piątek, 19 października 2018

Reduta.


Poplułem w ręce i zacząłem nawlekać. To zajęcie, które wymaga przestrzeni wolnej od wrażliwych uszu, żeby niewinności cudzej nie kalać nadaremnie. Najlepiej, żeby się odbywało w izolacji absolutnej, bo nawet dobrze zakonserwowane umysły są gotowe pod wpływem nieżyczliwych życzeń popaść w odrętwienie, albo niesłusznie domniemywać, że w ich stronę frunie chmara inwektyw – soczysta, wielobarwna, lepka i gorąca. Pełna emocji i niespełnienia. A potem wrzask tryumfu, kiedy wreszcie się uda… No, ten to jest już zwieńczeniem nieporozumienia, bo kibice sportowi z niepokojem pstrykają pilotami, sprawdzając na którym kanale i KTO STRZELIŁ (Bo ten za ścianą chyba nie ma Eurosportu... a może jednak ma, tylko się nie chwalił?), a tak w ogóle, jak mogło dojść do tak nieprawdopodobnego przespania czegoś, co warte jest tak soczystej radości? Może choć powtórkę się zdąży wypstrykać.

Tymczasem do euforii droga była jeszcze bardzo daleka i piloty (piloci?) drzemały (drzemali?) sobie spokojnie pomiędzy odbezpieczonymi puszkami piwa, a rozerwaną paczką chipsów, podpierając popielniczki najeżone niedopałkami. Ja nawilżyłem własną śliną dłonie, jednak nie obudowałem tej czynności ideologicznie jakimkolwiek znaczeniem. Po chłopsku – zanim łopatę w dłoń się chwyci popluć warto, a dlaczego, to już najstarsi górale nie pamiętają. Powiedzmy, że mój konserwatyzm dla zachowania tradycji zaproponował taką uwerturę do nawlekania, a ja przystałem bezmyślnie.

Skoro już miałem z głowy etap pierwszy, kataklizm jeszcze nie nadciągnął, a dłonie konsumowały nieoczekiwaną wilgoć, płynnie przeszedłem do punktu drugiego instrukcji – w dwa palce igła dziurą do góry… Podobno gdzieś tam jest. Bliżej tego końca, który mniej kłuje. Popróbowałem paluszkiem i wykryłem, że faktycznie – jednemu z końców słabiej idzie upuszczanie ze mnie krwi. Ucapiłem za ostre, jak w imadło i uniosłem z dumą, że taki ze mnie talent samorodny. Teraz nitka – to taka pajęczyna nawinięta na chudy patyk, albo dziesięciozłotówkę zwiniętą w ciasny rulonik. Toto też ma jakiś koniec. A nawet dwa, tylko jeden całkiem pod spodem, a drugi nie wiadomo gdzie. Bo te nici, to powinni tęczowe robić, żeby można było wykryć nieciągłość, a tak? Schował się gnojek tak dobrze, że już chciałem policję wezwać, żeby go wywabiła na otwarty teren. Nie udało się bo miałem zajęte obie ręce, a nosem wybierać 112 nie jest najłatwiej – szczególnie, kiedy się ma panel dotykowy.

Z tego wszystkiego rulonik spadł mi na podłogę i szybko się schyliłem, żeby mi ktoś tej ewentualnej dychy nie gwizdnął, a koniec się objawił. Samoistnie. Głupek! Samobója strzelił, bo teraz już był mój. Igłę wciąż dzierżyłem, a nić schwytałem jak zaskrońca, jak czarną mambę – zaraz za pyskiem, żeby mnie nie ukąsiła. I w ten sposób dotarłem do tego miejsca, gdzie panowie na ogół podśmiewają się, a panie tracą dobre mniemanie o nieudaczniku, który w dziurę trafić nie umie…

DZIURĘ! Rozumiecie? Dziurę - jakby to coś na czubku naprawdę tam było. Nitka, która do tej pory była pajęczyną, stała się powrósłem, liną okrętową, a z igły chyba powietrze zeszło, bo tej DZIURY nie było tam już absolutnie. Dwie ręce zajęte, na nogach buty, więc nogą sobie nie pomogę… Kto to widział, żeby człowiek miał tylko dwie ręce do roboty czarnej? Dwie, to wystarczają, żeby kiełbaskę na grillu obrócić z jednoczesną demonstracją działań fizycznych związanych z przepływem cieczy w naczyniach połączonych – w tym wypadku piwka z obracaczem kiełbaskowym. Wracając do rzeczy – z braku rezerwowych rąk czarną mambę (nie, nie – o kolor nitki proszę mnie nie pytać, bo to chwyt poniżej pasa. Do tego trzeba się urodzić niewiastą, albo ukończyć Sorbonę, najlepiej ze trzy razy ciurkiem) chwyciłem w szczęki i jeszcze raz skontrolowałem ostrość obu końców igły.

Bez zmian. Ta ostrzejsza tkwiła w imadle dłoni, ta tępa sterczała do góry, jak nie przymierzając krzyż na Giewoncie. Czyli gdzieś tam była… Przydałby się mikroskop, albo lornetka chociaż. Tylko czym ją trzymać, skoro imadło zajęte, a czarna mamba jak sfrunie na podłogę, to drugi raz może się nie udać odnaleźć i będę czekał na wylinkę, tak jak z tymi boa zagubionymi w szuwarach. Przecież pamiętam ile wysiłku kosztowało znalezienie końca tej nietęczowej nitki o kolorze bliżej niesprecyzowanym i nauce nieznanym zapewne. Co za szczęście, że nadgarstek mam ruchliwy, bo z tej bezczynności zaczął się wiercić i okazało się, że dziura bezczelnie schowała się za igłą. W igle. Nieważne – ważne, że jednak tam była i słońcu udało się przez nią prześliznąć. Takie szyderstwo w ogóle przeze mnie nie sprowokowane.

Alem się zeźlił! Taki afront! Ręce zaczęły tańczyć jakiś nerwowy breakdance, w głowie kipi żądza zemsty, czarna mamba niezdefiniowanej karnacji wiła się po podłodze i ogonek usiłował wyeksportować domyślną dychę do sąsiada. Przydepnąłem nogą, żeby nie zwiał całkiem i byłem już niemal unieruchomiony, bo miałem tylko jedną końcówkę wolną. Szkoda, że obutą, gdyż chciałem pot z czoła otrzeć. A gdyby to była stówa? Pod ogonkiem? Nie – nie mogłem słońcu wybaczyć kpiny połączonej z usiłowaniem ograbienia mnie z hipotetycznej stówy. Przejąłem mambę w dłoń uwalniając otwór do wyrażania dezaprobaty i pozwoliłem sobie na żywiołowy, wielowątkowy koncert symfoniczny z pełną obsadą orkiestry pod batutą niezwykle energicznego dyrygenta. Dziura skorzystała z okazji i znowu zeszła do podziemi, żebym kolejny raz upewnił się, że krzyż od Giewontu wciąż jest w górze, a ten dół zdążył mi wygrawerować na dłoni tatuowaną czerwoną różę wraz z flakonikiem, serwetką koniakowską koronką haftowaną i stolikiem na trzech nóżkach misternie rzeźbionych na potrzeby Ludwika o niepewnym numerku.

A potem, to już była ofensywa i strategiczne wycofywanie się na z góry upatrzone pozycje, okopy, wojna podjazdowa, partyzancka, psychologiczna, na przetrzymanie i tylko o blitzkriegu mowy nie było. Wojna pozycyjna. Zanosiła się na trzydziestoletnią, ale encyklopedia zaprotestowała, że taka już była i moglibyśmy się nieco bardziej wysilić. Czarna mamba szła w zaparte i w to igielne … (ledwie się w język zdążyłem ugryźć, żeby nie dokończyć na głos w co). A ja tak kusiłem, przekupić chciałem. Piwo postawić, albo wyczochrać. Pogłaskać, albo na wycieczkę do terrarium zabrać. Nie dało rady – może przez to, że stówy pilnowałem i spod buta ogonka czarnej mamby nie puszczałem. Próbowałem nadmuchać igłę, ale dziurawa była i się nie udało. Taka mała, a przelatywało przez nią moje sapnięcie jedno i drugie, tylko mamba jakoś się nie chciała zmieścić. Zdusiłem bydlę w paluchach, aż soki puściła, ale harda była wciąż. Słońce poskromione moją dziewiczą kompozycją zaczęło kryć się wstydliwie gdzieś za rogiem ulicy, a mamba trwała na posterunku. Ja też.

No nie popuszczę małpie rudej! Dwie drżące ręce wpadły w rezonans i mogły się już telepać jak stare dobre małżeństwo. Z punktu widzenia szansy na sukces nie miało to istotnego znaczenia, więc nie zamierzałem dramatyzować. Przez myśl mi przeszło, żeby tę igłę tym ostrym wetknąć w jakiś stół i mieć dwie ręce do poskromienia mamby, ale postanowiłem być twardy do końca. I byłem. Stawałem się, bo woda ze mnie wyciekła wszystka już chyba. Przez pamięć przelatywały mi obrazy podnoszące na duchu – husaria po Kircholmem, szturm na Monte Cassino, cud nad Wisłą… Oni wszyscy też? Sceptycyzm znalazł lukę w mojej niezłomności i drążył, rozsiewał we mnie próchnice wątpliwości.

Nagle podniósł się krzyk. Energetyczny i zbiorowy. Nie mój. Nie igielny, ani czarnomambowy. Zza okna doszedł. I zza ścian, podłóg, sufitów. Z zewsząd doszedł i we mnie znalazł epicentrum. Zadrżałem. Może nawet więcej jak raz? Mamba, wystraszona zbiorową euforią cicho wsunęła się w igielne ucho. Schwytałem za pysk. Natychmiast. Z krwią w oczach dołączyłem z wrzaskiem okrutnym do stada. Nie wiem co fetowali. Ale będę im błogosławił. Patriotycznie. Dozgonnie. Ale guzik, to przyszyję tak, że prędzej koszula się rozleci na atomy, niż on odpadnie.

czwartek, 18 października 2018

Zalążek raju.


Pan ogrzewał niezmierzone pokłady prywatnego testosteronu w opakowaniu adekwatnym. Chciałoby się powiedzieć, że rozbuchanym i rubasznym. Wyglądem sprawnie doganiał archetyp wuja wyściełującego wnętrza rodzinnych uroczystości jowialnością, pojemnością i brakiem najmniejszych zahamowań - może wręcz Zagłobę prześcignął?

Pani? Skromnie skrywała seksapil głęboko w sobie, otulając go po wierzchu niepojęcie bogatą, płynną falą ciepła i miękkości. Trudno byłoby o niej powiedzieć malutka, choć panu swobodnie mieściła się pod pachę, bo wzrostem pretendowała zaledwie do określenia „niska”, jakie miała wpisane w dowód osobisty po słownych utarczkach stoczonych z przekomarzającą się urzędniczką.

Razem wyglądali jak dwa dorodne pompony na wspólnym łańcuszku. Szli trzymając się za ręce, a ich dłonie naprzemiennie pisały gdzieś pomiędzy linią życia i miłości intymne obietnice, które znów dziś doczekają się spełnień i bliskości. Pan (jak każdego innego dnia) usiłował. Ale nic więcej, gdyż ręce miał odrobinę za krótkie, żeby być w stanie przytulić puszystą kuleczkę do siebie, choć ta lgnęła do niego, niczym przyzywana grawitacją. A wzrokiem siłował się z tymi wymyślnymi, współczesnymi zapięciami i nie bardzo mu wychodziło. Podobno gdzieś na zewnątrz był świat, lecz oni nie przejawiali skłonności do afiszowania się z jego zauważeniem. Cóż to za świat, w którym Kulka musiałaby przechadzać się miastem nieparzyście, bez dopełnienia? Cóż to za miasto? Ohyda!

Kiedy jednak dostrzegali zewnętrze, zarażali je własną miłością. Pani znalazła na chodniku namalowaną ceglanym kurzem, porzuconą przez dzieci grę w klasy i beztrosko wystukała pantoflami rytm wyliczanki, jakby wciąż jeszcze miała kucyki przypominając panu, że owszem mentalnie ma je nieustająco. On wiedział, ale w oczach miał pierwszą, niewinną miłość, której wtedy jeszcze nie potrafił skonsumować, ani nawet przyznać się do niej i najcichszym szeptem samotną nocą nazwać. Tylko te kucyki, niecierpliwym instynktem ciągnięte zawsze zbyt mocno, gdy były blisko, bo wstyd przed kolegami nie pozwalał na delikatność. Długo nie pozwalał, ale wreszcie przyszła taka noc, po której radość już bez lęku tajemnicy zalśniła łzami w oczach i spełnieniem wygasiła wstyd dożywotnio. Spłonął wraz z niewinnością w ogniu ekstazy dziewiczej. Wzajemnej. A kucyki były jeszcze bliżej. I wciąż, bez względu na fryzurę były. Zostały do dziś, do jutra, do…

Rozkołysana, wesoła piłeczka dokończyła zabawę z uśmiechem i oddechem gorącym od emocji i patrzyła roześmiana tak, jak tylko dzieci śmiać się potrafią – po czubek włosa i dno płuc. Na buzi miała rumieńce, ale pan wiedział, że ona potrafi zarumienić się całym ciałem. Caluteńkim. Teraz zapewne też rumieniec liże jej skórę skradając się tam, gdzie został już zaproszony i z tej gościny wracać nie chce od tej pierwszej, wspólnej nocy. Każda inna wydawała się być przekleństwem i piekłem na ziemi. Niewyobrażalną karą i jawną niesprawiedliwością. Dziś chyba nie potrafiłby zasnąć bez towarzyszącej miękkości tak ładnie pasującej do krzywizny bioder i obojczyka, bez tych pośladków ufnie układających się we wnętrzu jego dłoni, żeby nawet nocą nie oddalić się ani o milimetr. A przecież wyobraźni mu nie brak. Głupiec mógł wymyślić każdy inny raj, w którym więcej, i bardziej, i częściej, lepiej, inaczej… Tylko po co? Ona też mogła… Gdyby tylko chciała, gdyby zmarnowała tę iskrę podrzuconą ukradkiem i poszła ścieżką zachłanności.

Bezdomny pies otarł się panu o nogi i popatrzył żałośnie i z nietajoną zazdrością. Chyba brakowało mu podobnej czułości bardziej, niż kalorycznej treści żołądkowej. Patrzył wilgotnym nosem i ogonem błagalnie wygiętym w znak zapytania. Zakurzona, twarda sierść nie miała nic z miękkości dłoni Pomponów, ale doczekał się pieszczoty, pomimo, że rozsypał liniejącą sierść na świeżo wypranych spodniach, jakby to były bierki do gry w zbieranego. Dotyk, który nie boli, nie karci, był mu tak obcy, że sierść nastroszyła się, aż pchły pospadały głębiej. Za to siwiejąca mordka uśmiechnęła mu się pierwszy raz, od kiedy pamiętał. Oczami zapadł się w sobie i dotknął nieba, a ogon zatracił się w szczęściu, choć nie dawał rady nadążyć za nim i wypadał z rytmu gubiąc się w poszukiwaniu najkrótszej drogi. Nim poszli dalej on wiedział już, że opuści rewir, który zaledwie trzy miesiące temu wywalczył krwawą nocą i wciąż jeszcze naderwane ucho i słabo pozrastana łapa dawały o sobie znać, gdy tylko wilgoć panoszyła się nad miastem. Pójdzie za łagodnością i będzie czekał cierpliwie, aż ta jedyna w życiu chwila pieszczoty stanie się wiecznością powtarzalną.

Jakiś bobas zasmarkany aż po obdarte do krwi kolana, jeszcze ze śladami stygnących łez, bo upadł na betonowe poduszki chodnika, a te nie chciały zmięknąć wobec jego bezradności, więc łzy drążyły koryta strumieni w niegościnnym, szorstkim kurzu przyklejonym do drogi mlecznej dojrzałych piegów na niedojrzałej buzi. Dla malucha, to już była zamierzchła przeszłość. Niemal połowa życiorysu. Poduszki zostały surowo skarcone przez tatę, a mama zdążyła zaklaskać w ręce, i zabawa, i chować się trzeba, więc ucapił Kuleczkę za nogę i schował się za spódnicą, lecz wcześniej w oczy popatrzył z nadzieją, że Kuleczka go nie wyda, nie zdradzi kryjówki i mama będzie szukała, aż znajdzie, żeby wspólnie zaśmiewać się do łez najsłodszych. Pozwoliła. I zaśmiewała się też, a dziecko zostawiło jej na pamiątkę pocałunek całą brudną buzią przyklejony do spódnicy maską rozchichotaną i pełną szczęścia niedostępnego chyba dorosłym.

Przechodnie bezwstydnie patrzyli mijając tę wyspę szczęścia, która dryfowała w stronę intymności i początkowe niezrozumienie przeistaczało się w zazdrość i pragnienia. Kobiety, jako istoty obdarzone wzrokiem innego niż z gałek ocznych pochodzenia, zamierały wewnętrznie, bo one potrafiły rozpoznać siłę uczucia, któremu chciały się poddać bez wyjątku. Każda skrycie chciała stać się Kuleczką dla Pompona, żeby tylko tak popatrzył na nie, żeby tak objął wszystkimi zmysłami. A panowie zwilżali wargi i niezgrabnie ukrywali erekcję kipiącą, szalejącą, wzbierającą, gdy odległość malała. A później szli oglądając się tak często, że cud prawdziwy, że żaden szkód większych nie narobił, choć jeden usiłował głową zdefasonować latarnię, a inny żebrami chciał wygrawerować mantrę na masce przejeżdżającego samochodu (kolor i marka znane redakcji, PESEL pod ochroną GIODO, dostępny uprawnionym służbom na wniosek prokuratora). Na szczęście kierowca miał więcej zimnej krwi i sklął serdecznie chłopa, lecz na graffiti mu nie pozwolił. Wszak nowy lakier kosztuje niemal tyle, co stare sumienie. Któremuś udało się nawet ławkę przepraszać, że w nią wdepnął i mamrotał półprzytomne przeprosiny wstydząc się, bezgranicznie.

Puchate szczęście zbiorowo mijało witryny, a manekiny kłaniały się im z szacunkiem zazdroszcząc bogactwa cielesności… A może serca? Duszy? Trudno zrozumieć intencje manekina. Trudno zrozumieć, że dwie połówki jabłka mogą być kulami. Tymczasem oni szli wolno nieświadomi paradoksów, czy też dylematów geometrycznych, w kolejną codzienność, jak ci, którzy nic znaleźć już nie muszą, bo wszystko, co im pisane właśnie skrywa się w dłoniach, którzy nie spieszą się, żeby nie przegapić ani jednej chwili, która nasącza sumienia wspólnymi wspomnieniami, żeby jutro móc jeszcze raz pójść tą samą drogą i w klasy zagrać raz jeszcze, choć nogi słabiej niosą, a pies dzisiaj bezdomny oszaleje ze szczęścia i zamiast ogonem merdać, to całym sobą będzie merdał i lizał i szczekał i ech!

Tylko pies wie, jak bardzo można się cieszyć? A dziecko? A dwie Kulki skrywające w dłoniach obietnice kwitnące na obliczach, gdy idą powoli. Niosą zbyt cenny bagaż, żeby się spieszyć. Nie wolno zgubić. Nie wolno… O nie…

środa, 17 października 2018

Produkcja nawozów.


Postanowiłem wytresować zegarek. Jak psa, który jest odrobinę za duży i w poczuciu niesprawiedliwości ludzkiej potrafi (nie bacząc na kolizyjną obecność ciał obcych w przewodzie za chwilę pokarmowym) zacisnąć szczęki tak mocno, że nie można go samopas puszczać między ludzi, bo jeszcze krzywdę komu delikatnemu zrobi. Na dodatek mogłoby się okazać, że w katalogach bojowych sklepów militarnych podejrzanie podobny (przypadek?) egzemplarz figuruje jednoznacznie w białym albumie broni ostrej, kłutej, szarpanej i wrednej, względnie wepchnął się przed kąpielą jako broń biologiczna ekologicznie nieczysta z natury w tom szósty, dział wścieklizna bojowa – nie mylić z zapałem szturmowym komandosów-kamikaze na Alamo (gwiazdka czcionką trójką dostępną dla nadwzrocznych, przy świetle dziennym spersonalizowanym do indywidualnej krzywej zasięgu potwierdzonej legalizacją certyfikowanego instytutu miar i wszechwag). Własną ignorancją połamałbym wszystkie (nawet te jeszcze nie spisane) konwencje w tym genewskie, haskie, lubelskie, czy poczdamskie. Wtedy, byłaby już bieda, bo nieznajomością arkanów walki wręcz narzędziami rolniczymi, szeptanej w jodełkę wojny partyzanckiej, publicznej, oralnej (fe!) reakcji partii opozycyjnej do opozycji, czy subtelnej taktyki ofensywy milczących uparcie, dyskretnych zagonów pancernej pięści na trzecią część zasobów gleb powierzchniowych ziemi nie skażonych wodami bez względu na ich oddziaływanie na kubki smakowe niezbyt wyrafinowanego odbiorcy, administrowanych do wczoraj przez sąsiadów dowolnej maści i wyznania tłumaczyć się można, ale nawet najłagodniejszy z bogów pogroziłby zaciśniętą, pancerną pięścią na takie lekceważenie prawa. Ba! Tego nawet rosyjski regulamin wojskowy, czy mały poradnik konspiratora nie przewiduje! A to już jest karygodne i wymagające natychmiastowej kuracji w sanatorium z wiecznymi zabiegami w kriokomorze o rozmiarach północnej Syberii. Prawie bezludnej, nie licząc podobnych nieudaczników.

Więc czas. Czas wziąć się za czas i jakoś go ucywilizować. Wyperfumować. Uczesać, spętać, ogolić i przyodziać w szaty ocierające się chociaż o bieżący rocznik katalogu proklamowanego pośród wybiegów dla samic i samców rekomendujących na własnym, niedożywionym szkielecie arcydzieła ludzkiej myśli tekstylnej Made In France (wyprodukowano na Tajwanie w roku psa, koguta, a może zebry z zepsutym zębem, przez mandaryna przed mutacją lub pierwszą miesiączką – niepotrzebne skreślić) i smak wysublimowanych projektantów i koneserów mody gustujących w tęczowych mniejszościach intymnych, co obecnie jest modne do absurdu wręcz, choć zgodne z ludową mądrością głoszącą, że światem rządzić ma skrajna mniejszość. Bo większość, to barany. Nawet bogom w usta wpycha się myśli, że jedna, zabiedzona i zbłąkana owieczka więcej jest warta od dwóch eszelonów baraniny aromatyzowanej chińskim czosnkiem w ząbkach, wiechciach lub taczkach, choć z ekonomicznego punktu widzenia uzasadnienia toto nie ma i tak zwanej „kupy” (interpretacja dowolna) się nie trzyma. Czy dowolny bóg może być aż tak oderwany od rzeczywistości? Wzruszam ramionami – no pewnie, że może, kto bogatemu zabroni? A jeśli to my, ludzie, jesteśmy zbudowani na kształt i podobieństwo, lecz z błędem? Przypuśćmy, że paralaksą zostaniemy obciążeni w procesie wytwórczym, bo z wiekiem wzrok się psuje i nawet bogom zdarza się zapomnieć wziąć poprawkę, albo niedowidzieć i zakląć szpetnie podczas kontroli jakości, gdy w końcu zauważą, co nawyrabiali. I teraz, zamiast mieć święty spokój i onanizować się w pokojach zwierzeń, to muszą zagrać w Apokalipsę wersja 3.0, po dwa dolary za punkt – najmłodszy gania po piwo, gospodyni otwiera chipsy, toaleta na lewo szanowni goście i błagam - proszę nie sikać pod drzewo dobrych wiadomości, bo jabłuszka do faszerowania drobiu przesiąkną nawozami nie do końca oczekiwanymi przez was przy kolejnej partyjce… Chyba, że ktoś gustuje, jednak malajski kucharz zatrudniony nie do końca z błogosławieństwem kodeksu pracy klnie od czasów, gdy na sawannach afrykańskich pierwszy prototyp człowieka usiłować podgrzewać mięso – kaprys taki, skutkujący pożarem obejmującym pół kontynentu. Zanim dojrzało świeże mięso trzeba było posiłkować się spalenizną i ludziom został do dzisiaj specyficzny gust kulinarny, żeby żreć spalone, zgniłe, zepsute lub skisłe. Ale skrapiane moczem? Nawet niebiańskim? Nazwać rzecz ambrozją, to jednak grube nadużycie.

Do rzeczy. Czas mi się tu rozplenił, jak perz pośród buraków, albo mlecze na wiosennej łące czesanej majowym słońcem, które zamiast zakwitnąć stokrotkami, pylą nieskończonością nasienia na indywidualnych paralotniach pchniętych w objęcia wszystkim wiatrom, aby na wzór wirusów jak najszerzej zapłodnić ziemię – tę ziemię, jak powiedział wielki człowiek, którego stać było na gest, aby ją pocałować bezwstydnie nim ktoś z niej zetrze kurz drogi, co nie każdemu jest dane, bo gremialnie odwagi brak. Defekt taki. Ludzie boją się nawet powiedzieć „kocham cię” z obawy, że w zamian otrzymają menu w sztywnych, skórzanych okładkach z cennikiem usług i ofertą „no limit” za równowartość rocznego ekwiwalentu wytwórczego wszystkich kopalni diamentów w RPA (plus odsetki, odszkodowania i bakszysze w tym nieewidencjonowalne koszty księgowe, pozycje tajne, nielegalne i „inne”). Swoją drogą – kupowanie węgla w detalu mikroświata zdecydowanie różni się marketingowo od kupowania węgla hurtem, choć brudzą podobnie – raz sumienia, innym razem ubrania. I tylko ekogroszek z grafenem utrzymują niezależnie i samorządnie (bez niedomówień, czy pomówień o nieakceptowalny konkubinat), że są umyte i odkurzone, dzięki czemu osiągają wartość niedostępną dla brudasów hałdowanych, strzeżonych i konfekcjonowanych rozmiarami. Bo i niby dlaczego taki pierwiastek miałby dostać Nobla i w imię czego? Wolę nie pytać, na co wydałby wygraną – pewnie zatopiłby jakieś nadbrzeżne lasy, żeby zapłodnić kolejne zbiory za jakieś nędzne trzysta milionów lat. Chyba, że czas… A może pierwiastek… Już to robią, bo efekt cieplarniany staje się koszmarem większym niż starzejąca się niepohamowanie Baba Jaga i jej czterdziestu rozbójników jeszcze starszych, co to bez balkoników nie pójdą w bój ich ostatni… Potomstwu wciąż z zachwytem ssącemu pierś lada moment stanie się groźbą realną Pan Efekt ze szlacheckiego rodu Cieplarnianych, skoligacony z Panią Dziurą de domo - Ozonową. I polegną sosny pachnące nad szumiącym brzegiem, uklękną świerki męczone kornikową presją słowotwórczą w labiryntach ścieżek nie do końca określonych, a brzeg na wygnanie zesłany gdzieś pod Zakopane, żeby załkać kosodrzewinom niegdysiejsze wspomnienia, albo wywarczeć nienasycenie żywicą nim powie – chcę więcej, jeszcze chcę! Oddaj mi się limbo próchniejąca dotąd nadaremnie po wsze czasy. I muchę zabierz na drogę, bo to inwestycja długofalowa i za miliard lat koneserzy zapłacą krocie za twoją zapobiegliwość dzisiejszą.

No właśnie! Została jedna z niewielu niepewności. A jeśli czas zaśnie i będzie odsypiał historyczną aktywność? To takie ludzkie, że po hiperaktywności przychodzi pora na lenistwo. A jeśli czas zapomni się całkiem? Zakocha, albo pójdzie gdzieś z kumplami na piwo i nie wróci? Jeśli żadna policja, KGB, CIA, MOSAD, MI-6 nie dadzą rady zlokalizować tymczasowej siedziby i nawet kolaboracja pomiędzy amerykańskim i izraelskim wywiadem wojskowym, czulsza od najczulszego kochanka, rady nie dadzą? Gdy ów, nieświadom zamieszania zaśnie na wieki wieków amen? Dla niego (być może) będzie to mgnienie oka – od zamknięcia do otwarcia nie zdąży łza spłynąć – a pomiędzy - nie istnieje czas. Siebie zapytaj – co dzieje się w drgnięciu między powiekami. Między początkiem, a końcem snu? Nic. Nigdzie nic. Gdyby nieobecność czasu zbiegła się przypadkiem, niekoniecznie przypadkowym, z chwilowym dobrobytem i było wreszcie przyzwoicie, to pół biedy i lepiej potrwać ze trzy nieskończoności w dostatku niż brnąć w nieznane po bagnach i wydmach niedosytu. Co ma jednak powiedzieć jednostka akurat popełniająca pokutę za złą interpretację możliwości? Za mniemanie, za egoizm i chęci rozbuchane do baroku, a nawet takie, które dopiero wyznaczą trendy pożądania rodząc się na gruncie rozpasania i wciąż w przód patrząc? Takie SF dla nieposkromionych żądz, Himalaje rozkoszy w kokonie marzeń klimatyzowanych wystarczająco długo, żeby przepoczwarzyły w dorosłą postać z ohydnej larwy w jeszcze ohydniejszego motyla – jadowitego, mającego cudzą własność w pogardzie nieskończonej i własną wolą naginającego ławice anonimowych żywotów do swojej woli? Konsumenta nienasyconego, pełnego chceń nieposkromionych i stojącego na piedestale wyższym, niż wszystko, co ludzkość potrafi zbudować nawet w słowach powieści prześmiewczo nazwanych wiedzą fikcyjną. Domysłem nieuprawnionym, który, gdy się spełni, stałby się misterium. Który dziś jest doktryną roztargnionych profesorów usiłujących zapalić ołówek zamiast papierosa i popijających wódeczkę wodą z flakonu kwiatów i przekąsić kapciem skórzanym przez psa na fotel liniejący przyniesionym, by zaaportować go raz jeszcze nim się geniusz pogrąży w hipotezach wymagających jego osobistego, całodobowego udziału. Obecności. Dogmatu podpartego majestatem gotowym dożyć nawet tych stu lat, które mu śpiewają rokrocznie i szyderczo, czego ów nie raczy zauważyć z wysokości panteonu i za dobrą monetę bierze. A nawet nią z wyrachowaniem płaci, bo pochlebcy nie potrafią karku wyprostować, więc choć mizdrzą się, to nie potrafią odmówić zapłacie w walucie niewymienialnej, jaką staje się palec autorytetu wzywający do wytężonej walki po pagony MasterCard, czy Visa na bliżej niesprecyzowanym horyzoncie osiągalnym dla życiorysów biblijnych, lecz nie dzisiejszych – cóż (stara prawda), przed wojną materiał był bardziejszy. Odporny na korozję i szmirę. Nawet wróble potrafiły osiągnąć masę przekraczającą krytyczną i stawały się żywymi torpedami podniebnymi, na miarę „boskiego wiatru” i piętnowały niepatriotyczne uczucia kleksem posiłków pośpiesznie strawionych w masę aktywna biologicznie i żrącą niema po ptasiemu. A teraz materiał samoistnie gnie kręgosłupy i pod kontrolą majestatu pielęgnuje kolanami marmury. Żeby Jego Wysokość bałwochwalczo i bezszelestnie promenować mógł pośród chmur jaśniejących na nieboskłonie beznadziei ludzkiej, jako dłoń boża, wskazująca cele i dążenia maluczkim.

Skóra w siodle już się rozgrzała i rozsiadłem się najwygodniej jak można, żeby przedziałek pomiędzy pośladkami wypełnić przychylną, ciepłą, choć martwą materią, ku radości wstydliwej (szczegóły po godzinie 22.00 czasu GMT, kiedy rodzice pójdą spać, żeby się nie zdeprawowali na stare lata, a na ekranach TV odetchną z ulgą reklamy paliw wodorotlenowych krótkiego i średniego zasięgu, o dobrodziejstwie określanym w promilach wilgotności chwilowej osobników poddanych zgrubnej analizie). I żeby w końcu napiętnować i poskromić to niepojęte i nieskończone rozpasanie czasu. A ów nadal brykał źrebacze niedojrzałości, choć świat siwieje jesiennie, gdy ten wdzięczy się do mnie, gruchając pokojowo. Nie wierzę mu. Nie stać mnie na to, bo mi już raczej bliżej niż dalej. Więc nie wierzę. Chciałem go skląć nawet, żeby wzmocnić słowa wykrzyknikiem, ale wiem, że na nim wrażenia nie zrobię, to powstrzymałem emocje. Ale za gardło złapałem. Wyzułem go z butów siedmiomilowych, z domniemań i dąsów. Obnażyłem, jak stuzłotową dziwkę. TERAZ BYŁ MÓJ!. I skamlał w uścisku spoconych dłoni. Choć raz skamlał on, a nie ja! Popadłem w dumę i rozsiewałem feromony czekając, aż na podium dofruną ławice biustonoszy podpisanych szminką z prywatnym numerem telefonu, imienną zgodą na wykorzystanie w procesie rekrutacji, a nawet do celów przyszłych, niecnych i wyuzdanych. Czekałem, aż dołączą pajęczyny dwunitkowych stad majteczek, które nie zdążyły ani odlecieć w ciepłe kraje, ani nawet nasiąknąć materiałem genetycznym, ponieważ niektóre zostały przyniesione we wnętrzach oswojonych, czarnych dziur w celach autopromocyjnych, bądź też jako jednoznaczne, nieodwołalne deklaracje, że zawsze i że nigdy – że nie osiądą na mieliźnie ciała wolnego od pomarańczowej skórki… ku zgorszeniu maluczkich.

A czas? Mielił jeszcze w zębach pierwsze śniadanie chyba – żarł bodajże Hektora, przyprawionego pikantnym proszkiem z padłego w bratobójczym boju tyranozaura, plus wiecheć sałatki z glonów oceanicznych wzbogaconych białkiem pierwotnych istot, które wyglądają ładniej, niż się nazywają. Choć cuchną tak, że nawet nazwy wydają się być rajem poezji nieosiągalnym dla węchu. Nie wnikam w preferencje żywieniowe jednostek. Pod tym względem jestem agnostykiem. Nie wierzę w nic i nikomu – niech sobie radzą, a ja i tak nie umiem zapomnieć o schabowym, bigosie i rosole na kości jakiegoś drobiowego nieszczęśnika. I w zaufaniu powiem, że niewielu potrafi go kochać jak ja, kiedy wystąpi przede mną obnażony i miękki – wyliżę do białej kości i pośród zachwytu dziękował mu będę, że uczestniczył w tym prywatnym misterium. A czas tymczasem dywagował i droczył się ze mną.

- A co ty masz do mnie? Odpuść, jak twoi pobratymcy. Czemu się czepiasz, co chcesz osiągnąć? – omotał mnie siecią pytań bez odpowiedzi, panierował w niedopowiedzeniach, aż czucie zacząłem tracić – weź się chłopie za prokreację póki możesz, i dzień później zdechnij na chwałę tych pokrzyw, co pod płotem degenerują z braku pierwiastków śladowych. Przecież wiesz… Ty zdechniesz, a ja zostanę. Pokrzywy? Masz zakonników tuż obok – zapytaj – one są wieczne i bardziej żywym potrzebne niż ty. Co taki robak może dać? Raz nakarmi i zdechnie. Sczeźnie. Wolę pokrzywy. Idź już. Połóż się pod płotem i pozwól mi działać. Nie oponuj, bo to nic nie da. Jesteś chwastem i to, co zasiać mogłeś już zasiałeś. Twoja chwila minęła – odsuń się – pokrzywy chcą światła. Nie przeszkadzaj… oddaj się im, to chociaż korzyść z ciebie jakaś będzie. Powolutku – nie spieszy się – masz czas – przecież wciąż tu jestem… Dla ciebie, choć nie wiem po co, bo to marnotrawstwo.

wtorek, 16 października 2018

Niepewność.


Zatrzymałem dłonią noc. Niech zostanie ze mną i nie spieszy tak bardzo. Ciepła jest, jak wewnętrzna strona kołdry rozgrzana bliskością kobiecego ciała i pachnie równie intrygująco. Jeszcze pamiętam, jakim potrafiła być afrodyzjakiem. Przywiązałem noc sznureczkiem wspomnień do klamki otwartego okna i teraz powiewa na ciepłym wietrze, liżąc mnie w nos. Jak kundelek rozszczebiotany i szczęściem ogona wypełniający całą dostępną przestrzeń. Jak balonik na nadgarstku dziewczynki uwiązany błękitną wstążeczką, żeby zbyt szybko jej nie uciekł, kiedy wiatr zacznie aportować kolory i zaczepiać radośnie.

Chciałem się przytulić. Mężczyźni nie przyznają się do podobnych uczuć, bo wstyd. Mają być twardzi i bezlitośni, a uczucia miękkie stają się przedmiotem kpin i szyderstw. Oficjalnie żaden chyba nie przyzna się, że mu brak. Nim kur zapieje wyprze się trzy razy, może nawet i trzydzieści, a kur gorzko pożałuje swojej pochopności. Nie każdy facet jest świętym. Szczególnie w masie. W stadzie podobnych staje się wulgarnością i ekspresją. Kanciastym barbarzyńcą, składającym się z agresji i popędów. Pychą i przechwałką tak wierutną, że trudno uwierzyć. Ale nikt nie zaprzecza, żeby nie stać się obiektem zemsty stada. Tego stada, które zostało zdradzone, rozebrane z powierzchowności i tego twardego pancerza.

Taki facet, to żółw – galareta upchnięta w pancernej zbroi. Zielonowłosa rzodkiewka ubrana w krzyczącą ostrością czerwień skórki. Zając kryjący się w gąszczu tarniny. Jeż we wrażym oblężeniu. Trudno się przedrzeć do miękkiego i nie pokaleczyć się przy tym. Nie każdemu się chce, nie każdemu się udaje. Noc potrafi każdego rozbroić, kiedy przypilnuje intymności. Gdy zgasną kolory, a wiatr zrewiduje zakamarki szukając ukrytych ostrzy. Potrafi obnażyć i uwolnić z gorsetu powierzchowności. Z obaw, pozorów i przesądów.

Stałem i piłem ciemność, a ona wysysała sole mineralne z mojego ciała i interesowała się moją nagością bez wstydu. Rewidowała mnie z wprawą świadczącą o wieloletnim doświadczeniu. Nie chciałem wiedzieć, skąd znała męskie ciała, żeby nie popaść w sztampę i prymitywną, przewidywalną diagnozę. Spłoszony ptak zatrzepotał w gąszczu brzozowych gałęzi, zajęczała spóźniona karetka. Gdzieś z oddali spazm błyskawicą sopranu rozciął niebo nim sięgnął raju. Potem znów cisza rozczesywana sosnowymi igłami, żeby łkać nie musiała od kołtuństwa. Gęsta jak miękisz chleba, pyszna, pachnąca i kusząca cisza. Poza oknem dotykam muru, z którego czas ogryzł już tynk do czysta i teraz skrobie cegłę na mączkę pylistą, czerwoną jeszcze podczas deszczu. Wiem, że mech też ją podgryza, bo znalazł w niej wilgoci tyle, że przetrwa i nie musi tęsknie w niebo spoglądać wypatrując deszczu. Dostrzegam dwie gwiazdy świateł, lecz to za mało, żeby zorientować przestrzeń wokół mnie. Za mało…

Ktoś zawył w oddali, a echo rozwłóczyło męską samotność po nieskończonych, asfaltowych strumieniach dzielących miasto na plasterki jak tort na trzynaste urodziny pierworodnego. Jedno ze świateł zadrżało pod wpływem tej ekspresji i skoczyło w otchłań mroku samobójczym skokiem. Teraz już wiem, że to ta pani, która ostatni raz przespała całą noc tak dawno temu, że już jej nie pamięta. Ale ja pamiętam, kiedy pierwszy raz zapaliła gwiazdę bezsennego papierosa w oknie pustego mieszkania. Wpuściła do kuchni wiatr i łudziła się, że ją ukoi, że stanie się ersatzem i pozwoli na uniesienie, albo chociaż zapomnieć da. Wtedy jeszcze nie farbowała włosów na kolor słomy, żeby przykryć popiół myśli kwitnący pośród grzywki. Wtedy jeszcze owijała szczelnie ciało szlafrokiem frotte obawiając się ciekawości. Dziś już się nie boi i widma jej bladych piersi potrafią załkać poniżej gwiazdy żarzącej się ostatnią z nadziei i echem nieznacznym, niepojęcie płochym zaistnieć pośród mroku na moment zakazany.

Druga gwiazda na nieboskłonie podwórza, też damską dłonią została powołana do życia. Nerwowa, szybka, energiczna. Pomarańczowa, dojrzewająca pod byle pretekstem do czerwieni i grożąca nieposkromioną erupcją lawy. Eksplozją. I nic nie wiedząca o pierwszej. Może, gdyby wiedziała, pozwoliłaby sobie na wspólnotę i konstelacją wibracji zbliżyłyby się do siebie, ale nie – inne galaktyki je wzywają. Inną przyszłość i przeszłość mają na szalach czasu. Rozłączne, niezależne i obce sobie. Znikła druga gwiazda stłamszona obcasem w kurzu niedoskonałości podwórkowych. Słyszę jak umierając klnie z pasją. Znów pójdzie ubarwić noc malarzowi. Na katafalku stołu uchyli wierzeje nieśmiertelności. Znów nadaremnie. A potem jej krzyk wielobarwny, udawany, przedrze się przez kraty i bluszcze, a z pośladków rano trzeba będzie zetrzeć kleksy ultramaryny, żeby nie zniszczyć bielizny zbyt drogiej, by była jednorazowym opakowaniem. Poszła podzielić się ciałem w zamian za złudzenia. Nauczyć go nocnych barw z pogranicza nieśmiertelności. Zagłuszyć niedostatki własne i jego. Ale nie ich niestety…

Obie gwiazdy zdążyły zgasnąć, żeby pogrążyć się w swoich samotnościach i zrealizować przewidywalne namiastki. Zabijają czas, jak potrafią. Bo świt wciąż zbyt odległy, choć nie tak bardzo jak sen. Tylko ja wciąż stoję i dłonie oswajam z mączką ceglaną. Zaświecić? Prywatną gwiazdą obwieścić światu obranemu z kolorów, że ja też? Że też nie śpię, że nie wiem, że szukam? Głupio mi, choć nikt nie widzi. Namiastki? Nie przybliżą znacząco poranka. Nie jestem kobietą, ani nastolatkiem – jedną gwiazdę dalej ocknąłbym się, a to za mało na nieskończoność kosmosu i ziemskich ścieżek dookoła słońca. Autodestrukcja nie wniesie wiele, nie da czułości. Wzajemności i wspólnoty. Może nakarmi krzak za oknem, ale nie da wszystkiego czego mi brak. Zabić czas i miliard plemników unicestwić? W oknie? Samotnie? Po co? W imię jakiej idei? Żeby to chociaż dzień do życia powołać… Jeden sen… Niechby ubogi i czarno-biały…

Stoję wciąż, chociaż wiatr uporczywie szuka i zimno mi tak bardzo, że zaczynam się jeżyć gęsią skórką. Kołdra na łóżku z daleka szepcze złudne obietnice, których nie jest w stanie spełnić, a ja stoję w zimnym oknie, jakbym to nie ja noc zapiął na smycz, ale ona mnie na łańcuch wzięła. Zadrżałem. Zadrżałem, a wiatr nie odpowiedział falą, albo był tak dyskretny, że nie zauważyłem. Nie pomaga mi. Wcale. Szczęściem nie przeszkadza również. A ja potrzebuję czułości i nie mam pomysłu żadnego, jak zrealizować mój głód rosnący w nieskończoność. Eksplozja braku może być tak dotkliwa? Własną łzą próbuję się pieścić, ale samogwałt nie jest odpowiedzią. Nie jest rozwiązaniem. Jest tylko oszustwem. Masturbacją. Gwałtem na sobie samym. Pozorem i zardzewiałym fragmentem pancerza. A ja przecież stoję bez niego. Pancerz wisi w przedpokoju na wieszaku. Razem z parasolem, kurtką i całkiem niedaleko worka ze śmieciami, których nie miałem sił wyrzucić nim zgasło słońce.

Kobiety potrafią płakać w tonacji słodkiej. Na słono i na gorzko. Kwaśnym deszczem potrafią zapłonąć. Nie wiem, czy potrafią płakać w piątym smaku, ale ja potrafię płakać wyłącznie toksycznie i radioaktywnie. Zostawiam spaloną ziemię za plecami i impulsem elektromagnetycznym unicestwiam nawet pluskwy ufnie śpiące w deskach pod podłogą od dziesięciu już chyba lat czekając na żywiciela. Nie potrafię płakać w ogóle, ale jeśli już, to płaczę tak, że łzami mogę miedzioryt grawerować hieroglifem trudnym do rozczytania przez lingwistów. Nim wypuściłem na zwiad pierwszą łzę, nocny tramwaj przecina nicość na pół. Jeszcze tyle do brzasku… Noc szarpie się na smyczy, bo już ma dość mojego towarzystwa, a ja nie potrafię się od niej uwolnić. Puścić? Odwiązać? Zostanę sam… Bo noc też mnie nie chce. I jej dotyk nie daje już wytchnienia. Spełnienia, ani obietnicy, że może… Że kiedyś…

Stoję i krzepnę w nagości nieistnienia, łza wyschła nim zdążyła w wilgoć się ubrać, noc trwa, a mnie trafia strach. I myśli gryzące palce do krwi. Gdybym miał przy sobie… Powołałbym gwiazdę do życia. I wypatrywałbym odzewu – z drugiej strony tafli. Nieważne, czy lustra, czy jeziora. A może… Może iść tam, gdzie właśnie zgasły gwiazdy? Iść i powiedzieć otwartym tekstem. Na wprost. Bezczelnością noc rozstrzelać i podrzeć na strzępy. Zawyć. Dogonić wygasłe. Wiem, że nie śpią i nie zasną już tej nocy… Ja też… Wiem, że pragną… Ja też… Wstydzą się? A kto nie?

Zamykam drzwi za sobą… Po cichu, żeby sąsiadów nie zbudzić. Idę. Nagi idę, bo noc nie jest pruderyjna. A ja idę, żeby mnie ktoś przytulił. I gotów jestem oddać siebie całego w zastaw. Szczury pierzchły w zacisza garaży stuletnich i tylko one wiedzą, co parkowało tam przed laty. A ja staję pośród muld klepiska udeptanego oponami do niemożliwości. Gdzieś tam, pomiędzy wygasłymi gwiazdami. I sam nie wiem, czy któraś na mnie czekała, czy ja którąś zobaczyć miałem… Zawyłem… Wyraźnie i bez lęku. Wiem, że nie zasnęły te gwiazdy. Że emocje ich kobiecości nie pozwoliłyby im na sen, bo przecież trudno zasnąć w trakcie koncertu na uniesienia, gdy uwertura już wybrzmi, a kulminacja zaśpiewa, pazurami ryjąc bruzdy – niechby i w tynku stuletnim.

- Przytul mnie… Proszę… Oddam wszystko za twoje ciepło…

Łzy kapią ze mnie. Płyną, szukając swoich źródeł głęboko pod ziemią. Nie mam gwiazdy ze sobą. Mam ciemność i siebie płaczącego z wielkiego niedostatku. Ale wiem, że gwiazdy… One czują i wzrok im nie jest niezbędny. One mogą mnie znaleźć nawet wtedy, kiedy zmysłom ktoś założy czarną opaskę na oczy i popchnie niewłaściwą stronę. Ciemność liże mnie nieposkromiona. Nie ma konkurencji, a ja nie mam sił się bronić…

- Przytul mnie… Proszę… Oddam wszystko za twoje ciepło…

poniedziałek, 15 października 2018

Gdybanie na wyrost.


Pani niosła w ręku książkę tytułem na zewnątrz. Była z siebie niezmiernie zadowolona, więc nie omieszkałem przeczytać tytułu: „Mój szef jest idiotą”. Ciekawość przeobraziła się we współczucie. Pani najwyraźniej nie dojrzała do znalezienia mądrzejszego szefa, a i sama inteligencją nie grzeszyła, bo przecież nie jestem odosobniony, i nie tylko ja potrafię przeczytać tytuł – ów szef mógł z amerykańska marynować żołądek „lanczem” w jakimś barze szybkiej obsługi tuż obok, względnie zaangażować się niedoskonale w wymianę flotylli krawatów na rocznik bieżący i wyposażony w systemy wczesnego ostrzegania przed czymkolwiek i zerkając na piękne kolanka podwładnej natknąć się na książkowe wyznanie. Drzewa na podwórku wyczekały, aż noc zwróci im kolory i teraz, kiedy wreszcie jest możliwość taka zrzucają tęczę liści umierających w milczeniu. Nawet wiatr nie profanuje zwłok sfruwających bezładnie z drzew na klepisko parkingu. Co dalej? Zobaczymy, może jeszcze dziś.

piątek, 12 października 2018

Handel wymienny.


Po jej twarzy płynęły łzy. Gorzkie, ryjące bruzdy w makijażu, jakby to były wezbrane wiosną wody rwące przez przełęcze górskie, by dopiero w dolinach ochłonąć i uspokoić się pod zimną taflą jeziora. A przecież miały się bezwzględnie utrzymać nawet 24h. Wiem, bo razem je kupowaliśmy i pamiętam wciąż rozbawienie ekspedientki, gdy zapytałem, czy kosmetyk nie zrujnuje mi żołądka, gdy będę go scałowywał z mojej pani. Może była zazdrosna, może kłamała, żebyśmy tylko kupili…

Drżącą ręką włączyła film, palcem zamykając mi przy tym usta i nie pozwalając na żadne słowa. Przywykłem do ekstrawagancji i czekałem z ciekawością, co dalej wyniknie. Zaskakiwała mnie za każdym razem. Nie spodziewałem się, że może być aż tak wyzwolona i odważna w wyrażaniu własnych, wyszukanych potrzeb seksualnych i skrupulatnej eksploracji moich fantazji. Nawet tych, które wstydziłem się jej wyszeptać, w półmroku bezpiecznej przystani. Przed samym sobą się wstydziłem, gdy ona już rozpinała guziki mojego wstydu i drążyła, żeby dojść tam, gdzie nie ma ani jednego guzika, poza granice listków figowych nasiąkniętych wzajemnym pożądaniem, zakazów moralnych i definicji ubranych w słowa przez tych, którym nie dane było spijać nektar poza kielichem kwiatów pokornych. Drażniła się ze mną z talentem i stopniowo naruszała granice tak, bym nie uciekł, ale za każdym razem drążyła dalej i dalej, wiodła w nieskończoność nieznanego. W głąb mnie, nas, siebie. Jej apetyt nie znał słowa koniec i każda następna ekspedycja sięgała światów niepojętych, albo zgoła stamtąd startowała na podbój intymności.Z nieskończoności skakała na bungee nie pytając o zabezpieczenia i bez gwarancji powrotu.

A dzisiaj, z nosa kapał jej tusz do rzęs wymieszany ze szlochem, gdy pokazywała mi film pornograficzny. Ostry i jednoznaczny. Żadnych niedopowiedzeń. Najpierw poznałem aktorkę – siedziała tuż obok mnie. Nie chwaliła się pornograficzną przeszłością, ale najmniejszego żalu mieć nie miałem prawa. Wiedziałem, że grzeszymy oboje, bo oboje byliśmy napiętnowani oficjalną, odrębną i wzajemnie wykluczającą się historią. Byliśmy obopólną niemożliwością i nieporozumieniem. Esencją społecznego potępienia i podmiotem na którym można zbić kapitał. Branżowy. W bardzo specyficznej branży. Podglądanie i wykorzystywanie słabości bliźnich...

Dopiero, kiedy przyjrzałem się uważniej rozpoznałem aktora. Dziwne, bo filmowym amantem byłem ja, a dłuższą chwilę trwało zanim siebie rozpoznałem. Oczy miałem wciąż większe, bo na chłodno nie miałem okazji zobaczyć własnych uniesień. Mocna rzecz. Obraz pobudzał, a kobiece łzy przenosiły emocje w światy wolne od erotyzmu. Nie rozumiałem nic. Świat stanął na głowie i logiki w nim żadnej. Boże! Czy obliczu nagiej kobiety logika męska ma szanse zaistnieć? Oglądałem wspomnienia, które nawet dziś owocowały erekcją, albo samospełnieniem, gdy jej brakowało obok! A teraz jest obok i chlipie własne nieszczęście, pokazując mi uniesienia, od których nawet bezwstyd się rumieni, a ja nic nie rozumiem. Mogę poznać rozwiązanie w formie dostępnej samczemu umysłowi?

- NIE! – odpowiedź była krótka, zdecydowana i twarda. Nie pochlebiam sobie na wyrost. Wiem, że Bóg nie schyliłby się, żeby wyprostować moje wątpliwości. To podświadomość zaczęła się szarpać na uwięzi i chciała coś do mnie powiedzieć, ale nie rozumiałem zupełnie jej języka. Zbyt blisko była ona i ten film pełen dźwięków… I słów… Moich… Nie znałem siebie takiego… Nie znałem i nie znam wciąż, choć widzę i słyszę właśnie. Mnie… Nas…

- Ty jesteś dobrym człowiekiem – zachlipała, kiedy mój wzrok zaczął zadawać pytania i nawet pot śmierdział niezrozumieniem – Wiem, że zrozumiesz i tak strasznie mi żal… Nie wiedziałam, że stać mnie na współczucie, ale…

Jej łzy przepociły mi koszulę, płynęły pod nią ścieżką, która wciąż pamiętała jej język i oddech… Ten fragment, na którym moje zmysły jeszcze dawały radę dotrzymać jej towarzystwa. A potem mój rozum zatracał się, zanim dotarła do pierwszej dygresji, do zawahania i rozstajów. Niepokoiłem się, bo przecież wcześniej się nie zdarzało, żeby TAKIMI łzami podpierała ciąg dalszy. Skosztowałem tych łez wprost z oczu – pal diabli żołądek. Gorzkie były tak bardzo, że chciałem je wypluć poza poznane światu światy, żeby przypadkiem komuś nie wyrządzić krzywdy, ale nie dałem rady – za słaby byłem i ślina dobrnęła ledwie do pierwszej ściany, a ta skrzywiła się niemożebnie na tę moją wulgarną ekspresję.

Ona? Ona nie zauważyła nawet, a jej dłonie zakończone ostrymi, wypielęgnowanymi szponami szukały dostępu do moich zakończeń nerwowych i pod skórą szukały zrozumienia nasiąkając karmazynem mojej krwi. Dramat! Nie rozumiałem. Nic. Próbowałem przeczekać choć jedną nieskończoność niedopowiedzeń i nareszcie udało się – dotrwałem słów drżących i pełnych wstydu.

- Musiałam. Ja wiem, że ty zrozumiesz, bo jesteś dobrym człowiekiem i zrozumiesz… Musiałam i muszę wciąż. Moje dziecko… Mój chłopiec ma dopiero jedenaście lat… Żebyś słyszał jak potrafi płakać jedenastoletni chłopczyk… Mój… Jedyny… I płacze, a ja… Kazali mi, jeśli chcę go odzyskać… Nie chcieli mojej nerki, ani karty kredytowej. Chcieli ciebie. Powiedzieli mi, że jeśli moje dziecko ma wrócić do mnie, to chcą ciebie i tego filmu… że jeśli się nie postaram, to mój synek będzie dziwką dla całej armii bestii na bliskim wschodzie, albo gdzieś w czeluściach Ameryki Południowej. I jest wciąż, a ja zamiast wieczornych wiadomości dostaję po zmierzchu wciąż nowy film, na którym on… Płacze do mnie z Argentyny?: „Mamusiu… zabierz mnie stąd, dlaczego świat jest taki… Dlaczego mamo?! Gdzie jesteś? Przyjdź po mnie, tak bardzo boli… Zabierz mnie do pluszowego misia i do poduszki w której pachną twoje włosy”

- A potem… Metalowy głos pokazywał kolejne upokorzenia. Myślałam, że dam radę, bo jestem silna i wytrzymam. Że stać mnie na poświęcenie, by stać się przymusową dziwką każdemu. Że pozwolę ci na wszystko i jeszcze więcej, byle oddali mi synka. Im pozwoliłam bo… Ale ty… Proszę – oddaj im czego chcą, pieniądze, papiery, wszystko im oddaj… Błagam cię jak żebraczka, ale… Mój synek tam… daleko – żebyś słyszał, jak płacze każdego dnia… będę twoja i zrobię co zechcesz – zabij, zniewól, ale podpisz… Oni i tak wygrają… Wiesz... Nie pozwól, żeby moje dziecko, mój synek malutki płakał tak strasznie… Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem, bo widzę… I widzę, jaką krzywdę ci wyrządzam, ale nie pozwól im… Proszę… Nie pozwól, bo więcej dać już nie potrafię, a oni… I tak wygrają, bo sumienie sprzedali zanim…

- Błagam… Wybacz mi i podpisz wszystko... Oddaj im… Wykup mnie i jego, od dziś będziemy twoi… na wyłączność... tylko wykup mojego synka... Nas wykup, za wszystkie pieniądze świata...

czwartek, 11 października 2018

Obrazki niekoniecznie z wystawy.


Szybciutko, żeby pamięć nie spłatała figla, bo widzenia były przednie. Wygrały nawet z pogodą, która rozpieszcza zmysły.

W sklepie z damskim obuwiem wewnątrz sporego marketu zauważam trzech porzuconych mężów – lekko już zaśniedziałych i przykurzonych, jednak ewidentnie nie używanych od dawna. Jeden usiłował podeprzeć akcję poszukiwawczą dołączając do wezwania SOS swoją pozycję GPS, żeby ktoś życzliwy rozpoczął akcję ratunkową. Teraz trwał na nasłuchu i cierpliwie czekał zmiłowania. Dziecięcy wózek ozdabiający jedno z luster przy regałach, bez żywej zawartości, sugerował, że lokator dorósł i poszedł do McDonalda na frytki, a może nawet na piwo dwie ulice dalej? Może zgoła spotkał tu swoją miłość i umówił na konsumpcję uczucia?

Dwaj panowie, kompatybilni wagowo zderzyli się w przejściu podziemnym i obrzucili się spojrzeniami, od których zaczęły się otwierać stare, zabliźnione rany. Jeden i drugi szukał rękawicy, żeby wyzwanie rzucić, jednak z przyczyn meteorologicznych żaden z nich nie posiadał takowego wyposażenia, co spowodowało, że jednemu uciekł tramwaj, a drugiemu dziewczyna zanim się rozstali.

Szczuplutkiej pani wpadło coś do oka, ale najwyraźniej nie byłem to ja. Na dodatek znalezisko nie spodobało się jej, bo stanęła i natychmiast usiłowała wydłubać z oka widzenie. Czyli nawet lepiej, że nie ja.

Obrazków dopełniła starsza pani, odrobinę zapuszczona, zdyszana, stawiająca kroki z wielkim trudem. Najwyraźniej pokutowała już za życia. Sztuczne szczęki wypchnęła, żeby się wietrzyły, czyli chyba były źle dobrane, albo pod nimi skryły się resztki deseru na czarną godzinę. A może przechodziła transformację i po mutacji miała stać się OBCYM? Nie sprawdzałem – poszedłem swoją ścieżką, jednak gdybym był celebrytką, z wrażenia zapomniałbym i biustonosza i majtek, a na dodatek byłbym tym faktem tak szczerze zdumiony, że zaprzyjaźniony paparazzi ukląkłby z wrażenia (to okropne – nie mam jeszcze własnego paparazziego – takie zaniedbanie…)

Układanka.


A kiedy nie miałem już żadnego pomysłu na siebie, bo świat sprzysiągł się przeciwko mnie i demonstrował niechęć skomasowaną, bezwzględną i uporczywą, a może nawet globalną, wymyśliłem sobie, że ucieknę. Jak tchórz, który nie ma sił walczyć. Interpretacja moich czynów i tak została przeprowadzona, zanim w ogóle wpadłem na pomysł i dojrzewała niezależnie ode mnie plotką, ciesząc się nadwagą rosnącą w postępie geometrycznym, a może i logarytmicznym. Niczym talia wszechświata rozdymanego entropią. Niby nikt nie dokarmiał, nie futrował świątecznej gęsi, ale ta i tak tyła, za motto życiowe sobie biorąc powiedzenie, że wróblem wyfrunąwszy może gołębiem wrócić.

Ta postanowiła eskalować i gołąbek pokoju był zdecydowanie poniżej aspiracji wielkomocarstwowych Jej Wysokości Plotki. Ptak MUSIAŁ być koronowany, choćby z nieprawego pochodził łoża. Na początek plotka postanowiła objąć ramionami (przepraszam – skrzydłami) równik i pogrążyć go w mrokach maści karej. Nie potrafię definiować widma światła wystarczająco zrozumiale, jednak wydaje mi się, że czerń, to zaprzeczenie idei istnienia, punkt zerowy skali. Powyżej tego bezwzględnego zera zaczynają się rodzić fale barw, dźwięków i zapachów. Zaczynają się rodzić zmysły, które w czerni usychają, jako bezzasadne. Nasiona w jałową glebę rzucone i czekające na olśnienie. Na słońce. Być może antymateria gromadzi się po drugiej stronie czerni, tym odkurzaczu mordami dziur kosmicznych zasysających nawet niepojęte. Powiem otwarcie – bałbym się połknąć grawitację, a dziurom nawet się nie odbija po takiej przekąsce i rozglądają się za wykałaczką, żeby w zębach podłubać.

Jako jednostka aspołeczna, niewdzięczna i przejawiająca apetyty rewanżysty, w niedoskonałości ziemskich nocy zawzięcie przygotowywałem się, dokształcałem, werbowałem wiedzę tajemną i mrzonki, żeby ucieczkę uczynić nie tylko skuteczną, ale dotkliwą dla ciemiężcy. Knułem. Schodziłem do podziemia, żeby się ukryć przed ciemnością i tam zapłonąć słusznym gniewem. Powoli i niepostrzeżenie. Dyskretnie. Po angielsku. Łajany i napominany, wyszydzony. Schodziłem. Dniem i nocą, wsparty o betonowe ściany zapuszczonych więzień przemierzałem przestrzenie w krokach mrówczych, w atomowych czkawkach przeskoku elektronu. I pięści zaciskałem mocniej niż zęby, aż w poduszeczkach dłoni trwale wydrukowałem Braillem bezsłowny protest krzyczący przesłanie. Dość!

Trudno walczyć z mrokiem, z czernią nieskończoną i z początkiem skali. Trudno broń skuteczną znaleźć, żeby mieć choćby iluzoryczne szanse powodzenia. Bo samobójców było już wielu i nikt wrócić nie zdołał. Szukałem słabości. Drgnięcia opasłego cielska, skrawka ziemi niczyjej, z której mógłbym desant poprowadzić, albo choć przyczółkiem osiąść jak jakiś pionierski mech atakujący przestworza z wysokości poroża renifera, gdy ten zwiedzał będzie tereny nieosiągalne dla botaniki, by zacumować na posiwiałym od mrozu głazie, czy szkielecie polarnego niedźwiedzia, z nadzieją na pocałunek słońca, by przetrwać kolejny rok. Szukałem idei, dzięki której przynajmniej niepewność posieję.

Skali barw jakoś nikomu do głowy nie przyszło wyprostować, żeby znaleźć oba końce. Zabawa w ideały pochłonęła odkrywcę i zapiął życie w ideał koła, gdzie barwy prymitywnie przesiąkały się wzajemnie, starannie pomijając kwestię czerni doskonałej, mamiąc publikę zalążkiem szaleństwa w obliczu siedemnastu miliardów odcieni zieleni, czy brązu. Ja rozpiąłem pas i od zera zacząłem układać chaos rozmaitości. W mojej biblii na początku była czerń, a za nią w wyniku niepojętych zdarzeń rozsypały się trociny barw paletą bogatszą od słownika. I trzeba bardzo subtelniej kobiety, żeby ponazywała własnym czuciem widziane. Nie katalogiem RAL, skalą RGB, lecz duszą i mniemaniem. Układałem puzzla długo i wciąż strącałem w niebyt własne próby, tak były nieudolne i żadnej nadziei nie zostawiające. Klocków więcej, niż drobin kurzu leżała w bezładzie i tylko czerń przyssana do początku skali naigrywała się z sąsiadów.

Miałem się już poddać, kiedy sąsiadka przyszła po przysłowiową szklankę cukru, dziecię zasmarkane na biodrze niosąc. Myśli miałem rozpierzchłe po wszechświecie barw, więc trwało nim znalazłem w głowie pojęcie „cukier”, nim zlokalizowałem umysłem kuchnię, szafkę, torebkę. Sąsiadka widząc moje rozproszenie dziękowała dłużej, niż dziękują politycy przed wyborami i bezskutecznie szukała w moich oczach duchowej równowagi, a może czegoś więcej niż garści kryształów? Nie wiem, bo zaprzątnięty knuciem nie zwróciłem uwagi na feromony, które spod niedopiętego szlafroka pełnymi eskadrami być może atakowały mnie usiłując przebrnąć szczelną tarczę roztargnienia. Ale…

Narybek pozostawiony samopas na dywanie, z braku lepszych pomysłów i z nieświadomości dokleił ciąg dalszy. Trochę go opluł, lecz ułożył puzzla i zanim go zburzył rechocząc złośliwie, wylądował tam, gdzie wylądowałbym ja, gdyby stać mnie było, by się ślinić za dziecinną wskazówką do pełnej, ciepłej piersi. Niestety. Albo mnie przerosło, albo już tak byłem przesiąknięty ideą. Ekstremista. Fanatyk. Matka podwiesiła geniusza od idealnej skali kolorystycznej na biodrze i poszła, a ja ledwie cierpliwość utrzymałem w sobie, żeby drzwi zamknąć za nimi. A potem? Ryknąłem pieśń tryumfu! Chyba tak ryczą zwierzęta spełnione. Kolory tkwiły sztywno niczym nity w konstrukcji wieży Eiffla i brakowało tylko jednego klocka, aby wzór dopełnić. Koloru nieskończoności. Drugiego końca skali poczętej w czerni.

Już wiedziałem jak mam się odgryźć! Jak walkę rozpocząć i jak domknąć dzieło genialnego gówniarza. Skąd wiedział? Kto mu pomógł i drogę pokazał? Nawet w ferworze entuzjazmu pytania kłębiły się we mnie. Ale wiedziałem, co muszę zrobić – muszę się stać PRZEŹROCZYSTY! Jak najszybciej. Póki sił do walki z czernią mam wystarczająco. Usiadłem na dywanie i gapiłem się na niedokończony ciąg barw. Długo dumałem, zapomniałem się, zasnąłem, straciłem przytomność – nie wiem – popadłem w stany odległe od fizycznego, gdy ktoś mnie popchnął…

Popchnął mnie i wpadłem w szereg. W kolory. I stanąłem w tym szeregu na szarym końcu… na końcu przeźroczystym. W nieskończoności stanąłem i dopełniłem wzór… Mną… I nie wiem, kto wygrał, bo jestem na swoim miejscu. Tak długo, aż ktoś stłucze układankę. Ale wiem, że jestem u siebie.

środa, 10 października 2018

Konstatacja.


Pani z powodów tylko jej znanych otuliła prawą nerkę torebką, której zabrakło dla nerki lewej. Może nie było jej stać na torebkę adekwatną do kubatury? A może jest anatomiczną ignorantką? Pojęcia nie mam, lecz to i tak wyłącznie dygresja dla zatwardziałych obserwatorów, bo pozostali skupiali się raczej na geometrycznych wyczynach bioder tej pani. Sinusoida mogła pozazdrościć jej owych kręgów zataczanych biodrami z przesunięciem w czasie i przestrzeni. I czas i przestrzeń dość dyskretnymi były, ale wzrok przechodniów nie zawsze dorastał do nich. Pośladki przypieczone głodnym wzrokiem wdzięcznie podrygiwały pośród westchnień pełnych nadziei, wytyczając szlaki sezonowych wędrówek. Mijam narybek człekokształtnego cyborga. Niedorosła, wychudzona elektronika miała wszczepione kable zasilające w to miejsce, gdzie ludzie mają uszy i pobierała dane zewnętrzne. Zapewne satysfakcjonujące, bo podrażnione fragmenty mózgu odpowiedzialne za błogostan rozlały się rozluźnieniem pewnych partii mięśni twarzowych, w nagrodę obnażając pierworodne zęby-mleczaki, a w oczach zatliły się światła ekonomicznie nie uzasadnione. Cyborg musiał być najnowszej generacji, bo stać go było na interakcję i wykonał transfer zwrotny ponownie nagrodzony łechtaniem zakończeń nerwowych zwiotczających mięśnie twarzowe, a ja wolałem nie narażać na dalsze doświadczenia własnej ignorancji i ominąłem cyborga bezzwłocznie. Co dziwniejsze, w czas potem niedługi udało mi się przepłoszyć kuropatwę, którą spotkać w rewirach patrolowanych przeze mnie jest znacznie trudniej, niż cyborga. Nie… Nie narzekam. Stwierdzam fakty.

wtorek, 9 października 2018

Wyrok.


Żeby mu później nikt nie zarzucił, że podglądał, Bóg zmierzwił chmury, odczekał ze trzy oddechy i wraził niezbyt czysty i nienajmłodszy już paluch w ziemię.

- Niech to – syknął, kiedy trafił na ostrą jak brzytwa górę lodową – muszę z tym coś zrobić, bo atak na Majestat, nawet niezamierzony, nie powinien pozostać bezkarnym.

Lizał palucha zupełnie jak jakiś bobasek, któremu smoczek wypadł poza zasięg dziąseł wciąż wolnych od zębów, a tymczasem w oceanie kipiało od ich nadmiaru. Rekiny pod wpływem niebiańskiej krwi dostały szału, jakby się nażarły amfetaminy i kąsały siebie nawzajem tyleż przyjaźnie, co śmiertelnie i bez świadomości bólu. W czas potem niedługi pływały stada rekinich szkieletów, z worami nadwyrężonych, przepełnionych żołądków przytroczonych do kręgosłupa na tej wysokości, gdzie u jednostek ludzkich występowałyby biodra.

Bóg popadł w zadumę, bo lubił podejmować wyważone decyzje pozbawione emocjonalnej tymczasowości typowej dla choleryków. Zbyt długo pastwił się nad cyzelowaniem swojego dzieła, żeby w emocjonalnym zrywie, w rewolucyjnym poczuciu krzywdy nacisnąć guzik i doprowadzić do końca grę w Armagedon wersja 3.0 (15,99 euro full legal z gwarancją dożywotnią i małą gwiazdką odwołującą się do czcionki w wersji „tylko dla orłów” – wyłącznie dla śmiertelników). Nie powiem, że był wolny od ciekawości, ale doprowadzenie gry do finału z powodu nieświadomości góry lodowej wydało mu się małostkowe i niegodne majestatu. W końcu sam tworzył tę górę również, więc wiedział, że jest wolna od wady myślenia. Ona po prostu płynęła z prądem, jak największy leń we wszechświecie, a jemu zachciało się zabawy w chowanego. I ma za swoje. Ale nerw go szarpnął i jakoś chciałby się odegrać punktowo – na tej górze, a nie na wielkościach globalnych.

Westchnął ciężko, bo działalność selektywna nie była jego mocną stroną. Ilekroć usiłował pracować w detalu, pojawiały się efekty uboczne, a skutki tych efektów przekraczały skalę dostępną rozumowi podmiotu realizowanego właśnie zabiegu. Ukarać coś bezmyślnego, żeby poczuło karzącą rękę sprawiedliwości, to wyzwanie godne wielkiego umysłu, toteż pogrążał się wciąż bardziej w zadumie. Docenił siebie, więc nie zhańbił się pochopnością. I nie dostrzegł, że w tym czasie góra poddała się dobrowolnej ascezie i znikła - w większości ze wstydu rozpłynęła się zmieniając stan skupienia, a reszta została rozszabrowana na użytek snobów posiadających rachunki bankowe, na których ciąg zer za cyfrą znaczącą nie mieściły się na powierzchni księżyca w trzeciej fazie i wymagały, aby ten wybrzuszył się aż do piątej. Góra, gdyby umiała się rumienić, zapewne wykonałaby to bez mrugnięcia okiem, ale nawet przeprosić nie potrafiła.

Kiedy Bóg wreszcie podjął decyzję i skazał górę na śmierć w ogniach piekielnych, góry już nie było widać na nieboskłonie oceanu.

- O żesz ty! – Majestat wściekł się i bliski był tego, żeby zakląć z pasją, lecz pohamował się w ostatnim momencie, gdy możliwe było jeszcze wygaszenie fal akustycznych nim urządzenia deszyfrujące i wzmacniające upublicznią treści politycznie naganne, intymne, za pomocą stron WWW, nielegalnych serwerów, socjalmediów i wiadomości telewizji strumieniowej, spamu i pirackiej agresji zakulisowo sterowanej kapitałem ponadwyznaniowym.

Rozgarniał chmurzyska niecierpliwie – jak nie ON. Szukał, a chociaż skanował dogłębnie, korzystał z promieni UV i podczerwieni, echem sonarów przewiercał dna i drylował świat za pośrednictwem możliwości dostępnych wyłącznie dla istot nieludzkich, to przecież nie znalazł. Niemal zapomniał, że miał ochotę na zabawę, i gdyby nie ta nieszczęsna góra, to teraz grałby w strategiczną grę z jakimiś sytymi kutrami podczas sztormu, albo z Odysem wędrującym do domu niestrudzenie by cnotom własnym pofolgować, czy też z kampanią napoleońską w roku, który dopiero miałby nadejść w ramach alternatywnej historii świata, gdyby następstwa Borodino okazały się fikcją literacką podlegającą weryfikacji.

Góry jednak nie było absolutnie, choć bliższe prawdy byłoby twierdzenie, że ze wstydu i strachu rozsypała się na drobne i ukrywała się pośród atomów słonej wody i jest wszędzie. Chińczycy mawiają: „drzewo najłatwiej ukryć w lesie”, a ich mądrość wywodzi się z czasów, kiedy Europa składała się wyłącznie z lasów, a myśli ludzkie stawały się pokarmem wszystkiego, co dzisiaj w nazwie ma epitet szablozębne doklejony do szczątków szkieletu.

I co teraz? Flota marketingowa i prądy morskie, wiatry tak pieczołowicie poukładane tchnieniem boskiej myśli rozniosły cząsteczki przestępczej góry lodowej, że trudno byłoby znaleźć miejsce, gdzie jeszcze nie trafiły. Nawet pani Basia z księgowości, której antydrapieżna biblia zabraniała jeść współlokatorów domu pod adresem ziemia, miała w organizmie ogryzek promila owej góry. A jej szef (obecnie posiadający szczątek znacznie większy w sobie) gustujący w ekstrawagancjach zapłacił za lód plejstoceński do drinka więcej niż pani Basia zarabia przez rok (Nie! Wyjaśnię od razu – pani Basia nie ukradła tego lodu, tylko po zrobieniu drinka szefowi zamieszała małym paluszkiem i dyskretnie oblizała jeden jedyny raz, czego wstydziła się później w staropanieńskiej sypialni tak bardzo, że w ramach pokuty samoistnie zrezygnowała na miesiąc z autoerotycznych aktów serwowanych weekendowo zamiast serialu w TV odcinek 3752. Szef nie został poinformowany o poświęceniu pani Basi, a jego wątpliwa domyślność słusznie pozostała nieuświadomioną).

Zasępił się Bóg. Splunął – na szczęście gdzieś w stronę spluwaczki, a jej grawitacja wessała boską niechęć bez skargi – cóż, czarne dziury nie skarżą się, bo nie mają zwyczaju oddawać niczego; nawet słów. Chciał się podrapać po łbie, ale włosy z niego już dawno wyszły i pod egidą babiego lata snują się po wszechświatach nieznacznie. Po gołym się drapać wstyd. Nie godzi się, bo bruzd się naryje i jeszcze jaki rolnik kartofli posadzi, a kto to widział, żeby Bóg robił za dostawcę frytek ekologicznie czystych do tej, czy innej sieciówki fastfoodowej pod wezwaniem nieżyjącego już dawno prekursora. Toteż powstrzymał się od kolejnej słabostki na którą miał chęć i jęknął ciszej niż czułość membran kwantowych potrafiłaby wykryć:

- Niewolnikiem jestem. Własnej wielkości. Coś okropnego. Wciąż muszę dorastać do cudzego mniemania o mojej wielkości. A niechbym jawnie pierdnąć spróbował, to wszechświat rozpadłby się chyba, na wieki wieków amen.

Ale wracając do sedna zdarzenia, choć wiem, że uporczywością przypominam namolnego gza, komara, czy wiecznie głodnego psa – palec boski zdążył się zagoić i tylko rys chwilowej papilarności kalał jeszcze opuszek paluszka – bądźmy konsekwentni – palucha. Góra stała się konsumowalną biologicznie przeszłością dystrybuowaną detalicznie z przebitką miliard procent zysku, więc tylko bardzo zawzięty i pamiętliwy umysł mógłby podążać drogą zemsty poszukując odprysków tak mizernych i rozsianych niczym prochy spopielonych. Cóż… Pamięci Bogu odmawiać, to jak nie odmawiać pacierza. Pamięć miał klarowną, jak ruczaj w blasku poranka – ostrą, niepokalaną i wiecznie żywą. Góra w wersji hurtowej uległa autodestrukcji, jednak pani Basia (i jej szef) mieli się dobrze i wciąż nie domyślali się nawet (szef z powodów jak wyżej, a pani Basia bez powodu), że ktoś czyha na zewłok lodowca i drapieżnikiem jest przerażającym, bo wszechmocnym.

Bóg, jako istota wyskalowana na zupełnie niezależnej i oderwanej od fizyczności płaszczyźnie miał kłopoty adaptacyjne z wielkościami uznawanymi w świecie fizycznym za adekwatne do cyklu odtworzeniowego jednostek, więc pozwalał sobie na pewne… nazwijmy to nadinterpretacje, niedociągnięcia, czy też działania lekko spóźnione. Co robić, kiedy boskie śniadanie trwać gotowe tyle, ile dinozaurom zajął pełen proces ewolucji. Dobrze, że Majestat miał wersję cyfrową zapisaną na dysku i mógł sobie ją odtworzyć w czasie sjesty, bo przegapiłby karbon i dewon, a skargi ssaków wydawałyby mu się jakąś mrzonką, czy też schizofrenią wartą zakładu zamkniętego raz, a dobrze (ciekawe, czy jajeczko na miękko było z pterodaktyla, czy z tyranozaura?).

Ale w końcu się stało i nierychliwa decyzja zapadła, jako ta klamka, która nie wiedzieć czemu zapaść się musi, żeby się w końcu wydarzyło. Za grzechy lodowej góry i palec pokalany na niepokalanym dotąd organizmie, skazuje się planetę zachowującą się tak skandalicznie na globalne ocieplenie! Bezapelacyjnie i nieodwołalnie, a wyrok wykonany zostanie natychmiast – następny proszę.

A palca Szanowny Pan ssać już nie musi – zagoił się niemal bez śladu. Czym mogę służyć w następnej kolejności, jeżeli czasowa determinanta w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie?

Bóg zmierzwił chmury, żeby nikt nie podejrzewał go o podglądanie, popatrzył podejrzliwie na zaróżowiony wciąż paluszek – przepraszam – to już ustaliliśmy – na paluch, który znów niezbyt czysty i na pewno nie młody…