- A ty niby kto? – ryknął na mnie kapitan.
- Jo? Nasz – usiłowałem wmówić mu brednię o wspólnych korzeniach, albo choć wątłym pokrewieństwie narodowym.
- Jonasz powiadasz – podrapał się w łysiejący łeb – Nie znam.
- Ale… - usiłowałem przejąć inicjatywę, lecz nieskutecznie.
- A skoro nie znam, pójdziesz na pokarm dla rybek. Dla jednej rybki! Takiej, na którą czaimy się wszyscy od dawna.
Nim się zorientowałem te jego zbiry – majtki z porannej wachty wraz z bosmanem sprawili mnie, jak szynkę do wędzenia. Spętanego podpięli pod największy haczyk na ryby, jaki w życiu widziałem, a potem dołożyli jeszcze niewielki ponton, który miał mnie utrzymać na powierzchni i bez buziaka na pożegnanie brutalnie wywalili za burtę. Taplałem się w niezbyt ciepłej, za to mocno osolonej wodzie, a z pokładu dobiegały mnie rubaszne porady, bym unikał rybek o trójkątnej płetwie grzbietowej, bo nie na nich zależy kapitanowi. Dzień dopiero zamierzał rozwinąć się wzdłuż osi dodatnich temperatur, lekko kolebiąc moim ubezwłasnowolnionym kadłubem ciągniętym na grubej linie za statkiem. Kibicom szybko znudziła się monotonia mojej mokrej egzystencji i pozostawili na warcie pechowego obserwatora, sami oddalili się na partyjkę pokerka, może nawet rozbieranego. Nikt mnie nie zapraszał, więc kołysałem się, zastanawiając, czy morska choroba, to dobry pomysł, gdy nadziei na śniadanie zabrakło. Monotonia ruchów powierzchni skłaniała do drzemki, co wobec braku alternatyw przyjąłem ze stoickim spokojem. Obserwację otoczenia pozostawiłem temu nieszczęśnikowi na warcie. Gdyby coś się wydarzyło, nie przegapi, bo go ze skóry obedrą kamraci.
Tego jednak nie mógł przewidzieć najczujniejszy nawet wartownik. Ocean uniósł się raptownie, spłynął z wypukłości lewiatana ochlapując wszystko i wszystkich. Gdzieś w epicentrum wypiętrzenia znalazłem się ja wraz z osprzętem wędkarskim.
- Jest! – usłyszałem zachwycony głos wartownika – Do mnie, ale migiem!
Pokładowa euforia ominęła mnie, gdyż lewiatan, w przelocie mnie połknął, przegryzając linę, jakby to była zbutwiała niteczka. Sunąc w dół przewodu pokarmowego potwora pomyślałem z wisielczym humorem, że na taki egzemplarz właściwszą przynętą byłby cały statek, a jego obie kotwice robiłyby za mizerne kotwiczki. Ocean zatrzepotał nerwowo, nakrył bydlątko i uspokoił się, kpiąc z marynarzy, że niby nic wielkiego się nie stało. Ja? Pierwszy raz w życiu spływałem wodospadem, górską rzeką, rwącą w nerwach stromym kanionem. A chwilę później przyziemiłem na pupkę z bolesnym „ała” na sztandarze. Woda znikła w fiszbinowych śluzach potwora, a ja zacząłem rozglądać się po nowym lokum. Więzienie miało rozmiar tak wielki, że świadomość uwięzienia nieco okulała. Razem ze mną uwięzionych zostało mnóstwo rybiej drobnicy i wszelkie możliwe „owoce morza”, czyli chwasty trudne do strawienia przez syty organizm. Ale dla mnie, który wysprzątał żołądek z treści do czysta, pokusa rozśpiewała się murmurandem spragnionych kiszek. Spływ wodospadem uwolnił mnie od liny sam nie wiem kiedy i jakim sposobem, grunt, że odzyskałem swobodę ruchów. Połknąłem trochę małży z wodorostami, bardziej treściwy posiłek odkładając na później. Chciałem pozwiedzać, żeby zorientować się w rozmiarze nieszczęścia. Żołądek potwora, jak się wkrótce okazało był niezłym śmietnikiem. Wszędzie walały się cywilizacyjne graty, ze sporą łodzią w całości, jakimiś sieciami, meblami, czy sporymi kawałkami drewna.
- Da się żyć – pomyślałem – mam tu wszystko, co trzeba, żeby przetrwać!
Znalazłem nawet rower leżący beztrosko za paroma skrzynkami leciwej whisky. Na pokładzie znalazłem latarkę-czołówkę, więc mogłem pozwolić sobie na zwiedzanie. Rower nieco skrzypiał, ale to pewnie od wilgoci. Grunt, że korozja bo nie pożarła. Pedałowałem bez pośpiechu, kontemplując wnętrze potwora. Kolorowe stawy kusiły niczym gorące źródła, jednak większość była toksyczna, pełna kwasów żołądkowych, a nie słodkiej wody. Sterty chwastów schły w stogach, w których rozmaite zwierzęta nieznane nauce wiły gniazda, czy inne legowiska. Nos drażnił fetor, narastający w czasie. Dojechałem do czeluści, z której wydobywał się ów smród i chwilę trwało, nim zrozumiałem, że dotarłem do mniej apetycznego końca układu pokarmowego. Zawróciłem, obiecując sobie obozować bliżej drugiego końca.
Pierwsza noc była trudna, jak dziewiczy sen lądowego szczura na statku. Ale z czasem zacząłem przywykać. Żeby nie popaść w depresję, podjąłem się sprzątania. Najpierw najbliższe otoczenie, potem coraz dalsze rewiry. Za wysypisko śmieci robił oczywiście „odpływ” lewiatana. Humanitarnie nie zapychałem go nadmiernie, żeby nie dostał niestrawności, ale co mniej użyteczne przedmioty i odpadki lądowały gdzie trzeba, żeby nie odbierać otoczeniu walorów estetycznych. Stołowałem się w kubryku statku, ostrożnie paląc drewnem, bo zimny prowiant dobry jest na krótszą metę, a ja zamierzałem pożyć odrobinę dłużej. Od czasu do czasu „mój” potwór – tak o nim myślałem, cierpiał jakieś dolegliwości żołądkowe, szczęściem niezbyt burzliwe, ale najwyraźniej systematyczna gospodarka odpadami polepszyła nie tylko mój, ale i jego standard życiowy.
- Da się żyć – myślałem każdego dnia, choć samotność zaczynała już drążyć tunele w moim optymizmie – Ale gdyby tak okazja się trafiła na godziwe towarzystwo, warto się przygotować.
Lekko pokpiwając z samego siebie, na wypadek niemożliwego wykonałem jednak pierwsze ruchy. Po gruntownym sprzątaniu najbliższych okolic, na statek zacząłem znosić „skarby”, czyli to wszystko, co na stałym lądzie za takowe uchodziło, choć tutaj było zaledwie śmieciem. Ładownie wypełniałem drogocennościami. Nawet skrzynki wiekowej whisky przy których znalazłem rower wniosłem pod pokład. Statek był moim domem, a reszta, to był mój świat. Brak słońca dokuczał równie mocno, jak brak kobiety, a gdyby jakaś się trafiła zrządzeniem losu – z mety stałaby się królową tego świata, choćby była szczerbata i kulawa.
- A gdyby tak… - myśl niepokorna korciła – A gdyby tak znaleźć sposób, by wrócić?
Korzystając z niezliczonych fiszbinów bestii ostrożnie wspinałem się ku paszczy potwora, unikając jęzora, ruchliwszego od całego miotu piskorzy. Raz tylko trafiłem, że lewiatan ziewał będąc na powierzchni i wnętrze jego olbrzymiej paszczy wypełniło światło dnia. To była ta chwila, gdy się rozpłakałem z tęsknoty za światem i obiecałem nie spocząć, nim się nie wydostanę. Jak wrócić? Przeciąć brzuch potwora? Raz usiłowałem machnąć szabelką i ciachnąć go w miękkie tkanki, ale reakcja była tak gwałtowna, że niemal utraciłem skromny stan posiadania. To zły pomysł. Przecięcie żołądka, to jeszcze nie wolność, a jak bestia utonie nim powycinam przejście w tłustych powłokach brzusznych? Zostanę w martwym, gnijącym brzuszysku, a potem morze mnie pożre. To zła droga do wolności. Sam wyjść paszczą nie zdołam, przez odbyt tym bardziej.
- Nie ma wyjścia. Musi mnie wyrzygać! A skoro tak, to musi mnie wyrzygać wraz z łodzią, dopiero wtedy mam szansę przetrwać na oceanie.
Plan szaleńczy, ale straceńcy chwytają się nawet mizerniejszych szans. Postanowiłem doprowadzić potwora do torsji i tak utorować sobie drogę na zewnątrz. Zgniłe ryby, to za mało. Za to w ładowni statku znalazłem całe beczki przypraw i spory zapas nafty. Jedno i drugie dzień po dniu ostrożnie windowałem w górę przełyku, by potem, kiedy potwór zbliży się do powierzchni skłonić go do torsji. Głębokość zanurzenia nauczyłem się rozpoznawać uszami – im głębiej pływał, tym bardziej zatykały się, przy powierzchni odzyskując czujność. Wreszcie przyszedł dzień prawdy. Szybkimi uderzeniami siekiery rozbiłem beczki z pieprzem i naftą. Mieszanina spływała w dół gardzieli, a ja korzystając z liny zjeżdżałem tuż obok. Kiedy strumień dotarł do żołądka, wsiadłem na statek, a w rosnącą plamę nafty cisnąłem płonącą żagiew. Pożar wspinał się do ujścia, oświetlając drogę ku wolności. Lewiatan ryknął raz i drugi, Zassał paszczą wody, ale naftę nie tak łatwo ugasić, bo pływa płonącą plamą po wierzchu. Wreszcie żołądek skulił się i eksplodował wypychając materię na zewnątrz. Najszybsza z możliwych podróż w powodzi iskier i śmieci. Wreszcie głuche plaśnięcie o wodę i…
- Byłem wolny!
Darłem się w niebogłosy, a stateczek kołysał się na drobnej fali. Uwolniony od płomieni żołądkowych lewiatan zniknął w głębinach. Wystarczyło, żebym dopłynął do lądu i zapomniał o niedoli.
A potem? Może zamiast zapominać, zapoluję na kapitana i jego załogę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz