sobota, 7 grudnia 2024

Dżin w dżinsach popija dżin.


    Jakaś kruszyna-ptaszyna oćwierkała mnie, usiłując oczarować, oszołomić erudycją i… udało się jej! Wypatrywałem w nagich koronach śpiewaczki, ale gdzie tam. Wzrok sokoli mają sokoły, a ja przyziemnie widzę błoto rozsmarowane po trawnikach. Oby dzień był tak piękny, jak napotkane kobiety, uśmiechnięte, choć sobota, praca niełatwa i ciągnąca się aż niewidoczne słońce zajdzie za zagubiony horyzont. A tymczasem, nawet ochrona nie zamierza iść na obchód, żeby w ciemnościach nie zabłądzić – ciemności, to oczywiście żart – nawet lotnisko i profesjonalne szklarnie nie są tak oświetlone, jak osiedle.

piątek, 6 grudnia 2024

Subtelność na kolanach.

 

    Stężenie urody było niemal zabójcze dla przeciętnego samca i jako takie, powinno być prawnie zakazane. Dość powiedzieć, że zgromadzenie jedynie w kategorii „tekstylia” dawało zakwalifikować się jako skromne, żeby nie insynuować skrajnego ubóstwa.


    Poza nielicznymi wyjątkami, samce poddane podobnym obciążeniom zmysłów, spontanicznie zmieniały bieg tętna z poziomu „spacer medytacyjny”, na „bezwzględny pościg” z pominięciem biegów pośrednich. Skrzynia zgrzytała z bezradności. A ja, w tych wszystkich depilowanych łydkach, rzęsach wyszczotkowanych lepiej niż psie grzywki na wystawach, pępkach zawiązanych tak fantazyjnie, jak tylko sztuka chirurgii plastycznej zdołała wymyślić, piersi wypełnionych tworzywem, bądź wybujałych więcej tradycyjną tkanką. Ech!


    Miałem w tym rozpasaniu wyłowić tę jedyną i niepowtarzalną, a przecież zamglonym wzrokiem obserwowałem powieloną w nieskończoność jedną. Może i Afrodytę. I to bez wsparcia farmakologicznego ratującego zrujnowany budżet państwa, czyli okowity. Swoje wiedziałem. Nienawidziły mnie wszystkie, bo musiałem je zignorować, a ta jedna, wybrana, też mnie znienawidzi, tylko nieco później, gdy „koleżanki” wezmą ją na języki.


    Szczęściem miałem jako wsparcie istotę doskonale zawistną, którą potrafiłem sterować dzięki zabiegom perfidnym, wymagającym wielkiej delikatności, ukrywając sedno problemu. Tak i tym razem, poprosiłem o wskazanie najgorszej piątki i odseparowaniu jej od reszty stada. Selekcja trwała moment, niegodny mrugnięcia okiem. Pięknie podziękowałem istocie zawistnej, by po dojrzałej chwili (wystarczającej, by oddaliła się klnąc) pączki za to, że takie pyszne i zamiast w żołądku osiadają w biodrach.


    Do kolejnego etapu trzeba mi było wykorzystać istotę drugą. Pedantyczną, matematyczną, skrupulatną jak arkusz kalkulacyjny najnowszej generacji. Wiadomo – bogini MUSI być idealna, a od 90-70-90 odstępstw być nie może, choć wielu ignorantów skłaniało się ku 100-80-100, albo sięgało jeszcze zuchwalszych naruszeń. Istota, działając pod przykrywką (robocze pseudo – krawcowa) zaatakowała wskazaną piątkę sewrskim wzorcem metra i w miliardzie mniej istotnych parametrów ukryła kluczowe. Trzeba przyznać, że wybranki oszukiwały, usiłując wstrzymać oddech, albo się nadąć, jednak istota zdejmowała miarę tak dostojnie, że oddechu zabrakłoby nawet umarłym, a wtedy je dopadała ponura rzeczywistość, czyli jej wysokość krawcowa!


    Okazało się, że prócz mnie krąży pośród niezmierzonego (he he myślałby kto) piękna paru innych, wyławiających boginię. Jeden – zdaje się intuicjonista, sortował tłum z zamkniętymi oczami, posiłkując się przeczuciami. Drugi krążył jak głodny wilk i węszył bezwstydnie. Nie ośmieliłbym się zapytać wilka o kryteria. Trzeci okazał się gawędziarzem i naciągał przypadkowe ofiary na niezobowiązującą pogawędkę, która jemu zdawała się otwierać oczy na walory cielesne kandydatek.


    Wreszcie każdy z nas dokonał wyboru. Mieliśmy cztery typy, pośród których ukryła się ta jedyna. I wtedy wszedł jakiś gość z uwieszoną jego ramienia Odaliską. Nie tracąc czasu podeszli do nas, a gość chrząkając na powitanie przedstawił nas sobie:


    - Nooo… To panowie Jurorzy już sobie pooglądali, żeby podjąć rzetelną decyzję. Chciałbym jedynie zauważyć, że ta oto wybranka nie może się już doczekać zwycięstwa, a ja czuję silną potrzebę błyskawicznego skonsumowania sukcesu. Gdyby panowie mnie nie rozpoznali, przypomnę, że to ja płacę za panów doświadczenie i profesjonalny werdykt.

Kurczy się kurczę kiedy ma skurcze.

 

    Z radia: „Padł strzał. Zatrzymany popełnił samobójstwo.” Zdumiewające procedury albo te… czynności.


    Jałowce skrzą się dyskretnie, nie tak, jak osiedlowe drzewa iglaste obwieszone lampkami by nie mieć szans zignorować. Roześmiany ptak zaspał, albo odfrunął szydzić gdzie indziej. Pokaźna białogłowa stanęła na kilwaterze drobniutkiego wąsacza i z lubością wdychała dym z papieroska. Wyraźnie jej smakowało, bo nie zamierzała choćby kroku w bok zrobić, a w przód chyba nie miała śmiałości, by nie wpaść na rufę wąsacza.


    Kufle i kieliszki na pijanych nogach wyszły nocą z knajpy, by z próżności popełnić samobójstwo na bruku przed kościołem. Na chodnik osiadła niezdecydowana wilgoć i tonęła w toksycznym dylemacie – krzepnąć, czy parować. Blok decyzyjny szwankował, więc leżała odłogiem. Za to mewy obsiadły barkę – wieżowiec restauracyjny i darły się jak nie przymierzając Kozacy po nocnych sukcesach nakrapianych Ballantine’sem.

Ekstrakt poniekąd o męskich prezentach.

 

    - Co chciałbyś dostać na Mikołaja – zapytała zalotnie przygryzając pędzelek włosów.


    - Skarpety – szepnąłem przełykając ślinę – i całą resztę szmatek, jakie masz na sobie...

czwartek, 5 grudnia 2024

Pralina – prehistoryczny sznurek.

 

    Tajemnicą kobiet pozostanie, jak być piękną w bezkształtnym kożuchu, grubej czapie i dwóch kilometrach szala potrafiącego zdeformować czasoprzestrzeń, a co dopiero kruchą istotę wewnątrz. Jakiś krępy facet ostrzy wzrok energetykiem z puszki i kontroluje efekty na jednej z reklam wewnątrz pojazdu. Srebrne i złote szkielety bombek panoszą się na trawniku, zaśmiecając je geometrią w trudnej do ignorowania skali. Ciekawość (wścibstwo?) sprawia, że widzę rzeczy omijające innych. Spopielały, długowłosy w zdartej skórzanej kurtce „ukrył się” za śmietnikiem w celach urologicznych. Sprawę zakończył błyskawicznym sukcesem, potrząsając orężem, jakby straszył eskalacją. A potem schylił się i z parującej masy wyłowił coś ręką, usiłując dłonią zetrzeć brud. Słabo szło, więc wsparł się szmatą oddartą z porzuconego ciucha, aż oczyścił coś na kształt czarki, schował za pazuchą, albo przynajmniej pod pachą i dumny z trofeum odszedł w niebyt.


    Jaki sens ma cieplutki płaszcz do kostek, kiedy jest rozpięty, ukazując pod spodem omdlewająco białą ulotność z dekoltem pozwalającym pępkowi podglądać świat.

środa, 4 grudnia 2024

Kop-ciuszek – sklep z garderobą używaną.

 

    To, że faceci podziwiają kobiece kształty jest (dla mnie) naturalne. To, że kobiety lubią być podziwiane – także. Kiedy jednak patrzę na młode panie w cieniutkich, naciągniętych do granic wytrzymałości leginsach, zastanawiam się, co nimi kieruje, że wybrały taki strój. Jaki cel ma jawna ekspozycja walorów, nie zostawiająca nawet wątłej tajemnicy wyłącznie dla wymarzeńca (tak nazywała wybranka pani Chmielewska). Kobiety tak rozebrane na pewno czują wzrok męski na swoich pośladkach. Wstydzą się, wściekają, czy są dumne? Ja w podobnym stroju spiekłbym raka i zaczął się jąkać nawet w myślach.


    - Buziaczki papa – to chyba jeden z komunikatów, przed jakim nikomu nie udało się umknąć, gdy podróżuje komunikacją miejską. Mnie od tej myśli odrywa szyld nad sklepikiem: ODZIEŻ KOSMETYCZNA – co to takiego? Interes kwitnie i nie obchodzimy właśnie święta głupców.

Ekstrakt badający rynek.

 

    Pierwszy zgarnia nieśmiertelność, choćby jednodniową, kilku następnych zgarnie resztki, nim rzecz spowszednieje.


    A może by tak ustawić kamerki wokół przeźroczystego sedesu, zerżnąć poranną eko-kupę i relację wrzucić w paszczę internetu? Zaskoczyć wirtualny świat wyrafinowaną elegancją defekacji?

Papieskie pieski

 

Pora deszczowa nabiera rozpędu. Powietrze pachnie butwiejącą przyrodą. Pod płotem leży bezpańsko patyk w sam raz dla psa Baskervillów, bo nic mniejszego go nie udźwignie. Kobiety cieleśnie gotowe nawet na ekstremalną zimę wypełniają wnętrze pojazdu. Jakiś malec, chwilowo piękniejszy od swojej mamusi, gaworzy coś nienachalnie i bezroszczeniowo. Mokną zmęczone bylice i ciężkie od nasion wrotycze. Niewidzialny ptak śmieje się w bezlistnej koronie jesionu z wytrwałością metronomu.

 

Budowlańcy impregnują ciała i dusze jak nie piwkiem, to chociaż papieroskiem. Kobiety skarpetami uszczelniają nogawki spodni, nogi splatając w iksy. Wysoki młodzieniec nie potrafi ukryć zachwytu na widok pulchnej pani o bladej cerze, czym zawstydza ją tak, że odwraca się od świata. Kloszard, który dopadł na dworcu pokaźną kanapkę usiłuje dopaść także autobus, by w cieple wnętrza cieszyć się dostatkiem. Westchnienie ulgi pasażerów niemal daje się wysłyszeć gdy, kierowca bez litości odjeżdża, ignorując spóźnione zapędy aromatycznego głodomora.

wtorek, 3 grudnia 2024

Wrze – sień.

 


Autobus pachniał wykształconymi kobietami i mężczyznami niezbyt hojnie obdarzonymi inteligencją. Oczywiście dziećmi, wleczonymi ku nieuchronnej radości nadchodzącego poranka w stadzie istot podobnie niewyspanych.

 

Kozackie samice fetowały głośno sukcesy minionej nocy i beształy Kozaków, za co tylko się da – tak sądzę, bo słyszeć, a rozumieć, to jednak nie całkiem to samo. Spłowiała Kobra, powoli godząca się z kalendarzem, z rezygnacją ogryzała męskie twarze z niedostępności, choćby tylko pozornej. Jakaś pani, której udało się porzucić płeć od dawna już niewykorzystywaną należycie drobiła kroczki z męską determinacją, choć bez zajadłości.

 

Najpierw była kampania zielonoładowa żeby zlikwidować piece węglowe i zainstalować coś mniej toksycznego. Podobno niezwykle udana. Potem dronami szpiegowało sięopornych żeby karać do krwi. A teraz? „Dla mojego dobra” trzeba instalować czujki dymu/czadu. Na razie MPK grzmi ale podobno od nowego roku to będzie obowiązek nawet tam gdzie nie ma żadnych pieców.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Kupała łupał łupki na środku chałupki?

 

    Chłód krzepł na karoseriach i siodełkach rowerowych. Oprószył brokatem jałowce i trawy. Wysokopienna, chuda „laska” usiłowała złamać mi nos telefonem. Ktoś chrupał coś cuchnącego przepoconym, nieświeżym olejem. Stadko nastolatków płci wszelakiej raczyło się nienajtańszym piwkiem z butelek, jednak przez okno miałem kłopot z rozpoznaniem, czy to ostatnie wczorajsze, czy pierwsze dzisiejsze. Grunt, że na pewno było dobrze schłodzone. Jakaś niezwykle okazała niewiasta wystąpiła w spodniach z kantem, na które wciągnęła sukienkę. I płaszcz, żeby być precyzyjnym. Psy uczyły się spacerować w wiadomym celu okryte bezrękawnikami. Ostrożnie, żeby nie uświnić kreacji niegodnym zachowaniem, czy nagłą potrzebą.