Zapodziało mi się ostatnio kilka widzeń, więc z pamięci choć ze dwa podrzucę. Przechodziłem koło jakiegoś bezlistnego drzewa, które uważam za klon jesionolistny (przynajmniej do wiosny) i właśnie wtedy nadleciało jakieś spore, rozbrykane stadko. Wysoko się bawiły i ruchliwe były mocno, więc nie mogłem się zdecydować, czy to drozdy, czy kwiczoły. Oczywiście znaczenia większego to nie ma, bo cieszyłem się, że w ogóle coś plądruje drzewo z nasion.
A potem pogoda zaczęła doskwierać nieco mocniej. Mijały mnie kobiety-matrioszki. Niskopienne, pięknie rozbudowane w biodrach, co dodatkowo podkreślał ich strój, z grubymi, puchatymi kurtkami na wierzchu, gubiącymi wcięcie w talii. Widzenia powtarzały się, rodząc podejrzenie, że inaczej zbudowane panie albo się przeniosły w cieplejsze kraje, albo są starannie zamknięte w domach i ukryte pod pierzynami.
Te Twoje “widzenia” mają w sobie coś z codziennej poezji – zwykłe rzeczy, jak ptaki w drzewie czy kobiety w kurtkach, nagle stają się niezwykłe i pełne szczegółów, które normalnie przelatują nam obok oczu.
OdpowiedzUsuńSzczególnie obraz matrioszek w puchowych kurtkach mnie rozbawił i jednocześnie wzbudził nostalgię za tym zimowym światem, który kryje swoje drobne tajemnice. Fajnie, że potrafisz wyłapać te małe momenty i nadać im znaczenie, nawet jeśli są tylko “przechodnie”.
Z powodu tego zimowego okutania w ubiory zawsze czuję się jak bałwan albo Wańka-wstańka. Nie lubię tego, bo wbrew wyglądowi, w razie lądowania na podłożu za bardzo "wstańka" to ja nie jestem.
OdpowiedzUsuń