poniedziałek, 8 lipca 2019

Znajomość ulotna.


Znałem ją! Widziałem po raz pierwszy, a przecież znałem doskonale. Mój umysł poradził sobie z paradoksem znacznie lepiej ode mnie. Stałem z otwartymi ustami i gapiłem się jakbym zobaczył ducha. Szukałem w głowie pierwowzoru, a chociaż poświęciłem mnóstwo czasu, to nie umiałem „przypomnieć sobie” skąd. Zupełnie, jakbym znał ją od zawsze, choć nigdy nie wymagało to potwierdzenia.

Kiedy prześliznęła się wzrokiem przez moją twarz stało się oczywiste, że mnie nie rozpoznaje. Może przez moją zaskoczoną minę? Może dopiero mamy się spotkać za kilka lat, albo przeciwnie – znaliśmy się zbyt dawno temu? Posmutniałem. Czyżby zapomniała? Wciąż wygląda jak kiedyś… Ale kiedy?

niedziela, 7 lipca 2019

Nie dzieje się nic.


Zaszczuli mnie. Z premedytacją i wyrachowaniem. Wiedzieli co robią i bawiło ich to przez jeden cholerny wieczór, w ciągu którego zniszczyli mi życie. A ja tak bardzo kochałam życie…

Nie minął nawet tydzień od moich siedemnastych urodzin, kiedy przechodziłam obok grupy lekko podchmielonych chłopców. Miałam na sobie elastyczne dżinsy, w których wyglądałam znakomicie i cienką, półprzeźroczystą bluzkę. Może byłam zbyt pyszna, ale miałam świadomość, że pożerają mnie wzrokiem. Moje ciało kwitło, a ja dumna z tego zbiorowego zachwytu uniosłam wyżej nos i wypięłam piersi. Tak… Lubiłam być w centrum uwagi. Uwielbiałam od niechcenia pokokietować nogą w spódniczce tak krótkiej, że gdyby nie ich zachwyt nie odważyłabym się jej założyć. Przed lustrem nim wyszłam z domu starannie układałam piersi w biustonoszu, a gdy zdawało mi się, że są zbyt małe, czy obwisłe wypełniałam dno stanika papierem toaletowym, żeby je uwypuklić. Śmiałam się, gdy jąkali się zawstydzeni erekcją, kiedy tylko spojrzałam na któregoś z nich bardziej otwarcie.

Byłam młoda, piękna i miałam świadomość, że mam władzę nad ich rozgorączkowanymi umysłami. Nosili za mną plecak i odrabiali lekcje, przynosili napoje, pierwsze maliny z pobliskiego lasu, zapraszali na lody, a wieczorami, w zaciszu własnych sypialni snuli swoje marzenia o mnie, o jakich nie opowiedzieliby nikomu. Starałam się nie wyróżniać żadnego z nich, bo bawiło mnie ich oddanie i gotowość do bratobójczej walki o najdrobniejszą łaskę z mojej strony. Dlatego ilekroć mijałam ich – stojących w grupie, czy samotnie, kręciłam biodrami odrobinkę mocniej i pozwalałam własnym oczom zamglić się, a głosowi ściemnieć. Niemal widziałam, jak ich myśli eksplodują. Podobało mi się bardzo. Tak bardzo, że czasami nim minęłam się z ich pożądaniem sama miałam mokrą bieliznę i wieczorem włóczyłam się dłońmi po ciele nie mogąc się zdecydować, czyją twarzą dopełnić mój niepokój, choć przecież nie chciałam żadnego z nich.

Widziałam, jak siedzą dookoła małego ogniska piekąc kiełbasy i popijając tani alkohol. Kiełbasa pachniała kusząco, a po zimowej przerwie w sezonie grillowym zdawała się być jeszcze lepszą. Udawałam, że nie robi na mnie wrażenia i czekałam, aż mnie zaproszą i poczęstują, żeby wziąć kawałek i odejść, zostawiając ich z wulgarnością, z której tak szybko nie wyrosną. Zdawało im się, że szybciej staną się dorośli, jeżeli zaczną używać słów niecenzuralnych, a stawali się śmieszni i odpychający. Ale na kiełbaskę miałam ochotę, a okraszona ich zachwytem powinna smakować lepiej niż z musztardą. Szłam wolno kołysząc biodrami, by minąć ich o parę kroków idąc ścieżką wzdłuż wody i kolekcjonowałam szepty podziwu układając z nich wspólny bukiet.

Głupia. Straciłam rozum idąc, a oni nigdy go nie mieli. Teraz, kiedy zgasili skrupuły alkoholem nakręcali jeden drugiego, a przechwałki stawały się więcej niż niesmaczne. Stanęli dookoła. Pierwszy raz w życiu straciłam wiarę w siebie, a ich najwyraźniej to rozbawiło. Związali mi ręce, a koniec sznura przerzucili przez gałąź dębu. Tę samą gałąź, na której w czasie wakacji wisiała huśtawka. Wtedy się rozpłakałam i błagałam, żeby mnie wypuścili. Obiecywałam im złote góry i wszystkie skarby świata, ale nie słuchali mnie wcale. Nie wiem który zdarł ze mnie bluzkę, aż guziki prysnęły w trawę i zawiązał mi nią oczy. Bluzka spijała moje łzy, a ja bałam się jak nigdy dotąd. Szarpali się z haftkami biustonosza. Kiedy w końcu zdjęli i wypadły z niego dwa zwitki papieru… Pokładali się ze śmiechu na ziemi i docinkom nie było końca.

Dżinsy zsunęli mi na kostki, bo kopałam, usiłując po omacku dosięgnąć choć jednego, żeby otrzeźwiał. Majtkom też nie pozwolili zostać na miejscu, tylko powiesili je na kolanach, żeby mnie całkiem unieruchomić. Stałam tam z rękami w górze zdana na ich łaskę, a oni otwierali wciąż nowe butelki i przyglądali się zaspokajając ciekawość, jaka wezbrała w ich sypialniach. Teraz mogli nacieszyć się do woli, a może i bardziej. Nie wiedzieli wciąż, co dalej i odłożyli decyzję na czas po kolacji. Stałam słuchając ich pomysłów i usiłując uciec ciałem od dłoni brudnych i spoconych dotykających każdego zakamarka mojej nagości. Ktoś przyszedł i dołączył do ogólnej wesołości. Potem następny. Sama nie wiem ilu ich było przy tym ogniu wpatrzonych, jak na moim ciele płomienie malują smugi światłocienia. Wiatr stawał się zimny, niosący znad wody informację, że wieczór dojrzał do zmierzchu. Bolały mnie nogi, a na nadgarstkach puchły mi krwawe bransolety.

Znów przyszli wszyscy, a krąg musiał być większy, żeby się zmieścili. Jeżeli wcześniej byli wulgarni, tak teraz stali się twórczy. Pomysły napędzane alkoholem stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Płakałam, choć nie miałam w sobie już łez, a oni śmiali się i wymyślali coraz dziksze pomysły, jak wykorzystać okazję, która stała się ich udziałem. Niespodzianką, o jakiej marzyli po nocach. Posikałam się ze strachu i drżałam pomiędzy ich pijanymi, rozgorączkowanymi ciałami. Zawyli z uciechy widząc, jak mocz płynie mi po nogach. A potem każdy splunął na mnie z niewybrednym komentarzem i poszli. Szczęściem ostatni strącił linę z dębu.

Przewróciłam się na ziemię, skuliłam jak niemowlę i płakałam swoje szczęście. Poszli. Zostawili mnie pośród nocy. Zębami rozwiązywałam sznur, żeby uciec, żeby nie zostać ani chwili dłużej w tym miejscu, bo może któryś ze zwyrodnialców zapragnąłby wrócić i w tajemnicy przed innymi spełnić jedną z wielu okropności, o jakich krzyczeli. Kiedy sznur puścił miałam wargi spuchnięte i zakrwawione dziąsła. Wciągnęłam spodnie i biegłam już dokądkolwiek, nie myśląc dokąd. Byle dalej od tego ognia i wspomnienia. W biegu zakładałam bluzkę, która wciąż mokra od łez i bez guzików, jednak zdawała się odgradzać mnie od zuchwałości świata nastolatków.

Uciekłam. Uciekłam i do dzisiaj nie wiem, jak bez wzroku odnalazłam drogę do domu, żeby całą noc spędzić w łazience zdrapując skórę, żeby zniknęła, zabierając przyklejone do niej spojrzenia. Czułam się zbrukana tym zbiorowym wzrokiem. W pokoju cierpliwie czekała psycholog w mundurze. Gdybym wiedziała… Odmówiłabym i uciekła drugi raz. Ale nie wiedziałam i opowiedziałam nieskończoność tego popołudnia. Opowiedziałam, i musiałam powtarzać przed sądem nie raz, a wzrok obcych taksował mnie, jakby sprawdzał, czy było warto. Potem wyszliśmy z sądu. Wszyscy. Bo przecież za szczeniackie zabawy nie zamykają, a przecież „”do niczego nie doszło”. Kiedy wyszliśmy… Boże! Jeden z nich zaprosił mnie na ognisko z niewinnym uśmiechem, bo może znów miałabym ochotę…

Uciekłam po raz kolejny. Włosy ścięłam na jeża, a piersi zabandażowałam, żeby nie odstawały ani o milimetr od reszty ciała. Workowate dżinsy i grube, niekształtne bluzy niczym habit zakrywały mnie całą. Uciekłam od kosmetyków i towarzystwa. Przestałam wychodzić z domu w obawie, że spotkam kogoś, kto widział moje upokorzenie, albo spowiedź przed sądem i pytania tego śliniącego się i posapującego obrońcy w barokowej peruce… Uciekłam z miasta, ale to wciąż za mało. Nie umiałam uciec od ciała, które dojrzało i nawet schowane zdawało się stanowić pokusę dla każdego obcego, który dostrzegł we mnie płeć. Dostrzegali. Nie wiem jak, ale dostrzegali. I patrzyli. A ja umierałam ze strachu i uciekałam. Wystarczyło, że w sąsiednim mieszkaniu zabrzęczały butelki, a moje ciało sztywniało. Wzrok biegał jak oszalały szukając zagrożeń. Zamykałam drzwi na trzy zamki i łańcuch, gasiłam światło i chowałam się pod łóżko bojąc się nawet oddychać. Moczyłam się. Ilekroć poczułam na udach gorącą wilgoć strach przekraczał granice pojmowania.

A dzisiaj ktoś zapukał do drzwi… Nie zniosę tego… skulona leżałam pod łóżkiem obejmując rękami kolana mokre od moczu, a oni stali pobrzękując butelkami i rechotali rubasznie, że sąsiadkę zaprosić wypada, bo biedaczka taka samotna, to może się trochę rozerwie w męskim towarzystwie. Nie spieszyło się im i prowadzili rozmowę na mojej wycieraczce popijając tęgo z butelek. Wyciągnęłam z szafy sznur. Na nadgarstkach wciąż żyły ślady tego, który mnie zniewolił i upokorzył. Więcej nie pozwolę nikomu. Stanęłam na taborecie wiążąc pętlę wokół żyrandola. Nie pokaleczę już więcej dłoni. Wsunęłam głowę w pętlę i kopnęłam stołek… Zacharczałam raz tylko. A potem strach odpłynął i rozkołysałam biodra pod sufitem. W końcu uciekłam!

Złodziej.

Na nocnym niebie pioruny rozprawiały się z jakimś nieszczęśnikiem na tyle daleko, że można było wyłącznie zgadywać. Dołem kołysało się morze. Trochę pijane, snuło się wydając odgłosy przypominające niekończące się pochlipywanie. Widać urżnęło się na smutno i melancholia łzawo skraplała się na nadbrzeżnych kamyczkach wypychając je głębiej na plażę. Kompletnie pijane meduzy umierały w piachu podrygując w nocnej bryzie. Niebo wyrzygało jakieś badyle i chwasty podmorskie, które wlokło z daleka zapewne i z większych głębin.

Bezmyślnie trąciłem nogą. But wbił się w zieloną oślizgłą masę z obrzydliwym mlaśnięciem. Wyszarpnąłem nogę. Coś się przykleiło do buta i chciałem to strzepnąć z nogi, kiedy zaświecił księżyc. Może zbierał gwiazdy ze sznurka, albo chciał pospacerować chwilę, zanim burza go przegoni precz, gdy niechcący oświetlił mojego buta pełnego zgniłej, mokrej zieleni. Na wierzchu błyszczał spocony bursztyn wielkości małego jabłka. Lekki był i gdyby nie księżyc kopnąłbym go w to morze, które właśnie głowę myło, bo spienione grzywacze śliniły się wynosząc biało-żółtą brudną pianę na brzeg, który dziwnie zaczynał się kurczyć.

Ledwie podniosłem skamieniałą żywicę, kiedy morze obmyło mi but. Nieudolnie, ale jednak. Chciałem podziękować, choć sól zapewne zniszczy skórę zanim zdążę ją spłukać. Patrzyłem na bryłę żywicy i na zieloną gnijącą wyspę, którą właśnie tarmosiło morze. Pewnie jest na niej więcej takich okazów. Kiedy zastanawiałem się, czy zanurzać się w tę cuchnącą bryłę poczułem, że mokry piach pęta mi nogi. Każdy, kto stał tuż przy brzegu zna to uczucie, kiedy woda wypłukuje spod stóp piasek i człowiek niezauważalnie pogrąża się w nim, aż z powodu utraty swobody ruchów zaczyna się szamotać.

Chciwość wyciągała szpony po tę pływającą już wyspę, kiedy niebo warknęło. Może to Zeus skarcił Krakena? A może ostrzegał mnie, żebym nie pchał się nieproszony? Cofnąłem się o krok. Piach wygryzł mi z butów zielony nalot, a stopy zaczęły łaskotać drobniuteńkie ziarenka. Wiedziałem, że kwestią chwili jest, kiedy przestaną mnie pieścić i zaczną kąsać do krwi. Cofnąłem się o krok, potem kolejny, a morze napierało. Gwiazdy rozpierzchły się jak spłoszone stado wróbli i pochowały się gdzieś w księżycowych kieszeniach, a i sam księżyc wychudł i gęba mu się wyciągnęła, kiedy zmykał z nieba galopem, by suchą stopą do domu wrócić.

Morze usiłowało mnie zajść od tyłu i przy kolejnym rozbłysku gniewu dostrzegłem, że drogę na wydmy przecina rosnący pas czarnej wody. Odwróciłem się plecami do żywiołu i pobiegłem. Pod stopami nie chrzęściło nic, tylko klaskało i mlaskało. Plaża zamieniła się w trzęsawisko pokryte rozgniewaną, syczącą wodą. Kroki kosztowały wiele wysiłku. Mrok sprawiał, że strony świata zlały się w jedną. Miałem nadzieję, że przychylną. Biegłem. Metry stawały się milami, a sucha żółć wydm opierała się o horyzont. Sucha żółć? To zapewne fatamorgana wiodąca na pokuszenie, albo zgubę.

Woda atakowała również z góry. Tłuste krople rozbijały się na mojej twarzy, oślepiając mnie doskonale. Włosy przyklejone do skóry zdawały się być mackami glonów, czy mątw – żywe, złośliwe bestie wsuwające czułki w uszy i oczy. Krzyknąłbym, ale się bałem, że wślizną się do ust i mnie uduszą, albo zagryzą od środka. Biegłem niekończący się maraton przez plażę, którą pokonałem w przeciwnym kierunku sam nie wiem kiedy. Zdyszany potknąłem się i nie chciałem wiedzieć, co mi podcięło nogi. Ręce wyrzucone instynktownie przed siebie wbiły się w piach niemal po łokcie.

Wbiły się w piach – nie w wodę! Na kolanach wspinałem się na wydmę kalecząc dłonie o suche trawy twardsze chyba od kamieni. Pod dłonią zachrzęściło coś i poczułem, jakbym dłonią rozdeptał jeża. Ostre igły wyschniętego mikołajka wbiły się głęboko w skórę i piekły. Wrażenie spotęgowane solą i strachem sprawiło że krzyknąłem z bólu. Jeszcze bałem się zatrzymać, bo miałem wrażenie, że morze podgryza wydmę od dołu i usiłuje strącić mnie w otchłań niczym larwa mrówkolwa. Wspinałem się z obolałą dłonią, z kolanami, do których woda z piaskiem przykleiła się kalecząc ciało do krwi.

Wreszcie osiągnąłem szczyt piaskowego wzgórza. Wiatr wył morską wściekłość i szarpał mnie za włosy, bił po twarzy wszystkim co znalazł. Nawet piasek opity do nieprzytomności potrafił udźwignąć i sypnąć mi w twarz. Cofałem się przerażony, zmarznięty i ciężko dyszący. Kolejne wyładowania tłukły wodę gdzie popadnie, jakby chciały wymordować w niej całe życie. Rozglądałem się uspokajając oddech. Gdzieś w prawo ode mnie niczym w karetce na sygnale kręciło się światło latarni morskiej. Wirowało pospiesznie, jakby natarczywością chciało przebić się przez noc pełną przeszkód i wesprzeć zabłąkanego śmiałka. Mnie?

Zsuwałem się ze zbocza wydmy i chyba wypłoszyłem jakieś zwierzę, bo pognało na oślep wystraszone bardziej ode mnie. Morze go nie ścigało, a Zeus nie dojrzał, więc umknęło szczęśliwie za kolejną hałdę piasku i znieruchomiało. Niebo rozprute błyskawicami wylało się całkiem. Jakby ktoś bogom pod tyłkami odkorkował wannę. Doliny na wydmach nie nadążały spijać, choć piach chętnie przytula wodę i nie grymasi nigdy. Tej nocy nie nadążał. Stokami spływały strumienie, a we wgłębieniach piekliła się niewypita woda rozstrzeliwana niecierpliwymi kroplami, które spóźniły się z wizytą.

Czas przyglądał się temu wszystkiemu ponuro, bo nie znosi, kiedy się go popędza. Stał i patrzył jak ziemia usiłuje złapać oddech i zachłystuje się potęgą niebios. Miał w nosie, czy ziemia przeżyje. Bardziej bolało go, że to nie on jest sprawcą, a tylko widzem. Wstałem niepewnie i zrobiłem kilka kroków, bojąc się, że morze dopadnie mnie i tu, gdy pozostanę na skraju zasięgu. Szedłem szczytami szukając ustronia. Sosnowy las majaczył zupełnie blisko. Nawet zbyt blisko, bo wiatr przygiął korony niemalże do ziemi. Mogłem powąchać kwiaty z samego czubka stuletnich drzew. Nie chciałem. Schodziłem z drogi i sosnom i wiatrowi.

Sosny mają wystarczająco sękate życie, żeby podołać gniewom rozpętanym dla kaprysu niebios. Przeczesane, ze szczerbami gałęzi potrafią przetrwać zimowe sztormy i wiosenne burze, a blizny i szramy posklejane żywicą noszą dumnie jak medale za odwagę. Pomacałem kieszeń – jest! Nie zginęła w ucieczce bryła znaleziona w zielonej wyspie. Powlokłem się w stronę wioski i zupełnie bezmyślnie wszedłem do gospody. Pełna była ludzi. Tubylców, którzy wątrobami i piszczelami wyczuwali pogodę, więc wiedzieli, że ten wieczór należy spędzić w gronie znajomych. Na kominku strzelały szczapy sosnowe, bo o sosnę tu najłatwiej. Zapach i wesołe poćwierkiwanie płonącego drewna dawało chwili odświętny nastrój. Barman tylko na mnie popatrzył i bez słowa postawił przede mną setkę wódki.

- Pij! – nawet nie zakręcał butelki, tylko czekał, aż skończę przełykać płynny ogień. To nie była wódka, jaką się trzyma na półce w knajpie. To było coś tylko dla swoich. Kiedy przełknąłem, a zanim łzy skapnęły na ladę nalał po raz drugi – Warto było szlajać się po nocach?


Sięgnąłem do kieszeni i w milczeniu położyłem na ladzie kamyk. Zielony, jak niedojrzale jabłko i wciąż oblepiony wodorostami…

Architekt.


Pajęczyca kryła się w tak głębokim cieniu, że większość pajączków nie zdawała sobie sprawy z jej istnienia. Dopiero, kiedy któryś przestał wić sieci czuł na grzbiecie wzrok przepalający skórę i wypełniający odwłok jadem. Zbuntowani stawali się posiłkiem, reszta pokornie uwijała się przędąc nici bezustannie. Żaden nie wiedział co robi sąsiad.
Przez zamknięte okno sroka przyglądała się open-space’owi. Trzydzieści analogowych pajączków podłączonych cyfrowym interfejsem monitora do wirtualnej rzeczywistości w milczeniu realizowało odgórne rozkazy. Sroka nastroszyła pióra i wzniosła się mijając kolejne okna. Miliony okien, pełnych przygarbionych istot plotących sieć.
W sztucznym przepychu świateł nie było widać cienia... Pajęczyca dyskretnie trawiła nieposłusznych.

sobota, 6 lipca 2019

Hydraulik jednostkowy.


Nowomowa wymaga, żeby zamiast swojskich, używać słów obco brzmiących, od czego nawet prozaiczne czynności nabierają powagi i dostojeństwa. Taki „szoping” jest najlepszym chyba przykładem. Zamiast włóczenia się po sklepach w bliżej nieokreślonym celu mamy całodniowe wydarzenie, do którego należy się przygotować nie tylko ekonomicznie, ale także psychicznie, oraz zadbać o oprawę zewnętrzną. Może nawet prywatne „SPA” odwiedzić przed „szopingiem”, czyli mówiąc językiem prymitywnych tubylców zanurzyć się w wannie i ułożyć strategię zwiedzania galerii aż do wystygnięcia wody. Potem już tylko te drobne perypetie z make-up’em, dres-codem, logistyką i już można oddać się szaleństwu „szopingu”. Najlepiej w towarzystwie, żeby dzień dopełnić konsumpcją.

Nie powiem – pozazdrościłem. Postanowiłem zakosztować nowoczesności, więc z samego rana przygotowałem długodystansową kąpiel od której rozmiękły mi nie tylko pośladki. Pomarszczyłem się na całym ciele, jakbym stworzył zewnętrzny mózg pełen wykrotów i niezbadanych szczelin. Obciąłem pazury, wypolerowałem kły, sprofilowałem szczecinę, wykonałem opryski zewnętrzne w miejscach wskazanych na etykietach środków „for men only”. Usiłowałem zaczesać grzywę, która zupełnie nie przypominała dzikości pierwowzoru i stała się oswojoną, mizerną grzywką i ryczeć potrafiła tylko wirtualnie. W naturze bliższe jej było szlochanie za utraconą świetnością. Cud, że wciąż jeszcze nie musiałem jej zaczesywać ku lądowisku helikopterów na czubku głowy.

Byłem gotów. Prawie. Zostało uzbroić się w plastik, żebym mógł spacyfikować hipotetyczne łupy i namaścić je piętnem posiadacza. Jeszcze tylko kreacja! Zapomniałbym zupełnie. Przecież „szopingu” nie wypada uprawiać w krótkich spodenkach. Mój pogrzebowy garnitur na wielkie wyjście „do opery” odstawał od trendów wiosna 2019 zarówno kolorystycznie, jak i krojem. Wbrew pozorom trochę mnie to uspokoiło, bo pośrednio świadczyło, że strój musi poczekać w szafie na renesans mody, zanim mnie-zimnego weń owiną. Zastanawiałem się już, czy nie zrezygnować, kiedy pomyślałem (tzn. mój zewnętrzny mózg podrzucił sugestię), że zrobię zwiad incognito. Będę się przekradał chyłkiem, wyłącznie bocznymi alejkami i (jeśli będę zmuszony) ominę sektory promocji, żeby nie skalać ich własną wulgarnością, a przy okazji zorientuję się czym okryć kubaturę, aby mieścić się w średniej krajowej.

Podejść do parkowania wykonałem chyba z pięć, jednak nie udało się zająć więcej niż dwa miejsca i z pewnym żalem pomyślałem, że czas zmienić samochód na większy. Trzeba zwalczać nostalgie i przywiązanie do roczników minionych. Chytrze wybrałem market budowlany, bo męska część populacji zdawała mi się mniej czujna i mogli nawet nie zauważyć, że moja odzież pochodzi z katalogu Jesień 2017. Metki skrupulatnie ukryłem i starałem się być przeźroczysty, albo chociaż ażurowy. Wstępny sukces – ochrona omiotła wzrokiem przedpole i nie wyprosiła mnie za zakłócanie porządku publicznego, a elektronicznie sterowane drzwi nie zacięły się gdy nadszedłem. Wybrałem największy z wózków z flagą zatkniętą na lancy przytroczonej poręcznie i po rycersku wypłynąłem na suchego przestwór oceanu.

Teraz ja dumnie omiotłem przedpole. Przede mną drewno i plastik, w prawo kamień i szkło, po lewej ziemia i metal. Na pewno było tam jeszcze jakieś drugie dno, a może i trzecie, ale już pierwszy szereg zaspokoił moje aspiracje. Lekko tylko zestresowany poddałem się ruchowi prawostronnemu i uderzyłem w kafle, gipsy i włoskie marmury. Przechadzałem się po kamieniołomach hiszpańskich, zaglądałem do francuskich łazienek, wdychałem portlandzki cement chwalący się ojczystym pochodzeniem. Przeglądałem się w glazurze i nawet pryszcza wycisnąłem, gdy obsługa zajęta była demonstracją walorów jakiejś zdeterminowanej pani szukającej do łazienki nowego tła dla własnej urody z trudem mieszczącej się w bikini w kolorze dopiero co wypatroszonego łososia. Męskość obsługi prężyła się niezachwiana, gdy na wyścigi dostarczali rzeczone tło, a pani przyjmowała wdzięczne pozy, każdą utrwalając smartfonem na wypadek, gdyby jednak przyszło zmienić zeznania.

Kiedy doszedłem do sedesów poczułem potrzebę naturalną w obliczu jednoznacznej oferty tej niekończącej się ulicy. Uciekłem w aleję kabin prysznicowych, żeby z niej skręcić w zaułek armatury, a stamtąd już prosto, jak z bicza trzasnął w dzielnicę farb. Farby miałem „zaliczone” zeszłego roku i potwierdzone paragonem z gwarancją na dwanaście miesięcy od daty, ale nie zamierzałem egzekwować, gdyż farba dzielnie trzymała się ściany i ani myślała z niej zejść. Trzymała się ściany lepiej niż doświadczony taternik podczas wspinaczki na Cerro Tore. Przeszedłem puchnąc z dumy, że nic mnie tu zaskoczyć nie może i minąłem poezję w tomach zielonym, żółtym i błękitnym. Poczułem w sobie rosnącą ekscytację, co sugerowało, że zmierzam ku elektryczności. Przycupnąłem na chwilę oszołomiony wyborem, gdyż otoczyły mnie drzwi wszelkiej maści, a każde wiodły do nieznanych światów z sugestią, że może to być wyprawa w jedną tylko stronę. Przez elektryczność przemknąłem jak piorun, żeby uziemić się w glebie dla roślin cytrusowych, a następnie osiąść na torfie w celach rekreacyjnych.

Megafony, jeśli nie szukały mnie jeszcze, to zajmowały się jakimś innym nieszczęśnikiem, ale to mojej mizerii przyglądały się nieliczne panie. One wiedziały, że w stroju z katalogu Jesień 2017 jestem najprawdopodobniej zaginionym, obłąkanym klientem, który nie potrafi wydostać się ze sklepu, nawet korzystając z traktorowej kosiarki, gdyż stoją one w alei podporządkowanej i nie ma szansy wyjechać na autostradę wiodącą w pobliże wyjść ewakuacyjnych, okna życia są zamknięte szczelnie, a pozostałe zalepione taśmą ochronną, żeby nie uświnić ekspozycji spoconymi paluchami. Wlokłem się wsparty na wózku i czułem się niepełnosprawny. Zapomniałem już, że taka wyprawa wymaga obuwia sportowego dostosowanego do uprawiania trójtriatlonu i kondycji adekwatnej do jego ukończenia. Nawet wózek, który powinien przywyknąć do pokonywania galaktycznych odległości skrzypiał smętnie i okulał na jedno kółeczko.

Kiedy dobrnąłem do kas czułem się starszy od węgla i samowładnie przyznałem sobie medal orła białego, gdyż wraz z potem spłynęła ze mnie cała opalenizna. Może na zewnątrz minęło już lato? Głodny byłem, jakby to podejrzenie było słuszne, a przede mną trwały w milczącej zadumie dwa kilometry kolejki i to wcale nie wysokogórskiej. Stałem potulnie, gdyż emerytowani wartownicy uzbrojeni w kajdany, broń elektryczną i krótkofalówki patrolowali stado, prześwietlając odzież stojących w poszukiwaniu kontrabandy. Kolejka meandrowała ocierając się o regały kuszące promocją i dla zabicia czasu co bardziej krewcy kolejkowicze urządzali pojedynki na rewolwery z wiertarek udarowych, albo ćwiczyli się w rzutach lassem sporządzonym z przedłużaczy 40mb. Milion żarówek energooszczędnych bezwstydnie flirtował ze mną, lecz byłem twardy. Udawałem, że to nie do mnie się śmieją. Starszy pan za mną chyba był mniej odporny, bo co dwa kroki uzupełniał wózek jakby miał emeryturę z gumy. W końcu dotarłem przed oblicze elektronicznego oka uzupełnionego analogowym, służbowym uśmiechem przyklejonym zapewne tym samym klejem, co stosowanym przy metkach, bo nie puścił na żadnym szwie.

Przeszukałem luk bagażowy wózka i z dumą położyłem na ladzie zawartość. Świecący jak ruskie złoto półcalowy, mosiężny nypel z kodem kreskowym tak bogatym, że obawiałem się o wyporność portfela. A jednak nie! Sześć dziewięćdziesiąt dziewięć! Mój plastik rozpłakał się ze szczęścia. Zniesie to! Chyba, że niepostrzeżenie minął mu okres połowicznego rozpadu.

Przewodnik po życiu.


Latarnik był stary. Może nawet równie stary, jak to miasto. Szedł koślawym, niepewnym krokiem niosąc żerdź, którą przytykał do palnika gazowego i stwarzał światło – najpierw niebiesko-zielone, a kiedy się zagrzało to żółto-pomarańczowe, czasem spływające kroplą czerwieni, gdy jakaś nieuważna ćma spłonęła w jej objęciach. Chociaż nie było zimno latarnik ubrany był w prochowiec w kolorze ziemi. Jakby na nim układał się każdego wieczoru, gdy skończył obchód i leżał ciesząc się barwami nocy podartej sznurem gorących pereł. Na głowie miał kapelusz wymiętolony, jak chustka zbyt długo noszona w kieszeni - może używał go zamiast poduszki? Takiego kapelusza nie powstydziłby się żaden mistrz magii. Iluzjonista bawiący gawiedź ze sto lat temu.

Zapalał lampy i zarażał rzekę tańcem świateł. Bo światła żyły i w upiornym milczeniu tańczyły drżąc w ramionach wiatru. A kiedy przeglądały się w lustrze umykającej cichcem rzeki… Rzeka nie była łaskawa dla nich. Szarpała obraz na strzępy, dzieliła na drobne, jak fotografię ukochanej, która odeszła z innym. Siedem… Siedem płomieni podskakiwało na drobnej fali, a kroki latarnika odmierzały czas do narodzin ósmego. Wstrzymałem oddech. Buty latarnika znały drogę do ósmej latarni niemal tak samo dobrze jak on. Wiedziały, która z kostek zadrży pod ciężarem starego ciała, a na której but się ześliźnie w fugę schowaną pośród granitów. Kroki nocą stają się tak nieznośnie zuchwałe, że odbijają się od zamkniętych, dębowych wrót kościołów, od nieskromnych, rzeźbionych portali kamieniczek skarlałych ze starości, od okien, w których szyby zmatowiały od kurzu, pajęczyn i wzroku pozbawionego nadziei.

Wstrzymałem oddech i obiecałem sobie, że właśnie dziś się wydarzy wszystko, co wyśniłem, jeżeli wytrzymam bez oddechu, aż latarnik rozpali ósmego tancerza. Wstrzymałem oddech i zacisnąłem kciuki wiedziony tym dziecięcym przekonaniem, że kciuki ściskane mocno i z wiarą zwiększają szansę na spełnienie. Dziś chciałem, żeby przyszedł tu i mnie znalazł. Mój człowiek. Dla mnie. Ten, który powie mi i popchnie we właściwą stronę. Ten, który wie. Mój prywatny Cagliostro. Mistrz. Stałem i patrzyłem, jak echo kroków latarnika odbija się od klombu, na którym zasypiały jakieś pelargonie, czy może błyszczące szałwie. Ósma latarnia schowała się w cieniu pomnika, na którym jakiś święty rozszarpywał węże od trzystu już lat. Węże były tłuste i olbrzymie. Każdym mógł nakarmić nie tylko rodzinę ale i gości zaprosić, a węży był cały, niepoliczalny kłąb. Pewnie tylko rzeźbiarz wiedział, ile naprawdę ich miażdży święta ręka uzbrojona w ostry szpon włóczni.

Wiatr sapał wraz z latarnikiem patrzącym z lękiem na świętego. Może bali się, że święty zmęczony monotonią zaprosi ich na wieczerzę? Albo poprosi o pomoc? Tej nocy latarnik skulił się pod ciężarem wzroku świętego, aż poły prochowca zaszeleściły na kocich łbach. Zwolnił! Ciężar spojrzenia wytrącił latarnika z równowagi, a ja resztką sił wstrzymywałem oddech, w którym nie zostało już ani kropli tlenu. A przecież obiecałem… Czekałem i zliczałem kroki... Zębami schwytałem wargę, żeby nie krzyknąć i nie nachlać się powietrza. Jeszcze minutka, kilka drobnych kroków i pstryknięcie drągiem, żeby eksplodowała supernowa. Ósmy płomień, po którym miał nadejść mój Nauczyciel. Jak bardzo chciałem go pogonić, żeby nie zwlekał już dłużej. A on… Podniósł łeb i szeptał coś do świętego, a może zaklinał węże. Właśnie dziś. Właśnie teraz, kiedy obiecałem i czekałem spełnienia obietnicy.

Zawziąłem się, choć łzy mi ciekły po policzkach. Takie ciche, ostre łzy, które ryją bruzdy nie na twarzy, ale w duszy. Wszystko sprzysięgło się przeciw mnie i nawet wiatr zagrodził drogę latarnikowi. A kiedy wreszcie ukłonił się świętemu i poczłapał do ósmej latarni… straciłem przytomność. Zwiędłem jak niepodlewany kwiat i osunąłem się na bruk szorując plecami po wielowiekowej, ceglanej elewacji. Noc w mojej duszy zgęstniała do czerni tak intensywnej, że aż granatowej, przetykanej fioletowymi iskrami. Aksamitnej. Takiej, która otwiera nieznane wymiary, bo w trzech zaledwie czuła się ubogą. Czy śmierć jest równie bogata w wymiary? Taki sen, który śni się nie tylko w czasie i przestrzeni, ale też w niepoznanych wciąż wymiarach sprawiających, że wszystko tu przestaje być istotne i dusza wyciąga ręce jak dziecko widzące pokusę, by biec z roziskrzonym wzrokiem krzycząc bezwstydne „chcę” i nie martwiąc się tym, co zostawia za plecami?

Kocie łby spijały moje łzy, ale one potrafią pić łzy. Robią to już tysiąc lat i nie obcy im smak łez. To koneserzy. Potrafią rozpoznać dobre roczniki i z bukietu wyczytać, jakie było lato onegdaj, gdy te łzy posiano. Kiedy osuwałem się, żeby mogły skosztować mojej bezsilności, dwa siekacze wież katedralnych zamajaczyły w szyderczym uśmiechu. Szczeliną pomiędzy nimi nie wypłynie do mnie zbawienie. Tam trzeba pójść i to na kolanach. Stamtąd łaska nie przyjdzie sama. Trzeba wykupić bilet i ukorzyć się, jak czynili to pątnicy od tak dawna, że nawet kamienie nasiąkły ich żarliwością. Święte kamienie. Nabrzmiałe zbiorowym bałwochwalstwem. Moje kolana były bezwolne. Nie chciały nieść mnie przed sędziwe oblicze ołtarza zbierającego dziękczynienia i kurz wieków.

Kiedy się ocknąłem… Gdzieś nade mną gwiazdy bawiły się w berka, a jakieś ranne ptaszki ćwierkały pierwsze komentarze. Trawa pode mną była szorstka, zapylona lipcem, twarda, ale powoli mięknąca poranną rosą skropiona. Patrzyłem na bezkres nocnego nieba i czułem w sobie spokój, jakiego nie czułem nigdy wcześniej. Nie czułem nawet potrzeby identyfikacji otoczenia. Mogłem być wszędzie i nigdzie – bez różnicy. Wiedziałem tylko, że jestem u siebie. Dla siebie i w zgodzie z sobą. Leżałem, a mój uśmiech poszerzał się i nie poczułem nawet, że kącikiem ust uciekła mi ślina, łaskocząc w policzek i kapiąc pomiędzy źdźbła trawy. Ktoś gwizdnął. Cicho, rozkazująco, natarczywie. Wiedziałem, że na mnie gwizdnął, że czas, lecz nie wiedziałem na co i skąd ów dźwięk dobiegł. Podniosłem głowę i rozglądałem się w pomroce.

Siedziałem na wzgórzu, z którego panorama rozciągała się na najstarszą część miasta. Tę samą, w której czekałem na Mistrza. Tę, która rzuciła mnie na kolana, bo marmurowy święty ważniejszy był od moich marzeń. A teraz leżało po drugiej stronie rzeki i spało kokosząc się w uświęconym śnie i tylko kły katedralnych wież kąsały niebo. Żadnej chmurze nie przepuściły. Może z nich wysypywały się gwiazdy, niczym pierze z poduszek? W wodzie odbijały się całe ławice gwiazd, a małe, głupiutkie rybki usiłowały najeść się nimi i skakały nad nurt, żeby pochwycić srebrno-błękitne diamenty skrzące się niepowstrzymanie. Szukałem tego, który mnie wołał, ale nie widziałem go nigdzie. Dopiero, gdy przeciągnąłem wzrokiem wzdłuż brzegu zobaczyłem.

Stał na małej, rozkołysanej łódce. Próbował się wyprostować, ale nie za bardzo mu wychodziło. Garbus z Notre-Dame… Gwiazdy siadały na wygniecionym kapeluszu, albo nurkowały mu w kieszenie prochowca, jak słodycze spakowane babciną ręką w dziecięcą kurteczkę. Machał do mnie ręką ponaglająco, a przecież życzliwie.

- Rusz się wreszcie! – schrypnięty głos podskakiwał na zmarszczce fali i wygładzał się płynąc do mnie – pora pogasić latarnie. Niech odpoczną dziewczynki, bo wieczorem znów przyjdzie im nieść światło w noc.

czwartek, 4 lipca 2019

Zwycięzca.


Miałem się zbesztać za bezczynność. Koncentrowałem wulgarność przed lustrem żeby plunąć, kiedy skojarzyłem, że to ja stoję naprzeciw. Ten, który wygrał morderczy wyścig po życie z milionami nieudaczników daremnie zdechłych przed metą.

Siebie miałbym opluć? Niedoczekanie! Byłem silny, szybki i agresywny. Zawzięty i nieposkromiony. Najlepszy z najlepszych. Miałbym wytykać sobie lenistwo? Mizerną chwilę, kiedy nogę na nogę zakładam, by pobłażliwym wzrokiem pieścić świat łaską własnej obecności?

Zasłużyłem na odpoczynek! Może jeszcze nie na wieczny, jednak na odpoczynek. Żeby nacieszyć się własną sprawnością, obnażyć całą paletę zalet i pozwolić innym mnie ubóstwiać. Oni również wygrali, więc powinni zrozumieć, ile kosztował wyścig.

środa, 3 lipca 2019

Beznamiętnie.


Pani zbudowana bez wstydu stała na paluszkach i wcale nie wyglądała ukochanego, ani nawet nie zerkała nad głowami, żeby sprawdzić numer tramwaju jadącego w niewłaściwym kierunku, czy podejrzeć nieznajomego stojącego na sąsiednim peronie. Może kształtowała mięśnie łydek? Mechaniczny ptak odstrasza gołębie bez sukcesu. Zbyt długo tu mieszkają, żeby krzyk ochrypły mógł je spłoszyć z dachu. Zaglądają z politowaniem, kto to się tak wydziera od rana i drepczą niespiesznie po gzymsach. Ktoś założył sandały na bose stopy, ale kadłub szczelnie owinął kurtką, jakby zimę zapowiadano odgórnie. Ślimakom wreszcie udaje się ujść z życiem, gdy przechodzą przez asfaltowe chodniki, co jeszcze wczoraj nie było oczywiste. W upale asfalt potrafił wypić wilgoć wysysając go do dna skorupy i martwe muszle więdły jak gipsowe róże na pustyni, czasami wpadając pod nieuważne kroki  idących. Wiatr wieje pod prąd Rzeki i nawet ryby usiłują się z nim zaprzyjaźnić. Katalpy pogubiły już kwiaty i nie udają, że są kasztanowcami. Orzechy nabierają ciała i pęcznieją w oczach. Krwawnik, jak wyblakła niezapominajka kiwa się melancholijnie na skraju trawnika i zapomniał już pewnie, co miał pamiętać, jednak na wszelki wypadek odsunął się, gdy wielkie, białe psisko kłusowało przy krawężniku ku jakiejś psiej radości.

wtorek, 2 lipca 2019

Złodziejka.


Najpierw ostrożnie pochwyciła mój wzrok. Rozbiegany i głodny. Szukający czego nie zgubił. I już nie puściła, chociaż próbowałem uciec zawstydzony. Niedługo potem skradła mi buziaka. Uśmiechała się przy tym tak niewinnie, że wybaczyłem – ach! Jak pochopnie! Sięgnęła po słowa i zawłaszczyła je bez reszty. Sam nie wiem kiedy, ukradkiem… zabrała mi spokój. Krążyłem w emocje zaplątany i tylko w jej pobliżu miękłem niczym chleb ciśnięty w wodę. Kiedy zabrała mi zmysły… Oddały się tak potulnie, że patrzyłem zdumiony, jak pędzą w niewolę. Wreszcie zabrała mi czas. Cały. Zachłanna była wielce i nic mniej jak wszystko nie umiała chcieć. Wzięła. Wszystko.

Spostrzeżenie.


Trzmiele pod nieobecność pszczół zapylają lawendową gęstwinę ku zazdrości koniczyny rozsypanej nieopodal na trawniku i udającej śnieg. Pani o stopach wyglądających, jakby właśnie skończyły deptać surówkę z buraków ćwikłowych w wannie minęła mnie na moście sapiąc w mozole, a rower utyskiwał wraz z nią. Kolejny fragment brzegu otulany jest betonem, żeby nie wpadł do wody, bo gotów uśmiercić już Rzekę do szczętu. I tak zarasta do tego stopnia, że latem kajakarze szukają ścieżki na drugi koniec zielonego labiryntu. Ot. Lokalne Mazury. Czereśnie dojrzewają na przydrożnych straganach i pachną oszałamiająco. Skusiły się i muchy, żeby byle czego nie żreć, kiedy urodzaj na witaminki.