pokładami urody, że ubrania porozciągane niemal do przeźroczystości żebrzą o litość.


    Morze, morze, morze – a może jednak dworzec i tłok, pierwsze miłości i ostatnie nienawiści. Tabuny ganiające w te i na zad, zapomniane słowa i kilku szeryfów udających, że to normalne, że nie dzieje się nic takiego, że kieszonkowcy klną na tłok wpychający się im do kieszeni dobrami innych. Plecaki i walizki na kółkach, namioty samorozstawne, które złożyć można dopiero w czwórkę, stringi swobodnie mieszczące się w kieszeni, skrzypce i tłuste miniatury buldogów. Elektrowozy sapią, megafony szczekają niezrozumiałe komunikaty. Kanapki z jajkiem i z humusem, z kiszonym ogórkiem, albo kabanosy bezmięsne, woda z wódką, wódka z wodą, przeciwsłoneczne okulary i przeciwciążowe prezerwatywy. Śmieci i przeciąg. Pociąg do Ustki, i do usteczek, jakie bez końca przewija kalejdoskop peronu. Czarnowłose i bezwłose, w glanach, trampkach i ciżemkach, w sandałkach. W sukienkach przez pośpiech wciągniętych na dżinsy, albo w gorsecie zasznurowanym aż pod wzgórek łonowy. Kosmos i euforia. Chaos, intrygi i knowania, kto z kim, bez kogo i dlaczego. Jak długo i czy w ogóle. Tak. W ogóle, to chyba najważniejsze. Obłęd pod słońcem wypiekającym ze łbów resztki rozsądku. Bo już dziś można coś, czego wczoraj absolutnie. Dziś można być rozwiązłym i rozwiązanym. W żółtym krawacie i dziurawych kabaretkach wciągniętych na biust. Wszystko jedno – byle zszokować, wyróżnić się. Się, bo innych wyróżniać nie ma czasu. Kloszardzi wydają się być oazą spokoju w tym pulsującym żywiole, pływając po wierzchu tej mierzwy ze wzrokiem pijanym od zawsze.