Poplułem
w ręce i zacząłem nawlekać. To zajęcie, które wymaga przestrzeni wolnej od
wrażliwych uszu, żeby niewinności cudzej nie kalać nadaremnie. Najlepiej, żeby
się odbywało w izolacji absolutnej, bo nawet dobrze zakonserwowane umysły są
gotowe pod wpływem nieżyczliwych życzeń popaść w odrętwienie, albo niesłusznie
domniemywać, że w ich stronę frunie chmara inwektyw – soczysta, wielobarwna,
lepka i gorąca. Pełna emocji i niespełnienia. A potem wrzask tryumfu, kiedy
wreszcie się uda… No, ten to jest już zwieńczeniem nieporozumienia, bo kibice
sportowi z niepokojem pstrykają pilotami, sprawdzając na którym kanale i KTO
STRZELIŁ (Bo ten za ścianą chyba nie ma Eurosportu... a może jednak ma, tylko
się nie chwalił?), a tak w ogóle, jak mogło dojść do tak nieprawdopodobnego
przespania czegoś, co warte jest tak soczystej radości? Może choć powtórkę się
zdąży wypstrykać.
Tymczasem
do euforii droga była jeszcze bardzo daleka i piloty (piloci?) drzemały
(drzemali?) sobie spokojnie pomiędzy odbezpieczonymi puszkami piwa, a rozerwaną
paczką chipsów, podpierając popielniczki najeżone niedopałkami. Ja nawilżyłem
własną śliną dłonie, jednak nie obudowałem tej czynności ideologicznie
jakimkolwiek znaczeniem. Po chłopsku – zanim łopatę w dłoń się chwyci popluć
warto, a dlaczego, to już najstarsi górale nie pamiętają. Powiedzmy, że mój
konserwatyzm dla zachowania tradycji zaproponował taką uwerturę do nawlekania,
a ja przystałem bezmyślnie.
Skoro
już miałem z głowy etap pierwszy, kataklizm jeszcze nie nadciągnął, a dłonie
konsumowały nieoczekiwaną wilgoć, płynnie przeszedłem do punktu drugiego
instrukcji – w dwa palce igła dziurą do góry… Podobno gdzieś tam jest. Bliżej
tego końca, który mniej kłuje. Popróbowałem paluszkiem i wykryłem, że
faktycznie – jednemu z końców słabiej idzie upuszczanie ze mnie krwi. Ucapiłem
za ostre, jak w imadło i uniosłem z dumą, że taki ze mnie talent samorodny.
Teraz nitka – to taka pajęczyna nawinięta na chudy patyk, albo
dziesięciozłotówkę zwiniętą w ciasny rulonik. Toto też ma jakiś koniec. A nawet
dwa, tylko jeden całkiem pod spodem, a drugi nie wiadomo gdzie. Bo te nici, to
powinni tęczowe robić, żeby można było wykryć nieciągłość, a tak? Schował się
gnojek tak dobrze, że już chciałem policję wezwać, żeby go wywabiła na otwarty
teren. Nie udało się bo miałem zajęte obie ręce, a nosem wybierać 112 nie jest
najłatwiej – szczególnie, kiedy się ma panel dotykowy.
Z
tego wszystkiego rulonik spadł mi na podłogę i szybko się schyliłem, żeby mi
ktoś tej ewentualnej dychy nie gwizdnął, a koniec się objawił. Samoistnie.
Głupek! Samobója strzelił, bo teraz już był mój. Igłę wciąż dzierżyłem, a nić
schwytałem jak zaskrońca, jak czarną mambę – zaraz za pyskiem, żeby mnie nie
ukąsiła. I w ten sposób dotarłem do tego miejsca, gdzie panowie na ogół
podśmiewają się, a panie tracą dobre mniemanie o nieudaczniku, który w dziurę
trafić nie umie…
DZIURĘ!
Rozumiecie? Dziurę - jakby to coś na czubku naprawdę tam było. Nitka, która do
tej pory była pajęczyną, stała się powrósłem, liną okrętową, a z igły chyba
powietrze zeszło, bo tej DZIURY nie było tam już absolutnie. Dwie ręce zajęte,
na nogach buty, więc nogą sobie nie pomogę… Kto to widział, żeby człowiek miał
tylko dwie ręce do roboty czarnej? Dwie, to wystarczają, żeby kiełbaskę na
grillu obrócić z jednoczesną demonstracją działań fizycznych związanych z
przepływem cieczy w naczyniach połączonych – w tym wypadku piwka z obracaczem
kiełbaskowym. Wracając do rzeczy – z braku rezerwowych rąk czarną mambę (nie,
nie – o kolor nitki proszę mnie nie pytać, bo to chwyt poniżej pasa. Do tego
trzeba się urodzić niewiastą, albo ukończyć Sorbonę, najlepiej ze trzy razy
ciurkiem) chwyciłem w szczęki i jeszcze raz skontrolowałem ostrość obu końców
igły.
Bez
zmian. Ta ostrzejsza tkwiła w imadle dłoni, ta tępa sterczała do góry, jak nie
przymierzając krzyż na Giewoncie. Czyli gdzieś tam była… Przydałby się
mikroskop, albo lornetka chociaż. Tylko czym ją trzymać, skoro imadło zajęte, a
czarna mamba jak sfrunie na podłogę, to drugi raz może się nie udać odnaleźć i
będę czekał na wylinkę, tak jak z tymi boa zagubionymi w szuwarach. Przecież
pamiętam ile wysiłku kosztowało znalezienie końca tej nietęczowej nitki o
kolorze bliżej niesprecyzowanym i nauce nieznanym zapewne. Co za szczęście, że
nadgarstek mam ruchliwy, bo z tej bezczynności zaczął się wiercić i okazało
się, że dziura bezczelnie schowała się za igłą. W igle. Nieważne – ważne, że
jednak tam była i słońcu udało się przez nią prześliznąć. Takie szyderstwo w
ogóle przeze mnie nie sprowokowane.
Alem
się zeźlił! Taki afront! Ręce zaczęły tańczyć jakiś nerwowy breakdance, w
głowie kipi żądza zemsty, czarna mamba niezdefiniowanej karnacji wiła się po
podłodze i ogonek usiłował wyeksportować domyślną dychę do sąsiada.
Przydepnąłem nogą, żeby nie zwiał całkiem i byłem już niemal unieruchomiony, bo
miałem tylko jedną końcówkę wolną. Szkoda, że obutą, gdyż chciałem pot z czoła
otrzeć. A gdyby to była stówa? Pod ogonkiem? Nie – nie mogłem słońcu wybaczyć
kpiny połączonej z usiłowaniem ograbienia mnie z hipotetycznej stówy. Przejąłem
mambę w dłoń uwalniając otwór do wyrażania dezaprobaty i pozwoliłem sobie na żywiołowy,
wielowątkowy koncert symfoniczny z pełną obsadą orkiestry pod batutą niezwykle
energicznego dyrygenta. Dziura skorzystała z okazji i znowu zeszła do podziemi,
żebym kolejny raz upewnił się, że krzyż od Giewontu wciąż jest w górze, a ten
dół zdążył mi wygrawerować na dłoni tatuowaną czerwoną różę wraz z flakonikiem,
serwetką koniakowską koronką haftowaną i stolikiem na trzech nóżkach misternie
rzeźbionych na potrzeby Ludwika o niepewnym numerku.
A
potem, to już była ofensywa i strategiczne wycofywanie się na z góry upatrzone
pozycje, okopy, wojna podjazdowa, partyzancka, psychologiczna, na przetrzymanie
i tylko o blitzkriegu mowy nie było. Wojna pozycyjna. Zanosiła się na
trzydziestoletnią, ale encyklopedia zaprotestowała, że taka już była i
moglibyśmy się nieco bardziej wysilić. Czarna mamba szła w zaparte i w to
igielne … (ledwie się w język zdążyłem ugryźć, żeby nie dokończyć na głos w co).
A ja tak kusiłem, przekupić chciałem. Piwo postawić, albo wyczochrać.
Pogłaskać, albo na wycieczkę do terrarium zabrać. Nie dało rady – może przez
to, że stówy pilnowałem i spod buta ogonka czarnej mamby nie puszczałem.
Próbowałem nadmuchać igłę, ale dziurawa była i się nie udało. Taka mała, a
przelatywało przez nią moje sapnięcie jedno i drugie, tylko mamba jakoś się nie
chciała zmieścić. Zdusiłem bydlę w paluchach, aż soki puściła, ale harda była
wciąż. Słońce poskromione moją dziewiczą kompozycją zaczęło kryć się wstydliwie
gdzieś za rogiem ulicy, a mamba trwała na posterunku. Ja też.
No
nie popuszczę małpie rudej! Dwie drżące ręce wpadły w rezonans i mogły się już
telepać jak stare dobre małżeństwo. Z punktu widzenia szansy na sukces nie
miało to istotnego znaczenia, więc nie zamierzałem dramatyzować. Przez myśl mi
przeszło, żeby tę igłę tym ostrym wetknąć w jakiś stół i mieć dwie ręce do
poskromienia mamby, ale postanowiłem być twardy do końca. I byłem. Stawałem
się, bo woda ze mnie wyciekła wszystka już chyba. Przez pamięć przelatywały mi
obrazy podnoszące na duchu – husaria po Kircholmem, szturm na Monte Cassino,
cud nad Wisłą… Oni wszyscy też? Sceptycyzm znalazł lukę w mojej niezłomności i
drążył, rozsiewał we mnie próchnice wątpliwości.
Nagle
podniósł się krzyk. Energetyczny i zbiorowy. Nie mój. Nie igielny, ani
czarnomambowy. Zza okna doszedł. I zza ścian, podłóg, sufitów. Z zewsząd
doszedł i we mnie znalazł epicentrum. Zadrżałem. Może nawet więcej jak raz?
Mamba, wystraszona zbiorową euforią cicho wsunęła się w igielne ucho.
Schwytałem za pysk. Natychmiast. Z krwią w oczach dołączyłem z wrzaskiem
okrutnym do stada. Nie wiem co fetowali. Ale będę im błogosławił. Patriotycznie.
Dozgonnie. Ale guzik, to przyszyję tak, że prędzej koszula się rozleci na
atomy, niż on odpadnie.